Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polskie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polskie. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 23 lipca 2015

Marcowe w lipcu

19/07/2015

152. Aecht Schlekerla Rauchbier Märzen (Brauerei Heller Bamberg) 5,1%
153. Miłosław Marcowe (Browar Fortuna) 6%
154. Żywiec Marcowe (Żywiec) 5,4%

Dziś wybór padł na piwa marcowe. Głównie ze względu na potrzebę jakieś odmiany, a także dlatego, że do naszej lodówki przywędrowało ciekawie zapowiadające się piwo marcowe z Bawarii, do którego dokupiłem naprędce dwa polskie piwa marcowe, w tym wyrób z Żywca, a ta marka bardzo rzadko gości na naszym stole. Tak więc, znowu degustacja wyjątkowa.

Wszystkie trzy piwa pokryły się gęstą i obfitą pianą, wszystkie trzy trzeba było nalewać na dwa razy, wszystkie trzy wyglądają smakowicie. Co prawda, niemieckie marcowe jest bardzo ciemne, jak ciemny koźlak, niemal jak porter, podczas gdy polskie mają barwę bardziej zbliżoną do lagera – Miłosław jest o jeden odcień ciemniejsze, a Żywiec ma lekko rubinowy odcień. No i słowo „Rauchbier” na etykiecie Bawarczyka wskazuje, że będzie to zupełnie inny rodzaj marcowego, ale co tam, niech walczą i niech najlepszy wygrywa.

Schlenkerla w aromacie jest bardzo przyjemne, delikatne. Akcenty wędzone (domowa szynka), dymne, pod którymi króluje słód. Wszystko eleganckie, delikatne, nieco przygaszone. W smaku daje się wyczuć wyraźnie dymne akcenty, osmolone drewno, palony słód. Słabe, choć wystarczająco wyraźne akcenty chmielu dopełniają obrazu. Świetnie zharmonizowane, wysoce pijalne.

Miłosław pachnie delikatnym karmelem, prażonym miodem. Wypisz, wymaluj miodowe batoniki Crunchie oblane mleczną czekoladą. Do tego słód i odrobina chmielu. W smaku – pełnym, przyjemnym, rześkim – wyraźne akcenty miodowe, delikatna czekolada, solidna słodowa baza. Chmiel na swoim miejscu, czyli daleko w tle. Zna swoje miejsce.

Żywiec na pierwszy rzut nosa nie pachnie niczym. Bardziej wnikliwy nos wyczuje tu owoce czarnego bzu. Bardzo delikatne, przygaszone, jakby przyczajone. W smaku karmel, jakiś taki sztuczny, mało przyjemny, który natychmiast przykrywa chmielowa goryczka. Akcenty spirytusowe.

Bodaj po raz pierwszy w historii naszych wspólnych degustacji nie ma o czym dyskutować w fazie oceniania. Absolutnie, bezwzględnie i jednogłośnie rządzi Schlenkerla. Rozważamy emigrację do Bawarii. Nawet niemieckiego się nauczę, co mi tam. Na drugim miejscu Miłosław – również świetne piwo. Pewno w innej konfiguracji, w porównaniu z innymi piwami marcowymi wymiotłoby konkurencję. Na końcu Żywiec, którego… nie polecamy.




Ale ciemno...

03/07/2015

116. Strong Suffolk Dark Ale (Greene King) 6%
117. Czort Nut Brown Ale (Kraftwerk) 4,5%
118. Suffolk Springer (Greene King) 6%

Dzisiaj trzy ciemne ale, dwa pochodzące z tego samego browaru w Anglii, trzeci – niezupełnie z tej samej bajki – z polskiego krafta (a nawet Kraftwerka). Ciekawostką jest Strong Suffolk Dark Ale, będący połączeniem piwa Old 5X, leżakowanego 2 lata w dębowych beczkach, o mocy 12%, z młodym Best Pale Ale. To drugie zawiera 5% alkoholu. Receptura pochodzi z XVIII wieku i jest starsza niż pierwsze piwa typu porter. Suffolk Springer, z kolei, ma upamiętnić wyścigi konne na torze Rowley Mile w Newmarket w hrabstwie Suffolk. Tytułowy „springer” to określenie konia, na którego nikt za bardzo nie stawia, a który niespodziewanie daje radę sporo namieszać w wyścigu.  Na koniec tych wyjaśnień – czort to czort. Dość infantylne nazewnictwo i szata graficzna piw i ich etykiet, wytwarzanych przez Kraftwerk, jakoś nie napawa optymizmem. Mam tu na myśli nie tylko Czorta, ale też degustowaną parę dni temu Zmorę, czekającego w lodówce Panzerfausta i parę innych. Dziecinada, jak dla mnie, ale co tam, niech broni się zawartość. Aha, Czort warzony był w browarze Reden.

Zaczynamy od Strong Suffolk – jak ciekawostka, to ciekawostka. W aromacie przede wszystkim sherry. Poza tym, głęboki, ciepły karmel, czekolada, owoce, korzenie. Intrygująco. Smak głęboki, owocowy, owoce głównie suszone, a jeśli świeże, to dojrzałe, niemal czarne czereśnie, słodki winogron. Karmel, czekolada, akcenty korzenne. Żadnych chmielowych bzdur, pyszne piwo do powolnej degustacji.

Dla odmiany, Czort pachnie lekko, karmelowo (tutaj jest to jednak wytrawny, suchy karmel), pachnie kawą, kakao. Da się wyczuć – i są tacy, którym to przeszkadza – specyficzny konglomerat aromatów pochodzących z intensywnie używanej, ale nigdy dokładnie nie umytej popielniczki. Jak niegdyś w knajpach (kiedy jeszcze można było palić w lokalach), czy w pociągach PKP, w wagonach dla palących. Smak jest lekki, raczej wytrawny, karmelowy, kakaowy, lekko palony. Nieco kwaskowaty, cierpki, jak nie całkiem dojrzałe jabłka papierówki. Mało złożony i w gruncie rzeczy mało ciekawy.

Wracamy na Wyspy, pchamy nosy do szklanki z Suffolk Springer. W aromacie karmel, melon i podpiwek Jędrzej. W smaku jest bardzo treściwie, choć dość monotonnie – palony słód, kawa z mlekiem, gdzieś w tle gorzkie kakao. Wśród tego wszystkiego pojawia się również wrażenie jedzenia pieczonych kasztanów – i to nie tylko akcenty smakowe, ale również mięsista, a jednocześnie mączysta tekstura. Niewiele więcej, ale za to całe to „niewiele” jest bardzo dobrej jakości. Po pewnym czasie na wierzch wychodzi alkohol.


Czas na oceny. Wygrywa bezapelacyjnie Strong Suffolk Dark Ale. Na drugim miejscu – również bez cienia wątpienia – Suffolk Springer. Potem długo nie ma nic. I gdzieś tam na końcu bieży Czort. A ostatnich gryzą psy, jak śpiewał wieszcz. I dobrze im tak.


środa, 22 lipca 2015

Lagery polskie i ościenne

25/06/2015

99. Das Naturtrübe (Schwaben Bräu) 5%
100. Świeże Niepasteryzowane (Browar Kormoran) 6,2%
101. Plon Niebieski (Browar Kormoran) 6,2%
102. Kazimierskie Pasteryzowane (Browar Jagiełło) 5,1%
103. Švyturys Ekstra (Švyturys) 5,2%

Po tych wszystkich ciężkich stoutach, ale’ach i innych wynalazkach, zapragnęliśmy lekkiego, swojskiego orzeźwienia. Tym bardziej, że pogoda za oknem nastraja do delektowania się chłodnym, lekkim, orzeźwiającym piwem. (Dla potomności dorzucę tylko, że mamy piękną, wczesnowiosenną pogodę za oknem – jest zimno i mokro, ale są perspektywy na jakieś lato. Kiedyś na pewno.) Dlatego wybór nasz padł dzisiaj na lagery. W szranki stanęły trzy wyroby polskich browarów, jeden Niemiec i jeden Litwin. Test piany bez mrugnięcia okiem wygrało Das Naturtrübe z niemieckiego Schwaben Bräu, jednak niedaleko za nim dreptał kormoranowy Plon Niebieski. I jedno i drugie nalewać trzeba było w kilku podejściach. Świeże, Kazimierskie i Švyturys nalały się bez problemów, a to co utworzyło się na Świeżym trudno nawet pianą nazwać. Średnio więc Kormoran prezentuje bardzo przyzwoitą pianę.

Po wyczynach Das Helle, pochodzącego z tego samego browaru, Das Naturtrübe występuje tu w roli faworyta. Jak wspomniałem, pokryło się piękną, gęstą pianą, a na dodatek naturalna, słomkowa barwa i wyraźna mętność (niefiltrowane) obiecują wiele. W aromacie da się wyczuć drożdże, a właściwie świeże ciasto drożdżowe, jakby świeżo wypieczone ciasto na pizzę. W tle da się wyczuć bardzo delikatne cytrusowe, ciepłe (słodkie pomarańcze, kumkwaty) akcenty chmielu. W smaku jest dość przyjemnie słodowo, choć bez fajerwerków, po chwili do akcji wkracza – bardzo delikatnie, bardzo subtelnie – chmiel. I to tak, jak Pan Bóg przykazał – najpierw muska podniebienie swoim aromatem, a dopiero po chwili pojawia się goryczka. I to jest rzeczywiście goryczka, nie gorycz. Przyjemne piwo, choć nieco rozczarowuje. Być może oczekiwania były zbyt wysokie? Sprawdźmy konkurencję, porównajmy.

Świeże z Kormorana znalazło się w tej stawce głównie dlatego, że jest niepasteryzowane, więc boimy się by zbyt długie przechowywanie nie wpłynęło negatywnie na jego jakość. Kupione wczoraj, termin ważności ma do początku lipca, a więc już niedługo. Czyżby tak długo leżało w sklepie? Aromat Świeżego jest najpierw lekko kwiatowy, po chwili robi się miodowy. Po kolejnej chwili nie tam już nic. Jakby wąchać wodę. Świeżą wodę. W smaku jest bardziej wyraziste, bardziej wysycone, pełniejsze od poprzednika. Wyraźnie czuć tu słód, lekkie akcenty miodowe, może ananasowe (ananas z puszki), po czym leciutką, bardzo delikatną warstwę chmielu. Pozytywne zaskoczenie, bo szczerze mówiąc, niewiele spodziewałem się po Kormoranie.

Plon Niebieski ma ciemną, bursztynową barwę, co sugeruje, że – wbrew temu, co wyczytać można na etykiecie – różni się od Świeżego nie tylko rodzajem chmielu i pasteryzacją. Słody wykorzystane w jego produkcji też musiały być nieco inne. W aromacie wyraźnie czuć brzoskwinie z puszki, a po chwili galaretkę pomarańczową. Bardzo ciekawy aromat. W smaku słodkie owoce, ciepłe, czerwone owoce. Bardzo dojrzałe, wręcz przejrzałe, a część z nich to susz owocowy. Byłoby to może nawet przyjemne, gdyby nie atak chmielowej goryczy (nie goryczki), który wcale nie równoważy słodyczy, a zwyczajnie z nią walczy. Przekombinowane, słabe.

Kazimierskie nalaliśmy tylko i wyłącznie z reporterskiego obowiązku. Degustowana jakiś czas temu wersja niepasteryzowana nie zachwyciła nas. Z wyglądu jest to piwo jak każdy pospolity lager – jasne, klarowne, umiarkowana piana. W zapachu nie dzieje się tutaj nic szczególnego, godnego odnotowania. Poza zapachem kartonu, nad którym wisi trochę delikatnego chmielu. Po paru chwilach w aromacie Kazimierskiego uwydatnia się zapach zatęchłych szczyn (tak, tak, nie mocz czy uryna) w bramie starej kamienicy. I pomyśleć, że ja za chwilę mam to wziąć do ust i spróbować. Okazuje się, że jednak warto było – słodycz Kazimierskiego przypomina smak wywaru z suszonych owoców, głównie gruszek i jabłek. Chmiel jest daleko w tle i co najwyżej uzupełnia wrażenie całości. Za aromat dyskwalifikacja, ale duży plus za smak. Źrenica mojego oka twierdzi jednak, że niczego takiego nie wyczuwa w smaku i jej Kazimierskie zupełnie nie pasuje. No, mnie pasuje podwójnie w takim razie – sam dokończę zawartość szklanki.

Švyturys skusiło nas zapewnieniem na etykiecie, że jest to piwo Premium, że zastosowano w jego produkcji „selected ingredients”, że na etykiecie widnieje podpis głównego piwowara, oraz że ładnie się prezentuje butelka. Aha, no i jakieś tam medale. Od razu wiadomo, że będzie pyszne. Aromat to przede wszystkim kredki woskowe. Plus podgniłe arbuzy. W smaku kompot ze świeżych węgierek. Plus zwyczajowa w takich sytuacjach warstwa chmielowej goryczki, wycofana jednak wyraźnie i przyzwoicie skomponowana z całą resztą akcentów smakowych. W sumie, niewiele się tutaj dzieje. I na plus, i na minus.

Oceniamy, rankingujemy. Bo przecież porządek musi być. Po zebraniu opinii zebranych (albo, jak mi podpowiadają styliści językowi, po sparowaniu opinii), okazuje się, że nie ma jednomyślności, oj nie ma. Moje druga połowa twierdzi, że najlepsze jest Das Naturtrübe. Na drugim miejscu w jej rankingu znalazło się Świeże. Na trzecim litewskie Švyturys, na czwartym Kazimierskie, a stawkę zamyka Plon Niebieski. I tutaj, na samym końcu jesteśmy jednogłośni. Lepiej późno niż wcale, jak wiadomo. U mnie w dwóch miejscach piwka się pozamieniały miejscami w stosunku do źrenicowej opinii. Moim zdaniem, wygrywa Świeże, na drugim miejscu jest Das Naturtrübe. Kolejne dwa miejsca też się przestawiły – u mnie trzecie miejsce zajmuje Kazimierskie, a czwarte Švyturys. Na końcu jest Plon Niebieski, którego resztka trafia nieodwołalnie do zlewu.




Pszeniczne raz jeszcze

14/06/2015 

86. Krušovice Pšeničné (Krušovice ) 4,6%
87. Pszeniczne Weizen (Browar Witnica) 5%
88. Primátor Weizenbier (Primátor) 4,8%
89. Sanrajza American Amber Wheat (Pinta) 5%
90. Schöfferhofer Hefeweizen 5%

Kolejny zestaw piw pszenicznych (wiem, wiem, nie wszystkie z tej samej bajki). I na dodatek takie trochę starcie tytanów. Są wśród nich te, które od dawna znamy i lubimy. No i ciekawe jak poradzą sobie w zaprezentowanym towarzystwie. Bo to zawsze ciekawe – czy to, co lubimy jest naprawdę dobre, czy jest dobre, bo to lubimy. Czy jakoś tak. Aha, na koniec ujawnię które to te ulubione. No i jest tu jeden chłopiec do bicia. Zdecydowanie. Ale tego chyba dość łatwo odgadnąć.

Test piany absolutnie wygrywa Schöfferhofer. Nalanie szklanki zabiera jakieś dwa popołudnia. Podobnie wredne, choć nie aż tak bardzo, są Primator i Krušovice. Pinta udaje, że wie co to piana, ale spokojnie nalewa się za jednym podejściem. Witnica nie udaje, że wie. Nie wie nawet, że powinna wiedzieć.

Krušovice Pšeničné grzecznie pachnie drożdżami, cytrusami, owocami, słodem. Smakuje również nienagannie – mnóstwo zboża, lekka kwasowość, delikatne cytrusy. Tak, jak powinno smakować piwo pszeniczne.

Pszeniczne z Witnicy śmierdzi. Po prostu, zwyczajnie śmierdzi. Jakimś bagnem, kanalizacją może nawet, a już na pewno takim zabrudzonym paskudnym potoczkiem. Ot, Pełcznica na wysokości Książańskiego Parku Krajobrazowego – wypisz, wymaluj. Smakuje jakby rzeczywiście do butelki nabrano wody z tejże Pełcznicy tamże. I pozwolono jej skwaśnieć. Cholera, do zlewu.

Primator ma nieco mniej intensywny zapach niż Krušovice, ale tam też                              

Schöfferhofer pachnie gumą Turbo. No i drożdżami, cytrusami, i tak dalej. I natką pietruszki. Bardzo ładnie pachnie. W smaku trochę chyba za mało ciała, nieco rozczarowuje wodnistością. Takie raczej piwo na upały. Jest jednak wzorcowo słodkie (brzoskwinia?), zbożowe, drożdżowe. Troszkę ziołowe.

Sanrajza wyróżnia się spośród pozostałych intensywnymi akcentami chmielu, nutkami cytrusowymi prosto z chmielu. Dominują nad wszystkim. A jak już troszkę wywietrzeją, pojawia się klasyczny aromat – bardzo zmęczonej ścierki do podłogi. Ni mniej, ni więcej. No dobrze, więcej – ścierki, którą wycierano rozlaną wodę z ogórków kiszonych. W smaku jest… słabo. Obrzydliwie niespójne, chaotyczne akcenty chmielowe wojują na całego z tym wszystkim co skutecznie udaje im się przykryć. Gdzieś tam jest ta pszenica, są cytrusy, są owoce. Ale dostają tęgie baty, krwawią obficie na tym polu bitwy, padają jak muchy. Nad wszystkim unosi się gorzkie, cytrusowe – jakby rzuć skórki pomarańczy i grapefruitów – buczenie roju chmielowych, wszechobecnych owadów, powodujących uczucie osaczenia, świadomość nieuchronnej zguby przez zażądlenie. Paskudne. Plus mało przyjemne akcenty ogórków małosolnych.

Oceniamy, ustawiamy, rankingujemy. Moim zdaniem, konkurencję wygrywa Krušovice Pšeničné. Bezapelacyjnie. Na drugim miejscu plasuje się Schöfferhofer. Na trzecim Primator. Miejsce czwarte – Sanrajza z Pinty. Pszeniczne z Witnicy jest poza jakąkolwiek konkurencją. Trzeba mieć tupet, by to coś nazwać piwem. Po konsultacji ze szczęściem żywota mego, okazuje się, że werdykt jest jednogłośny. I niech tak zostanie.

Na wszelki wypadek wyjaśnię które było starym ulubieńcem, które chłopcem do bicia, itp. Od dawna kocham się w pszenicznym z Krušovic i w Schöfferhoferze. Chłopcem do bicia była Witnica. Sanrajzy ani pszenicznego z Primatora nigdy wcześniej nie piłem.



Lagery zwierzęce

12/06/2015

83. Magaryčių Alus 5,8%
84. Kormoran Jasny, mocno chmielony (Browar Kormoran) 4,9%
85. Biały Zając (Pałacyk Łąkomin) 5,4%

Przyszło wreszcie lato, przyszły upały, przyszedł czas na lagery. Dzisiaj w zestawieniu litewski Magaryčių Alus, Kormoran Jasny i przywieziony z Łąkomina Biały Zając. Litewskie piwo nie wyposażono w pianę. Zupełnie. Nalało się do szklanki prawie jak woda. Kormoran pokrył się grzeczną, kilkucentymetrową pianą, natomiast Biały Zając zachowywał się podczas nalewania, jak przystało na dobre piwo lane z patyka – pienił się niewiarygodnie.

Zaczynamy od Magaryčių. Ma bardzo przyjemny, delikatny aromat – kawa z mlekiem. W smaku bardzo łagodne, bardzo sympatyczne. Aromaty kawy, kakao. A właściwie to chyba kawa inka. Jakby część słodu użytego do produkcji była nieco intensywniej przypalona, ale zdecydowanie nie tak mocno, jak w przypadku stoutów. No i słodycz słodu. Bardzo przyjemna rzecz. Szkoda, że tak mocna – piwa o zawartości 5,8% dużo nie wypiję.

Kormoran, zgodnie z ostrzeżeniem na etykiecie, wyraźnie pachnie chmielem. A więc akcenty cytrusowe. Jednak nie jest to jakieś szaleństwo, a przez chmiel bez trudu przebijają się nutki zbożowe.  W smaku przyjemnie, lekko, orzeźwiająco. Chmiel jest łagodny, nie dominuje słodkich akcentów owocowo-zbożowych. Czyżby wreszcie przyzwoite piwo z Kormorana? Swoją drogą, ciekawe dlaczego piwo określone jako „mocno chmielone” wcale nie jest jakoś specjalnie bardziej agresywne niż chociażby smakowany wczoraj Kłos Wielozbożowy.

Na koniec sięgamy po pamiątkę z Łąkomina. W dwóch poprzednich degustacjach ich wyroby wymiotły konkurencję, więc oczekiwania są spore. Aromatu za bardzo nie ma. Jest tam jakieś echo intrygującej słodyczy, ale jest tak słabe, tak subtelne, że nie potrafię jej nazwać. Smak znowu – ja w poprzednich przypadkach – pełny, wyrazisty. Przede wszystkim słodycz zbożowa, ale też jakieś owoce – biała morwa i czarny bez. Delikatna goryczka grzecznie uzupełnia ten bukiet. Jest bardzo przyjemnie.

Ustalenie rankingu dzisiaj będzie trudnym zadaniem – wszystkie trzy piwka zachowują się nienagannie zarówno w aromacie, jak i na podniebieniu. Poczekamy do samego dna wszystkich szklanek, może coś się wyklaruje.

I owszem, wyklarowało się. Im bliżej dna szklanek, tym bardziej natarczywy był chmiel Kormorana. Z drugiej strony, kawowa słodycz Magaryčių na dłuższą metę nie jest znowu aż tak przyjemna. Solidna słodowość Białego Zająca natomiast jakoś nie chciała się znudzić. Mój ranking to (1) Biały Zając, (2) Magaryčių Alus, (3) Kormoran Jasny.


Jednakowoż… Źrenica mojego oka, która towarzyszy mi w tych degustacjach, jest innego zdania. I nie da się przekonać. Jej zdaniem kawowa słodycz Magaryčių Alus jest jak najbardziej do przyjęcia, i właśnie temu piwu daje pierwsze miejsce. Na drugim u niej sytuuje się Biały Zając, podczas gdy Kormoran Jasne jednogłośnie bierze medal brązowy.


Piwo z krzyżówki, czyli Ale

10/06/2015

75. Samotny Wilk (Pałacyk Łąkomin) 5,4%
76. Krzyż Południa NZ Pale Ale (Browar Reden) 4,9%
77. London Pride Premium Ale (Fuller’s) 4,7%
78. Ale Krajan English Beer (Browar Krajan) 6%
79. Doctor Brew Summer Ale (Doctor Brew) 4,2%

Dzisiaj do szklanek powędrowały piwka typu ale. Co prawda, nie wszystkie reprezentują dokładnie ten sam rodzaj ale, jednak jakiś wspólny mianownik powinno dać się znaleźć. Punktem odniesienia dla jakości smakowanych piw niech będzie angielskie London Pride – piwo, którego raczej bym nie zamówił w angielskim pubie. Piwo warzone przez browar Fuller’s w londyńskim Chiswick jest tam raczej standardowym piwem lotów nienajwyższych. Ot, taki koncerniak trochę. Podobnie, jak było to w przypadku Bengal Lancer IPA jakiś czas temu, jeśli któryś z polskich wyrobów spadnie poniżej London Pride, to nie ma co sobie nim głowy zawracać. Ciekawostką jest tu Samotny Wilk, przywieziony z długoweekendowego pobytu w Pałacyku Łąkomin, gdzie z powodzeniem pomagał radzić sobie z upałami. Ciekaw jestem jak wytrzyma konfrontację z wyrobami zdecydowanie większych browarów.

Ciekawie wypada test piany. Podczas nalewania tylko Krzyż Południa i Ale Krajan wymaga kilku podejść. Najtrudniej idzie z Krzyżem Południa. Pozostałe nalewają się za jednym razem. Najcieńsza warstwa piany – zaskakująco – tworzy się na powierzchni London Pride. Z drugiej jednak strony, po kilku minutach londyńska piana jest dokładnie taka sama, podczas gdy inne piwka ją niemal całkowicie utraciły. Wszystkie, poza Samotnym Wilkiem, na którym piana ma niezmiennie jakieś 3 centymetry.

Na pierwszy ogień idzie Doctor Brew, który na etykiecie zapewnia mnie, że w moich rękach „właśnie impreza się zaczyna, a w butelce filozoficzny skutek, czy przyczyna? (…)” Grafomańskie twory browarników spod doktorskiego szyldu nie napawają optymistycznie. Jeśli z nich tacy browarnicy, jak poeci, biada nam. Sprawdźmy. Aromat bardzo przyjemny – cytrusy, bardzo wyraźne liczi. W smaku dalej jest cytrusowo, głównie grapefruitowo. Plus czarny bez. Trochę za dużo tu chmielu, miło byłoby, gdyby te chmielowe akcenty były nieco subtelniejsze. Jakieś zioła – tymianek, majeranek, oregano. Jednak oregano. Ciekawe piwo, ale nie wyobrażam sobie wypicia dwóch szklanek. Poczekajmy na drugie wrażenie, po obskoczeniu pozostałych.

Po paru chwilach… Ciągle ciekawe, ciągle przearomatyzowane. Drugiej szklanki nie wypiję, choć do zlewu chyba nie wyleję.

Ale Krajan nie ma za bardzo aromatu. W smaku natomiast jest jakoś nieprzyjemnie, chemicznie  słodko z metalicznym posmakiem. Kończy się to nieprzyjemną goryczą na podniebieniu. Kilka łyków – i ciągle to samo. Żadnych nowych, żadnych przyjemnych wrażeń. Ale nic to, jak mawiał klasyk. Wrócimy tu jeszcze.

Po paru chwilach… Metaliczny posmak chyba sobie poszedł gdzieś na spacer, ale ciągle jest chemicznie słodko, jednowymiarowo, mało przyjemnie. Zlew.

London Pride bardzo subtelnie i delikatnie pachnie chmielem i miodem. W smaku całe mnóstwo miodu, słodu, niewielka goryczka. Wszystko ładnie wyważone, ale smak jest raczej płytki, mało zróżnicowany, mało wyrazisty. Do niego też wrócimy.

Po paru chwilach… W aromacie sam miód, w smaku uwydatnił się trochę słód jęczmienny. Poza tym, żadnych fajerwerków.

Krzyż Południa pachnie bardzo nieprzyjemnie. Przepocone skarpety, farba emulsyjna, niedomyty staruch w kolejce do kasy w Lidlu. Koniecznie muszę to pić? Przełamuję się i łykam. Boże, toż to straszne jest. Mam wrażenie, że wlałem sobie do ust popłuczyny po wiejskim praniu. Kto wie czy nie podkoszulki tego z Lidla. W tanim, obleśnym proszku z czasów PRLu. Wiem, że powinienem spróbować raz jeszcze, w drugiej kolejce, ale chyba mam pierwszego kandydata do zlewu.

Po paru chwilach… Aromat zmienił się w totalny syf. W smaku ciągle kwaśno-gorzkie obrzydlistwo. Zlew.

Samotny Wilk pachnie bardzo delikatnie grapefruitowymi skórkami. W smaku pełny, delikatnie cytrusowy, słodowy. Bardzo dobrze wyważone proporcje między słodem i chmielem. Sama przyjemność smakowania.

Po paru chwilach… I smak i aromat najlepsze w całej stawce. Chętnie znowu odwiedzę Łąkomin przy okazji kolejnej wizyty w moich rodzinnych stronach.

Oceny, rankingi. Wygrywa zdecydowanie i jednogłośnie Samotny Wilk. Na drugim miejscu jest Doctor Brew Summer Ale. Na trzecim London Pride. Na czwartym Ale Krajan, a stawkę zamyka Krzyż Południa. Odległość między miejscem trzecim a czwartym – ogromna.



Stouty - podejście drugie

09/06/2015

71. Belhaven Scottish Stout (Belhaven), 7%
72. Lublin to Dublin (Pinta/o’hara’s) 6,5%
73. Belfast (Manufaktura Piwna) 6,5%
74. Noc Kupały (browar Perun) 6,4%

W lodówce zagnieździło się sporo stoutów, czas najwyższy się ich pozbyć. Tym bardziej, że wreszcie udało się postawić obok siebie Lublin to Dublin, Noc Kupały i Belhaven Scottish Stout. Belfast z Manufaktury Piwnej znalazł się w tym zestawieniu w charakterze chłopca do bicia. Zobaczymy jak sobie poradzi.

Test piany wygrywa bezapelacyjnie Belhaven, który nalewany był za trzema podejściami. Każde z pozostałej trójki wlewało się do szklanki bez oporów, za jednym razem. Zanim udało mi się przelać do szklanki zawartość butelki Belhaven, jakaś przyzwoita warstwa piany zachowała się tylko i wyłącznie na Nocy Kupały. Najsłabiej wypadł tu Lublin to Dublin – tutaj zachowała się tylko cieniutka warstwa.

Na początek atakujemy Noc Kupały. Nie nabijamy się z niezbyt szczęśliwego określenia gatunku piwa – Polish extra foreign stout. Mało przyjemny aromat karmelu i gumy arabskiej. Smak wytrawny, mało ciała, wodnisty. Karmel, gorzka czekolada, guma arabska (również w smaku, nie tylko w aromacie), na koniec mało przyjemna gorycz, cierpkość ściągająca policzki. Nie jest to obiecywana na etykiecie „wyważona goryczka”, to jest cholerna gorycz.

Belfast, określany przez producenta mianem „strong Irish stout!” (tak, tak, z wykrzyknikiem), nie pachnie niczym. No, może mokrymi kartonami trochę. W smaku jest słodki, karmelowy, rodzynkowy. Bardzo jednowymiarowy. Przypomina w smaku dawne piwa ciemne, trochę podpiwek Jędrzej, może kiepskiej jakości colę.

Lublin to Dublin, efekt współpracy irlandzkiego browaru O’hara’s i naszej rodzimej Pinty, z wykorzystaniem polskich płatków owsianych – piwo którego jestem najbardziej ciekaw. Szczególnie, że na szyjce opatrzono je takimi oto wyjaśnieniami – „o’hara’s An Independent Irish Brewery” „Pinta Famous Polish Brewery”. Bezkompromisowa otwartość na twarde fakty, czy grzech pychy? Zobaczymy za chwilę. Zanim do niego dotarłem, piany już na nim prawie nie było. Pachnie mieloną kawą, karmelem i gumą arabską. Ma więcej ciała niż Noc Kupały, to zdecydowanie. W smaku spalony nad ogniskiem (kto tego nie robił?) chleb, gorzkie kakao, niewiele więcej.

Na koniec sięgamy po Belhaven Scottish Stout. Piana zdążyła opaść, jednak ciągle jest jej trochę ponad centymetr. Aromat ma świeży, słodowy, nieskażony żadnymi sztucznymi akcentami, żadnej gumy arabskiej – palona kawa, słód, przyjemnie. W smaku jest pełne, wyważone. Wyraźnie czuć akcenty kawy, gorzkiej czekolady, palonego słodu. Smak bardzo przyjemnie wyważony, wyważony przyjemną, chmielową goryczką.

Oceny, rankingi. Jak zwykle. Mam wrażenie, że po pierwszym spotkaniu z całą czwórką, pierwsze i ostatnie miejsce są dość stanowczo i twardo obsadzone. Drugie i trzecie ciągle są do ustalenia. Jeszcze parę chwil. Popijam dwie pretendentki do drugiego miejsca ponownie. I ponownie. I już wiem.


Na pierwszym miejscu bezapelacyjnie Belhaven Scottish Stout. Na drugim – Noc Kupały. Trzecia tym razem (co za zaskoczenie!) o’hara’s/Pinta. Na końcu – też żadne zaskoczenie – Belfast z Manufaktury Piwnej. 


Kawowo, czyli stouty

31/05/2015

63. Coffee Stout Podróże Kormorana (Browar Kormoran) 4,8%
64. o’hara’s Irish Stout 4,3%
65. Sweet Nygus (Browar Soli Piwko) 4,8%
66. Milkołak (Browar Reden) 5%

Dzisiaj cztery stouty – jeden z Irlandii, gdzie powinni wiedzieć jak to się robi, i trzy polskie. Test piany wygrywa o’Hara’s – piwo trzeba nalewać na raty, bo piana nie mieści się w szklance. Jak na stout przystało. Sweet Nygus i Milkołak mają pianę poprawną, podczas gdy to coś na powierzchni Coffee Stouta piany za bardzo nie przypomina.

Milkołak w aromacie ma bodaj tylko karmel. W smaku jest karmelowo, kawowo, czuć palony słód. Jest lekko kwaskowato. Wali tanią, syntetyczną kawą, jak w czekoladzie kawowej z Biedronki. Osoba bardziej zorientowana w temacie z dezaprobatą podrzuca skojarzenie z kawowym Karmi. Brzmi to słabo (choć osobiście nie wiem co takiego Karmi), ale generalnie nie ma tragedii. A nawet jest nieźle.

Sweet Nygus pachnie przyjemną, świeżo zmieloną kawą. Aromat wyraźnie bardziej subtelny niż w Milkołaku. W smaku wyraźnie czuć kawę, ale także jakąś słodycz – coś jakby galaretka pomarańczowa na Delicjach. Na koniec pojawia się mniej przyjemna gorycz, ale ogólnie znowu nie jest źle. Całość jest dość harmonijna, przyjemna na podniebieniu, przelewa się przezeń z dużą dla niego satysfakcją.

O’Hara’s Irish Stout jest zdecydowanie bardziej wytrawny od poprzedników. Jest tam smak palonego słodu, czekoladowa gorycz, ale przede wszystkim jest woda. Najbardziej wodniste, najmniej treściwe w smaku piwo, jak dotąd. Poczekamy chwilę, damy mu jeszcze szansę. No nie, po kilku chwilach, przy drugim podejściu dalej jest wodniste, bez wyrazu, gorzkie. Słabe.

Coffee Stout aromatem jak najbardziej zasługuje na swoją nazwę. Kawa wszędzie, ale to taka przytęchła, wywietrzała kawa. A na dodatek to jakaś syntetyczna rozpuszczałka, a nie żadna porządna, aromatyczna kawa. W smaku podobnie. Kawa, kawa, ale co to za kawa. Paskudztwo jakieś gorzkie, lekką stęchlizną trącące, jakby kawę sobie skwaśniałym mlekiem zabielić. Nieprzyjemność wysokich lotów.


Jeśli trzeba oceniać, rankingować, to generalnie stouty są do bani. W ogóle, jako gatunek. Palony słód zabija lub w najlepszym wypadku dominuje wszelkie inne akcenty smakowe, więc na dobrą sprawę od samego początku wiadomo czego się spodziewać – i rzadko kiedy zdarza się przyjemne zaskoczenie. Tak więc, najchętniej zachowalibyśmy się jak czasami jury podczas festiwali filmowych – pierwszego miejsca nie przyznano. Ale że nie jesteśmy w żadnym tam Cannes, czy nawet Hollywoodzie, pierwsze miejsce jednak przyznaliśmy. Smakowana dzisiaj czwórka ustawiła się – jednogłośnie – w następującej kolejności: wygrał Sweet Nygus, na drugim miejscu uplasował się Milkołak. Trzecie miejsce – i niech ktoś mi powie jak to się stało! – zajął o’Hara’s Irish Stout, a stawkę zamyka Coffee Stout, które to piwo zdecydowanie odradzamy. Szkoda zdrowia.


Targowisko staroci

26/05/2015

58. Stare Ale Jare (Pinta) 5%
59. Po Godzinach kwiecień 2015 (Browar Amber) 4,8%
60. Schlüssel Original 5%
61. Gatz Altbier 4,8%

Od niedawnej wizyty w Düsseldorfie, stolicy niemieckiego piwa typu altbier, nosiłem się z zamiarem starcia oryginalnych, tamtejszych altów z wyrobami naszych rodzimych browarników. Wreszcie udało się zasiąść do testu altbierów – dwa z Düsseldorfu, dwa kupione na miejscu, w Świdnicy i w Szczawnie-Zdroju. Zobaczmy jak się spiszą.

Test piany wygrały ex aequo Po Godzinach i Schlüssel Original. Piana sztywna, wysoka. Gatz zachował się grzecznie – ani zbyt obficie, ani zbyt skąpo. Na Starym Ale Jarym piany nie uświadczysz, nawet podczas nalewania. Jeśli chodzi o barwę, to Gatz jest najciemniejsze, ale klarowne. Schlüssel jest odcień jaśniejsze, też klarowne. Stare Ale Jare – kolejny odcień jaśniejsze, podczas gdy Po Godzinach jest zupełnie jasne, jak na altbier, a przy tym mętne jak pszeniczne.

Zaczynamy od Gatz Altbier. Pełny, głęboki, szlachetny, świeży, czysty smak – słód, karmel, palone ziarno, nieco bardzo delikatnej goryczki. Bardzo przyjemne. Przynajmniej na pierwszy rzut podniebienia.

Po Godzinach – w aromacie wyraźne drożdże (stąd ta mętność), akcenty cytrynowe, po chwili ujawniają się nutki świeżo wyprawionej skóry plus jakieś kwiaty (pelargonie?). Również w smaku delikatne cytrusy, dopiero po chwili wyłaniają się dość przyjemne słodowe nutki, jakieś orzechy, delikatna goryczka chmielowa. Drożdżowa kwaskowość w pewnym momencie zaczyna się robić nieprzyjemna. Smak jest jakiś rozchwiany, nie jest to najlepsze piwo, jakie w życiu piłem. Bardzo przypomina zwyczajne, kiepskiej jakości ciemne piwo pszeniczne, a nie alt. Sprawdzam etykietę – no nie, wyraźnie tam stoi „altbier”.

Schlüssel Original wyraźnie pachnie karmelem, gumą arabską. W smaku jest dość wytrawne, rześkie. Lekki posmak metaliczny, który jednak ginie przy drugim łyku (być może efekt interakcji smaków z tego i poprzedniego piwa), wyraźna goryczka, gdzieś tam akcenty suszonych owoców, rodzynek.

Stare Ale Jare ma dość intrygujący aromat – oprócz obowiązkowej gumy arabskiej, jakaś trudna do określenia słodycz. Toffi, suszone gruszki? W smaku wychodzi na to, że gruszki. Suszone. Pełno ich. Plus biała morwa. Taka lekko podgniła, mało przyjemna. Na tym wszystkim chmielowa goryczka. Mniej niż się spodziewałem, ale za dużo i zdecydowanie niezgrana z resztą bukietu. Gryzie się to wszystko nieprzyjemnie, zagłusza słód, który desperacko próbuje walczyć o należne sobie miejsce na podniebieniu. Trudno nie odnieść wrażenia, że twórcy tego piwa cierpią na przerost ambicji nad umiejętnościami. Wykombinowali sobie zestaw słodów, chmielów, sposobu fermentacji tak sprytnie, żeby pobić tych, którzy altbiery robią od pokoleń. I wyszedł ni pies, ni wydra. Myślę, że gdybym zabrał się za komponowanie – wszak po dogłębnym przesłuchaniu całej dyskografii Pink Floyd – to efekt byłby podobnie żałosny.

Czas na oceny. Pierwsze miejsce jednogłośnie zajmuje Gatz Altbier. Tuż za nim, wcale nie tak daleko, Schlüssel Original. Jednak tu pojawia się rozbieżność opinii. Są tacy, którzy twierdzą, że drugie miejsce zajmuje Po Godzinach. Tę rozbieżność opinii odnotowujemy z całym należnym w Dniu Matki szacunkiem. U mnie na trzecim miejscu jest Po Godzinach. Na końcu jednogłośnie – Stare Ale Jare.




wtorek, 21 lipca 2015

Pierwsze spotkanie z Pintą i inne lagery

29.04.2015

11. Belhaven Craft Pilsner 4,8% 
12. Pierwsza Pomoc (jasny lager, Pinta) 4,1% 
13. Trybunał Export 5,0% 
14. Rycerz (piwo jasne pełne, Browar Gościszewo) 5,7% 

Poza Pintą, której bardzo chciałem spróbować jak najszybciej, pozostałe piwa znalazły się w tym gronie przypadkiem – po prostu przeszukałem zapasy, zajrzałem do lodówki – i wyciągnąłem parę lagerów, co do których mogłem mieć podejrzenie, że stawią Pincie czoła godnie.
Podczas nalewania, Pinta i Trybunał trzymają piękną, gęstą pianę. Belhaven też całkiem nieźle sobie radzi z tą kwestią, choć pieni się nie aż tak obficie. Rycerz nalewa się bezproblemowo – piany jest niewiele, po dwóch minutach już jej prawie nie ma.
Pinta poszła na pierwszy ogień. Po wszystkich zachwytach, jakie na jej temat słyszałem, nie mogło być inaczej. Zapach OK, pachnie piwem. Piana trzyma się sztywno, mimo iż dobrych parę minut minęło od nalania szklanki. W smaku wyraźnie da się wyczuć kilka różnych rodzajów chmielu – goryczka ma wiele warstw, ewoluuje na podniebieniu. Obawiam się jednak, że chmielowa goryczka trochę za bardzo przykrywa ewentualne inne akcenty smakowe – trudno tu dokopać się do akcentów słodowych.
Trybunał Export słabiej spisuje się w kwestii aromatu, jakieś takie kwitnące rzepaki, wiosenne kwiaty, natomiast w smaku jest wyraźnie bardziej złożony. Co z tego jednak, jeśli akcenty smakowe poukładane są tu dość chaotycznie, wydaje się wręcz, że walczą ze sobą. Chmielu jest tu mniej, jest innego rodzaju, jest mniej wyrazisty, ale pozwala wyjść na wierzch innym nutkom. Tu da się wyczuć słód, owocową słodycz – brzoskwinie, morele – która jednak dość szybko ginie w raczej chemicznej goryczy syropu na kaszel.
Belhaven – ciągle pod przyzwoitej grubości pianką – wymiata bezlitośnie dwa poprzednie wynalazki. Zbożowo-słodowa słodycz w towarzystwie delikatnych akcentów pieczonych jabłek, po czym pojawia się mgiełka cudownego, delikatnego chmielu.
Rycerz z browaru w Gościszewie – pod milimetrową warstwą piany – broni się dzielnie, jak na dzielnego rycerza przystało. Bardzo spokojny, zbożowy, stonowany, niezbyt ciężki, zaskakująco pijalny, echo miodu. Bardzo zacne piwko.

Spróbowaliśmy (tak, tak, jest nas liczba mnoga!) pokusić się o ranking tych czterech. Po wspólnym wysuszeniu czterech szklanek nie ma wątpliwości co do pierwszego miejsca – Belhaven Craft Pilsner nie brał jeńców. Jest Belhaven, potem długo, długo nic, a potem… Bez kolejnych wątpliwości – Rycerz z browaru Gościszewo. Miejsca trzecie i czwarte są najtrudniejsze. Jedno z nas twierdzi, że na trzecim miejscu jest Trybunał, drugie – że Pinta. Podpisaliśmy protokół rozbieżności.


Pszeniczna trójka

23.04.2015

5. Viva Hel (pszeniczne, browar Gościszewo) 4,8% 
6. Benediktiner Weissbier 5,4% 
7. Krombacher Weizen 5,3% 

Kiedy wyciągałem z lodówki trzy pszeniczne piwa, miałem wrażenie, że zestawiając Viva Hel z browaru Gościszewo z Benediktiner Weissbier i Krombacher Weizen, skazuję polskie piwo na sromotną klęskę. Co więcej, kiedy nalewałem każde z trzech do szklanek, najłatwiej poszło właśnie z Viva Hel – piany było tyle, co kot napłakał, więc można było zawartość całej butelki przelać za jednym razem. Widać to również na zdjęciu. Krombacher ciągle jeszcze nie było nalane w całości, pieniło się najbardziej.

Tymczasem okazuje się, że Viva Hel spokojnie daje sobie radę na podniebieniu. Właściwie wszystkie trzy piwa nie odbiegają jakoś zbytnio od siebie jeśli chodzi o radość smakowania – solidne piwa pszeniczne z akcentami cytrusowymi, drożdżowymi, owocowymi. Nieco kwaskowate, jak to piwa pszeniczne. Smakowo wygrywa Benediktiner, jednak już na drugim miejscu jest Viva Hel, a stawkę zamyka Krombacher, które jest zdecydowanie najbardziej płaskie, najmniej wyraziste. Ot, takie zaskoczenie.