Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Browar Fortuna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Browar Fortuna. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 11 października 2016

Jubileuszowo ze szwestką




562. Porter Cieszyński (Browar Zamkowy Cieszyn) 9,8%
563. Porter Jubileuszowy ze Szwestką (Browar Zamkowy Cieszyn) 10,5%
---. Komes Porter Bałtycki (Browar Fortuna) 9%
---. Okocim Mistrzowski Porter (Browar Okocim) 8,9%

Dużo niedobrego powiedziano, a przede wszystkim napisano w ostatnim czasie na temat Porteru Jubileuszowego z Browaru Zamkowego Cieszyn – a to, że drogi, a to, że w Tesco sprzedają go po cenie niższej od hurtowej dla tzw. sklepów specjalistycznych, że to strzał w kolano browaru, a to wreszcie, że to kiepski porter. Szczególnie to ostatnie zwykle włącza mi tryb przymusu spróbowania. Bo jeśli wśród tzw. beergeeków, czy tam hopheadów, mówi się o piwie, że jest słabe, to istnieje wielka szansa, że faktycznie piwo jest dobre. Tym bardziej, jeśli mowa o piwie uwarzonym przez któryś z godnych zaufania browarów – Amber, Kormoran, czy właśnie Browar Zamkowy Cieszyn.

No i stało się, że w ręce wpadł mi Porter Jubileuszowy z Cieszyna. A że w piwnicy stały jeszcze trzy inne portery, nie trzeba było szukać pretekstu, by przelać je do pokali i sprawdzić jak to jest z tym Jubileuszowym. Tym bardziej, że rzeczywiście, cena jest z księżyca (59,99 zł za pół litra plus okolicznościowy pokal). No i nie można było nie zestawić tego wynalazku ze zwykłym porterem właśnie stamtąd, z tego samego browaru, zobaczyć czy rzeczywiście robią nas na szaro, czy rzeczywiście nie warto wydać sporej kasy za przywilej smakowania piwa z limitowanej edycji, z indywidualnie numerowanej butelki (10438 w naszym przypadku), i tak dalej. Jak przypomni mi się casus ubiegłorocznego Porteru Grudniowego od Ciechana, to aż boję się sprawdzać co tam jest w środku.

Dżentelmeni nie rozmawiają o pieniądzach, więc kwestię ceny tego porteru odłóżmy na bok i skupmy się na tym, co za nią otrzymaliśmy. Porter Jubileuszowy z Cieszyna zapakowany jest w elegancką tubę, już na pierwszy rzut oka zbyt wysoką, by miała zawierać tylko półlitrową butelkę. Po otwarciu okazuje się, że wewnątrz, starannie zabezpieczony gąbką, znajduje się również gustowny, okolicznościowy pokal. Sama butelka i etykieta stanowią jedno z bardziej eleganckich opakowań piwa, jakie miałem w ręku. Słowa uznania dla browaru za odpowiedni wybór firmy zajmującej się dizajnem.

Porter Jubileuszowy uwarzony został z okazji 170-lecia Browaru Zamkowego Cieszyn, leżakował 18 miesięcy zanim trafił do butelek. W jego recepturze znalazły się suszone śliwki, a podczas leżakowania wykorzystano wiórki dębowe z beczek po whisky.

 Żeby dopełnić obrazu sytuacji, pozostałe dzisiejsze portery sroce spod ogona nie wypadły. Poza Porterem Cieszyńskim, który ukazał się na rynku rok temu i chyba nie zdążył jeszcze zebrać żadnych znaczących nagród (chyba że się mylę), i Komes i Okocimski Porter Mistrzowski uhonorowane zostały wieloma nagrodami, w tym takimi dość prestiżowymi. Tak więc Porter Jubileuszowy ma dzisiaj poważną konkurencję.

No dobra, nalejmy, bo jestem ciekaw co tu się dzisiaj wydarzy. Komes i Porter z Okocimia już się przelewały nam przez podniebienia, zrobiły niezłe – o ile pamięć nie zawodzi – wrażenie. Choć co do porteru okocimskiego wydaje się, że niekoniecznie wybitne. Porteru Cieszyńskiego (tej podstawowej wersji) nie piliśmy jeszcze nigdy. Czas najwyższy nadrobić tę zaległość, wszak już kilka razy pisaliśmy tu, że Browar Zamkowy Cieszyn jest jednym z niewielu browarów w Polsce, które nie zawodzą, które naprawdę potrafią zrobić dobre piwo.

Piana – jak to na porterach – sporo jej początkowo, ale dość szybko opada i redukuje się do pojedynczej warstwy upakowanych jeden obok drugiego bąbelków. I to na wszystkich czterech. Jedynie Jubileuszowy zostawił jakieś ślady tego opadania na ściankach naczynia. Pierwszy plus dla Jubileuszowego. Wszystkie wydają się wręcz czarne, nieprzejrzyste, choć chyba gwoli ścisłości trzeba by je określić jako ciemnobrązowe. Bardzo ciemno.

Porter Cieszyński (22 Blg, pasteryzowane, niefiltrowane) – w aromacie słodka czarna kawa, trochę palonego słodu, karmel – i niewiele więcej. Aromat jest raczej płaski, mało złożony. Ale nie straszy, nie wali alkoholem, czego można by spodziewać się po sporej zawartości alkoholu. Zobaczymy jak będzie ze smakiem.
Smak pełen ciężkiej słodyczy, lekki akcent żelazisty (który za drugim i trzecim łykiem się ulatnia i nie ma go), paloność. Może trochę za bardzo słodkie, choć niekoniecznie. Przyjemnie rozgrzewa. Na koniec wyraźna lukrecja. Zyskuje przy bliższym poznaniu. Dużo zyskuje – koniecznie trzeba wziąć kilka łyków.
Kategoria: JESZCZE RAZ TO SAMO

Porter Jubileuszowy ze szwestką (23 Blg, pasteryzowane, niefiltrowane) – aromat ma wyraźnie ciekawszy, bardziej złożony – kawa z mlekiem, rum, cukierku kukułki, odrobina kwaskowatości, takiej trochę jak w coca-coli, da się wyczuć tę suszoną śliwkę (szwestka to śląskie określenie śliwki węgierki), do tego sporo lekkich akcentów kwiatowych. Wszystko harmonijnie poukładane, zachęca do zamoczenia dzioba w tej szklance. Kolejny plus dla Jubileuszowego – aromat pierwsza klasa.
Smak jest lekki, gładki, wręcz aksamitny. Niewiarygodny. Jest w nim deklarowana na etykiecie suszona śliwka, jest kawa, cola, wanilia, rodzynki, odrobina akcentów palonych, jest pysznie. Po prostu. Całość poukładana tak harmonijnie, tak złożona, że wierzyć się nie chce. Cudowna harmonia. Absolutnie doskonałe piwo. Gdyby tylko nie to, o czym dżentelmeni nie rozmawiają…
Kategoria: CUD, MIÓD, MALINA

Komes Porter Bałtycki (21 Blg, pasteryzowane, niefiltrowane) – mocna czarna kawa, ziarno kakaowca, stearyna, jak ze świecy, w głębi pewien rodzaj oleistości – wędzone szprotki w oleju. Bardzo sympatyczny aromat, choć wyraźnie inny od pozostałych.
Smak jest gładki, fajny. Są tu delikatne akcenty palonego słodu, jest odrobina słodyczy – ale w sam raz, bez przegięć – są tu prażone orzechy laskowe. Fajna rzecz, naprawdę fajna.
Kategoria: JESZCZE RAZ TO SAMO

Okocim Mistrzowski Porter (22 Blg, IBU 38, pasteryzowane, niefiltrowane) – tu w aromacie mamy lekko smrodliwą wodę z zanieczyszczonego potoku, akcenty kanalizacyjne, trochę kawy z mlekiem, kawy zbożowej, siana. Zdecydowanie najmniej ciekawy aromat dzisiejszego wieczoru.
Smak jest lepszy niż można byłoby oczekiwać po aromacie, choć nie dzieje się tutaj wiele. Jest kawa z mlekiem, słodzona, może odrobinę przesłodzona, odrobina palonego słodu. Problem ze smakiem tego piwa jest taki, że nie ma tutaj akcji. Smakuje jak kawowe draże – od pierwszego do ostatniego momentu działania smaku na podniebienie jest dokładnie to samo, constans. Żadnej akcji, żadnego rozwoju, żadnego zaskoczenia zza winkla. Nic. No i ja się pytam – mistrzowski porter? Mistrzostwo w czym?
Kategoria: DO ZLEWU

Dzisiejszy ranking jest prosty do ustalenia jeśli chodzi o pozycje skrajne. Nie ma najmniejszej wątpliwości które piwo wygrało, a które musi znaleźć się poza podium. Problem jest z miejscem drugim i trzecim – są to portery bardzo dobre, jednak nie jest tak łatwo ustalić który jest lepszy, idą łeb w łeb. Bierzemy więc po kolejnym łyku, i po kolejnym… I już wiemy. Ten na drugim miejscu wygrywa złożonością i harmonią. Ale tylko o włos. Oto dzisiejszy ranking, jednogłośnie:

1. Porter Jubileuszowy ze szwestką
2. Komes Porter Bałtycki
3. Porter Cieszyński
4. Okocim Mistrzowski Porter.

A przy okazji po raz kolejny zapytam retorycznie – co się stało z porterem bałtyckim, który pamiętam z czasów pierwszych eksperymentów z piwem (połowa lat osiemdziesiątych), a który miał jedynie nieco ponad 6 procent alkoholu i był rewelacyjnym piwem? Niech mi nikt nie mówi o przywiązaniu do tradycji i takich tam bzdurach…

EDIT: Piękny cieszyński pokal już po pierwszym spotkaniu ze zmywarką pozbył się części nadruku. W tej chwili na naszym pokalu widnieje napis PORT R. "E" zupełnie się zmyło. Tak gwoli ostrzeżenia.


środa, 31 sierpnia 2016

I znowu APA, APA, APA i APA



542. Amber APA (Browar Amber) 5,2%
543. Zissou APA (Inne Beczki) 5%
544. Sosnowe APA (Browar Miłosław) 4,8%
545. Jasny Grom APA (Browar Perun) 5,6%

Idziemy za ciosem, tych APA trzeba się pozbyć z piwnicy. Najchętniej poprzez własny układ pokarmowy, a w razie konieczności za pośrednictwem kanalizacji, w którą nasze mieszkanie wyposażyli mądrzy inżynierowie. Jakby przewidzieli, że piwo będzie się nią lało. Spryciugi.

Mamy dziś na tapecie ponownie cztery APA, w tym wspominane w ostatnim wpisie APA z Browaru Amber, które bardzo dobre wrażenie na nas zrobiło. Na nas, heretykach piwno-rewolucyjnej religii, nie lubiących durnego, amerykańskiego chmielenia. Za to lubiących dobre piwo.

Amber APA jest jedynym piwem w dzisiejszym zestawie, które wcześniej próbowaliśmy. Do pozostałej trójki podchodzimy z tradycyjnie, staropolsko otwartymi ramionami i równie otwartymi umysłami, a także całymi zastępami (również otwartych) kubków smakowych. Inne Beczki dawały nam już trochę radochy, Perun też miewał u nas dobre chwile. Miłosław dał się poznać jako wielkie niewiadomoco – raz im wyszło, raz nie wyszło, raz smakowało, raz do zlewu poszło. Tak więc, wszystko jest dziś możliwe. No i Miłosław ma dzisiaj przewagę nad pozostałymi już na starcie – uwarzyli swoje APA z dodatkiem pędów sosnowych, więc można spodziewać się większego urozmaicenia smaku i aromatu piwa.

Lejemy, obserwujemy jak się pieni. Na Jasnym Gromie piana pojawiła się tylko w postaci szczątkowej i zaraz jej nie było. Zissou APA też nie zachwyciło, ale tam już w miarę poprawna piana się wytworzyła i chwilę pozostała na powierzchni piwa. Piękna, gęsta i trwała piana pojawiła się na powierzchni Sosnowego APA z Miłosławia i APA z Ambera. W tym ostatnim przypadku piana od razu przystąpiła do oblepiania ścianek szklanki, zachowując się wręcz wzorcowo w tej sprawie. Lepsi niż my fachowcy mówią na to lejsink. Albo nawet lacing.

Na pierwszy rzut oka najbardziej mętnym piwem, najmniej przejrzystym jest Amber APA. Pozostałe też wskazują na zaniechanie filtracji, choć są nieco bardziej klarowne. Jeśli chodzi o barwę, to najgłębszy bursztyn ma Jasny Grom, o dwa tony jaśniejsze jest Amber APA. Pozostałe dwa są gdzieś pośrodku – między złotem a jasnym bursztynem.

Amber APA (12,1 Blg, IBU 35-40, pasteryzowane, niefiltrowane) – w aromacie ma wyraźną kolendrę, skoszoną pokrzywę, cały zestaw amerykańskiego chmielu – cytrusy i żywica – choć wyraźnie w umiarkowanych ilościach i dobrze dobrane w charakterze. Pod spodem zbożowość i odrobina miękkich owoców. Całość skomponowana bardzo sympatycznie. Po chwili pojawiają się akcenty toffi i trochę zioła. Tak, tego zioła. Fajne, ciągle fajne. Po tej chwili, znaczy.
Smak jest pełny, przyjemnie gęsty, pełen głębi. Jest tu przemiła zbożowość i akcenty owocowe, a chmiele robią tu za straż przyboczną, goryczka jest lekka, świeża w smaku, absolutnie nie zalega, nie przeszkadza. Świetne piwo, pije się je doskonale, i chce się jeszcze i jeszcze.
Ocena: JESZCZE RAZ TO SAMO

Zissou APA (12 Blg, pasteryzowane, niefiltrowane, warzone w Browarze Zodiak) – w aromacie jest dużo słabiej już na pierwszy niuch – są tu podgniłe cytrusy, miód sztuczny, jakaś zbożowość w tle. Chaos i pomieszanie. Nie, tutaj nie ma ani umiaru, ani porządku. Nieciekawie się zapowiada. Ale nie samym aromatem stoi piwo, więc go nie skreślamy. Póki co. Ostatecznie, ma ładną etykietkę.
Smak ma jakiś taki wodnisty, brak w nim głębi. Smakuje jak mocno podchmielona, gorzka woda, w której utopiono zgniłe brzoskwinie. Gorzkie, kwaśne, stęchłe. Dramat jakiś. Płyn do płukania gardła właściwie. Tylko że płyn się wypluwa, a piwo raczej wypadałoby połknąć. Robię to bez cienia przyjemności.
Ocena: DO ZLEWU

Sosnowe APA (12 Blg, IBU 37, EBC 17, pasteryzowane, niefiltrowane, warzone z dodatkiem pędów sosny) – aromat niemal nie występuje, jest bardzo słaby. Jest tu pewna kwiatowość (kwiaty koniczyny), kwiatowo-owocowa słodycz. Kiepskie to i mało obiecujące. Gdybym na etykiecie nie przeczytał, że są w tym piwie pędy sosny, to pewno bym ich nie wyczuł. Owszem, jest tu jakaś sosnowa żywiczność, ale widocznie ma za słabe łokcie, by wyjść na plan pierwszy, czy choćby drugi. Po chwili zaczyna dominować ta charakterystyczna dla kiepskich piw chmielonych po amerykańsku mieszanka gnijących owoców egzotycznych, w tym głównie cytrusów. Słabe. Po jakiejś chwili pojawia się aromat konopi, oraz nie dający się pomylić z niczym smród zaszczanego kibla przy autostradzie. Obrzydlistwo.
Mimo oporów próbujemy smaku. Tu jest zaskakująco lepiej niż się można było spodziewać. Jest w nim trochę ciała, jest trochę akcentów owocowych, całkiem nawet przyjemnych – cierpka pomarańcza, kumkwat. Odrobina zboża. Spore wysycenie, może trochę za wysokie. Goryczka wali po podniebieniu, ale jest jakiś sens w jej kompozycji i jej układzie w stosunku do reszty smaku. Nawyznęcał się człowiek nad aromatem, a smak całkiem-całkiem.
Ocena: JAKOŚ JE ZMĘCZĘ

Jasny Grom APA (13,1 Blg, pasteryzowane, niefiltrowane, warzone w Browarach Regionalnych Wąsosz) – w aromacie rum, bakalie, rodzynki, marcepan i powidła śliwkowe – a wszystko to rozmemłane na sierści dawno nie mytego psa. No śmierdzi to i tyle, co tu się rozpisywać.
Spróbujmy jak smakuje, twardzi bądźmy. Smakuje to straszliwie – zgniły miąższ owocowy, który zaprawiono piołunową, rumiankową i szałwiową goryczą i dopilnowano, by przypadkiem odrobina CO2 się nie dostała do końcowego produktu – obleśne, oślizgłe, bez krztyny smaku. O przepraszam, smak jest. Taka gorycz niebieskiej pleśni niektórych kiepskiej jakości serów – pleśń i stęchlizna. Pestki moreli, sok ze zgniłego mango. Obrzydliwe.
Ocena: DO ZLEWU

Już na etapie analizy aromatu Amber znokautował konkurencję. Co do tego nie ma cienia wątpliwości. Przy całej naszej niechęci do amerykańskiego chmielenia, to piwo można postawić a wzór. Jest doskonałym dowodem na to, że nie mamy tak naprawdę nic przeciwko amerykańskim chmielom jako takim, mamy natomiast dużo przeciwko bezsensownie przesadnemu, bezmyślnemu amerykańskiemu chmieleniu. To bardzo ciekawa konstatacja, bo już zacząłem się obawiać, że ja w ogóle po prostu piwa nie lubię. Tak czy owak, przy Amber APA pozostałe piwa wypadają straszliwie blado. Po analizie aromatu, przelewanie piw przez podniebienie tylko tę opinię wzmocniło. Dzisiaj nie ma wątpliwości jak powinien wyglądać ranking. A właściwie wątpliwość jest, i to poważna. Nie wiemy – a odbyła się tu dość długa debata na ten temat – które piwo powinno zająć trzecie, a które czwarte miejsce. Obydwoje stwierdziliśmy, że nie chcemy tej wątpliwości rozstrzygać, gdyż wiązałoby się to z koniecznością wzięcia jeszcze co najmniej jednego łyka każdego z dwóch spornych piw. A tego robić nie chcemy. Dlatego dzisiaj nie ma trzeciego miejsca, są dwa czwarte ex aequo. Na pewno nie będziemy więcej pysków maczać w Zissou APA, czy w Jasnym Gromie. Co to, to nie. A od browarów oczekujemy zwrotu kosztów – płaciliśmy za piwo, a dostaliśmy szczyny, jak się okazało.

Dzisiejszy ranking jest jednogłośny, a wygląda następująco:

1. Amber APA
2. Sosnowe APA
3. ---
4. Zissou APA / Jasny Grom


wtorek, 23 sierpnia 2016

Kraft - czy to się nie przepłaca, cz. 5 - witbier



533. White Dwarf Wit IPA (Fabryka Piwa) 5%
--- Podróże Kormorana Witbier (Browar Kormoran) 4,6%
--- Hoegaarden (InBev) 4,9%
536. Miłosław Witbier (Browar Fortuna) 4,8%
537. Curaçao Witbier (Browar Setka) 6%

[Tekst powstał w drugiej połowie czerwca, a więc jakiś czas temu. Czekał w zamrażarce na swoją kolej. Smakowanie i ocena poszczególnych piw odbyły się w ciemno – poszczególnym numerkom przypisano nazwy dopiero po zakończeniu zabawy, po czym tekst wygładzono celem podniesienia czytalności.]

To już piąty odcinek naszych dociekań na temat relacji cena-jakość poszczególnych piw w obrębie jednego gatunku. Wygląda na to, że ostatni z tej serii na jakiś czas, choć nie wykluczamy powrotu do tego rodzaju zabawy. Dzisiaj pijemy piwo pszeniczne w stylu belgijskim, witbier. Na stole mamy jednego przedstawiciela międzynarodowych koncernów, Hoegaarden, dwóch przedstawicieli browarów regionalnych – piwa z Kormorana i Miłosławia – oraz dwa wyroby polskiego kraftu – White Dwarf z Fabryki Piwa i Curaçao z Browaru Setka. Co prawda, White Dwarf określa się jako Wit IPA, a więc nieco bardziej dochmielony po amerykańsku witbier, ale przecież te chmiele dorzuca się tam po to tylko, by podnieść atrakcyjność piwa, nie żeby je zepsuć. Tak więc, przepraszamy konkurencję – White Dwarf ma niejaką przewagę na starcie.

Nigdy nie ukrywałem, że z całych sił kibicujemy browarom regionalnym, gdyż w nich właśnie widzimy nadzieję polskiego piwowarstwa. Nie w koncernach, bo te za bardzo potrafią liczyć i kombinować. Nie w krafcie, bo – mówiąc wprost – jego przedstawiciele w zdecydowanej większości muszą się jeszcze wiele nauczyć. Jednak nie ma tak, że nie mamy jakichś oczekiwań, obaw przypuszczeń co do wyniku rywalizacji, zanim jeszcze zdejmiemy kapsle butelkom z głów. Nie inaczej jest dzisiaj. Raczej nie spodziewamy się jakiejś spektakularnej porażki Hoegaarden, piwa uznawanego za probierz dla swojego gatunku – i to nie bez podstaw. Przy całej sympatii dla browarów regionalnych jako zjawiska, coraz trudniej nam bronić tezy o ich wyższości nad innymi, przedzierając się przez wynalazki z Miłosławia. Tak więc i dziś nie mamy wielkich złudzeń. Z drugiej strony, przy całej niechęci do kraftu jako zjawiska, nie możemy odmówić najwyższych umiejętności piwowarom Browaru Setka, którego piwka w zdecydowanej większości dały nam dotąd dużą radochę, nawet jeśli akurat reprezentowały niekoniecznie lubiane przez nas gatunki.

Zresztą, zobaczmy co nam szklanki przyniosą. Bez uprzedzeń, z podniesionym czołem, zdecydowanym ruchem sięgam po otwieracz jedną ręką, a drugą po pierwsze z brzegu piwo. Kapsel off, mgiełka on, zaczynamy.

W kategorii piany (obfitość, trwałość) wygrywa zdecydowanie Hoegaarden, za nim plasuje się Kormoran. Pozostałe trzy pokrywają się smętną pianą, która dość szybko redukuje się do bardzo cienkiej, poszarpanej warstwy unoszącej się na powierzchni piwa.

Podróże Kormorana Witbier (12,5 Blg, pasteryzowane, niefiltrowane)  – aromaty ma wytrawny, ziołowy, w którym zdecydowanie dominuje kolendra. Są też akcenty bananowe, drożdżowe. Ta kolendrowa ziołowość ociera się też trochę o majeranek. Smak jest… też kolendrowy! Poza tym, kminek, tytoń, gdzieś w tle banan, melon, odrobina świeżych orzechów włoskich. Ogólnie smak wytrawny, w kierunku cierpkawego, ale nie nieprzyjemny. A nawet wręcz przeciwnie – świetnie zbalansowany i miły dla kubeczków.
Ocena: JESZCZE RAZ TO SAMO

Hoegaarden (niefiltrowane) – w aromacie banan i cytryna, aromat zdecydowanie lżejszy niż u dzisiejszych konkurentów. W smaku jest tu melon, banan, gruszka, goździki. Wszystko to jest tak grzecznie poukładane, tak zharmonizowane, że aż wierzyć się nie chce, że to napój powstały z iluś tam różnych składników. Aksamitne na podniebieniu, piękne. Niebezpiecznie ociera się o ocenę najwyższą, kategorię „cud, miód, malina”.
Ocena: JESZCZE RAZ TO SAMO

Miłosław Witbier (11,8 Blg, IBU 17, EBC 8, pasteryzowane, niefiltrowane) – intensywny aromat bananów – do tego stopnia, że wchodzi on nawet w żelki bananowe. Do tego lekki aromat ni to pasty do butów, ni to szpitalnego lizolu, odrobina kolendry owszem, występuje. Naturalnie, drożdże. W smaku jest bananowo-rodzynkowo-ziołowo. Sporo tu rodzynkowej słodyczy, są akcenty lekko kwaśne, jest ziołowa goryczka. W gardle pozostaje i zalega mało przyjemny akcent sztucznego miodu w połączeniu z bardzo nieciekawym posmakiem jak wtedy, gdy ma się zgagę. Mało fajne piwo, zdecydowanie mało fajne, choć do zlewu jeszcze się nie kwalifikuje.
Ocena: JAKOŚ JE ZMĘCZĘ

Curaçao Witbier (12 Blg, IBU 26, pasteryzowane, niefiltrowane, warzone w Browarze Wąsosz) – aromat cytrynowy, banany gdzieś w tle, akcenty ziołowe – bardziej majeranek niż kolendra.  Odrobina skórki pomarańczowej. Ot, w aromacie taki klasyczny witbier, a może nawet bardziej weizen. W smaku pełne, przede wszystkim bananowe, nieco drożdżowe, odrobinę cytrusowe – bardziej pomarańczowe niż cytrynowe, choć są tu też akcenty cytrynowe. Świeża skórka pomarańczy. Nieco akcentów miętowych, odrobina lubczyku. Oczywiście, jest tu i kolendra. Wszystko fajnie poukładane, granice między poszczególnymi nutkami wyraźnie, niezamazane, co wyczynem jest niemałym. Niezłe piwo, koniec końców.
Ocena: JESZCZE RAZ TO SAMO

White Dwarf Wit IPA (14 Blg, IBU 65, pasteryzowane, niefiltrowane) – w aromacie rodzynki, daktyle, papaja, trochę ziołowości i żywicy. Pod spodem odrobina bananów. Smak jest w miarę pełny, a w nim odrobina miodu, owoców egzotycznych, w tym kandyzowanych, no i niestety, nad tym wszystkim buzują wręcz gorzkie akcenty amerykańskiego chmielu, psując skądinąd obiecujące wrażenie. Smakuje bardziej jak słaba IPA ze sporą dozą pszenicy w zasypie, niż witbier. Akcenty smakowe pokłócone, poukładane chaotycznie, gorycz zalega, przeszkadza. Piwo słabe, dno szklanki zobaczymy dopiero przy zlewie.
Ocena: DO ZLEWU

Oceniamy, ustawiamy w kolejności preferencji – po które piwo sięgnąłbym/sięgnęłabym najchętniej raz jeszcze? Wynik będzie o tyle ciekawy, że odbywa się w ciemno – nie zawsze tak robimy, jednak w serii „Kraft – czy to się nie przepłaca” jest to regułą, a opisy są wygładzane już na koniec, by usunąć wszelkie ślady sformułowań typu „piwo nr 1”. No i jak nam dziś się ustawiło?

Werdykt w większości okazał się dziś jednogłośny. W większości, co nie znaczy, że w całości. Moim zdaniem wygląda on tak:

1. Hoegaarden
2. Podróże Kormorana
3. Curaçao
4. Miłosław
5. White Dwarf

Zdaniem mojej współbiesiadniczki piwnej, pierwsze dwa miejsca należy zamienić. U niej wygrywa Kormoran, na drugim miejscu planuje się Hoegaarden. Co do pozostałych, nie ma rozbieżności.

No i co nam wyszło z tego eksperymentu? Otóż po pierwsze, Kormoran po raz kolejny udowodnił, że ma tam piwowarów, którzy wiedzą jak się piwo warzy, a to ewenement w skali kraju. Koncernowy Hoegaarden pokazał, że koncern nie jest potworem, a w każdym razie, nie zawsze musi być. Co do stosunku ceny do jakości – czy odwrotnie, jak kto woli – werdykt nie musi być taki jednoznaczny. Owszem, piwa z Kormorana są zwykle wyraźnie tańsze od kraftowych, choć wielkiej przepaści tu nie ma. Z kolei Hoegaarden, jak przystało na piwo importowane, swoją cenę ma. Jak widać, ma ona tutaj swoje uzasadnienie, jednak sprzedawane najczęściej w buteleczkach 330 ml wcale nie jest tańsze od piw kraftowych. Regionalny Miłosław jest tańszy od kraftów, tańszy od Hoegaarden, chyba najtańszy w tym zestawie. Jednak ociera się zlew. Z kolei kraftowe Curaçao zasłużenie plasuje się na podium, wyraźnie depcząc konkurencji po piętach, a tanie nie jest. Kraftowy White Dwarf i swoje kosztuje i w zlewie ląduje (odrobina poezji na co dzień). Podsumowując – jeśli mam zapłacić podobną (Hoegaarden) lub nieco niższą (Kormoran) cenę za produkt wyraźnie lepszy od tych droższych, to wiem co wybiorę. Choćby nie wiem jaką filozofię dopisać do piwnej rewolucji w Polsce.


środa, 27 lipca 2016

Pszeniczne variete



495. Franziskaner Weissbier Dunkel (Spaten-Franziskaner-Brau) 5%
496. Salamander Wheat Porter (Browar Stu Mostów) 4,8%
497. Hoegaarden Rosée (inBev Belgium) 3%
498. Po Godzinach Apple Wheat (Browar Fortuna) 5%
499. Ju-Rajska Pomarańcza (Browar na Jurze) 4,7%

Zebrało się nam kilka piwek pszenicznych. Ale nie takich zwykłych weizenów czy witbierów, ale takich… no takich różnych wynalazków raczej mniej standardowych. Zebrało się ich kilka, specjalnej kategorii dla żadnego nie ma, spróbujmy więc jedno obok drugiego i zobaczmy co można wyczarować z pszenicy dorzucając do niej to i owo.

Najbardziej standardowym piwem, jakie mamy dzisiaj w zestawie jest Franziskaner Weissenbier Dunkel. Akurat tego jeszcze nie braliśmy na tapetę, czemu więc nie tym razem? Obok stoi Salamander Wheat Porter z wrocławskiego Browaru Stu Mostów. Porter z pszenicy? Podane na etykiecie parametry wskazują, że nie powinno być źle. Co prawda, ani słowa na temat użytego chmielu, ale też nigdzie ani słowa o Ameryce, zacieramy więc ręce z radości. Kolejna buteleczka (dosłownie – tylko 250 ml) to Hoegaarden Rosée, klasyczne belgijskie piwo pszeniczne z dodatkiem malin (6%). Zawiera też cukier i substancję słodzącą, jak informuje etykieta. Cóż, klasyczne Hoegaarden zwykle wymiata konkurencję, zobaczymy na ile poprawiło się dzięki tym dodatkom. Obok stoi butelka kolejnego wcielenia serii Po Godzinach z Browaru Amber, którego nikomu przedstawiać nie trzeba, a mianowicie Apple Wheat, piwo uwarzone z dodatkiem soku jabłkowego. Co ciekawe, o ile podstawowa oferta browaru stawia wszelkiej konkurencji poprzeczkę bardzo wysoko, o tyle już mniej optymistycznie bywa w przypadku serii Po Godzinach. Tymczasem to pszeniczno-jabłkowe, które dzisiaj stoi przed nami, już się nam o podniebienie obiło parę razy – i naprawdę robi robotę. I to w jakim stylu! Absolutnie najlepsze Po Godzinach, jakie się browarowi dotąd przydarzyło. Mamy tylko nadzieję, że kolejne będą jeszcze lepsze. Na koniec, Ju-Rajska Pomarańcza z Browaru na Jurze, którą niemal kupiłem będąc kilka miesięcy temu na Jurze, ale jakimś cudem mi umknęło. Co przypomina mi, że gdzieś w kolejce czeka wpis z piwkami właśnie stamtąd przywiezionymi, ale ciągle nie ma czasu, ciągle nie ma czasu… Tak czy inaczej, Ju-Rajska Pomarańcza informuje z etykiety, że jest piwem pszenicznym, oraz że do jego produkcji użyto skórki świeżej pomarańczy, naturalnego miodu (3%) oraz syropu malinowego (7,5%). A chmielono całość Marynką, Citrą i Amarillo. Zaczynam drżeć z ekscytacji. Aha, etykieta Ju-Rajskiej Pomarańczy milczy na temat zawartości ekstraktu.

Zobaczmy, nalejmy, spróbujmy. Piany niemal nie ma na Ju-Rajskiej Pomarańczy, słabo jest również  na Hoegaarden. Najlepsza, najbardziej obfita, trwała i pozostawiająca lacing jest piana na Apple Wheat . Kolory – najjaśniejsze jest Apple Wheat (klasyczny, słomkowy i mętny weizen ), Ju-Rajska Pomarańcza ma odcień pomarańczowo-czerwony, Hoegaarden jest również czerwone, ale raczej w stronę różu, Franziskaner ciemnobrązowe, a Salamander niemal czarne, nieprzejrzyste. Wąchamy, pijemy, smakujemy.

Franziskaner Weissbier Dunkel (11,8 Blg, pasteryzowane, niefiltrowane) pachnie jak klasyczny weizen, czyli pszenica, banany, odrobina toffi, drożdże, cytrusy, goździki. W smaku bardzo fajne pszeniczne piwo plus lekko palone, jednak delikatne akcenty. Są tu banany, są drożdże, jest akcent palonego zboża, odrobina gorzkiej czekolady. Wszystko bardzo ładnie poukładane, świetnie skomponowane. Chce się jeszcze.

Salamander Wheat Porter (13 Blg, IBU 20, niepasteryzowane, niefiltrowane) – bardzo wytrawny aromat, a w nim kawa, gorzka czekolada, palone zboże, ananasy, kandyzowane owoce egzotyczne. W smaku znowu fajnie – jest bardzo sympatyczna, nieprzesadzona paloność, odrobina gorzkiej czekolady, kakao. Po chwili pojawia się pewna kremowość. Bardzo to wszystko harmonijnie zgrane, bardzo sympatyczne. Piwo, które zachowuje wszelkie proporcje, może stanowić wzorzec wyważenia akcentów, które tak łatwo przeładować w którąś ze stron.

Hoegaarden Rosée (pasteryzowane, niefiltrowane, z dodatkiem 6% malin) – w aromacie wyraźne maliny, ale też czerwone porzeczki, truskawki, sok wiśniowy. Owoce zdominowały wszelkie charakterystyczne dla pszenicznego piwa akcenty. Ciekawa historia. W smaku jest bardzo ciekawie – lekka kwaskowość, a może nawet delikatna owocowa cierpkość, przy mnóstwie owocowej słodyczy, gdzieś tylko w tle jakieś pszeniczne akcenty. Raczej wysoko wysycone. W sumie niezłe, ale jakoś dziwnie przywodzi na myśl skojarzenia z wodą z saturatora z sokiem malinowym – jeśli ktoś coś takiego jeszcze pamięta. Fajnie skomponowane, jednak dość płaskie i mało wyraziste. Na koniec pozostawia rosnącą cierpkość na podniebieniu przy zalegającej ciężkiej słodyczy. Rozczarowanie pierwsze dzisiejszego wieczoru.

Po Godzinach Apple Wheat (12,1 Blg, pasteryzowane, niefiltrowane, z dodatkiem tłoczonego soku jabłkowego) – przepiękny aromat piwa pszenicznego – pełny, aż gęsty. Oprócz tradycyjnych bananowo-drożdżowo-pszenicznych akcentów, świeżo zerwana bazylia, skoszony trawnik, papierówki, delikatna kwiatowość. Coś pięknego! Smak pełny, pszeniczny, bananowy, i tak dalej. Jednak wzbogacony o akcenty jabłkowe, takich fajnych, nie za cierpkich, nie za słodkich jabłek. I to jabłko tutaj robi robotę, cudownie wręcz wpasowuje się w profil smakowy pszenicy, dodaje mu kolejnego wymiaru. Rozkosz na podniebieniu, jedno z lepszych piw, jakie ostatnio trafiły mi w gardło.

Ju-Rajska Pomarańcza Piwo Pszeniczne (pasteryzowane, niefiltrowane, z wieloma dodatkami, patrz wyżej) – w aromacie wyraźne maliny, właściwie to landrynki malinowe, woda różana, syntetycznie dosmaczane galaretki w cukrze, bardzo rozwodniony sok malinowy. Lubczyk. Nie czuć w tym za bardzo piwa. Nie czuć też wspomnianego na etykiecie miodu. Nawet jeśli wiem, że tam powinien być i nozdrza wytężam, żeby go znaleźć. Smak… O Jezu, nie… Smakuje jakby ktoś opił się syropu malinowego, zwymiotował, a potem poprawił tanimi perfumami. Coś absolutnie obrzydliwego, nawet się nie chce dalej analizować. Boże drogi, że też za sprzedawanie czegoś takiego jako piwa nie wsadzają do paki! Jeszcze jeden łyk, tak dla pewności… I wylewamy do zlewu. Stanowczo!

Dzisiejszy ranking bardziej należy odczytywać w kategoriach „po które piwo chętniej bym sięgnął ponownie” niż „to jest lepsze od tamtego”, bo mamy do czynienia ze skrajnie różnymi stylami, których jedynym wspólnym mianownikiem jest pszenica. Jednak jeśli już ustawiamy je w jakimś rankingu, to najchętniej jeszcze raz sięgnę po…

1. Po Godzinach Apple Wheat
2. Salamander Wheat Porter
3. Franziskaner Weissbier Dunkel
4. Hoegaarden Rosée
5. Ju-Rajska Pomarańcza

Poprawka, jak będę sięgał po to ostatnie, niech mi ręka uschnie, cholera…

Najlepsza z piwnych współtowarzyszek natomiast twierdzi, że… zgadza się ze mną w całej rozciągłości. No, prawie. Jej zdaniem na drugim miejscu jest Franziskaner, a Salamander jest trzecie. I niech jej będzie, tym bardziej, że i ja zastanawiałem się któremu przyznać drugie, a któremu trzecie miejsce