Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Browar Greene King. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Browar Greene King. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 23 lipca 2015

Piwa górnej fermentacji

20/07/2015

155. Ale Nysa! (Browary Nyskie) 5,6%
156. Spitfire (Shepherd Neame) 4,5%
157. Abbot Ale (Greene King) 5%
158. Jantar Ale (Browar Trzy Korony) 5,6%

Nadszedł tydzień piw z Wysp Brytyjskich w Lidlu, wreszcie jest z czym zestawić ale z Nysy i Trzech Koron. A że pić trzeba (podobno zdrowo na nerki), a upały wcale nie zelżały za bardzo (mimo zapewnień tych trutni, synoptyków), wlały nam się dzisiaj do szklanek cztery piwka górnej fermentacji. Poza Abbot Ale, które pokryło się nieznaczną, chociaż trwałą pianą, wszystkie pozostałe wytworzyły ogrom sztywnej i wysokiej piany. Ponadto, Ale Nysa! i Jantar Ale wykazują niechybne objawy braku filtracji – są rozkosznie mętne. Nysa jest dość jasna, nieznacznie tylko ciemniejsza od standardowych lagerów, podczas gdy pozostałe trzy mają głęboką, bursztynową barwę. Spitfire i Abbot Ale są przy tym czyste i klarowne jak łza. Ewidentnie filtrowane.

Na pierwszy ogień idzie Ale Nysa! – piwo niefiltrowane, pasteryzowane, 12,5 Blg, IBU 32 – troszkę słabo pasujące do tego zestawu, bo to APA (American Pale Ale). Ale zorientowałem się za późno, już było nalane do szklanki. Trzeba było pisać wyraźnie i dużymi literami na etykiecie, Browary Nyskie. Jak można było się spodziewać, pachnie cytrusami, głównie grapefruitami.  Jest tam trochę słodu w tle, ale ma ciężkie zadanie, żeby przebić się do nozdrzy. Był grapefruit w aromacie, jest i w smaku. Natychmiast, nieodwołalnie i niepodzielnie. Nie wiem, naprawdę nie wiem po co było zestawiać trzy rodzaje słodów (jęczmienny, karmelowy i pszeniczny jasny), skoro tego słodu tutaj prawie w ogóle nie da się wyczuć. Jest gorycz i więcej nic. Czekam na browar, który po prostu nagotuje chmielu i zrobi najlepsze na świecie – zdaniem wielu na pewno – piwo bezalkoholowe, za to IBU 1000. O przepraszam, po jakiejś chwili pojawiają się akcenty czarnej herbaty. Słodzonej czarnej herbaty, więc słód tam jednak jest. Zupełnie na sam koniec pojawiły się akcenty kapusty z gołąbków – taki konglomerat aromatów i smaków gotowanej, lekko przypalonej kapusty i sosu pomidorowego. Zarówno w aromacie, jak i w smaku.

Spitfire, angielski klasyk, warzony od 1990, dla upamiętnienia bitwy o Anglię, która toczyła się na niebie hrabstwa Kent – gdzie warzone jest to piwo – 50 lat wcześniej. A Spitfire to nazwa bodaj najsłynniejszego samolotu myśliwskiego, który wówczas uratował Anglię. The Bottle of Britain, a co! W aromacie nuty zielonych, młodych liści, słodu i delikatnego chmielu. Akcenty kwiatowe, kwiaty cięte (nie żadna tam łąka kwiatowa), oraz świeżo wypieczony chleb. Smak przyjemnie słodowy, owocowo-słodki, nutki chlebowe, wszystko przykryte kołderką chmielu. Po chwili w aromacie Spitfire’a pojawiły się akcenty Pasztetu Podlaskiego. W smaku pojawiają się prażone orzechy, karmel.

Abbot Ale pachnie bardzo niewyraźnie. Trzeba się weń dobrze wwąchać, by wyczuć delikatne nutki słodowe, lekką owocową słodycz (morele?), nutki toffi, oraz nieśmiałe akcenty chmielu. Smak jest pełny, owocowo-słodowo-orzechowy, a na jego straży, gdzieś po bokach, stoją zastępy chmielu. Nieliczne, za to dobrze wyszkolone. Taki chmielowy Grom. Po paru chwilach w aromacie pojawiły się nutki kawy z mlekiem. W smaku nie wydarzyło się nic nowego. Dalej jest przyjemnie.

Jantar Ale (12 Blg) na etykiecie wymienia dwa rodzaje słodu (pale ale i monachijski palony) oraz cztery rodzaje chmielu. Ja nie wiem, czy ci ludzie chcą zaimponować egzotycznymi nazwami (Junga, Cascade, Citra, Amarillo) tychże, czy jak? Ja zaczynam się bać. Tak czy owak, w aromacie akcenty żywiczne przede wszystkim. Jakiś wosk, jakaś pasta do podłogi. Chemiczne to wszystko, mało przyjemne. Po chwili pojawiają się akcenty owoców leśnych – jeżyny, maliny, jagody. W smaku cierpko, kwaskowato, woskowato, wodniście, mdło. Słabo, bardzo słabo.  Po paru chwilach, w aromacie dalej królują chemiczne środki czystości. Na przykład, pasta BHP do mycia rąk. W smaku nie wydarzyło się nic nowego. Cytat z jednej z degustujących: „Okropne to jest.”

Czas na ocenę, ranking jakiś. Moim zdaniem wygrywa Spitfire. Na drugim miejscu plasuje się Abbot Ale. Brązowy medal zdobywa dziś Ale Nysa!, a stawkę zamyka Jantar Ale. Moja Pani twierdzi, że jej zdaniem wygrywa Abbot Ale, na drugim miejscu jest Spitfire. Trzecie i czwarte bez zmian. Biorę jeszcze po łyku złotego i srebrnego medalisty – i pozostaję przy swoim zdaniu.




AIPA

13/07/2015

123. Peacemaker (Faktoria) 6,5%
124. Atak Chmielu (Pinta) 6,1%
125. Thompson (Krafwerk) 6,2%
126. East Coast IPA (Greene King) 4%

Po pewnej przerwie, spowodowanej nieprzewidzianymi (acz niezwykle przyjemnymi) zawirowaniami wakacyjno-balonowymi, wracamy do naszych degustacji piwnych. Dzisiaj nasz wybór padł na gatunek AIPA, czyli – mówiąc krótko – dość intensywnie chmielone piwa górnej fermentacji, w których warzeniu wykorzystano amerykańskie odmiany chmielu. Są ludzie, którym przechmielenie piwa smakuje, więc to, co było swego czasu koniecznością – zastosowanie większej ilości chmielu w celu lepszej konserwacji piwa na potrzeby długiej podróży – teraz stało się normą, a wręcz trendem. Kretyńskim, moim zdaniem, bo to trochę tak, jak by przepieprzyć rosół, albo przemajerankować flaczki. I jeszcze się tym jarać. Ale cóż tam, o gustach się ponoć nie dyskutuje. Lejemy piwo do szklanek.

Jak już parę razy się to u nas zdarzyło, mamy dzisiaj na tapecie trzy piwka z browarów, które najpewniej nie mają zielonego pojęcia jak się warzy piwa górnej fermentacji, oraz jedno z browaru na Wyspach, gdzie „ale” warzy się od zawsze. Ot, taki benczmark. Jak wiadomo, w przypadku produktów o niezwykle prostej technologii wytwarzania (jak np. piwo czy whisky), diabeł tkwi w szczegółach, które wypracowuje się nie latami, nie dekadami, a wiekami. Przy okazji zwracam uwagę na kompletnie idiotyczną zawartość alkoholu w wyrobach polskich browarników. Na przykład, w porównaniu do piwa z Anglii, że o zdrowym rozsądku nie wspomnę.

Póki co jednak, wszystkie cztery piwa pokrywają się gęstą, grzeczną pianą – bez większej przesady w którąkolwiek stronę. Najsłabiej tutaj wypada Atak Chmielu, na którym piana zanika dość szybko. Pokój wypełnia cytrusowo-żywiczny aromat chmielu.

Peacemaker z Faktorii (15,1 Blg, IBU – 65) pachnie trochę czarnym bzem, bardzo – cytryną. W smaku – perfumowany grapefruit. Gdzieś w tle trochę słodu, kandyzowany ananas. Z czasem smak staje się pełniejszy, bardziej owocowy, słodki. Innymi słowy, z czasem słodowa baza coraz skuteczniej walczy z chmielową nadbudową.

Atak Chmielu (15,1 Blg, IBU – 58) pachnie skórkami cytrusowymi – grapefruit, pomarańcza, limonka. Pod tymi cytrusami czai się jakaś delikatna, owocowa słodycz. Z czasem pojawia się kwiatowy aromat kwitnącego rzepaku. Mało przyjemny. Smak jest pełny, a ta owocowa słodycz – ile razy już pinciarze tego dokonali? – walczy z chmielową, grapefruitową goryczą. Niedługo trwa ta walka. Podniebienie usiewa owocowy trup, po którym stąpa brudny bucior chmielu. Całych zastępów chmielu.

Thompson (warzony dla Kraftwerk w browarze Wąsosz, 15 Blg) bardzo przyjemnie wygląda – na pierwszy rzut oka widać, że jest to piwo niefiltrowane, sympatycznie mętnieje po przelaniu do szklanki. W aromacie nie dzieje się wiele – ani chmielu, ani niczego innego. W smaku jest wodniste, mało charakterne. Nie ma w nim za bardzo ani akcentów słodowych, ani nadmiaru chmielu. Trochę brzoskwiniowej słodyczy, pokrytej mało wyrazistą, nieprzyjemną goryczką.

East Coast IPA z Greene King pachnie wędlinami – pokrytą szlachetną pleśnią salami. Ser pleśniowy, huba drzewna, takie tam. Po pewnym czasie akcent ewoluuje w stronę podgrzybków, lub nawet rydzów, smażonych na maśle. Z cebulką. Akcenty chmielu są tu stonowane, znajdują się w tle, nie na pierwszym planie. Smak jest przedni – owoce (niekoniecznie owocowa słodycz, po prostu owoce), najpewniej morele, mnóstwo akcentów zbożowych, które przykryte są dopiero po pewnym czasie bardzo przyjemnym smakiem chmielu. Nie goryczą, nie goryczką, tylko smakiem. Bardzo przyjemna rzecz.

Czas na ranking dnia. Wygrywa – bezapelacyjnie – East Coast IPA. Potem straszliwie długo nie ma kompletnie nic. Na dalekim drugim miejscu Peacemaker, na trzecim Thompson. Stawkę zamyka Atak Chmielu. Najlepsza z żon przestawiła miejsce drugi z trzecim, ale poza tym, zgadzamy się w zupełności. Całe szczęście, że z Niemiec przywiozłem trochę naprawdę dobrych piw. Trzeba się odtruć po tych wszystkich żałosnych krafciakach.



Ale ciemno...

03/07/2015

116. Strong Suffolk Dark Ale (Greene King) 6%
117. Czort Nut Brown Ale (Kraftwerk) 4,5%
118. Suffolk Springer (Greene King) 6%

Dzisiaj trzy ciemne ale, dwa pochodzące z tego samego browaru w Anglii, trzeci – niezupełnie z tej samej bajki – z polskiego krafta (a nawet Kraftwerka). Ciekawostką jest Strong Suffolk Dark Ale, będący połączeniem piwa Old 5X, leżakowanego 2 lata w dębowych beczkach, o mocy 12%, z młodym Best Pale Ale. To drugie zawiera 5% alkoholu. Receptura pochodzi z XVIII wieku i jest starsza niż pierwsze piwa typu porter. Suffolk Springer, z kolei, ma upamiętnić wyścigi konne na torze Rowley Mile w Newmarket w hrabstwie Suffolk. Tytułowy „springer” to określenie konia, na którego nikt za bardzo nie stawia, a który niespodziewanie daje radę sporo namieszać w wyścigu.  Na koniec tych wyjaśnień – czort to czort. Dość infantylne nazewnictwo i szata graficzna piw i ich etykiet, wytwarzanych przez Kraftwerk, jakoś nie napawa optymizmem. Mam tu na myśli nie tylko Czorta, ale też degustowaną parę dni temu Zmorę, czekającego w lodówce Panzerfausta i parę innych. Dziecinada, jak dla mnie, ale co tam, niech broni się zawartość. Aha, Czort warzony był w browarze Reden.

Zaczynamy od Strong Suffolk – jak ciekawostka, to ciekawostka. W aromacie przede wszystkim sherry. Poza tym, głęboki, ciepły karmel, czekolada, owoce, korzenie. Intrygująco. Smak głęboki, owocowy, owoce głównie suszone, a jeśli świeże, to dojrzałe, niemal czarne czereśnie, słodki winogron. Karmel, czekolada, akcenty korzenne. Żadnych chmielowych bzdur, pyszne piwo do powolnej degustacji.

Dla odmiany, Czort pachnie lekko, karmelowo (tutaj jest to jednak wytrawny, suchy karmel), pachnie kawą, kakao. Da się wyczuć – i są tacy, którym to przeszkadza – specyficzny konglomerat aromatów pochodzących z intensywnie używanej, ale nigdy dokładnie nie umytej popielniczki. Jak niegdyś w knajpach (kiedy jeszcze można było palić w lokalach), czy w pociągach PKP, w wagonach dla palących. Smak jest lekki, raczej wytrawny, karmelowy, kakaowy, lekko palony. Nieco kwaskowaty, cierpki, jak nie całkiem dojrzałe jabłka papierówki. Mało złożony i w gruncie rzeczy mało ciekawy.

Wracamy na Wyspy, pchamy nosy do szklanki z Suffolk Springer. W aromacie karmel, melon i podpiwek Jędrzej. W smaku jest bardzo treściwie, choć dość monotonnie – palony słód, kawa z mlekiem, gdzieś w tle gorzkie kakao. Wśród tego wszystkiego pojawia się również wrażenie jedzenia pieczonych kasztanów – i to nie tylko akcenty smakowe, ale również mięsista, a jednocześnie mączysta tekstura. Niewiele więcej, ale za to całe to „niewiele” jest bardzo dobrej jakości. Po pewnym czasie na wierzch wychodzi alkohol.


Czas na oceny. Wygrywa bezapelacyjnie Strong Suffolk Dark Ale. Na drugim miejscu – również bez cienia wątpienia – Suffolk Springer. Potem długo nie ma nic. I gdzieś tam na końcu bieży Czort. A ostatnich gryzą psy, jak śpiewał wieszcz. I dobrze im tak.