Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pałacyk Łąkomin. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pałacyk Łąkomin. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 26 marca 2017

Portery sztośne i inne - wszystkie bałtyckie


620. Porter Bałtycki (Browar Staropolski) 10,2%
621. Baltic Abyss (Browar Solipiwko) 10,3%
622. Bałtyk Adriatico (Pinta/Amarcord) 9%
623. Dziki Dzik (Pałacyk Łąkomin) 9,1%

Dawno nas nie było. Trudy życia codziennego, coraz bardziej wymagająca latorośl, nowe obowiązki zawodowe – wszystko to spowodowało niezły zastój na Piwkowie. Ale to nie znaczy, że nie degustujemy, za przeproszeniem. Bynajmniej. Wręcz chlejemy, bywa że na umór, ale nie ma kiedy o tym pisać. A właściwie to nawet i pisać jest kiedy, ale jak już człowiek siądzie do komputera, to po fejsie woli się bezmyślnie poszlajać niż jakieś wpisy wrzucać, zdjęcia obrabiać, ludziom gitarę zawracać. Tak więc, kilka wpisów leży sobie i czeka na lepsze czasy. Może już niedługo, kto wie?

Przy okazji perspektywy zmiany lokum, blady strach padł na nas w kontekście zawartości piwnicy, którą trzeba będzie niedługo znowu przenosić. A jako że lenie z nas pierwszej wody, postanowiliśmy pozostawić jak najmniej do przeniesienia. Co prawda, rowerów wypić się nie da, ale już jakieś piwacha – owszem, całkiem, całkiem, nie bez przyjemności. Zresztą, co do tej przyjemności, to się jeszcze okaże. Już nie raz się okazywało, że niekoniecznie.

Wykopaliśmy wczoraj z piwnicznych czeluści cztery portery bałtyckie, w tym dwa takie, co do których oczekiwania mamy niemałe, co tu dużo kryć. Jest wśród nich Bałtyk Adriatico, porter bałtycki uwarzony przez Browar Pinta w kooperacji z włoskim Birra Amarcord. Zgodnie z opisem na etykiecie (swoją drogą, już mniejszymi literami naprawdę się nie dało? Staruszkowie to czytają, do diaska!), piwo uwarzono i odleżakowano nad Adriatykiem. Czyli zakładamy, że gdzieś za granicą. Chyba że Antoni przyszalał ze swoją armijką i dwoma pomocnikami tak, że ani zauważyliśmy, a kraj nasz od morza do morza się rozciągnął. Nigdy nie da się tego wykluczyć. Tymczasem, niezależnie od położenia i zasięgu ojczyzny naszej, do przygotowania tego piwa wykorzystano – znowu za etykietą – czarny ryż i cukier trzcinowy. Poza wodą, słodami, chmielem i drożdżami, naturalnie. Ciekawi jesteśmy bardzo. Czy wreszcie uda się nam pochwalić wyrób Pinty? Cały naród zamarł w oczekiwaniu.

Drugim piwkiem znanym z doniesień internetowych jest Baltic Abyss z Browaru Solipiwko – porter bałtycki leżakowany w beczkach po whisky. Tutaj aż tak bym się nie rozpędzał, podobno te beczki przywieziono z destylarni Slyrs z Niemiec. A jak wiadomo, już od zamierzchłych czasów naród niemiecki słynie z produkcji najwyższej jakości whisky. Zresztą, niczego nie trzeba tłumaczyć komuś, kto Slyrs próbował. To trochę tak, jak z tą słynną przeszkodą na Wielkiej Pardubickiej – konie jej nie ćwiczą, bo drugi raz już nie podejmą próby. Koń głupi nie jest, człowiek niech bierze przykład. Poza przypadkami klinicznymi, Slyrs dwa razy nie nalewa się sobie do kieliszka. Miejmy jednak nadzieję, że niezależnie od wszystkiego, te beczki coś dobrego zrobiły solipiwkowemu porterowi. Tyl eise o nim trąbi dookoła…

Pozostały dwa bardzo niepozorne portery, niejako z góry skazane na przegraną ze wspomnianymi tuzami (żeby nie powiedzieć „sztosami”). Porter Bałtycki z Browaru Staropolskiego co prawda chwali się na krawatce jakimiś nagrodami, etykieta twierdzi, że leżakował 180 dni zanim został zabutelkowany, więc nie porzucajmy nadziei. Z drugiej strony, Dziki Dzik uwarzony został w Pałacyku Łąkomin, niewielkim browarze rzemieślniczym gdzieś w środku zachodniopomorskich lasów. Piwa z Łąkomina już parę razy się u nas pojawiały, i jakoś zawsze rozwalały konkurencję w proch i pył – jeśli mnie pamięć nie myli. Tutaj jednak Dzikowi przyjdzie stawić czoła naprawdę zacnej konkurencji. A że dawno w Łąkominie nie byliśmy, nie wiemy jak z aktualną kondycją tamtejszego piwowara. Szkoda by było, gdyby się zepsuł.

Lejemy. W kwestii piany najbardziej wstydliwie zachowały się Bałtyk Adriatico i Baltic Abyss, na których piana błyskawicznie zredukowała się cienkiej, poszarpanej, mało apetycznej warstwy. Dziki Dzik i Staropolski pokryły się w miarę obfitą, trwałą pianą. Piana oczywiście wszędzie jest barwy kremowej, wpadającej z brąz. Podobnie samo piwo – we wszystkich czterech szklankach znajduje się napój o bardzo głębokiej brązowej barwie, niemal czarnej, nieprzejrzystej. Wąchamy i pijemy. I niech nas jutro z rana głowy nie bolą. Przy zawartości alkoholu w każdym  czterech przypadków w okolicach 9-10%, może być ciężko.

Porter Bałtycki z Browaru Staropolskiego (22 Blg, pasteryzowane, filtrowane, leżakowane 180 dni) – w aromacie na pierwszym planie guma arabska, herbatniki maślane, karmel, mnóstwo karmelu, podła kawa rozpuszczałka, alkohol, coś zgniłego. Aromat mało ciekawy, pogubiony, brudny, słaby.
Smak natomiast jest zaskakująco niezły, wziąwszy pod uwagę oczekiwania po aromacie. Jest tu sporo kawy, cukierków kopiko, karmelu. Jest słodko, bardzo słodko. Cukierki raczki zalane alkoholem. Trochę chmielu, więc lekka goryczka stopuje atak słodyczy. Na koniec, japońska herbata ryżowa. Smak broni się, mimo pojawienia się akcentów alkoholowych. Zaskakująco nieźle się broni, choć po drugą butelkę nie sięgnę.
Kategoria: JAKOŚ JE ZMĘCZĘ

Baltic Abyss Imperial Baltic Porter (24,5 Blg, pasteryzowane, niefiltrowane, leżakowane w beczkach po whisky) – w aromacie najpierw alkohol i sucha karma dla psów, a dopiero na drugim planie czarna kawa, trochę dębiny, klej do plastikowych modeli samolotów. Pachnie paskudnie, do niczego nie zachęca. Niczego, poza wylaniem do zlewu. No, pachnie to też – gdzieś na trzecim planie – jakąś tanią berbleuchą whisky-podobną. Slyrs, powiadacie? Boże drogi, ktoś to naprawdę pije? Paskudne, aż się cieszę, że nie pamiętam ile za to coś zapłaciłem.
Smak jest pełny, gładki, zaskakująco miły podniebieniu. Przynajmniej w pierwszym zetknięciu z tymże. Jest tam sporo gorzkiej kawy, jest karmel, odrobina wanilii, jest lekka kontrująca goryczka, odrobina dębowych tanin, prażone orzechy włoskie, delikatny akcent whisky – ledwo sugestia. Wiśnie w czekoladzie, nalewka ziołowa. Całość niezgrana, chaotyczna, nieprzyjemna. Ziołowość zaczyna zalegać i przeszkadzać już przy drugim łyku.
Kategoria: DO ZLEWU

Bałtyk Adriatico (etykieta milczy na temat zawartości ekstraktu, filtracji i pasteryzacji, w sieci podają, że 22 Blg) – w aromacie pojawia się zwietrzała coca-cola, guma arabska, lubczyk, trochę ziołowej zgnilizny, powiew znad zastałego, błotnistego stawu, nawet nutka tataraku się pojawia dla większego realizmu doznania. Kawa gdzieś daleko w tle. Ogólnie – słabo.
Smak… Smak jest klasycznym przykładem jak można spieprzyć piwo. I żadne międzynarodowe kooperacje tu nie pomogą, ani tym bardziej eleganckie buteleczki. Chamska słodycz w połączeniu z brutalną goryczą. Toporne to, jakby siekierą ciosane, żadnej finezji, żadnej złożoności, żadnego polotu. Kawa, karmel, cukrowe lizaki. Obrzydlistwo.
Kategoria: DO ZLEWU

Dziki Dzik Porter Bałtycki (21 Blg, niefiltrowane) – aromat jest ciepły, zbożowy. W nim odrobina coca-coli, wreszcie jest obiecywana w porterach kawa, toffi, czekolada mleczna, trochę wanilii. Jest przyjemnie i harmonijnie. Po raz pierwszy dzisiaj.
Smak jest pełny, przyjemny i delikatny. Wreszcie piwo, po którego drugi łyk człowiek sięga bez zadawania sobie gwałtu. Kukułki (cukierki), delikatna kawa, przełamana mlecznym akcentem, gdzieś pod spodem ciągle da się wyczuć nieco palona zbożowość, jest fajnie. Delikatna, ziołowa w charakterze goryczka, żadnych udziwnień, żadnych przegięć. Przyzwoite piwo, które sączy się z przyjemnością.
Kategoria: JESZCZE RAZ TO SAMO

Takiego wyniku tego zestawienia nie spodziewaliśmy się. Zastanawialiśmy się czy jest sens zestawiać piwo z Browaru Staropolskiego i z Pałacyku Łąkomin z – było, nie było – potęgami polskiej sceny piwowarskiej, a tu taka niespodzianka! I nie przesadzamy, zarówno Baltic Abyss, jak i Bałtyk Adriatico wylądowały w zlewie. I tyle w temacie „sztosów”. Ktoś coś mówił, że muszą być drogie? Ja ich za darmo nie chcę, dziękuję bardzo.

Dzisiejszy ranking jest jednogłośny i ułożył się niejako automatycznie, w trakcie próbowania poszczególnych piw i przypisywania ich do naszych kategorii. Wygląda on dziś następująco:

1. Dziki Dzik
2. Staropolski Porter Bałtycki
3. Baltic Abyss
4. Bałtyk Adriatico

Aż drżę na myśl, że w piwnicy ciągle leży eisbock z Pinty. Trzeba będzie się z nim zmierzyć.



sobota, 7 stycznia 2017

Polsko-niemieckie koziołkowanie



610. Lübzer Bock (Brauerei Lübz) 7%
611. Bock (Raduga, Inne Beczki, Faktoria) 6,9%
612. Koziołek (Pałacyk Łąkomin) 7,8%
613. Oettinger Bock (Oettinger Brauerei) 6,7%

Przejeżdżałem nie tak dawno przez Niemcy, bo mi S3 w kraju popsuli. Po to, by ją ostatecznie naprawić, ale tymczasem polecam jej unikać, szczególnie na odcinku między Zieloną Górą a Legnicą. Tak czy owak, zrobienie dodatkowych stu paru kilometrów przez zaprzyjaźniony kraj zaowocowało wydłużeniem podróży o 7 minut. O komforcie jazdy wspominał nie będę. Wracałem potem już po polskich drogach i ciężko tej decyzji żałowałem. Tak czy owak, jadąc przez piękną ziemię niemiecką, oddałem się w jednym miejscu pasji fotografowania – oni tam specjalnie przy autostradzie postawili takie zdalnie sterowane fotoaparaty. Wystarczy jechać trochę szybciej niż wartość wskazana na znakach drogowych – i sam się uruchamia. Z fleszem! Taka technika. W innym miejscu natomiast postanowiłem zatrzymać się w okolicy jakiegoś centrum handlowego w celu zapakowania sobie bagażnika piwem. Trafiłem dość pechowo na jakiś Kaufland, więc skazany byłem jedynie na ichnie koncerniaki, głównie lagery, parę kellebierów, bocków, kilka weizenów.

A że powiedziało się bock, to w drodze powrotnej wpadłem do dawno nie odwiedzanego Pałacyku Łąkomin (szczerze polecam wizytę, da się znaleźć w guglach), gdzie jakiś czas temu odkryłem zupełnie nieznany, malutki browarek, w którym ktoś naprawdę potrafi robić piwo. No i zgarnąłem co tam mieli w lodówce, w tym właśnie Koziołka. Do stawki dorzuciłem Bocka, będącego efektem współpracy trzech polskich browarów kontraktowych – Radugi, Innych Beczek i Faktorii – i konkurencja gotowa.

Biorąc pod uwagę fakt, że koźlak to koźlak, przez wielu uważany za gatunek nudny i niegodny uwagi, opis aromatu i smaku pewno ograniczał się będzie do kilku nutek, tych samych za każdym razem, a ocena głównie sprowadzi się do tego, jak zgrabnie udało się tych kilka elementów ze sobą połączyć. I tyle. No, w przypadku kooperacyjnego Bocka najpewniej dojdzie jeszcze nutka wędzonki, bo oni tam deklarują an etykiecie, że to koźlak ze słodem wędzonym. I tyle.

Niemieckie piwa tradycyjnie już milczą na etykietach na temat zawartości ekstraktu, poziomie IBU, filtracji, pasteryzacji, itp. Polskie piwa nie mają przed konsumentem tajemnic.

Proszę bardzo, pierwsza sesja piwna tego roku z jednym z najnudniejszych gatunków piwa. Kapsle precz, lejemy. Lübzer spienił się jak coca-cola – piana była burzliwa, a po chwili nie było po niej ani śladu. Podobnie kiepsko zachował się trójbrowarowy Bock, jednak tutaj przynajmniej jakieś śladowe ilości piany utrzymały się nieco dłużej na powierzchni piwa. Jakieś piętnaście sekund dłużej. Koziołek z Łąkomina i Oettinger Bock pokazały klasę, przynajmniej w zakresie piany – była ona gęsta i trwała, redukowała się powoli. Okazało się, że koźlak koźlakowi nierówny jeśli chodzi o barwę. Generalnie, niemieckie koźlaki były wyraźnie jaśniejsze, przy czym najjaśniejszy był Oettinger. Miał barwę tylko o odcień ciemniejszą od standardowego lagera, a na etykiecie nie było ani słowa o tym, że to jakiś helles bock. Wąchamy, próbujemy. Nie samym wzrokiem wszak człowiek się piwem karmi.

Oettinger Bock  – tu w aromacie przede wszystkim skórka chleba, nieco karmelu, odrobina palonego słodu. Przyjemny, zachęcający aromat, choć w głębi czai się tam nieco mniej przyjemny akcent działu farb olejnych jakiejś castoramy.
Smak jest słodki, karmelowy, nieco alkoholowy. Po chwili pojawiają się ziołowe akcenty goryczkowe. Jest też czerstwe pieczywo, lekka paloność. Rozgrzewające. Rewelacji tu nie ma, ale kto się jej koźlaku spodziewał. Poprawne piwo do wychylenia od czasu do czasu.
Kategoria: JESZCZE RAZ TO SAMO

Bock (16,3 Blg, IBU 25, pasteryzowane, niefiltrowane, warzone w PPHU Jamard) – w aromacie przede wszystkim słodki karmel, cukierki raczki, ledwo cień obiecywanej na etykiecie dymności. Po chwili pojawia się ciężki, słodki syrop z ciemnych owoców.
Smak jest pełny, a w nim już wyraźna dymność, wędzonka. Poza tym trochę kawy, słodkich lizaków-kogutków, sporo zboża. Odrobina jeżyn, dzikich malin. Goryczka dobrana w sam raz, skutecznie kontruje słodycz, ale nie wybiega na pierwszy plan. Przyjemne piwo do powolnego sączenia.
Kategoria: JESZCZE RAZ TO SAMO

Koziołek Bock (18 Blg, niefiltrowane) – w aromacie przede wszystkim przypalony karmel, odrobina lukrecji, nieco miodu.
Smak jest bardzo wyraźnie chlebowy, a chleb ten polany jest przerozkosznym, naturalnym miodem. Ponadto dużo zboża, syrop cukrowy, a wreszcie na koniec delikatna goryczkowa kontra. I o takiego koźlaka nasi dziadowie walczyli.
Kategoria: JESZCZE RAZ TO SAMO

Lübzer Bock – ma aromat najmniej intensywny z całej dzisiejszej stawki. Jest tu odrobina coli, nieco prażonego słodu, trochę zboża w ogóle, odrobina skórki chleba. Bady ten aromat, mniej więcej jak piana, która (nie) okryła tego piwa po nalaniu do szklanki.
Smak jest lekki, karmelowy, delikatnie chlebowy, zbożowy. Odrobina kawy rozpuszczalnej. Stosunkowo wysoko – na tle dzisiejszej konkurencji – wysycone, co dodaje mu nieco głębszego wymiaru. Jednak niewiele mu chyba może pomóc, bo generalnie jest słabe, płaskie i nudne.
Kategoria: JAKOŚ JE ZMĘCZĘ

No i tak – z jednej strony baliśmy się, że wystawienie niemieckich, koncernowych bocków przeciw wyrobom polskiego rzemiosła, postawi je z definicji na straconej pozycji. Koncern jakoś nie lubi wygrywać z rzemiosłem. Z drugiej strony, to przecież Niemcy są specjalistami od koźlaków, więc nawet w wersji koncernowej powinni sobie poradzić. Okazało się, że nie doceniliśmy potęgi polskich rzemieślników. Co prawda, miejsce drugie i trzecie nie było tak zupełnie oczywiste – trzeba było tu trochę dłużej posączyć, pomlaskać i oczami poprzewracać, żeby podjąć decyzję – ale już miejsca pierwsze i czwarte przyznane zostały miażdżącą przewagą głosów zebranych. No i nasi górą. Jak na tych czterech skoczniach ostatnio. Z czego się bardzo cieszymy. I jednego i drugiego, znaczy.

Ranking jest dzisiaj jednogłośny i przedstawia się następująco:

1. Koziołek z Łąkomina
2. Bock z trzech browarów
3. Oettinger zza zachodniej granicy
4. Lübzer z Lübz, również za zachodnią granicą

Żadne ze smakowanych dzisiaj piw nie zostało kupione w zaprzyjaźnionym sklepie Po Robocie przy ul. Westerplatte 9 w Świdnicy, ale i tak serdecznie porobotną ekipę pozdrawiamy.


czwartek, 23 lipca 2015

Stouty po raz kolejny

16/07/2015

137. Guinness Original (Guinness) 5%
138. Oberschlesien (Kraftwerk) 5,1%
139. Krajan Irlandzkie Ciemne (Krajan) 6%
140. Old Pigweed (Browar Trzy Korony) 4,6%
141. Leśny Krecik (Pałacyk Łąkomin) 6,1%

Postanowiliśmy wyczyścić nasze zapasy piwne ze stoutowego paskudztwa. Do stawki małych, rzemieślniczych browarów dorzuciliśmy standardowego Guinnessa – niech się wykaże. Pewne wątpliwości mamy co do Krajana Irlandzkiego Ciemnego. Nigdzie nie napisano, że to stout, ale skoro ciemne i irlandzkie, to chyba w tym towarzystwie będzie mu dobrze. Oby i nam było dobrze po konsumpcji. Ciekawostkami są trzy Krafty – Oberschlesien z browaru Kraftwerk (który być może wreszcie wykorzysta okazję by zachwycić), Leśny Krecik z Pałacyku Łąkomin (jak dotąd, wszystkie przywiezione stamtąd piwa gromiły konkurencję; skądinąd pamiętam, że jeszcze na miejscu, w Łąkominie akurat stout nie zachwycał), wreszcie Old Pigweed z Browaru Trzy Korony w Puławach, który przywędrował do mnie dzięki uprzejmości kolegi (dzięki, Czarku) i niezwykłej sprawności Poczty Polskiej.

Na początek nalewanie, pianowanie. Niemal każde piwo nalewało się na dwa razy, poprawnie i grzecznie. Jedynie Kraftwerk nie wie co to jest piana – Oberschlesien można nalewać jak wodę, a i tak piana nie przeleje się. Za to Old Pigweed pieni się jak Grodziskie – nalanie pół litra piwa do szklanki zajmuje dobrych kilka minut i wymaga niemałej cierpliwości.

Zaczynamy od Leśnego Krecika (16 Blg). Aromat ma mało przyjemny – przede wszystkim karmelowy i kakaowy, ale wisi nad tym kakao-karmelem jakaś nieprzyjemna nutka pleśni. Dość szybko jednak się ulatnia. Z czasem jednak aromat poprawia się i ewoluuje w stronę owocowej słodyczy. W smaku lekko wytrawne, z akcentami gorzkiej czekolady, przyjemne, gładkie i łagodne. Gdzieś w tle coca-cola. Jak nie lubię stoutów, tak to mi smakuje, choć więcej niż jednej szklanki bym chyba nie wypił.

Old Pigweed (12,5 Blg, IBU 18) pachnie owocami (gęsty, ciężki syrop z ciemnych winogron), misiami Haribo, a w tle wodą z ogórków. Mimo to, aromat jest przyjemny, zachęcający. Z czasem akcenty wody ogórkowej zaczynają dominować nad tymi przyjemniejszymi, słodkimi, i robi się niefajnie. Po tym intensywnym delektowaniu się aromatem, smak powala już przy pierwszym łyku. Niestety, na niekorzyść. Old Pigweed jest wodniste, kwaskowate, cierpkie. Jest tam goryczka, jest czekolada, są palone akcenty. Na koniec pojawia się szczaw. Cała ta kwaskowatość przeradza się w smak szczawiu. Szkoda, że nie ma mirabelek. Tak czy inaczej, całość jest bardzo nieprzyjemna. Bardzo.

Krajan Irlandzkie Ciemne (14 Blg) delikatnie i przyjemnie pachnie śliwkami z kompotu. Zupełnie nie stoutowo. Z czasem pojawiają się akcenty suszonych śliwek.  Smak z kolei jest mało przyjemny – przede wszystkim słodki cukier, karmel. Bardzo sztucznie. Trochę rodzynek i suszonych śliwek. Jest tak słodko, że pewno już w połowie szklanki może zemdlić.

Oberschlesien (13 Blg) pachnie zbożową kawą z mlekiem. Smak zdominowany jest przez karmel. Taki dość wytrawny, bez słodkich szaleństw. Po pewnym czasie sporo kakao. W sumie nie jest źle, choć może trochę za bardzo wytrawnie, wręcz cierpko. W razie wyższej potrzeby wypiłbym całą szklankę, ale najpewniej wyleję resztę do zlewu.

Guinness Original ma w aromacie standardowy karmel, gorzką czekoladę, placek drożdżowy ze śliwkami. I zalane masą krówkową prażone orzechy włoskie. Smak przyjemny, aksamitny – ani zbyt słodki, ani zbyt wytrawny. Kawa, gorzka czekolada, palony słód. Żadnych fajerwerków, dość płasko, ale też żadnych wyraźnych wad. Trudno się czegoś przyczepić.


Ranking dnia dzisiejszego. U mnie wygrywa Leśny Krecik. Na drugim miejscu plasuje się Guinness. Na trzecim Oberschlesien, na czwartym nie ma nic. Piąte ex aequo Krajan Irlandzkie Ciemne i Old Pigweed. Moja piękniejsza połowa twierdzi, że jej zdaniem wygrywa Leśny Krecik, na drugim miejscu Krajan (no tak, słodkie…), na trzecim Guinness, na czwartym Oberschlesien i na końcu Old Pigweed. W sumie, to poza tym nieszczęsnym Krajanem, który skusił kobietę słodyczą, zgadzamy się w zupełności.


środa, 22 lipca 2015

Lagery zwierzęce

12/06/2015

83. Magaryčių Alus 5,8%
84. Kormoran Jasny, mocno chmielony (Browar Kormoran) 4,9%
85. Biały Zając (Pałacyk Łąkomin) 5,4%

Przyszło wreszcie lato, przyszły upały, przyszedł czas na lagery. Dzisiaj w zestawieniu litewski Magaryčių Alus, Kormoran Jasny i przywieziony z Łąkomina Biały Zając. Litewskie piwo nie wyposażono w pianę. Zupełnie. Nalało się do szklanki prawie jak woda. Kormoran pokrył się grzeczną, kilkucentymetrową pianą, natomiast Biały Zając zachowywał się podczas nalewania, jak przystało na dobre piwo lane z patyka – pienił się niewiarygodnie.

Zaczynamy od Magaryčių. Ma bardzo przyjemny, delikatny aromat – kawa z mlekiem. W smaku bardzo łagodne, bardzo sympatyczne. Aromaty kawy, kakao. A właściwie to chyba kawa inka. Jakby część słodu użytego do produkcji była nieco intensywniej przypalona, ale zdecydowanie nie tak mocno, jak w przypadku stoutów. No i słodycz słodu. Bardzo przyjemna rzecz. Szkoda, że tak mocna – piwa o zawartości 5,8% dużo nie wypiję.

Kormoran, zgodnie z ostrzeżeniem na etykiecie, wyraźnie pachnie chmielem. A więc akcenty cytrusowe. Jednak nie jest to jakieś szaleństwo, a przez chmiel bez trudu przebijają się nutki zbożowe.  W smaku przyjemnie, lekko, orzeźwiająco. Chmiel jest łagodny, nie dominuje słodkich akcentów owocowo-zbożowych. Czyżby wreszcie przyzwoite piwo z Kormorana? Swoją drogą, ciekawe dlaczego piwo określone jako „mocno chmielone” wcale nie jest jakoś specjalnie bardziej agresywne niż chociażby smakowany wczoraj Kłos Wielozbożowy.

Na koniec sięgamy po pamiątkę z Łąkomina. W dwóch poprzednich degustacjach ich wyroby wymiotły konkurencję, więc oczekiwania są spore. Aromatu za bardzo nie ma. Jest tam jakieś echo intrygującej słodyczy, ale jest tak słabe, tak subtelne, że nie potrafię jej nazwać. Smak znowu – ja w poprzednich przypadkach – pełny, wyrazisty. Przede wszystkim słodycz zbożowa, ale też jakieś owoce – biała morwa i czarny bez. Delikatna goryczka grzecznie uzupełnia ten bukiet. Jest bardzo przyjemnie.

Ustalenie rankingu dzisiaj będzie trudnym zadaniem – wszystkie trzy piwka zachowują się nienagannie zarówno w aromacie, jak i na podniebieniu. Poczekamy do samego dna wszystkich szklanek, może coś się wyklaruje.

I owszem, wyklarowało się. Im bliżej dna szklanek, tym bardziej natarczywy był chmiel Kormorana. Z drugiej strony, kawowa słodycz Magaryčių na dłuższą metę nie jest znowu aż tak przyjemna. Solidna słodowość Białego Zająca natomiast jakoś nie chciała się znudzić. Mój ranking to (1) Biały Zając, (2) Magaryčių Alus, (3) Kormoran Jasny.


Jednakowoż… Źrenica mojego oka, która towarzyszy mi w tych degustacjach, jest innego zdania. I nie da się przekonać. Jej zdaniem kawowa słodycz Magaryčių Alus jest jak najbardziej do przyjęcia, i właśnie temu piwu daje pierwsze miejsce. Na drugim u niej sytuuje się Biały Zając, podczas gdy Kormoran Jasne jednogłośnie bierze medal brązowy.


Ale... Polak potrafi!

11/06/2015

80. Orzeł Bielik (Pałacyk Łąkomin) 5,4%
81. Kłos Wielozbożowy (Browar Kormoran) 4,8%
82. Korona Olbrachta (Jan Olbracht Browar Rzemieślniczy) 5,6%

Przyszła kolej na zjawisko stosunkowo nowe, a coraz bardziej powszechne w polskim browarnictwie, mianowicie na piwa jasne górnej fermentacji, czy jak kto woli, polskie ale. Jak dotąd, natknąłem się jedynie na kilka przykładów, spośród których trzem udało się trafić do naszej lodówki mniej więcej w tym samym czasie. A więc do szklanek i na stół.

Korona Olbrachta jest pierwszym w naszym zestawieniu piwem z browaru Jan Olbracht. Browaru, który postanowił wyróżnić się spośród wszystkich innych rysunkami autorstwa Andrzeja Mleczki na swoich etykietach. Ciekaw jestem zawartości. Kłos Wielozbożowy to produkt browaru, który jeszcze nas nie zachwycił (choć też i jakoś bardzo boleśnie chyba nie zniesmaczył), Browaru Kormoran. Orzeł Bielik, natomiast, dzielnie pomagał mi radzić sobie z upałami minionego weekendu w Pałacyku Łąkomin. I to z dużym powodzeniem.

Kłos i Korona nalały się do szklanek bez problemów, natomiast Orzeł Bielik wymagał podzielenia procesu nalewania na kilka etapów. Pienił się smakowicie i obficie (żeby tak poezji trochę dorzucić do tego mojego pisania).

Korona Olbrachta pachnie bardzo przyjemnie – zbożowo, z lekkimi nutkami cytrusowymi, a w tle gdzieś tam majaczą cukierki Werther’s Original. Widać, ze było chmielone, ale nie znalazł się w browarze żaden wariat, co to by IBU chciał podbić, czy wydziwiać z odmianami chmielu. W smaku jest bardzo przyjemne, pełnokrwiste, pełne. Po aromacie można było się spodziewać piwka lekkiego, wodnistego, jednak nie, Korona Olbrachta składa się w 100% ze smaku. Jest to bardzo miły dla podniebienia, delikatny smak słodowy, z nieśmiałymi akcentami owocowymi (dojrzałe w słońcu brzoskwinie) i cytrusowymi.

Kłos Wielozbożowy… Mówiłem coś o wariatach podbijających IBU, rzucających do kadzi chmiel bez umiaru? Ewidentnie pracują w Browarze Kormoran. Aromat Kłosa zdominowany jest przez aromatyczny chmiel – cytrusowo, jak w magazynie grapefruitów. W smaku również cytrusy, potem trochę grapefruitów. Po czym limonki. I gorycz. I po co było robić ten Kłos wielozbożowym, skoro te zboża z trudem przebijają się przez chmiel?

Aromat Orła Bielika przywraca wiarę w browarników. Bardzo delikatny, subtelny aromat zbóż. Jak na wsi w żniwa, tylko się tak nie kurzy. Smak nic nie stracił z łąkomińskich, weekendowych wspomnień – pełny, wyrazisty, zbożowy. Bardzo przyjemny. Chmielowa goryczka, pojawiająca się nieśmiało w tle jest właśnie tym, czy być powinna – goryczką, a nie ściągającą policzki goryczą.


Nie ma co się rozwodzić, trzeba oceniać. Wiem na pewno które piwo znajdzie się na medalowym miejscu trzecim w tym zestawieniu. Natomiast trzeba przyjrzeć się raz jeszcze, rozdelektować w kandydatach do miejsca drugiego. Ten, który przegra, wygra. ;-) Napełniamy usta Bielikiem, zanurzamy usta w Koronie. I już wiemy. Konkurencję o drugie miejsce wygrywa Korona Olbrachta. A więc jednak. Po raz drugi zawody na naszym domowym stoliku miejsce pierwsze zajmuje wyrób z Łąkomina. Orzeł Bielik mistrzem. :-)



Piwo z krzyżówki, czyli Ale

10/06/2015

75. Samotny Wilk (Pałacyk Łąkomin) 5,4%
76. Krzyż Południa NZ Pale Ale (Browar Reden) 4,9%
77. London Pride Premium Ale (Fuller’s) 4,7%
78. Ale Krajan English Beer (Browar Krajan) 6%
79. Doctor Brew Summer Ale (Doctor Brew) 4,2%

Dzisiaj do szklanek powędrowały piwka typu ale. Co prawda, nie wszystkie reprezentują dokładnie ten sam rodzaj ale, jednak jakiś wspólny mianownik powinno dać się znaleźć. Punktem odniesienia dla jakości smakowanych piw niech będzie angielskie London Pride – piwo, którego raczej bym nie zamówił w angielskim pubie. Piwo warzone przez browar Fuller’s w londyńskim Chiswick jest tam raczej standardowym piwem lotów nienajwyższych. Ot, taki koncerniak trochę. Podobnie, jak było to w przypadku Bengal Lancer IPA jakiś czas temu, jeśli któryś z polskich wyrobów spadnie poniżej London Pride, to nie ma co sobie nim głowy zawracać. Ciekawostką jest tu Samotny Wilk, przywieziony z długoweekendowego pobytu w Pałacyku Łąkomin, gdzie z powodzeniem pomagał radzić sobie z upałami. Ciekaw jestem jak wytrzyma konfrontację z wyrobami zdecydowanie większych browarów.

Ciekawie wypada test piany. Podczas nalewania tylko Krzyż Południa i Ale Krajan wymaga kilku podejść. Najtrudniej idzie z Krzyżem Południa. Pozostałe nalewają się za jednym razem. Najcieńsza warstwa piany – zaskakująco – tworzy się na powierzchni London Pride. Z drugiej jednak strony, po kilku minutach londyńska piana jest dokładnie taka sama, podczas gdy inne piwka ją niemal całkowicie utraciły. Wszystkie, poza Samotnym Wilkiem, na którym piana ma niezmiennie jakieś 3 centymetry.

Na pierwszy ogień idzie Doctor Brew, który na etykiecie zapewnia mnie, że w moich rękach „właśnie impreza się zaczyna, a w butelce filozoficzny skutek, czy przyczyna? (…)” Grafomańskie twory browarników spod doktorskiego szyldu nie napawają optymistycznie. Jeśli z nich tacy browarnicy, jak poeci, biada nam. Sprawdźmy. Aromat bardzo przyjemny – cytrusy, bardzo wyraźne liczi. W smaku dalej jest cytrusowo, głównie grapefruitowo. Plus czarny bez. Trochę za dużo tu chmielu, miło byłoby, gdyby te chmielowe akcenty były nieco subtelniejsze. Jakieś zioła – tymianek, majeranek, oregano. Jednak oregano. Ciekawe piwo, ale nie wyobrażam sobie wypicia dwóch szklanek. Poczekajmy na drugie wrażenie, po obskoczeniu pozostałych.

Po paru chwilach… Ciągle ciekawe, ciągle przearomatyzowane. Drugiej szklanki nie wypiję, choć do zlewu chyba nie wyleję.

Ale Krajan nie ma za bardzo aromatu. W smaku natomiast jest jakoś nieprzyjemnie, chemicznie  słodko z metalicznym posmakiem. Kończy się to nieprzyjemną goryczą na podniebieniu. Kilka łyków – i ciągle to samo. Żadnych nowych, żadnych przyjemnych wrażeń. Ale nic to, jak mawiał klasyk. Wrócimy tu jeszcze.

Po paru chwilach… Metaliczny posmak chyba sobie poszedł gdzieś na spacer, ale ciągle jest chemicznie słodko, jednowymiarowo, mało przyjemnie. Zlew.

London Pride bardzo subtelnie i delikatnie pachnie chmielem i miodem. W smaku całe mnóstwo miodu, słodu, niewielka goryczka. Wszystko ładnie wyważone, ale smak jest raczej płytki, mało zróżnicowany, mało wyrazisty. Do niego też wrócimy.

Po paru chwilach… W aromacie sam miód, w smaku uwydatnił się trochę słód jęczmienny. Poza tym, żadnych fajerwerków.

Krzyż Południa pachnie bardzo nieprzyjemnie. Przepocone skarpety, farba emulsyjna, niedomyty staruch w kolejce do kasy w Lidlu. Koniecznie muszę to pić? Przełamuję się i łykam. Boże, toż to straszne jest. Mam wrażenie, że wlałem sobie do ust popłuczyny po wiejskim praniu. Kto wie czy nie podkoszulki tego z Lidla. W tanim, obleśnym proszku z czasów PRLu. Wiem, że powinienem spróbować raz jeszcze, w drugiej kolejce, ale chyba mam pierwszego kandydata do zlewu.

Po paru chwilach… Aromat zmienił się w totalny syf. W smaku ciągle kwaśno-gorzkie obrzydlistwo. Zlew.

Samotny Wilk pachnie bardzo delikatnie grapefruitowymi skórkami. W smaku pełny, delikatnie cytrusowy, słodowy. Bardzo dobrze wyważone proporcje między słodem i chmielem. Sama przyjemność smakowania.

Po paru chwilach… I smak i aromat najlepsze w całej stawce. Chętnie znowu odwiedzę Łąkomin przy okazji kolejnej wizyty w moich rodzinnych stronach.

Oceny, rankingi. Wygrywa zdecydowanie i jednogłośnie Samotny Wilk. Na drugim miejscu jest Doctor Brew Summer Ale. Na trzecim London Pride. Na czwartym Ale Krajan, a stawkę zamyka Krzyż Południa. Odległość między miejscem trzecim a czwartym – ogromna.