Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Po Godzinach. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Po Godzinach. Pokaż wszystkie posty

środa, 27 lipca 2016

Pszeniczne variete



495. Franziskaner Weissbier Dunkel (Spaten-Franziskaner-Brau) 5%
496. Salamander Wheat Porter (Browar Stu Mostów) 4,8%
497. Hoegaarden Rosée (inBev Belgium) 3%
498. Po Godzinach Apple Wheat (Browar Fortuna) 5%
499. Ju-Rajska Pomarańcza (Browar na Jurze) 4,7%

Zebrało się nam kilka piwek pszenicznych. Ale nie takich zwykłych weizenów czy witbierów, ale takich… no takich różnych wynalazków raczej mniej standardowych. Zebrało się ich kilka, specjalnej kategorii dla żadnego nie ma, spróbujmy więc jedno obok drugiego i zobaczmy co można wyczarować z pszenicy dorzucając do niej to i owo.

Najbardziej standardowym piwem, jakie mamy dzisiaj w zestawie jest Franziskaner Weissenbier Dunkel. Akurat tego jeszcze nie braliśmy na tapetę, czemu więc nie tym razem? Obok stoi Salamander Wheat Porter z wrocławskiego Browaru Stu Mostów. Porter z pszenicy? Podane na etykiecie parametry wskazują, że nie powinno być źle. Co prawda, ani słowa na temat użytego chmielu, ale też nigdzie ani słowa o Ameryce, zacieramy więc ręce z radości. Kolejna buteleczka (dosłownie – tylko 250 ml) to Hoegaarden Rosée, klasyczne belgijskie piwo pszeniczne z dodatkiem malin (6%). Zawiera też cukier i substancję słodzącą, jak informuje etykieta. Cóż, klasyczne Hoegaarden zwykle wymiata konkurencję, zobaczymy na ile poprawiło się dzięki tym dodatkom. Obok stoi butelka kolejnego wcielenia serii Po Godzinach z Browaru Amber, którego nikomu przedstawiać nie trzeba, a mianowicie Apple Wheat, piwo uwarzone z dodatkiem soku jabłkowego. Co ciekawe, o ile podstawowa oferta browaru stawia wszelkiej konkurencji poprzeczkę bardzo wysoko, o tyle już mniej optymistycznie bywa w przypadku serii Po Godzinach. Tymczasem to pszeniczno-jabłkowe, które dzisiaj stoi przed nami, już się nam o podniebienie obiło parę razy – i naprawdę robi robotę. I to w jakim stylu! Absolutnie najlepsze Po Godzinach, jakie się browarowi dotąd przydarzyło. Mamy tylko nadzieję, że kolejne będą jeszcze lepsze. Na koniec, Ju-Rajska Pomarańcza z Browaru na Jurze, którą niemal kupiłem będąc kilka miesięcy temu na Jurze, ale jakimś cudem mi umknęło. Co przypomina mi, że gdzieś w kolejce czeka wpis z piwkami właśnie stamtąd przywiezionymi, ale ciągle nie ma czasu, ciągle nie ma czasu… Tak czy inaczej, Ju-Rajska Pomarańcza informuje z etykiety, że jest piwem pszenicznym, oraz że do jego produkcji użyto skórki świeżej pomarańczy, naturalnego miodu (3%) oraz syropu malinowego (7,5%). A chmielono całość Marynką, Citrą i Amarillo. Zaczynam drżeć z ekscytacji. Aha, etykieta Ju-Rajskiej Pomarańczy milczy na temat zawartości ekstraktu.

Zobaczmy, nalejmy, spróbujmy. Piany niemal nie ma na Ju-Rajskiej Pomarańczy, słabo jest również  na Hoegaarden. Najlepsza, najbardziej obfita, trwała i pozostawiająca lacing jest piana na Apple Wheat . Kolory – najjaśniejsze jest Apple Wheat (klasyczny, słomkowy i mętny weizen ), Ju-Rajska Pomarańcza ma odcień pomarańczowo-czerwony, Hoegaarden jest również czerwone, ale raczej w stronę różu, Franziskaner ciemnobrązowe, a Salamander niemal czarne, nieprzejrzyste. Wąchamy, pijemy, smakujemy.

Franziskaner Weissbier Dunkel (11,8 Blg, pasteryzowane, niefiltrowane) pachnie jak klasyczny weizen, czyli pszenica, banany, odrobina toffi, drożdże, cytrusy, goździki. W smaku bardzo fajne pszeniczne piwo plus lekko palone, jednak delikatne akcenty. Są tu banany, są drożdże, jest akcent palonego zboża, odrobina gorzkiej czekolady. Wszystko bardzo ładnie poukładane, świetnie skomponowane. Chce się jeszcze.

Salamander Wheat Porter (13 Blg, IBU 20, niepasteryzowane, niefiltrowane) – bardzo wytrawny aromat, a w nim kawa, gorzka czekolada, palone zboże, ananasy, kandyzowane owoce egzotyczne. W smaku znowu fajnie – jest bardzo sympatyczna, nieprzesadzona paloność, odrobina gorzkiej czekolady, kakao. Po chwili pojawia się pewna kremowość. Bardzo to wszystko harmonijnie zgrane, bardzo sympatyczne. Piwo, które zachowuje wszelkie proporcje, może stanowić wzorzec wyważenia akcentów, które tak łatwo przeładować w którąś ze stron.

Hoegaarden Rosée (pasteryzowane, niefiltrowane, z dodatkiem 6% malin) – w aromacie wyraźne maliny, ale też czerwone porzeczki, truskawki, sok wiśniowy. Owoce zdominowały wszelkie charakterystyczne dla pszenicznego piwa akcenty. Ciekawa historia. W smaku jest bardzo ciekawie – lekka kwaskowość, a może nawet delikatna owocowa cierpkość, przy mnóstwie owocowej słodyczy, gdzieś tylko w tle jakieś pszeniczne akcenty. Raczej wysoko wysycone. W sumie niezłe, ale jakoś dziwnie przywodzi na myśl skojarzenia z wodą z saturatora z sokiem malinowym – jeśli ktoś coś takiego jeszcze pamięta. Fajnie skomponowane, jednak dość płaskie i mało wyraziste. Na koniec pozostawia rosnącą cierpkość na podniebieniu przy zalegającej ciężkiej słodyczy. Rozczarowanie pierwsze dzisiejszego wieczoru.

Po Godzinach Apple Wheat (12,1 Blg, pasteryzowane, niefiltrowane, z dodatkiem tłoczonego soku jabłkowego) – przepiękny aromat piwa pszenicznego – pełny, aż gęsty. Oprócz tradycyjnych bananowo-drożdżowo-pszenicznych akcentów, świeżo zerwana bazylia, skoszony trawnik, papierówki, delikatna kwiatowość. Coś pięknego! Smak pełny, pszeniczny, bananowy, i tak dalej. Jednak wzbogacony o akcenty jabłkowe, takich fajnych, nie za cierpkich, nie za słodkich jabłek. I to jabłko tutaj robi robotę, cudownie wręcz wpasowuje się w profil smakowy pszenicy, dodaje mu kolejnego wymiaru. Rozkosz na podniebieniu, jedno z lepszych piw, jakie ostatnio trafiły mi w gardło.

Ju-Rajska Pomarańcza Piwo Pszeniczne (pasteryzowane, niefiltrowane, z wieloma dodatkami, patrz wyżej) – w aromacie wyraźne maliny, właściwie to landrynki malinowe, woda różana, syntetycznie dosmaczane galaretki w cukrze, bardzo rozwodniony sok malinowy. Lubczyk. Nie czuć w tym za bardzo piwa. Nie czuć też wspomnianego na etykiecie miodu. Nawet jeśli wiem, że tam powinien być i nozdrza wytężam, żeby go znaleźć. Smak… O Jezu, nie… Smakuje jakby ktoś opił się syropu malinowego, zwymiotował, a potem poprawił tanimi perfumami. Coś absolutnie obrzydliwego, nawet się nie chce dalej analizować. Boże drogi, że też za sprzedawanie czegoś takiego jako piwa nie wsadzają do paki! Jeszcze jeden łyk, tak dla pewności… I wylewamy do zlewu. Stanowczo!

Dzisiejszy ranking bardziej należy odczytywać w kategoriach „po które piwo chętniej bym sięgnął ponownie” niż „to jest lepsze od tamtego”, bo mamy do czynienia ze skrajnie różnymi stylami, których jedynym wspólnym mianownikiem jest pszenica. Jednak jeśli już ustawiamy je w jakimś rankingu, to najchętniej jeszcze raz sięgnę po…

1. Po Godzinach Apple Wheat
2. Salamander Wheat Porter
3. Franziskaner Weissbier Dunkel
4. Hoegaarden Rosée
5. Ju-Rajska Pomarańcza

Poprawka, jak będę sięgał po to ostatnie, niech mi ręka uschnie, cholera…

Najlepsza z piwnych współtowarzyszek natomiast twierdzi, że… zgadza się ze mną w całej rozciągłości. No, prawie. Jej zdaniem na drugim miejscu jest Franziskaner, a Salamander jest trzecie. I niech jej będzie, tym bardziej, że i ja zastanawiałem się któremu przyznać drugie, a któremu trzecie miejsce


niedziela, 10 stycznia 2016

Czas na stout!



409. Tenczynek Milk Stout (Browar Tenczynek) 4,6%
410. Salvador Smoked Coffee Stout (Browary Regionalne Wąsosz) 5%
411. Guinness Extra Stout (Guinness) 4,2%
412. Po Godzinach Cherry Milk Stout (Browar Amber) 4,7%

Tak, czas najwyższy. Dawno się nie stouciliśmy. A że jakimś trafem pojawił się u nas absolutny klasyk, Guinness Extra Stout, trzeba było dobrać mu krajową konkurencję i zobaczyć jak radzi sobie oryginał na tle trzech różnych wariacji na temat stylu. Browar Tenczynek, a tym samym Browary Regionalne Jakubiak, reprezentowany jest przez Milk Stout, czyli stout warzony z dodatkiem laktozy. W barwach (sic!) wielce zasłużonych i najczęściej lubianych i docenianych Browarów Regionalnych Wąsosz występuje dziś Salvador Smoked Coffee Stout, czyli piwo warzone z dodatkiem kawy (oczywiście arabika) i wędzonym słodem w zasypie. No i wreszcie udało się nam dopaść – już chyba rzutem na taśmę, bo piwo swoją premierę miało w listopadzie ubiegłego roku – kolejne wcielenie Po Godzinach z Browaru Amber, a mianowicie Cherry Milk Stout, czyli dodatek laktozy, ale także soku wiśniowego już na etapie leżakowania.

Przy okazji, nie jestem pewien zawartości alkoholu w opisywanym Guinnessie. Kupiony w Niemczech, wydaje mi się, że zawierał 4,1% alkoholu, a nie 4,2%. Niestety, butelka wylądowała w śmietniku zanim zdążyłem uzupełnić wszystkie wpisy. Mam tu spore zaległości, niestety. Tak czy owak, na pewno był to Foreign Extra Stout (7,5%), ani Original (5%). Z tego samego powodu (butelki w śmietniku stanowczo przedwcześnie), nie wszędzie w nawiasach udało mi się podać pełne dostępne informacje dotyczące Blg, pasteryzacji, filtracji, IBU, itp.

Nalewamy, próbujemy. Jeśli chodzi o pianę, to Guinness zawstydza konkurencję. Piana jest klasycznie gęsta, obfita, czyni nalanie piwa do szklanki wyjątkowo trudnym zadaniem. Tenczynek i Salvador wypadają na jego tle wyjątkowo blado. Po Godzinach trzyma fason. Piana – niezależnie od jej ilości i trwałości – wszędzie jest drobno i średniopęcherzykowa, beżowa w kierunku brązu.

Tenczynek Milk Stout (14 Blg, pasteryzowane, niefiltrowane) – w aromacie tradycyjna spalenizna, igliwie sosnowe, kawa, tymianek, lubczyk, jakaś kremowość, toffi. Pojawiają się po chwili akcenty grapefruitowe i słodkiej czekolady. W smaku jest przede wszystkim sporo akcentów palonego zboża, ale jest też odrobina przyjemnych, delikatnych nutek mlecznych, które trochę za bardzo przytłaczają zupełnie do nich nie pasujące, gorzkie akcenty chmielowe, smak gorzkiego grapefruita i gorycz spalenizny. Generalnie, słabo. Chaotyczny, niepoukładany smak.

Salvador Smoked Coffee Stout (13 Blg, IBU 30, pasteryzowane, niefiltrowane) – w aromacie kawa, delikatna wędzonka, palony słód. Wędzonka z czasem zaczyna dominować w aromacie, a akcentom kawy coraz trudniej się przez nie przebić. Niewiele się tu dzieje, ale aromat jest przyjemny, sympatyczny dla nosa. Smak bardzo lekki, wytrawny, z akcentami palonego zboża, dymu, kawy – i niewiele więcej. Jakaś kwaśność. Płasko, żadnej ewolucji smaku, żadnej przyjemności picia. Przynajmniej na początku. Z czasem, po kilku kolejnych łykach, piwo układa się (pewno znowu nie trafiliśmy z temperaturą), akcenty dymu, kawy, palonego słodu ładnie się ze sobą ucierają, kwaśność gdzieś ucieka na dalszy plan. Koniec końców, całkiem sympatyczne piwo.

Guinness Extra Stout pachnie jagodami z syropu, jest tam odrobina bardzo delikatnej czekolady, wiśnie ze słoika, nutki coca-coli. Smak jest słaby, rozwodniony, bez jakichkolwiek bardziej wyrazistych akcentów, których mogłoby się uczepić podniebienie. Jest palone zboże, jest kawa, jest trochę chmielowej goryczki. Wysycenie raczej zbyt mocne, ma się wrażenie, że bąbelki gazu znieczulają , otumaniają kubki smakowe na jakiekolwiek doznania. Ostatecznie Guinness okazuje się zupełnie nijakim piwem, a spodziewaliśmy się przecież, że będzie wzorcem stouta.

Po Godzinach Cherry Milk Stout (14,5 Blg) – w aromacie słodka kawa, wiśnie, zielenina – coś jak przy koszeniu zachwaszczonego i niezbyt suchego trawnika. Taki zapach, jak przy opróżnianiu zbiornika kosiarki i spacerze z nim do kompostownika. W smaku sporo wiśni, gorzkiej czekolady, w dalszym ciągu sporo zielonych, kwaśnych, chwaścianych akcentów. Jakiś dziwaczny ten smak, choć zdecydowanie nie do dyskwalifikacji. No i nie wszyscy zebrani (a jak zwykle jest nas dwoje) zgadzają się co do tej dziwaczności. Są tacy, którym to ewidentnie smakuje. I niech im będzie.

Mój osobisty ranking wygląda dzisiaj następująco:

1. Salvador Smoked Coffee Stout
2. Po Godzinach Cherry Milk Stout
3. Guinness Extra Stout
4. Tenczynek Milk Stout

Najlepsza z żon postanowiła się wreszcie bardzo ze mną nie zgodzić. I dobrze, ta nasza jednomyślność z poprzednich wpisów zaczynała już mi doskwierać. Jej zdaniem tak powinien wyglądać dzisiejszy ranking:

1. Po Godzinach Cherry Milk Stout
2. Salvador Smoked Coffee Stout
3. Tenczynek Milk Stout
4. Guinness Extra Stout

Co odnotowuję z pełnym uszanowaniem wolności słowa, która ciągle u nas obowiązuje. Niezależnie od trendów panujących tuż za naszymi drzwiami i wszędzie wokół.



czwartek, 29 października 2015

Okołomarcowo


297. Dolomiti Rossa Doppio Malto (Birra Castello SPA) 6,7%
298. Inedit (Damm) 4,8%
299. Po Godzinach Marcowe (Browar Amber) 5,8%
300. Voll-Damm Doble Malta (Damm) 7,2%

Skład dzisiejszej stawki zawodników podyktowały dość przypadkowe – jak zwykle u nas – zakupy, oraz wymagająca natychmiastowych działań opróżniających zawartość lodówki i jej okolic. Jej trzon to piwa marcowe i im podobne, do którego dorzuciliśmy ciekawostkę w postaci katalońskiego piwa Inedit Damm, które nijak nam nie pasowało do jakiegokolwiek innego zestawu. Ciekawostka polega na tym, że mimo iż piwo to uwarzono w barcelońskim browarze Damm, dokładnie tam, gdzie najpopularniejsze piwo barcelońskie, Estrella Damm, to w komponowaniu jego receptury brał udział (a przynajmniej się pod nim podpisał) sam Ferran Adrià, kulinarny geniusz (podobno), twórca bodaj najsłynniejszej restauracji na świecie, elBulli. Skąpe informacje na temat tego piwa, jakie znaleźć można na kontretykiecie sugerują, że bliżej mu raczej do stylu belgijskiego witbier, ale skoro witbierów nie mamy chwilowo na składzie, to przecież takiego Inedit do zlewu nie wylejemy. Niech walczy. Do pomocy dorzucamy mu Voll-Damm Doble Malta, piwo warzone w tym samym browarze, i już na pewno marcowe. Na stole ląduje jeszcze jedno piwo z południa, a mianowicie włoskie Dolomiti Rossa Doppio Malto. Polskę reprezentuje Marcowe z serii Po Godzinach z browaru Amber. Amber raczej nie zawodzi, tak więc nie przejmujemy się przewagą liczebną Południowców.

Przy okazji wyszło nam – zupełnie niechcący – że właśnie wkraczamy w czwartą setkę opisywanych piwek. I ciągle z dala od oddziału odwykowego, czego zamierzamy się trzymać przez co najmniej kolejnych trzysta piw.

Podczas nalewania, w każdej szklance pojawia się poprawna piana – ani zbyt obfita, ani zbyt skąpa, ani zbyt trwała, ani zbyt ulotna. Beżowa w Po Godzinach i wręcz brązowa w Dolomiti. Naturalna, osiadająca na ścianach szklanek, w miarę trwała. Samo piwo Dolomiti ma barwę bursztynową, jest dzisiaj najciemniejszym piwem. Najjaśniejsze, ciemnosłomkowe, odrobinę ciemniejsze niż typowy witbier  – i wyraźnie niefiltrowane – jest Inedit.

Dolomiti Rossa Doppio Malto pachnie palonym słodem, melasą i jarzębiną. Po chwili ujawnia się nasza ulubiona guma arabska. Trochę rodzynek. W smaku lekkie, z nutkami palonego słodu, karmelu, suszone śliwki, delikatna goryczka gorzkiej czekolady. Bardzo sympatycznie wyważone, grzeczne. Smaczne, choć z czasem robi się kompletnie płaskie, pozbawione wyrazistości.

Inedit w aromacie ma lubczyk, seler, pieprz, słód, kolendrę, pszenicę, odrobinę cytrusów. Po chwili całość ewoluuje w stronę zapachu domowego rosołu. W smaku jest również jarzynowo – seler, marchewka. Lubczyk i kolendra są i tutaj. Jest tam też wyraźnie pszenica. Pieprz, majeranek, korzeń pietruszki. Dopełnione lekką sugestią tylko cytrusów, goździków. Wbrew pozorom, nie jest to jakoś specjalnie nieprzyjemne. Choć raczej zwycięstwa w dzisiejszym starciu akurat temu piwu nie wróżę. Nie uprzedzajmy jednak wypadków, jeszcze dwa piwa przed nami. Trzeba jednak powiedzieć, że Ferran Adrià i koledzy – jeśli rzeczywiście maczali oni palce w tworzeniu tego piwa, a nie jest to tylko zabieg marketingowy – stworzyli bardzo nietypowe piwo. Na pewno sięgniemy po nie jeszcze raz, gdy tylko nadarzy się sposobność.

Po Godzinach (14,4 Blg, pasteryzowane) – w aromacie słód, karmel. Po chwili ujawniają się nutki śmietankowego sosu grzybowego. Takiego z podgrzybków. W smaku pełne, wyraziste – słód, karmel, delikatny powiew polskiego chmielu – nie jest to nawet goryczka, a bardziej powiew aromatu znad pęczka ususzonych szyszek chmielu. Bardzo dojrzałe, słodkie brzoskwinie. Ten akcent sosu grzybowego obecny jest również w smaku. Bardzo przyjemna rzecz.

Voll-Damm pachnie ciemnymi owocami – czarną porzeczką, aronią. Po chwili pojawia się delikatna wędzonka. I karmel. W smaku pełne, pełne słodkich owoców. Rumianek, kardamon, goździki. Jest lekka nutka alkoholu, akurat raczej mało przyjemnego. I całe szczęście, że nie ma go tam dużo. Goryczka ma charakter goryczy tarniny. Takiej, którą już zdążył ścisnąć pierwszy jesienny przymrozek.

Dziś znowu werdykt jest jednogłośny, choć przyznać trzeba, że obydwoje trochę wahaliśmy co do drugiego miejsca. Tak czy owak, wygrywa Po Godzinach. Zdecydowanie. Drugie miejsce – za totalnie nieoczywistą innowacyjność – Inedit. Na trzecim miejscu Voll-Damm. Jako ostatnie linię mety przekracza Dolomiti.

środa, 22 lipca 2015

Targowisko staroci

26/05/2015

58. Stare Ale Jare (Pinta) 5%
59. Po Godzinach kwiecień 2015 (Browar Amber) 4,8%
60. Schlüssel Original 5%
61. Gatz Altbier 4,8%

Od niedawnej wizyty w Düsseldorfie, stolicy niemieckiego piwa typu altbier, nosiłem się z zamiarem starcia oryginalnych, tamtejszych altów z wyrobami naszych rodzimych browarników. Wreszcie udało się zasiąść do testu altbierów – dwa z Düsseldorfu, dwa kupione na miejscu, w Świdnicy i w Szczawnie-Zdroju. Zobaczmy jak się spiszą.

Test piany wygrały ex aequo Po Godzinach i Schlüssel Original. Piana sztywna, wysoka. Gatz zachował się grzecznie – ani zbyt obficie, ani zbyt skąpo. Na Starym Ale Jarym piany nie uświadczysz, nawet podczas nalewania. Jeśli chodzi o barwę, to Gatz jest najciemniejsze, ale klarowne. Schlüssel jest odcień jaśniejsze, też klarowne. Stare Ale Jare – kolejny odcień jaśniejsze, podczas gdy Po Godzinach jest zupełnie jasne, jak na altbier, a przy tym mętne jak pszeniczne.

Zaczynamy od Gatz Altbier. Pełny, głęboki, szlachetny, świeży, czysty smak – słód, karmel, palone ziarno, nieco bardzo delikatnej goryczki. Bardzo przyjemne. Przynajmniej na pierwszy rzut podniebienia.

Po Godzinach – w aromacie wyraźne drożdże (stąd ta mętność), akcenty cytrynowe, po chwili ujawniają się nutki świeżo wyprawionej skóry plus jakieś kwiaty (pelargonie?). Również w smaku delikatne cytrusy, dopiero po chwili wyłaniają się dość przyjemne słodowe nutki, jakieś orzechy, delikatna goryczka chmielowa. Drożdżowa kwaskowość w pewnym momencie zaczyna się robić nieprzyjemna. Smak jest jakiś rozchwiany, nie jest to najlepsze piwo, jakie w życiu piłem. Bardzo przypomina zwyczajne, kiepskiej jakości ciemne piwo pszeniczne, a nie alt. Sprawdzam etykietę – no nie, wyraźnie tam stoi „altbier”.

Schlüssel Original wyraźnie pachnie karmelem, gumą arabską. W smaku jest dość wytrawne, rześkie. Lekki posmak metaliczny, który jednak ginie przy drugim łyku (być może efekt interakcji smaków z tego i poprzedniego piwa), wyraźna goryczka, gdzieś tam akcenty suszonych owoców, rodzynek.

Stare Ale Jare ma dość intrygujący aromat – oprócz obowiązkowej gumy arabskiej, jakaś trudna do określenia słodycz. Toffi, suszone gruszki? W smaku wychodzi na to, że gruszki. Suszone. Pełno ich. Plus biała morwa. Taka lekko podgniła, mało przyjemna. Na tym wszystkim chmielowa goryczka. Mniej niż się spodziewałem, ale za dużo i zdecydowanie niezgrana z resztą bukietu. Gryzie się to wszystko nieprzyjemnie, zagłusza słód, który desperacko próbuje walczyć o należne sobie miejsce na podniebieniu. Trudno nie odnieść wrażenia, że twórcy tego piwa cierpią na przerost ambicji nad umiejętnościami. Wykombinowali sobie zestaw słodów, chmielów, sposobu fermentacji tak sprytnie, żeby pobić tych, którzy altbiery robią od pokoleń. I wyszedł ni pies, ni wydra. Myślę, że gdybym zabrał się za komponowanie – wszak po dogłębnym przesłuchaniu całej dyskografii Pink Floyd – to efekt byłby podobnie żałosny.

Czas na oceny. Pierwsze miejsce jednogłośnie zajmuje Gatz Altbier. Tuż za nim, wcale nie tak daleko, Schlüssel Original. Jednak tu pojawia się rozbieżność opinii. Są tacy, którzy twierdzą, że drugie miejsce zajmuje Po Godzinach. Tę rozbieżność opinii odnotowujemy z całym należnym w Dniu Matki szacunkiem. U mnie na trzecim miejscu jest Po Godzinach. Na końcu jednogłośnie – Stare Ale Jare.