Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pinta. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pinta. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 26 marca 2017

Portery sztośne i inne - wszystkie bałtyckie


620. Porter Bałtycki (Browar Staropolski) 10,2%
621. Baltic Abyss (Browar Solipiwko) 10,3%
622. Bałtyk Adriatico (Pinta/Amarcord) 9%
623. Dziki Dzik (Pałacyk Łąkomin) 9,1%

Dawno nas nie było. Trudy życia codziennego, coraz bardziej wymagająca latorośl, nowe obowiązki zawodowe – wszystko to spowodowało niezły zastój na Piwkowie. Ale to nie znaczy, że nie degustujemy, za przeproszeniem. Bynajmniej. Wręcz chlejemy, bywa że na umór, ale nie ma kiedy o tym pisać. A właściwie to nawet i pisać jest kiedy, ale jak już człowiek siądzie do komputera, to po fejsie woli się bezmyślnie poszlajać niż jakieś wpisy wrzucać, zdjęcia obrabiać, ludziom gitarę zawracać. Tak więc, kilka wpisów leży sobie i czeka na lepsze czasy. Może już niedługo, kto wie?

Przy okazji perspektywy zmiany lokum, blady strach padł na nas w kontekście zawartości piwnicy, którą trzeba będzie niedługo znowu przenosić. A jako że lenie z nas pierwszej wody, postanowiliśmy pozostawić jak najmniej do przeniesienia. Co prawda, rowerów wypić się nie da, ale już jakieś piwacha – owszem, całkiem, całkiem, nie bez przyjemności. Zresztą, co do tej przyjemności, to się jeszcze okaże. Już nie raz się okazywało, że niekoniecznie.

Wykopaliśmy wczoraj z piwnicznych czeluści cztery portery bałtyckie, w tym dwa takie, co do których oczekiwania mamy niemałe, co tu dużo kryć. Jest wśród nich Bałtyk Adriatico, porter bałtycki uwarzony przez Browar Pinta w kooperacji z włoskim Birra Amarcord. Zgodnie z opisem na etykiecie (swoją drogą, już mniejszymi literami naprawdę się nie dało? Staruszkowie to czytają, do diaska!), piwo uwarzono i odleżakowano nad Adriatykiem. Czyli zakładamy, że gdzieś za granicą. Chyba że Antoni przyszalał ze swoją armijką i dwoma pomocnikami tak, że ani zauważyliśmy, a kraj nasz od morza do morza się rozciągnął. Nigdy nie da się tego wykluczyć. Tymczasem, niezależnie od położenia i zasięgu ojczyzny naszej, do przygotowania tego piwa wykorzystano – znowu za etykietą – czarny ryż i cukier trzcinowy. Poza wodą, słodami, chmielem i drożdżami, naturalnie. Ciekawi jesteśmy bardzo. Czy wreszcie uda się nam pochwalić wyrób Pinty? Cały naród zamarł w oczekiwaniu.

Drugim piwkiem znanym z doniesień internetowych jest Baltic Abyss z Browaru Solipiwko – porter bałtycki leżakowany w beczkach po whisky. Tutaj aż tak bym się nie rozpędzał, podobno te beczki przywieziono z destylarni Slyrs z Niemiec. A jak wiadomo, już od zamierzchłych czasów naród niemiecki słynie z produkcji najwyższej jakości whisky. Zresztą, niczego nie trzeba tłumaczyć komuś, kto Slyrs próbował. To trochę tak, jak z tą słynną przeszkodą na Wielkiej Pardubickiej – konie jej nie ćwiczą, bo drugi raz już nie podejmą próby. Koń głupi nie jest, człowiek niech bierze przykład. Poza przypadkami klinicznymi, Slyrs dwa razy nie nalewa się sobie do kieliszka. Miejmy jednak nadzieję, że niezależnie od wszystkiego, te beczki coś dobrego zrobiły solipiwkowemu porterowi. Tyl eise o nim trąbi dookoła…

Pozostały dwa bardzo niepozorne portery, niejako z góry skazane na przegraną ze wspomnianymi tuzami (żeby nie powiedzieć „sztosami”). Porter Bałtycki z Browaru Staropolskiego co prawda chwali się na krawatce jakimiś nagrodami, etykieta twierdzi, że leżakował 180 dni zanim został zabutelkowany, więc nie porzucajmy nadziei. Z drugiej strony, Dziki Dzik uwarzony został w Pałacyku Łąkomin, niewielkim browarze rzemieślniczym gdzieś w środku zachodniopomorskich lasów. Piwa z Łąkomina już parę razy się u nas pojawiały, i jakoś zawsze rozwalały konkurencję w proch i pył – jeśli mnie pamięć nie myli. Tutaj jednak Dzikowi przyjdzie stawić czoła naprawdę zacnej konkurencji. A że dawno w Łąkominie nie byliśmy, nie wiemy jak z aktualną kondycją tamtejszego piwowara. Szkoda by było, gdyby się zepsuł.

Lejemy. W kwestii piany najbardziej wstydliwie zachowały się Bałtyk Adriatico i Baltic Abyss, na których piana błyskawicznie zredukowała się cienkiej, poszarpanej, mało apetycznej warstwy. Dziki Dzik i Staropolski pokryły się w miarę obfitą, trwałą pianą. Piana oczywiście wszędzie jest barwy kremowej, wpadającej z brąz. Podobnie samo piwo – we wszystkich czterech szklankach znajduje się napój o bardzo głębokiej brązowej barwie, niemal czarnej, nieprzejrzystej. Wąchamy i pijemy. I niech nas jutro z rana głowy nie bolą. Przy zawartości alkoholu w każdym  czterech przypadków w okolicach 9-10%, może być ciężko.

Porter Bałtycki z Browaru Staropolskiego (22 Blg, pasteryzowane, filtrowane, leżakowane 180 dni) – w aromacie na pierwszym planie guma arabska, herbatniki maślane, karmel, mnóstwo karmelu, podła kawa rozpuszczałka, alkohol, coś zgniłego. Aromat mało ciekawy, pogubiony, brudny, słaby.
Smak natomiast jest zaskakująco niezły, wziąwszy pod uwagę oczekiwania po aromacie. Jest tu sporo kawy, cukierków kopiko, karmelu. Jest słodko, bardzo słodko. Cukierki raczki zalane alkoholem. Trochę chmielu, więc lekka goryczka stopuje atak słodyczy. Na koniec, japońska herbata ryżowa. Smak broni się, mimo pojawienia się akcentów alkoholowych. Zaskakująco nieźle się broni, choć po drugą butelkę nie sięgnę.
Kategoria: JAKOŚ JE ZMĘCZĘ

Baltic Abyss Imperial Baltic Porter (24,5 Blg, pasteryzowane, niefiltrowane, leżakowane w beczkach po whisky) – w aromacie najpierw alkohol i sucha karma dla psów, a dopiero na drugim planie czarna kawa, trochę dębiny, klej do plastikowych modeli samolotów. Pachnie paskudnie, do niczego nie zachęca. Niczego, poza wylaniem do zlewu. No, pachnie to też – gdzieś na trzecim planie – jakąś tanią berbleuchą whisky-podobną. Slyrs, powiadacie? Boże drogi, ktoś to naprawdę pije? Paskudne, aż się cieszę, że nie pamiętam ile za to coś zapłaciłem.
Smak jest pełny, gładki, zaskakująco miły podniebieniu. Przynajmniej w pierwszym zetknięciu z tymże. Jest tam sporo gorzkiej kawy, jest karmel, odrobina wanilii, jest lekka kontrująca goryczka, odrobina dębowych tanin, prażone orzechy włoskie, delikatny akcent whisky – ledwo sugestia. Wiśnie w czekoladzie, nalewka ziołowa. Całość niezgrana, chaotyczna, nieprzyjemna. Ziołowość zaczyna zalegać i przeszkadzać już przy drugim łyku.
Kategoria: DO ZLEWU

Bałtyk Adriatico (etykieta milczy na temat zawartości ekstraktu, filtracji i pasteryzacji, w sieci podają, że 22 Blg) – w aromacie pojawia się zwietrzała coca-cola, guma arabska, lubczyk, trochę ziołowej zgnilizny, powiew znad zastałego, błotnistego stawu, nawet nutka tataraku się pojawia dla większego realizmu doznania. Kawa gdzieś daleko w tle. Ogólnie – słabo.
Smak… Smak jest klasycznym przykładem jak można spieprzyć piwo. I żadne międzynarodowe kooperacje tu nie pomogą, ani tym bardziej eleganckie buteleczki. Chamska słodycz w połączeniu z brutalną goryczą. Toporne to, jakby siekierą ciosane, żadnej finezji, żadnej złożoności, żadnego polotu. Kawa, karmel, cukrowe lizaki. Obrzydlistwo.
Kategoria: DO ZLEWU

Dziki Dzik Porter Bałtycki (21 Blg, niefiltrowane) – aromat jest ciepły, zbożowy. W nim odrobina coca-coli, wreszcie jest obiecywana w porterach kawa, toffi, czekolada mleczna, trochę wanilii. Jest przyjemnie i harmonijnie. Po raz pierwszy dzisiaj.
Smak jest pełny, przyjemny i delikatny. Wreszcie piwo, po którego drugi łyk człowiek sięga bez zadawania sobie gwałtu. Kukułki (cukierki), delikatna kawa, przełamana mlecznym akcentem, gdzieś pod spodem ciągle da się wyczuć nieco palona zbożowość, jest fajnie. Delikatna, ziołowa w charakterze goryczka, żadnych udziwnień, żadnych przegięć. Przyzwoite piwo, które sączy się z przyjemnością.
Kategoria: JESZCZE RAZ TO SAMO

Takiego wyniku tego zestawienia nie spodziewaliśmy się. Zastanawialiśmy się czy jest sens zestawiać piwo z Browaru Staropolskiego i z Pałacyku Łąkomin z – było, nie było – potęgami polskiej sceny piwowarskiej, a tu taka niespodzianka! I nie przesadzamy, zarówno Baltic Abyss, jak i Bałtyk Adriatico wylądowały w zlewie. I tyle w temacie „sztosów”. Ktoś coś mówił, że muszą być drogie? Ja ich za darmo nie chcę, dziękuję bardzo.

Dzisiejszy ranking jest jednogłośny i ułożył się niejako automatycznie, w trakcie próbowania poszczególnych piw i przypisywania ich do naszych kategorii. Wygląda on dziś następująco:

1. Dziki Dzik
2. Staropolski Porter Bałtycki
3. Baltic Abyss
4. Bałtyk Adriatico

Aż drżę na myśl, że w piwnicy ciągle leży eisbock z Pinty. Trzeba będzie się z nim zmierzyć.



niedziela, 13 listopada 2016

Po Robocie - mix nie taki znowu zwykły



574. PL-US Polish Americal India Pale Ale (Browar Kormoran) 6%
575. I’m so Horny! Espresso Lager (Pinta) 6,7%
576. Łódź i Młyn Russian Imperial Stout (Piwoteka & De Molen) 13,8%
577. Ucho od śledzia Foreign Extra Stout (Piwoteka) 5,5%
578. Pszeniczne (Browar Largus) 4,8%

Pożegnawszy ostatecznie wredne przeziębienie, które męczyło mnie prawie dwa tygodnie, mogłem wreszcie wybrać się dzisiaj, w prawie zimowe przedpołudnie, do zaprzyjaźnionego sklepu Po Robocie, by tam z półek zgarnąć to i owo. No i zgarnąłem kilka butelek, co do których zawartości bardzom ciekaw. Wśród nich przede wszystkim PL-US z Browaru Kormoran. No bo jak nie zaciekawić się piwem w stylu AIPA uwarzonym przez Kormorana? Kormoran zdołał już dać nam ogrom radości, w ciągu ostatniego roku prawie nigdy nie zawiódł (no, może poza beznadziejnym 1 na 100, ale i najlepszym zdarza się upaść; ważne tylko, żeby się za bardzo nie wylegiwać, jak mawiała moja pani od francuskiego). A jeśli na dodatek ta AIPA chmielona była amerykańskimi chmielami wyhodowanymi w Polsce? A na dodatek wcale nie jakimś tam szemranym ekstraktem, tylko mokrymi szyszkami? No nie, to absolutnie i koniecznie sprawdzić trzeba. Tym bardziej, że – choćby tylko ze względu na zastosowanie świeżych szyszek chmielu – piwo to produkowane być może tylko raz w roku. Jak nie teraz, to kiedy?

Zgarnąłem z półki, trochę niejako wbrew sobie, kolejne piwo Pinty. I’m so horny! to mocny lager, uwarzony z dodatkiem wybornej (podobno) kawy z Gwatemali. Kawę tę dodawano tutaj w dwóch etapach – podczas warzenia, a potem podczas rozlewania. Za cholerę nie wiem po co lagerowi aż 6,7% alkoholu, ale rozumiem, że Pinta niezmiennie targetuje niedopitą młodzież, pyzatych nieletnich, co to impry organizują pod nieobecność rodziców. A oni muszą jednak poczuć, że piwo daje w czapę, bo w przeciwnym razie impreza się nie uda, jazdy nie będzie, do laski odwagi nie starczy, film się nie urwie, kolejnego nie kupią. No i ta dęta nazwa, naprawdę żałosna. No ale grupa docelowa swoje wymagania ma, a prawa rynku są nieubłagane.

Wylawszy jad, ulżywszy sobie (to pewno konieczność zagłuszenia własnych wyrzutów, że znowu wydałem pieniądze na Pintę) powiem tylko, że ciekaw jestem po pierwsze tego współgrania akcentów kawy i lageru, a po drugie, jeśli przy 18 Blg odfermentowano to coś tylko (jednak tylko, w tych okolicznościach) do 6,7%, to oczekuję, że będzie tam smak. I to nie tylko kawowy. Potencjał jest, przyjdzie sprawdzić co z nim zrobili piwowarzy Pinty. Z tym potencjałem, znaczy.

Wreszcie piwo, które zgarnąłem z półki już stojąc przy kasie – Łódź i Młyn z Piwoteki. Długo się wahałem, zastanawiałem. No bo wiadomo, Russian Imperial Stout to znowu gatunek warzony dla mentalnych gimnazjalistów pozujących na piwoszy. Hopheadów, przepraszam. Tam nie musi być smaku, tam na podniebieniu może się nie dziać nic. Ważne, żeby był odpowiednio wysoki procent, no i goryczka żeby była. Właściwie ważna jest goryczka, nic więcej (bo że podczas piwnych zakupów ten i ów na voltaż zerka, to żaden się oficjalnie nie przyzna). No i ja tu widzę, że owszem, przy alkoholu na poziomie 13,8%, w łeb to piwo jest w stanie dać ostro, zryje beret, jak nic. A oni jeszcze do tego wrzucili tam 110 IBU! Rozkosz piwnego rewolucjonisty. Toż to wągry same wyskoczą ze skowytem, skórę twarzy pozostawiając gładką jak pupa niemowlaka!

Z drugiej strony, jeśli piwo uwarzone przyzwoicie, to i alkohol nie przeszkodzi, a przy ekstrakcie 29,7 Blg, to i ciała tam powinno być tyle, co bicepsów u Arnolda S. w latach świetności. Tym bardziej, że jeszcze owoców jarzębiny dodali. Co więcej, piwo uwarzono w Holandii, w browarze De Molen. Oni tam przecież nie mogli go spieprzyć. Po prostu nie mogli. Nie mają w tym wprawy. No i stało się, piwo do torby ostatecznie trafiło. A za chwilę do szklanki.

Ciekawostką – ciągle nam jeszcze nieznaną – jest piwo Ucho od śledzia, również firmowane przez łódzką Piwotekę (choć ani słowa na etykiecie o tym, kto i gdzie je uwarzył, najpewniej browar Księży Młyn w Łodzi). Piwo warzone z dodatkiem świeżych i wędzonych śledzi. No, tego jeszcze nie było. Przynajmniej na naszym stole. A że to nie pierwsza warka, prawdziwi, wytrawni piwosze już dawno je pili, już opinię o nim wydali, nam tym bardziej nie wypadało aż tak odstawać od peletonu. A zupełnie poważnie – ciekaw jestem niezmiernie tego piwa. Chyba najbardziej z całej dzisiejszej stawki.

Wreszcie klasyczne piwo pszeniczne z browaru Largus. Browaru nie znam, zetknąłem się z nim po raz pierwszy, zapytałem które byłoby najlepsze, polecono mi Pszeniczne. A że klasyczne pszeniczne w tym domostwie jest bardzo cenione, tak więc butelka largusowego Pszenicznego z Po Robocie wyniesiona została. Czas poszerzyć horyzonty, nowego browaru popróbować.

Powyższe napisane zostało „na sucho”, tylko i wyłącznie na podstawie etykiet i skumulowanych wrażeń z naszych dotychczasowych piwnych wędrówek po świecie. Nawet jeśli to akurat świat przyjeżdża, a my rzadko (choć nie że nigdy) te piwne podróże odbywamy gdzie indziej, niż przy naszym stole. Teraz czas kapsle zdjąć, szklanki napełnić. Co snadnie czynimy…

Pszeniczne rozczarowało jeśli chodzi o pianę. Co jak co, ale pszeniczne piwa pienią się. Czasem za bardzo. No i piana na nich zwykle jest trwała. W tym przypadku, piany było niewiele, a już po chwili nie było po niej nawet śladu. W przypadku I’m so Horny! i PL-US, piana jest jak należy – obfita i trwała. Nawet po redukcji na powierzchni piwa zostaje pojedyncza, ale zwarta warstwa bąbelków, a na ściankach szklanek, apetyczny osad. Ucho od śledzia spieniło się wzorcowo, beżową, trwałą pianą. Łódź i Młyn również spieniło się galancie – piana jest gruba, gęsta i trwała.

Pszeniczne (12,1 Blg, pasteryzowane, niefiltrowane) – w aromacie standardowe jak na pszeniczne piwo akcenty bananów, goździków, drożdży, świeżego chleba. Jest tu troszkę cytrusowo, jest nutka miodu. Generalnie słabo, płasko, nieciekawie, a nawet momentami bagienkowo.
W smaku – jest to niezłe piwo pszeniczne. Żadnych fajerwerków, ale co ma być, to jest – kupa zboża, morele, banany, drożdże, goździki, jest nawet odrobina słodkiej marchewki (jakby sok marchewkowy). Wszystko fajnie poukładane, orzeźwiające, idealnie wysycone. Aż żal, że pora na lekkie, orzeźwiające pszeniczne piwa nie prędzej niż dopiero za jakieś pół roku.
Kategoria: JESZCZE RAZ TO SAMO (choć daje się słyszeć głosy, że CUD, MIÓD, MALINA; nie dajmy jednak ponieść się emocjom)

I’m so horny! Espresso Lager (18 Blg, IBU 27, pasteryzowane, niefiltrowane, warzone w Browarze na Jurze, z dodatkiem kawy Adelante i Rio Azul z Gwatemali) – w aromacie wyraźnie czuć bardzo wyraźnie kawę, coca-colę, gdzieś tam chyba wybija trochę alkohol, bo akcent jak z Irish coffee, cukierki kukułki, bardzo słodka ta kawa, taki trochę ulepek. Generalnie słabo, nieciekawie. No bo jak kawa pachnie, to wszyscy wiemy. Nawet mocno słodzona. A tu poza nią niewiele się dzieje. Może w smaku…
A w smaku jest… kawa. Całe hektolitry kawy na centymetr sześcienny. I nic więcej. Zimna, gazowana kawa. Co za porażka…
Kategoria: DO ZLEWU

PL-US Polish American India Pale Ale (16 Blg, pasteryzowane, niefiltrowane, chmiele CascadePL, ChinookPL) – w aromacie słód jęczmienny, brzoskwinie, migdały. Są tu oczywiście amerykańskie chmiele w postaci owoców egzotycznych i akcentów żywicznych, ale tutaj – a nie zdarza się to często – są one delikatne i bardzo zgrabnie wkomponowane w całość. Pachnie fajnie – aż się prosi, by je wychylić.
Smak jest pełny, owocowy, grapefruitowy i żywiczny. Wyraźnie czuć tutaj, że chmiel jest zupełnie innej proweniencji niż w większości piw typu IPA/AIPA, itp. Wydaje się, że troszkę za dużo go tu wrzucono, bo jego intensywność przytłacza, przesłania inne akcenty smakowe. A szkoda, bo dzieje się tam nieźle w smaku. Jeśli ktoś lubi uderzenie goryczy, powinien być zachwycony. My nie lubimy. A w każdym razie, nie w takim stężeniu. Gdy daliśmy mu odstać i swoim podniebieniom odpocząć, piwo objawiło się nam jednak zdecydowanie przyjemnym, przyzwoicie skomponowanym. No i na plus trzeba zaliczyć jednak tę naturalność chmielenia, które – przy wszystkich zastrzeżeniach – czuje się na podniebieniu. A do tego rodzaju zalegającej goryczy podniebienie się dość szybko przyzwyczaja i rozkoszuje się owocowością smaku. Fajne jest, chętnie wypijemy jeszcze jedno. Choć może niekoniecznie już-zaraz.
Kategoria: JESZCZE RAZ TO SAMO

Ucho od śledzia Foreign Extra Stout (14 Blg, IBU 50, niepasteryzowane, warzone z dodatkiem świeżych i wędzonych śledzi) – w aromacie jest kawa, trochę gorzkiej czekolady, no i jest jakiś rybny, wędzony akcent, choć najbliżej chyba byłoby do wędzonych szprotek, nie do śledzia. I tutaj niewiele się dzieje. Poczekamy, nigdzie nam się nie spieszy. Niech piwo się ogrzeje, niech bukiet się należycie rozwinie. Czekanie niewiele dało, więc pijemy.
W smaku jest przyjemnie stoutowo – wszystkie te kawowo-czekoladowe akcenty tutaj są na miejscu i swoje robią. Dość szybko pojawia się jakaś nutka – nieoczekiwana, a więc początkowo uznana za niechcianą, fałszywą – oleju, w którym zatopiono wędzone szprotki (tak, zdecydowanie smakuje to jak szprotki). Wymaga kilku głębokich łyków i przemielenia tego na podniebieniu, by się do tej kombinacji przekonać, co do tego, to nie ma cienia wątpliwości. Jednak z czasem szprotowa wędzoność przeszkadza coraz mniej, a jakoś w połowie butelki zaczyna się podobać i smakować. Ostateczny werdykt – fajne, nietuzinkowe piwo.
Kategoria: JESZCZE RAZ TO SAMO

Łódź i Młyn Russian Imperial Stout (29,7 Blg, IBU 110, niepasteryzowane, warzone w browarze De Molen, z dodatkiem owoców jarzębiny) – piwo, które w aromacie nie ma nic. Co za osiągnięcie! Trochę pieczarek, odrobina plasteliny, jak już człowiek się wwącha na maksa. Co za koszmar piwosza! Z każdym niuchem plasteliny jest coraz więcej i jest coraz bardziej wymiąchana, wygnieciona, szaro-brązowa. Niewiarygodnie spieprzone piwo. To się nie mieści w skali piwnych porażek aromatycznych. Ludzie, kto to wymyślił, kto to na rynek wypuścił? No dobra, uczciwość nakazuje odnotować jakąś czekoladę, jakąś goryczkę, jakąś chyba jarzębinę, coś tam się błąka po peryferiach tej plasteliny. Ale żeby tylko tak? Taka kooperacja, taaakie (potencjalnie) piwo? Skandal. Spróbujmy posmakować (choć współdegustantka, która już w gardło wlała pierwszą porcję, krzyczy do mnie, „nie pij tego!”).
Spróbowałem. W dzieciństwie zdarzyło mi się ugryźć plastelinę, więc wiem jak smakuje. To samo uczucie, ta sama rozkosz dla zmysłów. Plus jakaś nafta, zjełczały olej. I jeszcze łyk. I jeszcze jeden. Szansę dajemy do końca. No, prawie do końca. W połowie butelki zapadła decyzja.
Kategoria: DO ZLEWU

No tak. Popróbowali, wypili. Wypili co się dało, resztę zgrabnym ruchem nadgarstka do zlewu wylewając. Można powiedzieć, że dzisiejszy wynik to 3:2. Trzy piwa zaskoczyły, trzy dały gębie dużo radochy. Dwa pozostałe natomiast powinni w Lidlu sprzedawać. W trakcie tej promocji, co to satysfakcję gwarantowała. Natychmiast poleciałbym dopominać się o zwrot kasy. Pinta dostaje u nas kolejnego bana. Przynajmniej na jakiś czas. Za każdym razem, jak przyjdzie mi do głowy kupić jakieś piwo z Pinty, odpowiednią kasę na WOŚP odłożę. Niech będzie z tego jakiś pożytek.

Kormoran nie zawiódł, choć w jednej z najtrudniejszych kategorii wystąpił. Wszelkie odmiany IPA to wszak w wykonaniu rodzimych piwowarów jakiś dopust boży. A tu bach! Piękne, sympatycznie skomponowane piwo się pojawia. Szkoda, że to tylko raz w roku. Nie żebym zaraz na AIPA już całkiem chciał się przestawić. Ale od czasu do czasu – czemu nie? No i sprawdził się Largus. Jestem za. Następnym razem wezmę coś więcej od nich. Wreszcie te śledzie z Piwoteki. Co prawda, zdecydowanie szprotki to były w smaku i aromacie, ale były, swoje zrobiły, nie zawiodły, nie rozczarowały. Ciekawe piwo, a naszym zdaniem, po prostu fajne. No i uratowały w naszych oczach Piwotekę. Bo ten jarzębinowo-plastelinowy RIS… Nie, zmilczmy.

Dziś w ranking się nie bawimy – za duży rozstrzał gatunkowy.
Wszystkie próbowane dzisiaj piwa do kupienia w sklepie Po Robocie, ul. Westerplatte 9, Świdnica. I nawet jeśli ze dwa dzisiaj trafiły do zlewu, to do Po Robocie warto zaglądać regularnie, do czego serdecznie zachęcamy mieszkańców okolicy. Niech nam się rozwija i nowych wrażeń dostarcza.


środa, 3 sierpnia 2016

Kraft - czy to się nie przepłaca, cz. 3 (APA)



--- Jankes Lwóweckie Ale (Browar Lwówek) 4,2%
--- Żywiec APA (Grupa Żywiec) 5,4%
--- Piękna Nieznajoma APA (Browar Dukla) 5,2%
511. Chmielarka Cascade Polskie Pale Ale (Browar Baba Jaga) 4,9%
--- A Ja Pale Ale (Pinta) 4,5%

Kontynuujemy nasze ślepe badania, mające na celu ustalenie co się opłaca, a co nie w sklepie z piwem. A właściwie nie w sklepie z piwem, tylko przy regale z piwem w miejscowym supermarkecie. Dzisiaj na tapetę bierzemy piwa w stylu American Pale Ale (mniej więcej), czyli lekkie piwa górnej fermentacji, chmielone amerykańskimi odmianami chmielu. W związku z tym, że spośród dostępnych we wspomnianym supermarkecie piw tego typu już piliśmy i opisywaliśmy (w różnych zestawieniach) trzy, kolejnym numerkiem opatrzone jest powyżej tylko jedno piwo. A że – jak już wspominałem kilka razy – nie bawimy się w polowania na piwo, nie szukamy piw, które nie podejmą wysiłku, żeby nas poszukać, to i zestawy nasze bywają ograniczone i przypadkowe. Po specjalistyczne opisy i bardziej precyzyjne zestawienia odsyłamy do setek fachowych blogów piwnych hulających po internecie.

Podobnie jak w przypadku dwóch poprzednich wpisów, dzisiejsze piwa smakowane były w ciemno, odkodowane dopiero po ustaleniu rankingu, po czym – jak ostatnio – tekst niniejszy został poddany edycji, by był czytelny, by pozbyć się numerków i wszelkich śladów kodowania.

Lejemy do szklanek. Pięknie spieniły się Piękna Nieznajoma, Żywiec APA i Jankes. Mizerna i bardzo nietrwała piana pojawiła się na A Ja Pale Ale i Chmielarkce. Na Pięknej Nieznajomej i Jankesie piana była koloru beżowego/ecru, pozostałe miały pianę śnieżnobiałą. Jeśli chodzi o barwę samego piwa, to najjaśniejsze jest Żywiec APA, odrobinę ciemniejsze A Ja Pale Ale. Piękna Nieznajoma i Jankes są dość ciemne, wyraźnie ciemniejsze od pozostałych.

A Ja Pale Ale APA (12 Blg, IBU 41, pasteryzowane, niefiltrowane, uwarzone w Browarze Zarzecze) pachnie przyjemnie, ciężkim, pełnym, owocowym aromatem – zestaw akcentów owoców egzotycznych, nieco cytrusów, trochę żywicy. Przyjemny, obiecujący aromat. Niestety, dość szybko cała przyjemność się ulatnia, pozostawiając mało wyraziste coś, jedynie z echem jakiejś żywicy i ciężkich, niekoniecznie świeżych, niezbyt przyjemnych owoców. Pranie pozostawione w pralce z poprzedniego dnia, taka lekka stęchlizna. Hmmm… Szkoda, chwilę po otwarciu butelki zapowiadało się pierwszorzędnie. Smak wodnisty, grapefruitowy przede wszystkim, trochę owoców. Nie powala w żadną stronę – ani na plus, ani na minus. Dość szybko pojawia się coraz mniej przyjemna i dominująca goryczka. Da się to wypić, ale bez większej przyjemności.

Chmielarka Cascade Polskie Pale Ale (12,5 Blg, IBU 25, pasteryzowane, niefiltrowane, chmiele Junga i Cascade, uwarzone w Browarze Wąsosz) – niezwykle intrygujący aromat, znowu pełny, raczej ciężki, a w nim przede wszystkim marcepan, kokos, trochę kandyzowanych, lżejszych owoców. Bardzo przyjemna rzecz. Trzyma formę długo po otwarciu butelki i nalania do szklanki. Fajne. Smak przyjemny, głównie owocowy. Lekkie, orzeźwiające piwo z bardzo subtelną, niezwykle wyważoną goryczką cytrusową. Nie przegina w żadną stronę, daje się pić z niemałą przyjemnością.

Piękna Nieznajoma APA (12,5 Blg, niepasteryzowane, niefiltrowane) – aromat lżejszy, wyrazisty. W nim przede wszystkim akcenty świeżych, rześkich owoców leśnych, malin, porzeczek. Marakuja. Nieco żywicy. Odrobina czegoś mniej naturalnego, choć nie mniej przyjemnego – coś jakby owocowe mentosy. Smak lekki, przesycony amerykańskim chmielem. Trochę go tu za dużo, przesłania momentami wszystko inne. A to inne to nieśmiało walczące z chmielową goryczką (głównie grapefruity i dość cierpka żywica) akcenty owocowe, nieco zboża. Płasko. Aromat zapowiadał więcej.

 Żywiec APA (12,5 Blg, pasteryzowane, niefiltrowane) – oj, nieprzyjemnie. Jakiś ciężki, smrodliwy akcent bagna, starej, zwietrzałej kupy, znalezionej w krzakach, gdy wyszliśmy na stronę podczas pikniku. Są i owoce, ale są to owoce zgniłe, wręcz porośnięte pleśnią. I to nie taką pleśnią z fuetu, czy dobrego brie. Grzyby. Słabo, pić się nie chce. Z czasem coraz więcej tych grzybów, coraz mniej nieprzyjemnie, ale ciągle słabo. Smak jest grzybowy – podgrzybki jak złoto. W smaku również jakaś zgnilizna owocowa. Słabo, nieprzyjemnie, nie chcę więcej.

Jankes Lwóweckie Ale (12,5 Blg, pasteryzowane, niefiltrowane) – aromat ma mało intensywny, choć wcale nie nieprzyjemny. Przede wszystkim egzotyczne owoce kandyzowane, odrobina karmelu. Trochę cytrusowej świeżości – połączenie cytryny, limonki i grapefruitów. Z czasem zyskuje na wyrazistości, aromat wyraźnie się poprawia. Smak… O tak, tak powinno smakować piwo. Świetnie wyważone – są tu owoce, mnóstwo owoców, jest tu wystarczająco dużo ciała, by było co smakować, a nie na tyle dużo, by przytłoczyć. Są tu akcenty chmielu – żywica, cytrusy – ale we właściwej proporcji, świetnie ułożone. Naprawdę dobre piwo.

Mam swoje podejrzenia co do paru numerów na liście. Obstawiam, że 4 to Żywiec APA (paskudztwo pierwszej wody), a 5 to Jankes. Pozostałych albo nie znam, albo znam bardzo słabo, więc nie będę próbował zgadywać.

Dzisiejszy ranking jest jednogłośny i wygląda następująco:

1. Jankes
2. Chmielarka
3. Piękna Nieznajoma
4. A Ja Pale Ale
5. Żywiec APA

Wychodzi więc na to, że w kategorii zdecydowanie bardziej kraftowej niż pilsy opisywane dwa wpisy temu, piwo koncernowe ginie z kretesem w konkurencji z wyrobami kraftowymi. O ile jeszcze czasem da się wypić żywieckie APA bez większego obrzydzenia, to po skalibrowaniu nosa i podniebienia niezłymi piwami, wydaje się ono koszmarnie paskudne. Powyższy test potwierdza też moją prywatną teorię – żeby robić dobre piwo, trzeba (1) mieć ambicję robić dobre piwo, (2) znać swój browar, czyli po prostu mieć swój browar. No i tu niejako z definicji powinny wygrywać browary regionalne. Choć różnie z tym bywa, ale akurat browar w Lwówku Śląskim sprawdza się całkiem nieźle na tym polu. Wydaje się, że pod tym kątem browarom kontraktowym zawsze będzie pod wiatr, ale cóż, ich wybór.

A co do pytania postawionego w nagłówku – różnie bywa, jak się okazuje. Jankes kosztował bodaj niecałą piątkę, czyli tyle samo co Żywiec, nieco mniej niż Pinta, zdecydowanie mniej niż Piękna Nieznajoma czy Chmielarka. Nic nie jest proste, cholera, nawet operacja kupowania piwa okazuje się bardziej skomplikowana (przynajmniej ekonomicznie) niż mogłoby się wydawać…


poniedziałek, 1 sierpnia 2016

Kraft - czy to się nie przepłaca?



503. Nieproszony gość (Browar Dukla) 4,6%
---. Pierwsza pomoc (Browar Pinta) 4,1%
504. Pilzner (Inne Beczki) 4,7%
---. Pilsner Urquell 4,4%
505. Trybunał Niefiltrowany Pils 5%
506. Perła Chmielowa Pils 6%
507. Namysłów Pils 6%
508. Miłosław Pilzner 5,4%

Jako się rzekło na samym wstępie tego bloga, nie jesteśmy piwnymi freakami, hopheadami, piwnymi rewolucjonistami. Ani nic z tych rzeczy. Najczęściej wręcz przeciwnie. Kupujemy piwo przy okazji regularnych zakupów, przy okazji wyjazdów, przy okazji gdy nadarzy się sprzyjająca okazja. Nigdy, bądź prawie nigdy nie wchodzimy do specjalistycznych sklepów z piwem, nie chodzimy regularnie do multitapów, nie chłoniemy amerykańskiego chmielu wszystkimi porami naszej skóry. Wychodzimy z założenia, że piwo jest napitkiem pospolitym, a dobrej jakości piwo powinno być dostępne tak, jak dostępne są ogórki, musztarda sarepska, czy mąka krupczatka. Nie zżymamy się na to, że tuż obok tych nielicznych przyzwoitych stoją na półkach również koncernowe koszmary piwopodobne. Bo to trochę tak, jakby zżymać się na deszcz, że pada. I że mokry. A jak nam Grupa Żywiec czy Kompania Piwowarska zaserwują coś nowego, to chętnie sprawdzimy ile to warte. Bez uprzedzeń i żachania się, że są słabi i w ogóle do bani. I niech oni wreszcie odważą się coś porządnego uwarzyć…

No właśnie. Zakupy. Jak człowiek kupuje, to czasem patrzy na cenę. Nie za długo, żeby się nie zdenerwować. Piwa kraftowe, które pojawiają się tu i ówdzie również w sklepach zachodzących i nam drogę od czasu do czasu, są zawsze droższe od koncerniaków. Przyjęło się przyjmować to do wiadomości bez szemrania – przecież lepsze surowce, przecież bardziej staranny proces produkcji, przecież mniejsza skala, i tak dalej. Słowem – za dobry produkt gotowi jesteśmy zapłacić nieco więcej. Po jakimś jednak czasie człowiek zaczyna się zastanawiać. Skoro w zdecydowanej większości kraftowe wynalazki lądują lub prawie lądują w zlewie, to jak to jest z tym naszym za to płaceniem? Koniec końców, to przecież nasza ciężko zarobiona kasa bulgocze sobie radośnie w kanalizacji. Pomyśleliśmy sobie, że może warto spróbować napić się w ciemno i spróbować przekonać się na własnym podniebieniu, czy przypadkiem sami siebie nie robimy w balona. Czy jeśli postawimy obok siebie kilka piw mniej więcej tego samego gatunku, a wśród tych kilku zestawimy piwa koncernowe, te pochodzące z browarów regionalnych i wyroby kraftowe – czy przypadkiem nie okaże się, że przepłacamy, cholera jasna! No bo jeśli za koncerniaka trzeba dać około trzech złotych, za regionalne pod piątkę, a za kraft nawet w okolicach dychy (no dobra, w Tesco 8-9 zł), a okaże się, że te tańsze wcale nie gorsze niż te droższe – to po co przepłacać (jak powiedział pewien mędrek w reklamie proszku do prania).

W najbliższym czasie zrobimy więc sobie kilka testów na ślepo. Postawimy obok siebie piwa z różnego rodzaju browarów i zobaczymy co z tego wyniknie. Na początek bardzo niekraftowy gatunek – pils. Mamy 8 różnych piw, każde z innego browaru, każde inaczej warzone. Nalewamy je do szklanek, mieszamy, próbujemy, oceniamy, rankingujemy, a potem sprawdzamy co jest co i wyciągamy wnioski. Również te na przyszłość, portfelowe w charakterze. Powyższe zdjęcie wykonane zostało długo przed wiwisekcją zawartości butelek i nie ma żadnego związku z kolejnością smakowania.

W dalszej części wpisu posługuję się numerkami zamiast nazw piw, a co który numerek oznacza okaże się zupełnie na końcu. Mam nadzieję się nie pomylić, nie narazić na szwank rzetelności wyników. No i – co ważne – odkładamy na bok naszą milion razy wyrażaną tutaj niechęć do kraftu. Bo co będzie, jeśli okażą się lepsze? Cholera, bez dalszego gadania lejemy, oceniamy, wąchamy, smakujemy.

Piana najszybciej zredukowała się – niemal do zera w szklankach 2, 3, 4 i 7. Piwa nr 1, 5, 6 i 8 pokryły się pianą dość trwałą, drobno- i średniopęcherzykową. Największy ubytek piany – niemal zupełnie do zera krótko po nalaniu w szklance nr 3. W barwie piwa różniły się od siebie o co najwyżej pół odcienia. Najciemniejsze i najmniej klarowne było piwo nr 5.

Piwo nr 1 pachnie karmelową herbatą, trochę jak roibos. Akcenty śmietankowe, toffi. Trochę chmielu, sporo zbożowości. Znowu bardzo przyjemny, pełny aromat. W smaku kremowe – ni to śmietankowe, ni karmelowe. Goryczka chmielowa bardzo zgrabnie równoważy słodkie akcenty toffi i karmelu, ale nawet nie próbuje niczego dominować. Fajna harmonia na podniebieniu. Aż szkoda, że na finiszu pojawia się jakaś tekturowa, zakurzona cierpkość, pustość.

Piwo nr 2 ma aromat lekko słodkawy, czuć w nim tylko odrobinkę chmielu. Poza tym, właściwie standardowa wodnistość. W smaku minimalna słodycz, lekkie akcenty owocowe (brzoskwinie), brak chmielu i goryczki niemal totalny. Poza tym, gładkie, stonowane, płytkie. Piwo, do którego wracać się nie chce.

Piwo nr 3 – w aromacie znowu lekkie bajoro i bagno, ale nad nim unosi się bodaj najprzyjemniejszy, najbardziej naturalny, jak dotąd, chmiel. Tym bardziej, że bagniste akcenty dość szybko się ulatniają. W smaku wyraźna goryczka, ziołowość, pod którymi ukrywa się przyjemna zbożowość. Piwo nie zachwyca, jednak zdecydowanie nie jest pozbawione charakteru, wyrazistości. Przyjemne, nawet eleganckie, rzec można, choć bardzo ascetyczna ta elegancja.

Piwo nr 4 – głąb kapuściany na pierwszy niuch, ale po chwili już jest przyjemnie zbożowo. Chociaż nie, na trzeci niuch jest tam jakaś pietruszka, seler, pełne włoszczyznowe paskudztwo. Po chwili się to jednak ulatnia i pozostaje tylko zbożowość, wcale nie nieprzyjemna. W smaku jest znowu przede wszystkim woda. Woda podprawiona dość przyjemnie akcentami zbożowymi. Niewiele w nim się dzieje, obecność chmielu przejawia się tylko w postaci lekkiej ziołowości, delikatnej goryczki – zdecydowanie jednak chciałoby się jej tutaj trochę więcej. Ogólnie nie jest złe, choć pozostawia lekki niedosyt.

Piwo nr 5 – w aromacie rozgrzany słońcem drewniany pomost, świeże siano z zachwaszczonej, zapuszczonej łąki. Generalnie, pachnie wakacjami. Smak jest pełny, owocowy – świeża truskawka, niedojrzałe gruszki ulęgałki. Straszna szkoda, że chmiel dobrany do tego piwa zupełnie nie współgra z akcentami piwa – wisi gdzieś nad smakiem zasadniczym, ma się do niego nijak, jakby odgrywa zupełnie inne przedstawienie usiłując wprosić się na tę samą scenę. Bardzo nieuporządkowany smak, a szkoda, bo piwo ma potencjał.

Piwo nr 6 pachnie lekko chmielowo, poza tym słód. Odrobina ziołowości i lekko trąci zgnilizną. Aromat raczej mało apetyczny. W smaku gorzkie, dosyć chmielowe, lekko ziołowe. Pod tymi chmielowo-ziołowymi akcentami – woda. Bardzo płytkie, cienkie piwo.

Piwo nr 7 – w aromacie bagniste bajoro i palony plastik. Bardzo mało przyjemne. W smaku jest przede wszystkim kwaśne i siedzi w nim ta plastikowa paloność. Jest zdecydowanie bardziej wysycone CO2, co trochę mu pomaga, ale nie ratuje przed zlewem w naszej kuchni. Po drugim łyku już wiadomo – tutaj jedynie bąbelki na języku robią jakąś robotę. Masakrycznie cienkie piwo.

Piwo nr 8 pachnie czekoladowo, jak lody kakaowe, po czym dość przyjemny, ciepły słód. Jak dotąd, najbardziej pełny, przyjemny aromat. W smaku nieco kakaowo-czekoladowej słodyczy, troszkę nutek palonych, żywicznych, ziołowych. Początkowo zapowiada się świetnie, najlepiej z całej stawki, jak dotąd, ale kończy się czystym smakiem mleczu – cierpkość i gorycz, które przesłaniają wszystko. Bardzo niefajne piwo, bardzo niefajne. A zapowiadało się tak dobrze…

Już podczas smakowania nietrudno odgadnąć niektóre piwa. Nawet jeśli odgadnąć by się nie dało, jasno widać (i czuć), wiadomo które są kraftowe, które na pewno nie. A my je wąchamy, siorbiemy, mlaskamy, cmokamy. Najczęściej jednak krzywimy się, niestety. Z jednej strony na płaskość tych, które ewidentnie pochodzą z koncernów, z drugiej – na nieporadność recepturową, niepoukładanie i zmarnowany potencjał tych ewidentnie kraftowych. A może się mylimy? Ha, człowiek ani by się spodziewał jak bardzo w odbiorze smaku pomaga mu etykieta, podany na niej skład, informacje dodatkowe. Jednak sami chcieliśmy. Ustawiamy ranking i wreszcie sprawdzamy kto jest kto.

Mój ranking wygląda następująco:
5, 1, 4, 3, 6, 2, 8, 7 – choć tak naprawdę, moim zdaniem tylko cztery pierwsze piwa nadają się do picia, a pierwsza trójka z niemałą przyjemnością. Na pozostałe już dłużej patrzeć nie chcę.

Ranking najlepszej piwoszki świata, z kolei, wygląda tak:
1,  4, 5, 8, 2, 3, 6, 7

Różnimy się nieco w ocenach, jak widać, choć bywało nieraz gorzej. Dyskutujemy jeszcze przez chwilę, zanim sprawdzimy co za piwko w której szklance, próbujemy się nawzajem przekonać, ale każde pozostaje przy swoim. Spisujemy protokół rozbieżności.

Oto nasze dzisiejsze piwka:

1. Pierwsza pomoc, Browar Pinta – 10,5 Blg, 4,1% vol., IBU 33, uwarzone w Browarze Zarzecze w Pietrzykowicach, pasteryzowane
2. Namysłów Pils – „dla tych, co się znają”, 12 Blg, 6% vol., pasteryzowane
3. Pilsner Urquell – 11,8 Blg, 4,4% vol., pasteryzowane
4. Trybunał  Niefiltrowany Pils – 10,1 Blg, 5% vol., pasteryzowane, niefiltrowane
5. Nieproszony gość, Browar Dukla – niepasteryzowane, niefiltrowane, 12,5 Blg, 4,6% vol. – zero ściemy na etykiecie (nie podają jaki chmiel, jaki słód, itp. – wszystko do znalezienia na stronie browaru)
6. Miłosław Pils – chmielone na zimno, 12,2 Blg, 5,4% vol., m.in. chmiel aromatyczny z rodziny Golding, pasteryzowane
7. Perła Chmielowa Pils – 6% vol., pasteryzowane, chmiel lubelski – „to dzięki niemu Perła Chmielowa ma tak doskonały smak i unikalny aromat”
8. Pilzner Bohemian Pils, browar Inne Beczki, 12 Blg, 4,7% vol., pasteryzowane, niefiltrowane, odrobina słodu żytniego w zasypie, chmiel Saaz, uwarzono w Browarze Zodiak koło Kłodawy.

No i co się okazuje? Po pierwsze, trzeba głośno odszczekać wszystko zło, które się powiedziało o Pincie. Ich Pierwsza pomoc w zestawieniu z innymi pilsami okazuje się aż nadto dawać radę. Po drugie, jednak wygrywa kraft, co z przykrością niemałą przyznać muszę. W obydwu rankingach w pierwsze czwórce co najmniej dwa piwa to krafty. A nawet trzy. Po trzecie, nie dziwi zgodnie ostatnia pozycja Perły – Boże co za sik! Nigdy wcześniej tego nie piłem i nigdy więcej nie mam zamiaru. Honoru regionalnych broni dzielnie Trybunał. Miłosław nie zaskoczył w żadną stronę. Rozczarował Pilsner Urquell. Tym bardziej, że jeśli wziąć pod uwagę kryterium, które nas skłoniło do takiego porównania, czyli cenę, to cóż, nie ma oczywistych odpowiedzi – Pilsner Urquell kosztował 4,99 zł, podczas gdy Pierwsza pomoc Pinty tylko złotówkę drożej (zakupy robione w tym samym sklepie). Wygrywa bezapelacyjnie Trybunał, który kosztował tylko 2 zł za buteleczkę 330 ml, a który znalazł się w pierwszej trójce obydwu rankingów.

Jedno jest pewne, spodobała się nam ta zabawa, jeszcze ją powtórzymy z innymi gatunkami.