Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Doctor Brew. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Doctor Brew. Pokaż wszystkie posty

piątek, 30 grudnia 2016

Święta niejedno mają imię



603. Saint No More (AleBrowar) 6%
604. Świąteczny Śliwkowy Stout (Browar Roch) 5%
605. Choco Boss (Doctor Brew) 6,2%

Zgodnie z zapowiedzią, na stół trafiły wreszcie pozostałe piwka okołoświąteczne, które takim czy innym trafem znalazły się w naszej piwniczce. No i całe szczęście – zdążyliśmy przed końcem roku, nie będzie zaległości. Zaszła pewna zmiana w stosunku do zawartości zdjęcia z poprzedniego wpisu. Zniknęło pewne domowe piwko, które wysuszone zostanie jakoś tak bardziej prywatnie, jak na domowe piwko przystało, bez rozgłosu. Jego miejsce zajął Świąteczny Śliwkowy Stout z Browaru Roch, na który natknąłem się podczas przedświątecznych peregrynacji po sklepach różnej maści. A poza tym, Saint No More, świąteczny kokosowy porter z AleBrowaru i Choco Boss z Doctor Brew, również uwarzone z okazji Świąt, zimy i końca roku. Albo jakoś tak.

Jak łatwo odgadnąć czytając etykietę, Saint No More uwarzono z dodatkiem kokosa. Świąteczny Śliwkowy Stout na kontretykiecie (będącej jedyną etykietą) przyznaje się tylko do dodatku w postaci płatków jęczmiennych. Z kolei Choco Boss zawiera dodatek kakao, curacao i skórki słodkiej pomarańczy.

Wszystkie trzy nieprzejrzyście czarne, lub brązowo-czarne. Piana najjaśniejsza, a jednocześnie najmniej imponująca na Choco Boss. Pozostałe dwa piwa spieniły się poprawnie, ciemnobeżowo i trwale. Mimo usilnych starań i ostrożnego obchodzenia się, w Choco Boss pływa całe stado nieprzyjemnie wyglądających farfocli. Takie „statki”, jak w bidonie dwulatka podczas zapijania obiadu.

Saint No More Kokosowy Porter (16 Blg, IBU 40, niepasteryzowane i niefiltrowane, warzone w Browarze Gościszewo) – w aromacie czekolada, kawa, ananas, odrobina palonego słodu, suszony banan. Dość trudno doszukać się klasycznego aromatu kokosa – pojawia się, owszem, ale dość blado nieśmiało. Piwo pachnie właściwie jak klasyczny porter.
Smak jest pełny i przyjemny, a w nim sporo karmelu, lukrecji, palonego słodu, kawy, gorzkiej czekolady. Jest wreszcie kokos, i to w bardzo przyjemnej postaci. Goryczka ma charakter kawowo-czekoladowy, jest dobrze wyważona i zna swoje miejsce. Bardzo przyjemne piwo, i to chyba głównie za sprawą tych kokosowych nutek, które pojawiają się w nim bardzo nieśmiało, niejako niechcący, nie pchają się na pierwszy plan, a tylko delikatnie wypełniają wolne przestrzenie smakowe. Bardzo sprytnie pomyślane, pięknie wykonane. Aż szklanka sama do ust wędruje.
Kategoria: JESZCZE RAZ TO SAMO


Świąteczny Śliwkowy Stout (15,7 Blg, niepasteryzowane, niefiltrowane) – w aromacie suszona śliwka, wędzony słód, kompot z suszu owocowego, odrobina coli, siano. Z czasem pachnie coraz bardziej stajnią, skórzanym siodłem, uprzężą i całą resztą rumaka. I żeby wszystko było jasne – jest to bardzo przyjemny, ciepły aromat. Rumak i cała reszta uprzęży i obejścia jest czysta i zadbana. Gdzieś niedaleko ktoś niedawno wygasił wędzarnię.
Smak jest tylko odrobinę mniej pełny niż w Saint No More, ale wypełniony jest doskonałą treścią – wędzonka, suszona śliwka, susz owocowy, kakao, czekolada, kawa z mlekiem, słonecznik prażony. W odpowiednim momencie pojawia się delikatna goryczka, coś jak skórki świeżych węgierek. Wszystko cudownie wręcz poukładane i wyważone. Coś pięknego. No, tak to ja mogę świętować!
Kategoria: CUD, MIÓD, MALINA


Choco Boss (16 Blg, IBU 45, niepasteryzowane, niefiltrowane, warzone w Browarze Bartek) – aromat rozczarowuje od pierwszego niucha. Nie ma tutaj nic, co uzasadniałoby którykolwiek z członów nazwy – ani to choco, a już na pewno nie boss. Pachnie sztucznie, mętnie, niewyraźnie. Doszukać się można nieco akcentów pomarańczy, ale głównie w postaci sztucznego aromatu pomarańczowego, jak w cukierkach skittles, jest odrobina palonego słodu, na upartego jest echo czekolady, ale akurat ta nutka bardziej przypomina znane z dawnych dziejów wyroby czekoladopodobne niż dobrej jakości czekoladę. Po chwili pojawia się marcepan i amaretto. Wszystko to jednak ciągle występuje na jakimś słabym, niemiłym, plastikowym tle. Przedziwny, mało atrakcyjny, niezbyt zachęcający aromat, jak by się nie wwąchiwać, jak by się nie starać.
Smak jest wodnisty, słodki, lurowaty. Wysycenie prawie żadne, więc smak piwa niebezpiecznie dryfuje w stronę jakiejś słabej jakości coli o lekko piernikowym smaku. Jakieś akcenty podgniłych jabłek, na które wylała się kawa rozpuszczalna. I nieprzyjemna, tania gorycz, cholera wie skąd. Totalnie niepoukładane, słabe piwo. Choć użycie słowa piwo jest tu mocno przesadzone.
Kategoria: DO ZLEWU

Nie ma potrzeby jakoś specjalnie układać ranking – wszystko jest oczywiste na pierwszy rzut oka. Cieszy dobra forma Rocha. Kilka razy już sobie przez gardło przelewaliśmy piwa z tego lokalnego, jak by nie było, browaru. I nie zawsze pialiśmy z zachwytu. Tym razem jednak trafiony-zatopiony. Piwko warte grzechu. Stanowczo warte. Grzechu ciężkiego wręcz. Świetny kokosowiec z AleBrowar. Tym bardziej, że ponoć nie tak łatwo uwarzyć cokolwiek sensownego używając do tego kokosa. Tak mówią ci, co wiedzą, co próbowali. Wierzymy im na słowo i tym bardziej chwalimy wysuszony dziś kokosowy porter. Doctor Brew? Nie tym razem. Tym razem przemilczmy.

Dla formalności, dzisiejszy ranking:

1. Świąteczny Śliwkowy Stout z Browaru Roch
2. Saint No More kokosowy porter z AleBrowar
3. Choco Boss z Doctor Brew

Wszystkim życzymy piwnych miódów-cudów-malin w Nowym Roku. Do siego!


Dwa z trzech dzisiejszych piw kupione w Po Robocie, ul. Westerplatte 9, Świdnica.

piątek, 19 sierpnia 2016

Gekon szuka kumpli



522. Szemesz Sesyjne IPA (Browar Golem) 3,7%
523. Cajaneiro Session IPA z owocami caja (Kingpin) 4,7%
524. Little Molly Session IPA (Doctor Brew) 5%
525. The Green Gecko IPA No 2 (Hatherwood/Marston’s) 5%

Nie tak dawno narzekałem, że jedna z moich ulubionych sieci handlowych poczuła się już tak pewnie na rynku, że przestała się podlizywać klientom i potencjalnym klientom zjawiskowymi czasem (a już na pewno niebywałymi cenowo) ofertami piwa z różnych zakątków świata. Jakież było moje zdziwienie, kiedy jakiś tydzień temu wszedłem do Lidla w Mrągowie i zobaczyłem dopiero co ustawione zgrzewki i kartony z angielskim i szkockim piwem. A że byłem na wakacjach, to intensywność spożycia napojów miłych znajdowała się w górnej strefie stanów wysokich, więc jak znalazł. Nie żebym narzekał – pod oknem mojej kwatery w Mikołajkach miałem dwa sklepy z bardzo szeroką ofertą świeżusieńkich piwek z Kormorana w nadspodziewanie przystępnych cenach. Jednak Kormoran był, jest i będzie, a już takiego palca biskupa znowu możemy nie uświadczyć przez kolejny rok. Trzeba się więc nachłeptać.

Natychmiast w Internecie pojawiły się opinie znawców piwa, jakoby to piwa te niczego nie urywały, sprzedawane były w skandalicznych bezbarwnych butelkach, a w ogóle to co to jest, takie angielskie piwo… No i racja, niczego nie urywają, bo niby jak mają urywać? Oferta Lidla to najbardziej standardowy standard brytyjskich piw, żadne tam cymesy. Ot, takie ichnie Tyskie, Żywiec i Warka. I daj nam Boże, by nasze koncernowe sikacze tak smakowały, jak tamto. Ale fakt, niczego nie urywają specjalnie.

Wśród niedawnej oferty lidlowej moją uwagę przykuły dwa – lager Scottish Charger i IPA The Green Gecko No 2. Pierwsze od razu sobie odpuściłem – lager o zawartości alkoholu 9% to jednak spore nieporozumienie. A jeśli komuś opłaca się go sprowadzać z tej Szkocji do Polski i sprzedawać po 2,99 za puszkę, to ja nie jestem ciekaw jak smakuje. Odpuściłem. Natomiast gęba mi się uśmiechnęła na IPA. Przypomniałem sobie moją niedawną wizytę w Edynburgu i pierwsze-lepsze IPA, które sobie zaordynowałem do obiadu na Grassmarket. I ono smakowało! Odżyła nadzieja na to, że jednak gdzieś na świecie są piwowarzy, którzy wiedzą jak ma smakować IPA, potrafią wyważyć proporcje, dobrać składniki, z niczym nie przesadzić. No i jak zobaczyłem tego gekona w Lidlu, to poczułem chęć nieprzepartą. Jeszcze tego samego popołudnia widziałem, że Green Gecko daje radę. I znowu – nie żeby to był jakiś kosmiczny wynalazek. Nic z tych rzeczy. Po prostu, konkretnie przygotowane, przyzwoicie uwarzone piwo. Uwarzone przez kogoś, kto wie jak przyzwoite piwo ma smakować, ale niekoniecznie ma ambicję zdobycia piwnego szczytu świata tą akurat warką.

No dobra, pomarudził. Uznałem, że jedynym odpowiednim towarzystwem dla lidlowego gekona będą piwa w stylu session IPA – i to ze względu na zbliżoną zawartość alkoholu, jak i spodziewaną powściągliwość w chmieleniu. Dlatego też na stole dzisiaj pojawiły się piwa nie całkiem może z tej samej półki, żeby nie powiedzieć beczki, ale takie, które mogą dać obraz jak angielskie IPA ma się do naszych kraftowych wynalazków. Dobór jest znowu – jak zwykle u nas – przypadkowy. Na stole pojawiły się te session IPA, które akurat w ostatnim czasie były dostępne w sklepach, gdzie zwykle robimy zakupy. I zupełnie przypadkiem są to piwa robione przez browary, którym jeszcze nigdy nie udało się nas zachwycić. I to lekko powiedziane. Wyroby Doctor Brew omijam szerokim łukiem od pewnego czasu, gdyż zwyczajnie spośród próbowanych kilku w żadnym nie zobaczyłem dna szklanki. Za to zlew opił się do nieprzytomności. Kilka próbowanych dotąd piw od Kingpina pokazało (ale tylko mnie, jakoś piwowarzy Kingpina nie chcą tego zauważyć), że kombinowanie z dwoma tuzinami różnych składników – słodów, chmielów, dodatków – nie ma prawa wyjść na zdrowie piwu. Więc i tu z pewną taką nieśmiałością wrzuciłem do koszyka ichnie Cajaneiro. Co do Browaru Golem, to wypiłem dotąd może trzy ich piwa – i za żadnym razem nie zapiałem z zachwytu. Wyglądać to więc może na wielką antypolską, lewacką konspirację, mającą na celu wykazanie jacy słabi są polscy kraftowi piwowarzy. Jeśli komuś tak to wygląda, to niech sobie ma, co ja mu będę tłumaczył?

No i dobra, wszystko wyjaśnione, tak więc czas odkapslować i przelać przez spragnione gardło. Ale najpierw do szklanek. Mamy dzisiaj dość spory rozrzut jeśli chodzi o barwę piw. Najjaśniejsze jest Little Molly, a przy mętności wynikającej z braku filtracji, przypomina nieco z wyglądu piwa pszeniczne. Cajaneiro to już przyzwoity bursztyn IPA, Szemesz jest pół tonu ciemniejsze, a zupełnie ciemne, niemal mahoniowe jest Green Gecko. Również piana na gekonie jest beżowa, podczas gdy na pozostałych piwach biała lub bliska bieli. Piana na Szemesz niemal nie wystąpiła w ogóle, a w każdym razie zniknęła w kilka chwil po nalaniu piwa do szklanki. Pozostałe trzy pokryły się przyzwoitą i w miarę regularną pianą. Tę konkurencję wygrało Little Molly.

Dobra, Dość gadania. Wąchamy, pijemy.

Szemesz Sesyjne IPA Single Malt and Single Hop (10 Blg, IBU 50, pasteryzowane, niefiltrowane, chmiel Chinook, słód Wiedeński, warzone w Browarze Czarnków) – w aromacie ananas, mango, frezje i jaśmin. I mnóstwo karmelu. Z czasem karmel przechodzi w karton. Generalnie mało wyraziście, harmonii w tym żadnej. Rokuje słabo. Smak jest lekki, żeby nie powiedzieć wodnisty. Natychmiast pojawiają się zaskakująco agresywne nuty goryczki i kwasu chlebowego. Powiedzieć by można, że to nowofalowo nachmielony podpiwek. Akcenty kawy, karmelu, gdzieś może jedynie echo jakichś owoców. Goryczka rozbudowuje się i zostaje na dłużej. Piwo słabe, w kierunku kiepskie.
Ocena: DO ZLEWU

Cajaneiro Session IPA z owocami caja (11,5 Blg, pasteryzowane, niefiltrowane, warzone w Browarze Zarzecze) – w aromacie czarna herbata, białe grapefruity, nieco palonego zboża. Z czasem wychodzi bagienko. Płaskie to, zupełnie bez polotu. Smak jest pełny, owocowo-słodki, goryczka zdecydowanie lepiej dobrana niż w poprzednim piwie – robi swoje, okopuje się na flankach ale jakoś specjalnie nie dominuje. Smak bez porównania lepszy niż to, co sugerować mógłby aromat. Gdzieś w tle rzeczywiście pojawia się jakiś nieznany mi akcent owocowy – pewno to ten śliwiec mombin (aka caja), którego osobiście poznać nie było mi nigdy dane. Nieźle złożone, w miarę zbalansowane w smaku piwo. Trochę za dużo goryczy, która z czasem oblepia podniebienie i zalega tam nieprzyjemnie, ale poza tym, nie jest źle.
Ocena: JAKOŚ JE ZMĘCZĘ

Little Molly Session IPA (12 Blg, IBU 50, niepasteryzowane, niefiltrowane, warzone w Browarze Bartek) – w aromacie trochę żywicy, mnóstwo intensywnych grapefruitów, nutka mokrej szmaty na zmywaku. Z czasem szmata się ulatnia, a pozostaje głównie dość przyjemny aromat cytrusów i odrobina ananasa. Może nie będzie źle? Smak jest lekki, orzeźwiający, bardzo przyzwoity. Jest w nim bardzo przyjemna łagodność słodowo-owocowa, tylko subtelnie, naprawdę delikatnie skontrowana bardzo wyważoną, żywiczną goryczką. No fajne piwo, naprawdę.
Ocena: JESZCZE RAZ TO SAMO

The Green Gecko IPA No. 2 (13 Blg, pasteryzowane) – w porównaniu z poprzednimi piwami, niemal nie czuć w nim chmielenia. Jest tu sporo słodu, mnóstwo karmelu, rodzynek. Jest guma arabska, jest kalarepa. Odrobina kawy. Delikatne akcenty skórek cytrusowych. Smak jest pełny, pozbawiony goryczkowego szaleństwa, karmelowo-słodowo-kawowy. Czysta kraina łagodności w ciepłych, beżowo-brązowych odcieniach. Jest tu też wanilia, kolendra, miśki Haribo, coca-cola, zielone jabłka.
Ocena: JESZCZE RAZ TO SAMO

Ranking, znowu dzisiaj jednogłośny:

1. Little Molly
2. The Green Gecko
3. Cajaneiro
4. Szemesz

No i gdyby mi ktoś powiedział, że ja kiedyś pochwalę piwo Doctora Brew… Co też człowiekowi po stole chodzi i do szklanek się wlewa! Uczciwie i bez uprzedzeń powiedzieć trzeba, że Little Molly naprawdę zasłużyło sobie na najwyższe pochwały. Gekon dał radę, jak się spodziewano. Pozostałe dwa nie zaskoczyły jakoś specjalnie. Tak czy owak, lecę do Intermarche, może tam jeszcze znajdzie się chociaż jedna butelka Little Molly.


środa, 19 sierpnia 2015

Polska, Czechy, Anglia, ale Indie



225. IPA Gold (Greene King) 4,1%
226. Centennial IPA (Doctor Brew) 6,2%
227. Primátor India Pale Ale (Primátor) 6,5%

W związku z ustąpieniem fali upałów, zabrać się można za czekające na swoją kolej inne gatunki piwa niż tylko życie ratujące zimne lagery. Choćby i z całego świata zwożone. Dzisiaj trzy piwa w stylu IPA – India Pale Ale. Jedno z Anglii, jedno z Polski i jedno z Czech. Ciekaw byłem – po raz kolejny – jak tego typu wynalazki robione w krajach niemających ani cienia tradycji warzenia tego gatunku piwa poradzą sobie w zestawieniu z angielskim IPA. Zupełnie przeciętnym jak na angielskie warunki.

Po przelaniu zawartości butelek do szklanek, okazało się, że najsłabiej pieni się IPA Gold, za to zdecydowanie najbardziej intensywnie – niemal jak Grodziskie – Centennial IPA. Być może w pewnym stopniu jest to rezultat pewnego mocowania się z butelką podczas wytargowania jej z lodówki. Piana na nim jest koloru beżowego. Primátor nie szaleje w żadną stronę – pokrywa się grzeczną, naturalną, białą pianą. IPA Gold jest klarowne, barwy jasnobursztynowej. Centennial IPA jest wyraźnie niefiltrowane – jest mętne do tego stopnia, że sprawia wrażenie brudnego. Primátor znowu jest gdzieś pośrodku.

O zawartości alkoholu w każdym z piw już nie wspomnę. Naprawdę trzeba walić w czachę już drugim piwem?

IPA Gold z browaru Greene King w Anglii pachnie przede wszystkim słodem jęczmiennym i karmelem. Nad tą bazą unoszą się delikatne akcenty cytrusowego chmielu, kwiatów. Trochę żywicy. Nie wali w nos chmielem, jest przyjemne i rześkie w aromacie. Po paru chwilach pojawiają się akcenty brzoskwiniowe. W smaku jest bardzo lekkie, przyjemnie słodowo-owocowe. Po chwili akcenty świeżego zboża i fala delikatnego chmielu. Nie gorycz, nawet nie goryczka – raczej taki przyjemny powiew chmielowości. Coś co bardzo sobie w piwach cenię – smak jest warstwowy, rozwija się na podniebieniu. Słowem, nieskomplikowane, ale też nie przekombinowane, przyjemne piwo.

Centennial IPA (16 Blg., IBU 71) pachnie przede wszystkim cytrusami (głównie grapefruity) i żywicą. Pod tymi akcentami czai się słodowa baza, której aromat jednak wyraźnie trąci aromatami rodem z oczyszczalni ścieków. Podgniłe owoce plus akcenty zużytych, stęchłych i wykręconych ze ścierki środków czystości. Jest tam jeszcze mokry karton, ale jakoś nie pcha się na pierwszy plan, więc nie będziemy się czepiać. W smaku jest przede wszystkim owocowe. Są to słodkie, dojrzałe, ciężkie  owoce. Zanim jednak zdołałem zidentyfikować rodzaj owoców (przede wszystkim jakaś przedziwna mieszanka owoców egzotycznych – kandyzowanych i rozmoczonych, taki słodki ulepek), pojawiło się bardzo nieprzyjemne wrażenie, że tak naprawdę to ssę papier nasączony sokiem, a może nawet syropem owocowym. Chmiel nie czeka na swoją kolej. Wali na prawo i lewo po pysku nieprzyjemną goryczą. Na tę gorycz nakłada się gromadząca się w tylnej części podniebienia lepkość. Z każdym łykiem piwo jest coraz mniej przyjemne.

Primátor IPA ma w aromacie akcenty owocowe – nie tylko oczywiste cytrusy, ale też brzoskwinie. Te cytrusy jednak to bardziej cytrusowy, sztuczny aromat rodem z cukierków skittles, a brzoskwinie to bardziej z puszki niż z drzewa. Do tego może trochę nutek kandyzowanych owoców egzotycznych.  W smaku pełne i całkiem przyjemne – przez pierwsze ułamki pierwszej sekundy smakowania. Natychmiast jednak ta przyjemna słodycz owocowa rozpędzona zostaje przez ohydną wręcz chmielową gorycz. Taką medyczną, prosto z obleśnych lekarstw (rozgryziona witamina C). I potem już nie dzieje się nic. Jest gorzko, jest cierpko, jest przepaskudnie nieprzyjemnie. I człowiek tylko czeka, żeby mu się kubki zregenerowały na ten tychmiast. Ratunku, zdają się wrzeszczeć… Ob-le-cha.

Dzisiaj liczebność degustatorów jest o mniej więcej 50% mniejsza niż zwykle, więc nie trzeba będzie ustalać stanowisk, sporządzać protokołów rozbieżności, itp. Dzisiaj pójdzie łatwiej. Choć jestem pewien, że gdyby było nas tutaj tak wielu, jak zwykle, opinia byłaby identyczna. Nie ma więc sensu dłużej odwlekać odczytania wyroku. Tak wyroku. Przypominam, że na samym początku stwierdzono, że IPA Gold to tak naprawdę angielski średniak. No i jakoś tak nie chce być inaczej – IPA Gold wygrywa w cuglach. Jest tak daleko przed drugim kolarzem, że zdążyło wjechać na stadion, minąć linię mety, zejść z roweru, pójść na piwo, wychylić ze trzy kufle, a potem leniwie odwrócić, rzucić okiem na trasę wyścigu i dostrzec zbliżającą się sylwetkę drugiego zawodnika. Ten drugi to Centennial IPA od Doctora Brew. Po dwóch następnych kuflach ogląda się ponownie, spogląda na trasę wyścigu, gdzie pojawia się zdobywca trzeciego miejsca – Primátor India Pale Ale.

I tutaj aż się prosi parę słów prywaty. Ostatecznie to mój (nasz) blog, więc wolno mi. Wyobraźmy sobie, że nasze polskie pierogi ruskie zyskują jakimś cudem międzynarodowe uznanie. Głównie w Papui Nowej Gwinei. I któryś z papuaskich – z całym szacunkiem – kucharzy stwierdza, że to jest to. On zrobi karierę jako wytwórca ruskich pierogów. Ale coś mu nie pasuje. Te ruskie są za mało pieprzne, za mało ostre. Wymyśla więc, że przecież można odwrócić proporcje sera i pieprzu w farszu swojego produktu flagowego. Czasem zamienić ten pieprz papryczką chili, czasem jalapeño. Bo przecież jak można takie mdłe pierogi jeść. I ja bym chciał wtedy zobaczyć reakcję polskich smakoszy pierogów. Dokładnie to samo dzieje się z najprzeróżniejszymi gatunkami piwa. Wszelkiej maści browary kraftowe – choć nie tylko, jak się okazuje – warzą wszystko, każdy gatunek piwa. Nawet takie, których nigdy nie mieli okazji spróbować. Efekt nie zawsze jest zadowalający, ale co tam, wystarczy to odpowiednio doprawić, a zamaskuje się wszelkie niedociągnięcia czy brak umiejętności piwowarów. Czyli – więcej chmielu, więcej chmielów. A harmonia smaku niech się.. odsunie na bok i nie przeszkadza w robieniu kariery, kasy, lansu. Co gorsza, mam wrażenie, że tłumy birofilskich neofitów z wypiekami na twarzy będą analizować informacje zawarte na etykietach – gdzie większe IBU, gdzie więcej goryczki… Ja tylko przypomnę wszelkiej maści piwnym hipsterom – to właśnie znienawidzone, pogardzane koncerny wam wmówiły, że goryczki ma być dużo, jak najwięcej. Ktoś pamięta jeszcze taką serię reklam piwa Pilsner Urquell – z ulubionym prezenterem radiowym mojej żony w roli głównej? Oni tam tylko o goryczce mówili. I to miało stanowić o jakości piwa. Wielu dało sobie wmówić do tego stopnia, że uwierzyli, że im to smakuje.


wtorek, 28 lipca 2015

Prawie do każdego jest jakieś ALE



177. Doctor Brew Cascade IPA (Doctor Brew) 5,6%
178. Cycuch Janowicki (Browar Miedzianka) 5%
179. Żywiec APA (Żywiec) 5,4%
180. Panzerfaust (Kraftwerk) 6,9%

Dzisiaj znowu mamy jakieś ale. A nawet cztery. Niecałkiem z tej samej bajki, ale nie zawsze udaje się idealnie dobrać zawodników w naszej konkurencji. Zaczęło się od tego, że wczoraj zasmakowaliśmy w piwie z Miedzianki (Rudawskie) i postanowiliśmy pójść za ciosem. W dalszym ciągu dzięki uprzejmości i cierpliwości Basi i Przemka, za co dziękujemy. Tak więc, był sobie Cycuch Janowicki, który spróbowaliśmy obudować piwami o mniej więcej podobnym charakterze – górna fermentacja, IBU w okolicach 40, takie tam. No i wyciągnęliśmy co tam w lodówce było. Plus Żywiec, który normalnie w naszej lodówce nie bywa. Za to bywa w obfitości niemałej w każdym sklepie, w którym półkę z piwem zainstalowano.

Po przelaniu zawartości butelek do szklanek, okazało się, że tak na pierwszy rzut oka Panzerfaust jest wyraźnie z innej bajki – pozostałe trzy piwa mają mniej więcej tę samą głęboko złotą barwę, podczas gdy Panzerfaustowi bliżej do ciemnego, brązowego koloru z lekkim rubinowym odcieniem. Doctor Brew też jest o pół odcienia ciemniejszy od Żywca i Miedzianki. W innej kategorii – piany – Doctor Brew jest zdecydowanie z tej kategorii, do której należy słynące z piany Grodziskie. Nalanie go w ciągu dziesięciu minut graniczy z cudem. Piana jest wysoka, naturalna, sztywna, trzyma się bardzo długo. Piana na Żywcu ginie w oka mgnieniu. Z innych cech napierwszorzutocznych – wszystkie cztery nie były filtrowane.

Doctor Brew Cascade IPA (14,5 Blg, IBU 56, niefiltrowane, niepasteryzowane) w aromacie ma świeże, zielone jabłka plus, naturalnie cytrusy. Nie są to jednak nieprzyjemnie gorzkie (nawet w aromacie) grapefruity, a raczej mieszanka limonek, pomarańczy i mandarynek. Jak nie lubię chmielu, tak ten aromat podoba mi się. Jest świeży i rześki, daje nadzieję na przyjemności na podniebieniu. Na podniebieniu jest lekkie, powiedziałbym nawet wodniste. Ale chmielem wali po kubkach, jakby Doctor chciał nas znieczulić natychmiast. Widać, że na NFZ robi, nie w prywatnej klinice. Innymi słowy – kiepsko. Parę kolejnych łyków i już wiem – Doctor Brew Cascade IPA to lekko aromatyzowany, chmielowy roztwór wodny. Zawiera też – pewno dla urozmaicenia – akcenty obleśnej, chlorowanej kranówy.

Cycuch Janowicki (12,5 Blg, IBU 42) przez warstwy grapefruitowej goryczki w aromacie przepuszcza wyraźne akcenty słodowe. Plus owoce – dojrzałe renklody i brzoskwinie. Takie bardzo dojrzałe, ciężkie. No i trochę jakby brzoskwiniowej ice tea. Tu też dobrze się zapowiada. W smaku jest rześko, lekko, ale zdecydowanie nie wodniście. Najpierw owoce – znowu te śliwkowate – po chwili wyłania się szlachetny, pięknie łechcący kubeczki słód, a dopiero po kolejnej chwili pojawia się delikatna chmielowa goryczka. Kurcze, w tej Miedziance wiedzą jak piwo robić!

Żywiec APA (12,5 Blg) intensywnie pachnie grapefruitami. W taki nieprzyjemny, twardo gorzki sposób.  Plus jakaś taka perfumowa kwiatowość. Rodem z tanich perfum. Po chwili pojawia się lekki akcent świeżego ananasa. W smaku jest… dziwnie. Ni pies ni wydra. Niby słód, ale jakiś taki wytrawny, niesłodowy. Niby zboże, ale jakoś bardziej chyba w smak obfituje zmiatany z podłogi w silosach zbożowych pył. Jakieś tam delikatne akcenty owocowe próbują wystawić łeb, stuknąć w podniebienie, odbić swoją obecność, ale robią to tak anemicznie i w sposób tak nieokreślony, że nie sposób je sensownie opisać. A przede wszystkim, smak jest płaski. Jak płaskowyż na Krecie. Ten sam smak, który zalewa podniebienie na początku, trwa i trwa. Niezmiennie.

Panzerfaust Silesian Rye India Pale Ale ver. 2.0 (16,5 Blg, pasteryzowane, niefiltrowane), warzone w browarze Jan Olbracht w Piotrkowie Trybunalskim na zlecenie Kraftwerk – pachnie słodkim kompotem śliwkowym, trochę może powidłami. Ślady kandyzowanego ananasa. Po chwili aromat ten – z regału z kompotami i powidłami w supermarkecie – leci w kierunku sektora z karmą dla zwierząt domowych. Każdy, kto kiedykolwiek przeszedł między tymi półkami, wie o czym mówię. Taki konglomerat drażniących, nieprzyjemnych, wręcz obrzydliwych aromatów suchej karmy. W smaku czuć przede wszystkim gorycz tych zastępów chmielu, którym próbowano ukryć, że nie ma się pojęcia o robieniu piwa. Jest gorzko, nieprzyjemnie, cierpko. A po chwil – gorzko. Trochę paskudnego karmelu.

Gdyby trzeba oceniać smakowane dziś piwka, wygrywa – znowu bezdyskusyjnie – Cycuch Janowicki. Spojrzałem na mapy Google – do Browaru Miedzianka mam raptem 16km… Na drugim miejscu (znowu baaaardzo odległym) – aż boję się to powiedzieć – jest Żywiec. Trzeciego miejsca nie ma. Doctor Brew i Panzerfaust są jednakowo obrzydliwe – choć każde na swój sposób – i zasługują co najwyżej na miejsce czwarte. I niech sczezną w zlewie, do którego za chwilę trafią ich resztki. Tak ponad pół szklanki każdego…

Połowica moja, zapytana o jej ranking, powiada… Miedzianka, potem Żywiec, a potem nie wiem… Ale chyba ten (wskazuje tu na Doctor Brew), a ten (tu wskazuje na Panzerfausta) na końcu. I znowu tylko prawie się zgadzamy.