Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pszeniczne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pszeniczne. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 20 grudnia 2016

Klasyczna pszenica




592. Wąsosz Pszeniczne (Browar Wąsosz) 5,5%
593. Ryczyn Pszeniczne (Browar Probus) 5%
594. Bytów Pszeniczne (Bytów Browar Kaszubski) 4,5%
595. Landskron Weizen (Landskron Brau-Manufaktur) 5,5%

Dawnośmy nie pili porządnej pszenicy. A że w Po Robocie pojawił się weizen z niemieckiego browaru Landskron, to postanowiliśmy zebrać ekipę, wlać ją do szklanek i zobaczyć co w kraftowej trawie (pszenicy) piszczy. Pszeniczne z Landskron znamy i cenimy. Jak większość piw z tego browaru z Görlitz, niemal lokalnego przecież. Przynajmniej z naszego, dolnośląskiego punktu widzenia. A że nie piliśmy go już pewno z rok, uznaliśmy, że czas najwyższy odnowić znajomość.

Do towarzystwa zgarnęliśmy z porobotowych półek jeszcze trzy inne piwa w stylu klasycznego, niemieckiego weizena, ale pochodzące z kraftowych browarów w Polsce. I tak, pierwszy wybór to Wąsosz Pszeniczne, którego jeszcze nigdy nie mieliśmy na tapecie, a skoro okazja się nadarzyła, to czemu nie? Drugie piwo to Ryczyn z oławskiego browaru Probus, a więc również regionalnie-patriotycznie. Wreszcie Pszeniczne z Bytowa. Bez jakiegoś specjalnego powodu. Ot, była to jedna z możliwych opcji na pszeniczne piwo w Po Robocie tego dnia.

Otwieramy, nalewamy. Piana wszędzie typowo pszeniczniakowa – obfita, trwała, utrudniająca nalewania piwa do szklanek. Tylko w Bytowie dość wstydliwa dla tego gatunku piwa – niewiele jej, nietrwała, bez charakterystycznych dla pszenicznych piw, tworzących się z czasem gór i dolin. Zredukowała się dość szybko do cienkiej warstwy i tak już została. Wszystkie cztery piwa są poprawnie zmętnione, jednak znowu w Bytowie to zmętnienie jest najmniejsze.

Wąsosz Pszeniczne (12,8 Blg, pasteryzowane, niefiltrowane) – w aromacie mnóstwo akcentów zbożowych, nie tylko pszenicznych, sporo ziół, dojrzałe brzoskwinie, banany, morele, świeży chleb, drożdże, odrobina jabłek.
W smaku – zaskakująco pełnym i przyjemnym – miód, brzoskwinie, pszenica. Jest niejaka kwaskowość, ale też pojawia się dość szybko goryczka, ziołowa w charakterze, która odrobinę psuje radość smakowania, nie bardzo pasuje do całej reszty smaku. Nie jest to jednak dolegliwość na tyle istotna, by zdyskwalifikować piwo. Zdecydowanie chętnie sięgniemy po nie jeszcze raz.
Kategoria: JESZCZE RAZ TO SAMO

Ryczyn Pszeniczne (11,8 Blg, IBU 12,5, niepasteryzowane, niefiltrowane) – nieprzyjemny, bagnisty akcent w aromacie, pasztet prochowicki, akcent ziemisty, odrobina miodu, mydło. Plus tradycyjne pszeniczne aromaty, ale schowane gdzieś w tle, pod dość przytłaczającymi ziemisto-bagienno-mydlanymi akcentami. Po chwili pojawiają się akcenty wafli ryżowych. Aromat nie powala, a wręcz przeciwnie.
W smaku przede wszystkim zielsko – kolendra, lubczyk i szczaw. Są tu też akcenty ciastek pełnoziarnistych, sporo drożdży. Niskie wysycenie i nieprzyjemna w charakterze, choć tylko lekko zaznaczona ziołowa goryczka nie pozwalają się jakoś specjalnie cieszyć smakiem tego piwa. Nie żeby trzeba było je zaraz do zlewu wylać, ale do zachwytu jest nam bardzo daleko.
Kategoria: JAKOŚ JE ZMĘCZĘ

Bytów Pszeniczne (10 Blg, pasteryzowane, niefiltrowane) – klasyczny pszeniczny aromat – są tu banany, kolendra, lekka kwiatowość, odrobina skórki chleba, są drożdże, jest lekka słodka cytrusowość. Przyjemny, jak dotąd najfajniejszy aromat.
Smak jest pełny, przyjemny. Są w nim akcenty truskawek z kompotu, dojrzałych brzoskwiń, odrobina bananów, jest pewna kwaskowość, nie całkiem świeży chleb, trochę drożdży. Niby wszystko OK, ale jakiś ten smak niepoukładany, czegoś mu ewidentnie brakuje. Nie jest to złe piwo, ale znowu – chciałoby się wreszcie pozachwycać.
Kategoria: JESZCZE RAZ TO SAMO

Landskron Weizen (pasteryzowane, niefiltrowane) – ma w aromacie akcenty wiśni, słodkich cytrusów, świeżo wypieczony chleb na zakwasie, banany, lekka kwaskowość, drożdże. Ładnie poukładane pszeniczne piwo.
Smak można sobie w jakimś Sevres postawić jako wzorzec smaku pszenicznego piwa. A już na pewno na tle dzisiejszej konkurencji takim się jawi. Piwo ma w sam raz ciała – jest nie za lekkie i nie za ciężkie. Ma wszystkie klasyczne akcenty piwa pszenicznego, a więc charakterystyczną zbożowość, owoce (głównie banany, ananasy, odrobinę jabłek), ma lekkie nutki chleba, biszkopta, drożdży. Balans pomiędzy słodyczą, kwaskowością i goryczką (minimalną) wydaje się wręcz idealny. Jest być może odrobinę zbyt wodniste, dobrze zrobiłoby mu trochę więcej ciała, ale to bodaj jedyny mankament.
Kategoria: JESZCZE RAZ TO SAMO

Dzisiaj jednogłośnie:

1. Landskron
2. Wąsosz
3. Bytów
4. Ryczyn


niedziela, 13 listopada 2016

Po Robocie - mix nie taki znowu zwykły



574. PL-US Polish Americal India Pale Ale (Browar Kormoran) 6%
575. I’m so Horny! Espresso Lager (Pinta) 6,7%
576. Łódź i Młyn Russian Imperial Stout (Piwoteka & De Molen) 13,8%
577. Ucho od śledzia Foreign Extra Stout (Piwoteka) 5,5%
578. Pszeniczne (Browar Largus) 4,8%

Pożegnawszy ostatecznie wredne przeziębienie, które męczyło mnie prawie dwa tygodnie, mogłem wreszcie wybrać się dzisiaj, w prawie zimowe przedpołudnie, do zaprzyjaźnionego sklepu Po Robocie, by tam z półek zgarnąć to i owo. No i zgarnąłem kilka butelek, co do których zawartości bardzom ciekaw. Wśród nich przede wszystkim PL-US z Browaru Kormoran. No bo jak nie zaciekawić się piwem w stylu AIPA uwarzonym przez Kormorana? Kormoran zdołał już dać nam ogrom radości, w ciągu ostatniego roku prawie nigdy nie zawiódł (no, może poza beznadziejnym 1 na 100, ale i najlepszym zdarza się upaść; ważne tylko, żeby się za bardzo nie wylegiwać, jak mawiała moja pani od francuskiego). A jeśli na dodatek ta AIPA chmielona była amerykańskimi chmielami wyhodowanymi w Polsce? A na dodatek wcale nie jakimś tam szemranym ekstraktem, tylko mokrymi szyszkami? No nie, to absolutnie i koniecznie sprawdzić trzeba. Tym bardziej, że – choćby tylko ze względu na zastosowanie świeżych szyszek chmielu – piwo to produkowane być może tylko raz w roku. Jak nie teraz, to kiedy?

Zgarnąłem z półki, trochę niejako wbrew sobie, kolejne piwo Pinty. I’m so horny! to mocny lager, uwarzony z dodatkiem wybornej (podobno) kawy z Gwatemali. Kawę tę dodawano tutaj w dwóch etapach – podczas warzenia, a potem podczas rozlewania. Za cholerę nie wiem po co lagerowi aż 6,7% alkoholu, ale rozumiem, że Pinta niezmiennie targetuje niedopitą młodzież, pyzatych nieletnich, co to impry organizują pod nieobecność rodziców. A oni muszą jednak poczuć, że piwo daje w czapę, bo w przeciwnym razie impreza się nie uda, jazdy nie będzie, do laski odwagi nie starczy, film się nie urwie, kolejnego nie kupią. No i ta dęta nazwa, naprawdę żałosna. No ale grupa docelowa swoje wymagania ma, a prawa rynku są nieubłagane.

Wylawszy jad, ulżywszy sobie (to pewno konieczność zagłuszenia własnych wyrzutów, że znowu wydałem pieniądze na Pintę) powiem tylko, że ciekaw jestem po pierwsze tego współgrania akcentów kawy i lageru, a po drugie, jeśli przy 18 Blg odfermentowano to coś tylko (jednak tylko, w tych okolicznościach) do 6,7%, to oczekuję, że będzie tam smak. I to nie tylko kawowy. Potencjał jest, przyjdzie sprawdzić co z nim zrobili piwowarzy Pinty. Z tym potencjałem, znaczy.

Wreszcie piwo, które zgarnąłem z półki już stojąc przy kasie – Łódź i Młyn z Piwoteki. Długo się wahałem, zastanawiałem. No bo wiadomo, Russian Imperial Stout to znowu gatunek warzony dla mentalnych gimnazjalistów pozujących na piwoszy. Hopheadów, przepraszam. Tam nie musi być smaku, tam na podniebieniu może się nie dziać nic. Ważne, żeby był odpowiednio wysoki procent, no i goryczka żeby była. Właściwie ważna jest goryczka, nic więcej (bo że podczas piwnych zakupów ten i ów na voltaż zerka, to żaden się oficjalnie nie przyzna). No i ja tu widzę, że owszem, przy alkoholu na poziomie 13,8%, w łeb to piwo jest w stanie dać ostro, zryje beret, jak nic. A oni jeszcze do tego wrzucili tam 110 IBU! Rozkosz piwnego rewolucjonisty. Toż to wągry same wyskoczą ze skowytem, skórę twarzy pozostawiając gładką jak pupa niemowlaka!

Z drugiej strony, jeśli piwo uwarzone przyzwoicie, to i alkohol nie przeszkodzi, a przy ekstrakcie 29,7 Blg, to i ciała tam powinno być tyle, co bicepsów u Arnolda S. w latach świetności. Tym bardziej, że jeszcze owoców jarzębiny dodali. Co więcej, piwo uwarzono w Holandii, w browarze De Molen. Oni tam przecież nie mogli go spieprzyć. Po prostu nie mogli. Nie mają w tym wprawy. No i stało się, piwo do torby ostatecznie trafiło. A za chwilę do szklanki.

Ciekawostką – ciągle nam jeszcze nieznaną – jest piwo Ucho od śledzia, również firmowane przez łódzką Piwotekę (choć ani słowa na etykiecie o tym, kto i gdzie je uwarzył, najpewniej browar Księży Młyn w Łodzi). Piwo warzone z dodatkiem świeżych i wędzonych śledzi. No, tego jeszcze nie było. Przynajmniej na naszym stole. A że to nie pierwsza warka, prawdziwi, wytrawni piwosze już dawno je pili, już opinię o nim wydali, nam tym bardziej nie wypadało aż tak odstawać od peletonu. A zupełnie poważnie – ciekaw jestem niezmiernie tego piwa. Chyba najbardziej z całej dzisiejszej stawki.

Wreszcie klasyczne piwo pszeniczne z browaru Largus. Browaru nie znam, zetknąłem się z nim po raz pierwszy, zapytałem które byłoby najlepsze, polecono mi Pszeniczne. A że klasyczne pszeniczne w tym domostwie jest bardzo cenione, tak więc butelka largusowego Pszenicznego z Po Robocie wyniesiona została. Czas poszerzyć horyzonty, nowego browaru popróbować.

Powyższe napisane zostało „na sucho”, tylko i wyłącznie na podstawie etykiet i skumulowanych wrażeń z naszych dotychczasowych piwnych wędrówek po świecie. Nawet jeśli to akurat świat przyjeżdża, a my rzadko (choć nie że nigdy) te piwne podróże odbywamy gdzie indziej, niż przy naszym stole. Teraz czas kapsle zdjąć, szklanki napełnić. Co snadnie czynimy…

Pszeniczne rozczarowało jeśli chodzi o pianę. Co jak co, ale pszeniczne piwa pienią się. Czasem za bardzo. No i piana na nich zwykle jest trwała. W tym przypadku, piany było niewiele, a już po chwili nie było po niej nawet śladu. W przypadku I’m so Horny! i PL-US, piana jest jak należy – obfita i trwała. Nawet po redukcji na powierzchni piwa zostaje pojedyncza, ale zwarta warstwa bąbelków, a na ściankach szklanek, apetyczny osad. Ucho od śledzia spieniło się wzorcowo, beżową, trwałą pianą. Łódź i Młyn również spieniło się galancie – piana jest gruba, gęsta i trwała.

Pszeniczne (12,1 Blg, pasteryzowane, niefiltrowane) – w aromacie standardowe jak na pszeniczne piwo akcenty bananów, goździków, drożdży, świeżego chleba. Jest tu troszkę cytrusowo, jest nutka miodu. Generalnie słabo, płasko, nieciekawie, a nawet momentami bagienkowo.
W smaku – jest to niezłe piwo pszeniczne. Żadnych fajerwerków, ale co ma być, to jest – kupa zboża, morele, banany, drożdże, goździki, jest nawet odrobina słodkiej marchewki (jakby sok marchewkowy). Wszystko fajnie poukładane, orzeźwiające, idealnie wysycone. Aż żal, że pora na lekkie, orzeźwiające pszeniczne piwa nie prędzej niż dopiero za jakieś pół roku.
Kategoria: JESZCZE RAZ TO SAMO (choć daje się słyszeć głosy, że CUD, MIÓD, MALINA; nie dajmy jednak ponieść się emocjom)

I’m so horny! Espresso Lager (18 Blg, IBU 27, pasteryzowane, niefiltrowane, warzone w Browarze na Jurze, z dodatkiem kawy Adelante i Rio Azul z Gwatemali) – w aromacie wyraźnie czuć bardzo wyraźnie kawę, coca-colę, gdzieś tam chyba wybija trochę alkohol, bo akcent jak z Irish coffee, cukierki kukułki, bardzo słodka ta kawa, taki trochę ulepek. Generalnie słabo, nieciekawie. No bo jak kawa pachnie, to wszyscy wiemy. Nawet mocno słodzona. A tu poza nią niewiele się dzieje. Może w smaku…
A w smaku jest… kawa. Całe hektolitry kawy na centymetr sześcienny. I nic więcej. Zimna, gazowana kawa. Co za porażka…
Kategoria: DO ZLEWU

PL-US Polish American India Pale Ale (16 Blg, pasteryzowane, niefiltrowane, chmiele CascadePL, ChinookPL) – w aromacie słód jęczmienny, brzoskwinie, migdały. Są tu oczywiście amerykańskie chmiele w postaci owoców egzotycznych i akcentów żywicznych, ale tutaj – a nie zdarza się to często – są one delikatne i bardzo zgrabnie wkomponowane w całość. Pachnie fajnie – aż się prosi, by je wychylić.
Smak jest pełny, owocowy, grapefruitowy i żywiczny. Wyraźnie czuć tutaj, że chmiel jest zupełnie innej proweniencji niż w większości piw typu IPA/AIPA, itp. Wydaje się, że troszkę za dużo go tu wrzucono, bo jego intensywność przytłacza, przesłania inne akcenty smakowe. A szkoda, bo dzieje się tam nieźle w smaku. Jeśli ktoś lubi uderzenie goryczy, powinien być zachwycony. My nie lubimy. A w każdym razie, nie w takim stężeniu. Gdy daliśmy mu odstać i swoim podniebieniom odpocząć, piwo objawiło się nam jednak zdecydowanie przyjemnym, przyzwoicie skomponowanym. No i na plus trzeba zaliczyć jednak tę naturalność chmielenia, które – przy wszystkich zastrzeżeniach – czuje się na podniebieniu. A do tego rodzaju zalegającej goryczy podniebienie się dość szybko przyzwyczaja i rozkoszuje się owocowością smaku. Fajne jest, chętnie wypijemy jeszcze jedno. Choć może niekoniecznie już-zaraz.
Kategoria: JESZCZE RAZ TO SAMO

Ucho od śledzia Foreign Extra Stout (14 Blg, IBU 50, niepasteryzowane, warzone z dodatkiem świeżych i wędzonych śledzi) – w aromacie jest kawa, trochę gorzkiej czekolady, no i jest jakiś rybny, wędzony akcent, choć najbliżej chyba byłoby do wędzonych szprotek, nie do śledzia. I tutaj niewiele się dzieje. Poczekamy, nigdzie nam się nie spieszy. Niech piwo się ogrzeje, niech bukiet się należycie rozwinie. Czekanie niewiele dało, więc pijemy.
W smaku jest przyjemnie stoutowo – wszystkie te kawowo-czekoladowe akcenty tutaj są na miejscu i swoje robią. Dość szybko pojawia się jakaś nutka – nieoczekiwana, a więc początkowo uznana za niechcianą, fałszywą – oleju, w którym zatopiono wędzone szprotki (tak, zdecydowanie smakuje to jak szprotki). Wymaga kilku głębokich łyków i przemielenia tego na podniebieniu, by się do tej kombinacji przekonać, co do tego, to nie ma cienia wątpliwości. Jednak z czasem szprotowa wędzoność przeszkadza coraz mniej, a jakoś w połowie butelki zaczyna się podobać i smakować. Ostateczny werdykt – fajne, nietuzinkowe piwo.
Kategoria: JESZCZE RAZ TO SAMO

Łódź i Młyn Russian Imperial Stout (29,7 Blg, IBU 110, niepasteryzowane, warzone w browarze De Molen, z dodatkiem owoców jarzębiny) – piwo, które w aromacie nie ma nic. Co za osiągnięcie! Trochę pieczarek, odrobina plasteliny, jak już człowiek się wwącha na maksa. Co za koszmar piwosza! Z każdym niuchem plasteliny jest coraz więcej i jest coraz bardziej wymiąchana, wygnieciona, szaro-brązowa. Niewiarygodnie spieprzone piwo. To się nie mieści w skali piwnych porażek aromatycznych. Ludzie, kto to wymyślił, kto to na rynek wypuścił? No dobra, uczciwość nakazuje odnotować jakąś czekoladę, jakąś goryczkę, jakąś chyba jarzębinę, coś tam się błąka po peryferiach tej plasteliny. Ale żeby tylko tak? Taka kooperacja, taaakie (potencjalnie) piwo? Skandal. Spróbujmy posmakować (choć współdegustantka, która już w gardło wlała pierwszą porcję, krzyczy do mnie, „nie pij tego!”).
Spróbowałem. W dzieciństwie zdarzyło mi się ugryźć plastelinę, więc wiem jak smakuje. To samo uczucie, ta sama rozkosz dla zmysłów. Plus jakaś nafta, zjełczały olej. I jeszcze łyk. I jeszcze jeden. Szansę dajemy do końca. No, prawie do końca. W połowie butelki zapadła decyzja.
Kategoria: DO ZLEWU

No tak. Popróbowali, wypili. Wypili co się dało, resztę zgrabnym ruchem nadgarstka do zlewu wylewając. Można powiedzieć, że dzisiejszy wynik to 3:2. Trzy piwa zaskoczyły, trzy dały gębie dużo radochy. Dwa pozostałe natomiast powinni w Lidlu sprzedawać. W trakcie tej promocji, co to satysfakcję gwarantowała. Natychmiast poleciałbym dopominać się o zwrot kasy. Pinta dostaje u nas kolejnego bana. Przynajmniej na jakiś czas. Za każdym razem, jak przyjdzie mi do głowy kupić jakieś piwo z Pinty, odpowiednią kasę na WOŚP odłożę. Niech będzie z tego jakiś pożytek.

Kormoran nie zawiódł, choć w jednej z najtrudniejszych kategorii wystąpił. Wszelkie odmiany IPA to wszak w wykonaniu rodzimych piwowarów jakiś dopust boży. A tu bach! Piękne, sympatycznie skomponowane piwo się pojawia. Szkoda, że to tylko raz w roku. Nie żebym zaraz na AIPA już całkiem chciał się przestawić. Ale od czasu do czasu – czemu nie? No i sprawdził się Largus. Jestem za. Następnym razem wezmę coś więcej od nich. Wreszcie te śledzie z Piwoteki. Co prawda, zdecydowanie szprotki to były w smaku i aromacie, ale były, swoje zrobiły, nie zawiodły, nie rozczarowały. Ciekawe piwo, a naszym zdaniem, po prostu fajne. No i uratowały w naszych oczach Piwotekę. Bo ten jarzębinowo-plastelinowy RIS… Nie, zmilczmy.

Dziś w ranking się nie bawimy – za duży rozstrzał gatunkowy.
Wszystkie próbowane dzisiaj piwa do kupienia w sklepie Po Robocie, ul. Westerplatte 9, Świdnica. I nawet jeśli ze dwa dzisiaj trafiły do zlewu, to do Po Robocie warto zaglądać regularnie, do czego serdecznie zachęcamy mieszkańców okolicy. Niech nam się rozwija i nowych wrażeń dostarcza.


wtorek, 20 października 2015

Belgijska biel pszeniczna, czyli jak wypaść blado



285. Wrężel Double Witbier (Browar Wrężel) 5,9%
286. Steenbrugge (Brouwerij Palm) 5%
Hoeagaarden (Inbev Belgium) 4,9%
287. Blady Witek (Reden) 4,8%

Dzisiaj na biało. Na biało po belgijsku, czyli na wit. Jedna z sieci sklepów zapewniła nam dostęp za rozsądne pieniądze do dwóch belgijskich witów, pewien sklepik w Świdnicy zapewnił nam dostęp – za nieco mniej rozsądne pieniądze, bądźmy szczerzy – do dwóch polskich, kraftowych wariacji na ten temat, więc grzechem byłoby nie wykorzystać okazji. Wykorzystaliśmy więc. Niecnie, z pełną premedytacją. Na stole dzisiaj zawitały u nas dwa belgijskie piwa i dwa polskie, wszystkie w stylu belgijski witbier. Belgię reprezentują dziś Steenbrugge z browaru Brouwerij Palm (tego samego, co robi piwo Palm), Hoegaarden, podobno wzorzec stylu, oraz dwa polskie piwa – Wrężel Double Witbier z browaru kontraktowego Wrężel i Blady Witek z browaru kontraktowego Reden.

Po przelaniu do szklanek okazało się, że piana na wszystkich wszystkich czterech jest wzorcowa. Obfita, naturalna, trwała. Najbardziej intensywna na Bladym Witku, najmniejsza na Wrężelu. Każda zostawia przyjemnie wyglądające esy-floresy na ściankach szklanek. Jeśli chodzi o barwę, to wszystkie wyglądają mniej więcej tak samo – mętne, słomkowe. Wrężel jest o odcień ciemniejsze od pozostałych. Popróbujmy.

Wrężel Double Witbier (16,5 Blg, IBU 28, pasteryzowane, niefiltrowane) ma w aromacie przede wszystkim gnijące cytrusy, skórkę z limonki, goryczkę curacao. Aromat jest średnio wyrazisty i raczej płaski, monotonny. Po chwili wychodzą również nutki świeżego, wilgotnego, domowego biszkopta. W smaku jest pełne, cytrusowo-ziołowe, lekko kwaskowe. Pojawiają się akcenty alkoholowe. Nutki ziołowe jakoś nie bardzo chcą współgrać z cytrusowo-pszeniczną resztą i powodują uczucie nieprzyjemnej, zawilgotniałej ciężkości. Generalnie, mało przyjemne. Po jakimś czasie, wraz ze wzrostem temperatury, smak zaczynają dominować gorzkie, ziołowe akcenty. Ziołowa gorycz staje się wszechobecna i bardzo nieprzyjemna. Aromat zaczyna przypominać zapach podkoszulka kombajnisty po całym dniu pracy w okresie żniwnym.

Steebrugge (refermentowane w butelce) pachnie ciepłymi, dojrzałymi pomarańczami oraz kolendrą. W sumie wychodzi ni to visolvit, ni to gazowany napój brzoskwiniowy. Generalnie, aromat jest dość mdły, mało w nim życia, którego spodziewaliśmy się po belgijskim witbierze. Po chwili jednak dziwne i nieprzyjemne akcenty uciekają. Pojawiają się nutki kandyzowanej skórki pomarańczy i brzoskwini. Aromat robi się pełny, wyrazisty, niezwykle przyjemny. W smaku jest raczej wytrawne, z akcentami pomarańczowymi i słodkich grapefruitów, na przyjemnej bazie pszenicznej, po chwili pojawia się akcent brzoskwiniowy, który z czasem przejmuje panowanie nad podniebieniem, po czym, zupełnie na koniec, pojawia się leciutki akcent goryczki. Niezwykle przyjemne doznanie.

Hoegaarden pachnie cytrusami (słodki grapefruit, pomelo) i ziołami, w tym oczywiście kolendrą. Całość harmonijna, zrównoważona, przyjemna. Smak jest lekki, nieco kwaskowaty, nieco cytrusowy, po chwili wyraźnie pszeniczny, delikatnie ziołowy. Świeży i orzeźwiający. Całość poukładana wręcz wzorcowo.

Blady Witek (12 Blg, IBU 15, niepasteryzowane, niefiltrowane) ma w aromacie coś pośredniego między pastą do podłóg a wnętrzem sklepu zielarskiego. Idąc na kompromis – pachnie wnętrzem sklepu zielarskiego na krótko po pastowaniu podłogi. Trochę zwietrzałej mięty. Jednak trudno szukać w nim wyrazistości któregoś z wymienionych aromatów – jest raczej mdły, mętny, chaotyczny. Po paru chwilach robi się z tego aromat kredek świecowych – płaski, mdły, nieprzyjemny. W smaku dominują zioła – i nie jest to tylko kolendra. Jest tu i kminek, i majeranek i jeszcze parę innych. Gdy już podniebienie się z nim oswoi, na jaw wychodzi brudny smak pszenicznej bazy i parę cytrusowych akcentów – jakby podgniwające już zboże pokropiono napojem o smaku pomarańczowo-grapefruitowym. Takim najgorszej jakości, w pełni syntetycznym. Plus gotowany korzeń pietruszki, a nawet seler. Nieprzyjemność pierwszej wody.

Koniec końców, trzeba by je jakoś poustawiać. Nie da się ukryć, że polskie krafty przegrały sromotnie tę batalię. Oj tam, żadnej batalii tak naprawdę nie było – belgijskie piwa przeszły po polu zapowiadanej bitwy, zdeptały je i nawet nie zauważyły, że coś nieprzyjemnego im się do podeszew butów przykleiło. Wygrywa Hoegaarden, tuż za nim Steenbrugge. Chciałoby się powiedzieć, że w tej konkurencji nie przyznano miejsc od trzeciego do dziesiątego, a dopiero potem pojawiły się krafciaki. Takich numerów jednak robić nie będziemy, więc na trzecim miejscu plasuje się Wrężel, a stawkę zamyka Blady Witek. Werdykt jest znowu jednogłośny.


wtorek, 29 września 2015

Dostawa z Radomia. Viva la Pivovaria!



258. Bursztynowe (Pivovaria) 5,7%
259. Bogaty Dziad APA (Pivovaria) 5%
260. Pszeniczne (Pivovaria) 5,1%
261. Pils (Pivovaria) 5%

Dzisiaj nie będzie żadnych rankingów, żadnego porównywania. Dzisiaj mamy na tapecie cztery piwa z radomskiej Pivovarii. Aż trzy z nich to piwa niepasteryzowane i niefiltrowane, trzeba się z nimi rozprawić zanim zrobi to z nimi czas i czynniki naturalne. Innymi słowy, zanim się zepsują. A że na stole mamy cztery kompletnie różne gatunki piwa, każdy ranking byłby co najwyżej wyrazem preferencji oceniającego co do poszczególnych gatunków. I tyle.

Pivovaria już raz zrobiła dobre wrażenie. Nawet Chytra Baba z Radomia rozanieliła nas nie na żarty, mimo iż APA zdecydowanie nie jest naszym ulubionym gatunkiem. Podobnie było z pivovarnianym pilsem, koźlakiem i bursztynowym. Jednak w warunkach, w jakich smakowane były te piwka, nie było mowy o jakiejś dogłębnej analizie, a już na pewno nie o jakimkolwiek spisywaniem wrażeń. Spróbujemy to dzisiaj nadrobić.

Nalewamy piwka do szklanek, obserwujemy pianę. W tej konkurencji zdecydowanie wygrywa Bursztynowe, na którym piana jest najbardziej obfita i trzyma się dzielnie do końca naszej sesji. Najsłabiej w tej kategorii wypada Bogaty Dziad, na którym  piany jest niewiele, a po chwili nie ma jej wcale. Na pozostałych nie jest źle, a piana trzyma się długo. Wszystkie piwa są niefiltrowane, więc mętnią się rozkosznie w szklankach. Każde ma barwę mniej więcej odpowiadającą reprezentowanemu gatunkowi.

Bursztynowe (niepasteryzowane, niefiltrowane, 13 Blg) pachnie prażonym słodem, drożdżami, odrobinę cytrusami, troszkę toffi. W smaku lekkie, delikatnie karmelowe, słodowe. Bardzo przyjemnie pieści podniebienie złożoną słodyczą, po czym ujawnia się chmielowa goryczka – delikatny powiew aromatu chmielu. Bardzo przyjemne piwo.

Bogaty Dziad (niefiltrowane, 12 Blg) w aromacie ma przede wszystkim akcenty cytrusowo-grapefuitowe. Pod tą chmielową chmurką czai się lekka słodowość. W smaku jest cudownie lekkie – nie mylić z wodnistością. Doskonale zharmonizowany słód i chmiele. Można odnieść wrażenie, że podniebienie wykonuje przemarsz przez amfiladę akcentów smakowych – zbożowość, lekka karmelowa słodycz, za chwilę delikatny grapefruit, po chwili znowu słodycz, i znowu goryczka. Tam wybrzmiewa prawdziwa symfonia zanim człowiek zdąży przełknąć.

Pszeniczne (niepasteryzowane, niefiltrowane, 12,5 Blg) ma w aromacie akcenty wędzonego oscypka – dość ciężki, tłustawy, z akcentami wędzonymi. Gdzieś w tle trochę pszenicy (o zgrozo, w pszenicznym?!), lekkie drożdże, goździki. W smaku pełne, słodkie – słód, melasa, banany. Po chwili lekka kwaskowatość, lekka goryczka. Po kolejnej chwili pojawiają się tłustawe i lekko dymne akcenty z aromatu. To nie jest lekkie piwko pszeniczne na upalne lato – to jest pełnokrwiste, pełne smaków i aromatów piwo do powolnego smakowania. I rozkoszowania się.

Pils (niepasteryzowane, niefiltrowane, 12 Blg) ma aromat słodu zbożowego, jest stosunkowo wytrawne, nieco kwiatowe, z lekkim akcentem goryczki. W smaku jest lekkie, słodowo-zbożowe. Nienachalna, acz wyrazista goryczka doskonale równoważy słodycz. Bardzo wyważone piwo, od którego trudno się oderwać.

Jako się rzekło, nie ma żadnego oceniania porównawczego, bo to nie miałoby sensu. Powiedzieć jednak trzeba – a nawet napisać! – że wszystkie cztery piwka dają dużo radości podniebieniu i z pewnością stanowiłyby poważne zagrożenie dla każdej, choćby nie wiem jak renomowanej konkurencji w swoich gatunkach. Zresztą, kto wie, być może jeszcze się u nas pojawią, w towarzystwie odpowiednich konkurentów. I wtedy się zobaczy. Póki co, dziękujemy Michałowi. Dobry człowiek, targał te piwka przez pół Polski, byśmy mogli się podzielić naszymi wrażeniami z ich sączenia.