Pokazywanie postów oznaczonych etykietą browar Amber. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą browar Amber. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 12 grudnia 2016

Apowych poszukiwań ciąg dalszy



----. Amber APA (Browar Amber) 5,2%
590. HedgeHog Rye American Pale Ale (PiwoWarownia) 5%
----. The Dealer (Brokreacja) 4,7%
591. Igraszki Palczatki APA (Browar Bednary) 4,6%

Ostatni wpis zakończył się żałosnym westchnieniem, że mamy jeszcze trzy butelki piwa w stylu APA, no i prędzej czy później trzeba będzie coś z nimi zrobić. Postanowiliśmy dokupić czwarte, ale takie, o którym wiemy, że nawet jeśli pozostałe trzy wylądują w zlewie, to chociaż to jedno da naszym kubasom choć trochę radochy. No i poszliśmy do Tesco kupić butelkę Amber APA, jednego z lepszych piw w tym stylu (czy w ogóle piw chmielonych nowofalowo) robionych w Polsce, na które zdarzyło się nam natknąć. A że jest ono właściwie powszechnie dostępne, jest to właściwie ideał.

Nie potrafię powiedzieć jak to się stało, że na stole znalazła się butelka The Dealer z Brokreacji. Piwo to występowało już u nas i jakoś wielkiego wrażenia nie zrobiło. No nic, skoro jest, to go nie wylejemy nie dawszy mu wcześniej szansy. A że piwa kraftowe odznaczają się sporą nieprzewidywalnością, być może piwowarzy Brokreacji coś z tą recepturą zrobili, może jest lepiej niż było? Nie wolno nikogo skreślać. Wszak nawet Pinta dostaje u nas raz po raz kolejną szansę. Że o piwach z serii HedgeHog nie wspomnę. Mimo beznadziejnych not, jakie dostawały u nas (i nie tylko u nas; normalni hopheadzi to w ogóle nie chcą na to patrzeć), nie tak dawno zaprosiliśmy do szklanki amerykański weizen z tej serii – i okazało się, że rozwalił system. Przynajmniej tego dnia, w tamtym zestawieniu. Dlaczego więc APA z dodatkiem żyta nie miałoby dokonać podobnej sztuki?

Jest dzisiaj w zestawie piwo o intrygującej nazwie Igraszki Palczatki. Browar Bednary, odpowiedzialny za to piwo, nie pojawił się chyba jeszcze u nas nigdy. Przynajmniej nie w zapiskach. A że trzeba regularnie próbować czegoś nowego, dzisiaj stawiamy na Igraszki, Bednary i pub Piwna Stopa, w kooperacji z którym powstały Igraszki.

Dość gadania, lejemy. Wszystkie cztery pokryły się poprawną pianą, w miarę trwałą, oblepiającą ścianki szklanek, przyjemną. Wszystkie ewidentnie są niefiltrowane.

Igraszki Palczatki American Pale Ale (12,5 Blg, pasteryzowane, niefiltrowane, warzone w kooperacji z pubem Piwna Stopa z Poznania) – ma dość sympatyczny aromat, poukładany, a w nim grapefruit, miła dla powonienia pomarańcza, odrobina marcepanu, z egzotyczno-owocowym tłem. Oprócz owoców egzotycznych, w tle siedzi bardzo wyraźne dość przyjemne zboże, słód. Nie podano na etykiecie jakie słody znalazły się w zasypie, ale pachnie tu trochę żytem. Z czasem słód wychodzi na pierwszy plan, a pojawiają się też akcenty lakieru do drewna, ale też lekkie cytrusowe aromaty – mandarynka, limonka. Aromat fajny, przyzwoicie ułożony, apetyczny.
Smak sympatycznie pełny, owocowy, zbożowy. Akcenty dżemu truskawkowego, brzoskwinie, mandarynka, limonka, słonecznik, trochę żyta – niech mnie licho, jeśli tam nie ma żyta w zasypie. Grapefruitowa w naturze goryczka pojawia się dopiero po chwili, nie zalega, nie przeszkadza, za to skutecznie kontruje słodycz owoców i słodu. Bardzo fajne piwo.
Kategoria: JESZCZE RAZ TO SAMO

The Dealer American Pale Ale (12 Blg, IBU 30, pasteryzowane, niefiltrowane, warzone w Szczyrzyckim Browarze Cystersów „Gryf”) – w aromacie, poza obowiązkowym grapefruitem, fajna papaja, granat, płatki owsiane (zadeklarowane również na etykiecie), ogólnie wyraźna zbożowość, suszona żurawina, żywica, wosk i miód. Z czasem miodu jest coraz więcej. Aromat zaskakująco – szczególnie po poprzednich doświadczeniach z The Dealer – przyjemny i smakowity. Ewidentnie, chmielowa mieszanka wykorzystywana do chmielenia tego piwa jest zmienna. Dokładnie tak, jak deklaruje producent. Zobaczymy co w smaku.
Smak lekki, ale nie wodnisty. Jest w nim miód, są dojrzałe, choć lekkie owoce, mandarynki, papierówki, mango, jest wyraźna zbożowość. Goryczka lekka, nieprzesadzona, nieco ziołowa. Bardzo miłe zaskoczenie, naprawdę.
Kategoria: JESZCZE RAZ TO SAMO

HedgeHog Rye American Pale Ale (12 Blg, pasteryzowane, niefiltrowane) – w aromacie toffi, rum, słód, wymiociny niemowlęcia. Te wymiociny to pewno właśnie ten obiecywany żytni akcent. I tyle. Niewiele, płasko i mało przyjemnie. Sprawdźmy smak.
Smak jest zaskakująco lekki, niemal wodnisty. A w nim sporo akcentów zbożowych (głównie żytnich), Jedynie echo jakichś trudnych do określenia owoców, głównie zielonych jabłek, za to mnóstwo nieprzyjemnej, grapefruitowo-ziołowej, wręcz piołunowej goryczki. Niefajne, nieprzyjemne, nie będziemy go kończyć.
Kategoria: DO ZLEWU

Amber APA (12,1 Blg, IBU 35, pasteryzowane, niefiltrowane) – w aromacie mnóstwo zboża, słodu, trochę czarnej herbaty, sporo cytrusów, owoc czarnego bzu, bardzo delikatny, wycofany akcent żywicy sosnowej, odrobina owoców egzotycznych. Przyjemny, zachęcający aromat. Oszczędny, nienachlany, fajny.
Smak pełny, że aż go kroić można. Pełny akcentów owocowych – mango, papaja, mandarynki. Do tego akcenty miodowe, roślinno-ziołowe, nieco żywicy, odrobina toffi. Goryczki jest niewiele, zwyczajnie w sam raz – by się słodycz nie rozpanoszyła na podniebieniu, ale by nie zdominować, nie zagubić całej reszty smaku. Ewidentnie w Browarze Amber opanowali posługiwanie się amerykańskimi chmielami. Jak nigdzie indziej między Odrą a Bugiem.
Kategoria: JESZCZE RAZ TO SAMO

Dzisiejszy ranking, jednogłośny:

1. Igraszki Palczatki
2. Amber APA
3. The Dealer
4. HedgeHog

Ustalenie pierwszej trójki nie było takie łatwe – każde z trzech piw mogłoby równie dobrze stanąć na najwyższym stopniu podium. Było sporo siorbania, cmokania, mlaskania. Wreszcie jednogłośnie uznaliśmy, że jest tak, jak powyżej. Nie ma cienia wątpliwości co do czwartego miejsca HedgeHoga.

Trzeba odnotować dwa zaskoczenia. Pozytywne zaskoczenia. Po pierwsze, Igraszki Palczatki – bardzo miłe dla nosa i podniebienia piwko. Do tego stopnia, że ostatecznie pokonało naszego faworyta, Amber APA, o którym myśleliśmy, że w tej kategorii jest nie do pokonania. Drugim zaskoczeniem – nie mniej pozytywnym – jest zdecydowana poprawa jakości brokreacyjnego The Dealer. To już nie jest powalające goryczą, płaskie i nieprzemyślane piwo. Tam bardzo wyraźnie dzieje się dużo więcej, a kompozycja chmieli poszła o co najmniej klasę w górę. Do APA jednak tak szybko chyba nie wrócimy. Ani tego, ani żadnego innego.


środa, 31 sierpnia 2016

I znowu APA, APA, APA i APA



542. Amber APA (Browar Amber) 5,2%
543. Zissou APA (Inne Beczki) 5%
544. Sosnowe APA (Browar Miłosław) 4,8%
545. Jasny Grom APA (Browar Perun) 5,6%

Idziemy za ciosem, tych APA trzeba się pozbyć z piwnicy. Najchętniej poprzez własny układ pokarmowy, a w razie konieczności za pośrednictwem kanalizacji, w którą nasze mieszkanie wyposażyli mądrzy inżynierowie. Jakby przewidzieli, że piwo będzie się nią lało. Spryciugi.

Mamy dziś na tapecie ponownie cztery APA, w tym wspominane w ostatnim wpisie APA z Browaru Amber, które bardzo dobre wrażenie na nas zrobiło. Na nas, heretykach piwno-rewolucyjnej religii, nie lubiących durnego, amerykańskiego chmielenia. Za to lubiących dobre piwo.

Amber APA jest jedynym piwem w dzisiejszym zestawie, które wcześniej próbowaliśmy. Do pozostałej trójki podchodzimy z tradycyjnie, staropolsko otwartymi ramionami i równie otwartymi umysłami, a także całymi zastępami (również otwartych) kubków smakowych. Inne Beczki dawały nam już trochę radochy, Perun też miewał u nas dobre chwile. Miłosław dał się poznać jako wielkie niewiadomoco – raz im wyszło, raz nie wyszło, raz smakowało, raz do zlewu poszło. Tak więc, wszystko jest dziś możliwe. No i Miłosław ma dzisiaj przewagę nad pozostałymi już na starcie – uwarzyli swoje APA z dodatkiem pędów sosnowych, więc można spodziewać się większego urozmaicenia smaku i aromatu piwa.

Lejemy, obserwujemy jak się pieni. Na Jasnym Gromie piana pojawiła się tylko w postaci szczątkowej i zaraz jej nie było. Zissou APA też nie zachwyciło, ale tam już w miarę poprawna piana się wytworzyła i chwilę pozostała na powierzchni piwa. Piękna, gęsta i trwała piana pojawiła się na powierzchni Sosnowego APA z Miłosławia i APA z Ambera. W tym ostatnim przypadku piana od razu przystąpiła do oblepiania ścianek szklanki, zachowując się wręcz wzorcowo w tej sprawie. Lepsi niż my fachowcy mówią na to lejsink. Albo nawet lacing.

Na pierwszy rzut oka najbardziej mętnym piwem, najmniej przejrzystym jest Amber APA. Pozostałe też wskazują na zaniechanie filtracji, choć są nieco bardziej klarowne. Jeśli chodzi o barwę, to najgłębszy bursztyn ma Jasny Grom, o dwa tony jaśniejsze jest Amber APA. Pozostałe dwa są gdzieś pośrodku – między złotem a jasnym bursztynem.

Amber APA (12,1 Blg, IBU 35-40, pasteryzowane, niefiltrowane) – w aromacie ma wyraźną kolendrę, skoszoną pokrzywę, cały zestaw amerykańskiego chmielu – cytrusy i żywica – choć wyraźnie w umiarkowanych ilościach i dobrze dobrane w charakterze. Pod spodem zbożowość i odrobina miękkich owoców. Całość skomponowana bardzo sympatycznie. Po chwili pojawiają się akcenty toffi i trochę zioła. Tak, tego zioła. Fajne, ciągle fajne. Po tej chwili, znaczy.
Smak jest pełny, przyjemnie gęsty, pełen głębi. Jest tu przemiła zbożowość i akcenty owocowe, a chmiele robią tu za straż przyboczną, goryczka jest lekka, świeża w smaku, absolutnie nie zalega, nie przeszkadza. Świetne piwo, pije się je doskonale, i chce się jeszcze i jeszcze.
Ocena: JESZCZE RAZ TO SAMO

Zissou APA (12 Blg, pasteryzowane, niefiltrowane, warzone w Browarze Zodiak) – w aromacie jest dużo słabiej już na pierwszy niuch – są tu podgniłe cytrusy, miód sztuczny, jakaś zbożowość w tle. Chaos i pomieszanie. Nie, tutaj nie ma ani umiaru, ani porządku. Nieciekawie się zapowiada. Ale nie samym aromatem stoi piwo, więc go nie skreślamy. Póki co. Ostatecznie, ma ładną etykietkę.
Smak ma jakiś taki wodnisty, brak w nim głębi. Smakuje jak mocno podchmielona, gorzka woda, w której utopiono zgniłe brzoskwinie. Gorzkie, kwaśne, stęchłe. Dramat jakiś. Płyn do płukania gardła właściwie. Tylko że płyn się wypluwa, a piwo raczej wypadałoby połknąć. Robię to bez cienia przyjemności.
Ocena: DO ZLEWU

Sosnowe APA (12 Blg, IBU 37, EBC 17, pasteryzowane, niefiltrowane, warzone z dodatkiem pędów sosny) – aromat niemal nie występuje, jest bardzo słaby. Jest tu pewna kwiatowość (kwiaty koniczyny), kwiatowo-owocowa słodycz. Kiepskie to i mało obiecujące. Gdybym na etykiecie nie przeczytał, że są w tym piwie pędy sosny, to pewno bym ich nie wyczuł. Owszem, jest tu jakaś sosnowa żywiczność, ale widocznie ma za słabe łokcie, by wyjść na plan pierwszy, czy choćby drugi. Po chwili zaczyna dominować ta charakterystyczna dla kiepskich piw chmielonych po amerykańsku mieszanka gnijących owoców egzotycznych, w tym głównie cytrusów. Słabe. Po jakiejś chwili pojawia się aromat konopi, oraz nie dający się pomylić z niczym smród zaszczanego kibla przy autostradzie. Obrzydlistwo.
Mimo oporów próbujemy smaku. Tu jest zaskakująco lepiej niż się można było spodziewać. Jest w nim trochę ciała, jest trochę akcentów owocowych, całkiem nawet przyjemnych – cierpka pomarańcza, kumkwat. Odrobina zboża. Spore wysycenie, może trochę za wysokie. Goryczka wali po podniebieniu, ale jest jakiś sens w jej kompozycji i jej układzie w stosunku do reszty smaku. Nawyznęcał się człowiek nad aromatem, a smak całkiem-całkiem.
Ocena: JAKOŚ JE ZMĘCZĘ

Jasny Grom APA (13,1 Blg, pasteryzowane, niefiltrowane, warzone w Browarach Regionalnych Wąsosz) – w aromacie rum, bakalie, rodzynki, marcepan i powidła śliwkowe – a wszystko to rozmemłane na sierści dawno nie mytego psa. No śmierdzi to i tyle, co tu się rozpisywać.
Spróbujmy jak smakuje, twardzi bądźmy. Smakuje to straszliwie – zgniły miąższ owocowy, który zaprawiono piołunową, rumiankową i szałwiową goryczą i dopilnowano, by przypadkiem odrobina CO2 się nie dostała do końcowego produktu – obleśne, oślizgłe, bez krztyny smaku. O przepraszam, smak jest. Taka gorycz niebieskiej pleśni niektórych kiepskiej jakości serów – pleśń i stęchlizna. Pestki moreli, sok ze zgniłego mango. Obrzydliwe.
Ocena: DO ZLEWU

Już na etapie analizy aromatu Amber znokautował konkurencję. Co do tego nie ma cienia wątpliwości. Przy całej naszej niechęci do amerykańskiego chmielenia, to piwo można postawić a wzór. Jest doskonałym dowodem na to, że nie mamy tak naprawdę nic przeciwko amerykańskim chmielom jako takim, mamy natomiast dużo przeciwko bezsensownie przesadnemu, bezmyślnemu amerykańskiemu chmieleniu. To bardzo ciekawa konstatacja, bo już zacząłem się obawiać, że ja w ogóle po prostu piwa nie lubię. Tak czy owak, przy Amber APA pozostałe piwa wypadają straszliwie blado. Po analizie aromatu, przelewanie piw przez podniebienie tylko tę opinię wzmocniło. Dzisiaj nie ma wątpliwości jak powinien wyglądać ranking. A właściwie wątpliwość jest, i to poważna. Nie wiemy – a odbyła się tu dość długa debata na ten temat – które piwo powinno zająć trzecie, a które czwarte miejsce. Obydwoje stwierdziliśmy, że nie chcemy tej wątpliwości rozstrzygać, gdyż wiązałoby się to z koniecznością wzięcia jeszcze co najmniej jednego łyka każdego z dwóch spornych piw. A tego robić nie chcemy. Dlatego dzisiaj nie ma trzeciego miejsca, są dwa czwarte ex aequo. Na pewno nie będziemy więcej pysków maczać w Zissou APA, czy w Jasnym Gromie. Co to, to nie. A od browarów oczekujemy zwrotu kosztów – płaciliśmy za piwo, a dostaliśmy szczyny, jak się okazało.

Dzisiejszy ranking jest jednogłośny, a wygląda następująco:

1. Amber APA
2. Sosnowe APA
3. ---
4. Zissou APA / Jasny Grom


piątek, 5 sierpnia 2016

Te łany pszenicy, w złotym słońcu dojrzałej...



512. The Nurse (Brokreacja) 4,9% vol.
--- Pszeniczniak (Browar Amber) 5,2% vol.
--- Franziskaner Weissbier (Spaten-Franziskaner-Bräu) 5% vol.
513. Big Cyc Pszenica Antypodów (Browar Staropolski) 5% vol.

Dzisiejszy zestaw nie ma wiele wspólnego z poszukiwaniem relacji między ceną a jakością piw – czy to kratowych, czy koncernowych. Choć w pewnym sensie pewno jednak tak. Mamy piwo z koncernu (Franziskaner), mamy piwo z browaru regionalnego (Pszeniczniak) i mamy kraft (The Nurse). No i mamy małą wpadkę – już trakcie piwnego posiedzenia okazało się, że nie doczytałem etykiety Big Cyca i nie zauważyłem, że tam jest amerykańskie chmielenie, co plasuje to piwo z zupełnie osobnej kategorii. Cóż, stało się, piwo się nie wylało, więc wypić je trzeba będzie. Może po prostu nie uwzględniać go tylko w końcowym rankingu.

Swoją drogą, jak się uprzeć, to można spojrzeć na sprawę w następujący sposób – jeśli zmieniamy coś w recepturze piwa, jeśli modyfikujemy jakiś tradycyjny styl piwny, to pewno po to, by było lepiej, by piwo zyskało dodatkowy wymiar, by było bardziej złożone, smaczniejsze. W tym sensie, postawienie amerykańsko-chmielonego Big Cyca tuż obok klasycznych weizenów nie jest tak znowu pozbawione sensu. Zobaczmy co nowego, co lepszego stało się w piwie pszenicznym dzięki nowofalowemu chmieleniu. W wielkim uproszczeniu, bo to trochę tak, jak byśmy zakładali, że bez tego amerykańskiego chmielu byłoby to piwo równoprawnym partnerem pozostałej trójki. A tak nie musi być, czego zresztą nigdy się nie dowiemy. Nieważne. Kapsle z głów, piwo do szkła, szkło do ust!

Piana pojawiająca się na powierzchni piwa jest najsłabsza i najmniej trwała na The Nurse – jakby było to piwo z zupełnie innego gatunku, z innej bajki. Słabo z pianą również na Big Cyc, ale ono rzeczywiście jest z innej bajki. Pszeniczniak i Franziskaner pokryły się obfitą, gęstą i trwałą pianą – jak przystało na piwa pszeniczne. Wszystkie są ewidentnie niefiltrowane, ale znowu – w końcu to piwa pszeniczne.

The Nurse (12 Blg, IBU 15, pasteryzowane, niefiltrowane, warzone w Szczyrzyckim Browarze Cystersów „Gryf”) – aromat ma typowy dla piw pszenicznych, jednak mało wyrazisty, bardzo spłaszczony. Aromat bananów tutaj sprawia wrażenie pewnej syntetyczności, jakby to były cukierki –żelki bananowe, a nie świeże, dojrzałe banany. Odrobina słodkiego melona, nutka goździków. Z czasem coraz bardzie w aromacie dominują akcenty rozpuszczalnika. Smak jest pełny, goździkowo-bananowy z akcentami słodkiego melona i lekkim akcentem kwasku cytrynowego. Drożdże. Banany są jednak syntetyczne również w smaku, a na dodatek pojawia się nieprzyjemny, alkoholowo-rozpuszczalnikowy posmak. Landrynki. Nie jest to piwo złe, da się pić z niejaką przyjemnością, jednak pozostawia pewien niedosyt.

Pszeniczniak (12,1 Blg, pasteryzowane, niefiltrowane) – w aromacie banany, delikatne cytrusy, goździki. Trochę jakby mało uładzone, aromat trochę „brudny”, mało wyrazisty. Zdaje się, że to nie pierwszy raz, kiedy narzekamy na aromat naszego ulubionego polskiego piwa pszenicznego (Pszeniczniak bywa pity w tym domostwie regularnie i co najmniej raz był opisywany na tym blogu). Miejmy nadzieję, że znowu poradzi sobie w kategorii smak. W smaku jest stosunkowo lekkie, orzeźwiające, z akcentami świeżej, maślanej bułki drożdżowej z kruszonką. Dość wysokie wysycenie CO2 przeszkadza nieco w ocenie smaku, ale nie jest nieprzyjemne, wzmaga działanie orzeźwiające piwa. W finiszu da się wyczuć słodycz bananów, ale w tym przypadku są to smażone banany z karmelem. Przyjemne, lekkie, rześkie piwo, żadnych rozczarowań.

Franziskaner Weissbier (11,8 Blg, pasteryzowane, niefiltrowane) – w aromacie melon, banan, cytryna, goździki – kraina łagodności i harmonii. Po chwili wychodzi mało przyjemny akcent rozpuszczalnikowo-perfumowy. Smak rozczarowuje w stosunku do obiecującego, ciepłego aromatu (jeśli nie liczyć tego rozpuszczalnika, który jednak dość szybko uleciał) – jest zbyt mało ciała, jest kwaskowate, lekko cytrusowe. Blade, płytkie, słabe. Wysokie nagazowanie szczypie w język, przeszkadza cieszyć się smakiem. Na koniec, już na finiszu pojawia się trochę ciepłych, przyjemnych drożdżowo-bułecznych akcentów, ale być może nie każdy ma na tyle cierpliwości, by na nie czekać.

Big Cyc Pszenica Antypodów (11 Blg, pasteryzowane, niefiltrowane) – w aromacie ogórki konserwowe, taki ostrawy zapach jak z jakiejś marynaty, wyraźny wpływ amerykańskiego chmielenia, potem miód, wreszcie zboże – niekoniecznie tylko pszenica. Typowych dla piw pszenicznych akcentów bananów i goździków trzeba się dopiero doszukiwać na drugim planie. Smak jest cienki, lekko miodowy, z akcentami żywicy i rozbudowującą się na podniebieniu goryczką. Wydaje się, że udało się tutaj trafić w proporcje, że nienawistny, amerykański chmiel nie dominuje, nie przytłacza. Na pełną ocenę potrzebujemy jednak jeszcze kilka łyków. […] No i mięło parę łyków, a ja ciągle nie wiem co sobie myśleć o tym piwie. Wrażenie ze smakowania go nie jest nieprzyjemne, rozbudowująca się na podniebieniu goryczka jednak chyba nie przekracza granic przyzwoitości i nie przeszkadza w przyjemności delektowania się w sumie niezłym piwem. Pojawiają się delikatne akcenty gotowanych warzyw, takiej stołówkowej zupy jarzynowej, ale też nie psują za bardzo zabawy. Żałuję, że nie doczytałem informacji na kontretykiecie, informującej o tym, że mam do czynienia z piwem typu American wheat, bo wtedy ustawilibyśmy je do zupełnie innej stawki. Generalnie, nie jest źle i chętnie po to piwo sięgnę jeszcze kiedyś, pod warunkiem, że uda mi się na nie jeszcze kiedyś trafić w sklepie.

Big Cyc nie wchodzi dzisiaj w ranking, jako się rzekło. Spośród pozostałych trzech wygrywa – jednogłośnie – Pszeniczniak. Na drugim miejscu plasuje się The Nurse, a na trzecim Franziskaner. Tak się porobiło. I wychodzi na to, że po raz kolejny trzeba się nisko ukłonić piwowarom z browaru regionalnego, którzy za rozsądne pieniądze oferują świetnej jakości produkt. A koncern? Jak to koncern – wielki jest i basta.

[tekst powstał prawie dwa miesiące temu - ciągle nadrabiamy zaległości...]


niedziela, 24 kwietnia 2016

Czego to ludzie z pszenicy nie uwarzą



Hoegaarden (InBev) 4,9%
467. Pszeniczna Bomba (Browar Pivovaria) 5,1%
468. Rebel Pszenica Dubeltowa (Browar Sulimar) 8%
469. Po Godzinach Koźlak Pszeniczny (Browar Amber) 6,2%

Wpisy coraz rzadziej, bo i nie ma o czym za bardzo pisać. Zdolności odrzucające krajowych browarów kraftowych, jeśli człowiek szuka dobrego piwa do wypicia, są oszałamiające.

Nie dalej jak przedwczoraj, w ramach świętowania kolejnych urodzin, wybrałem się na knajpiany obchód. Trafiłem między innymi w miejsce, gdzie leją krafty. Boże drogi, co tam się działo… Najpierw gębę wykręciła Sztuczna Mgła z Bazyliszka, potem (wiem, miałem nie pić już nigdy więcej Pinty) Table Brett z Pinty sparaliżowało zdolność odczuwania czegokolwiek na dobrych parę minut. Ratunku szukałem w Bersekerze od Kingpina, w nadziei na obiecywane akcenty wrzosowe, jakąś może łagodność, może jakąś pełnię, złożoność smaku… Ni chu-chu, jak mawiają u mnie na wsi. Straszne, traumatyczne wręcz przeżycia. Pustka, kwach, dno. I wtedy pomyślałem, że może jakieś nagrodzone, fetowane piwo, może jakieś barleywine na przykład, może American Barleywine Grand Prix (wiem, znowu Pinta, niepoprawny jestem w swojej naiwności) zrobi mi wreszcie dobrze. I gdy już miałem wrażenie, że rzeczywiście jakoś tam zaczyna koić moje kubki smakowe, ze zdziwieniem skonstatowałem, że to tylko zadziwiająca ludzka zdolność do adaptacji. W porównaniu z poprzednimi wyrobami piwopodobnymi, rzeczywiście pintowe barleywine zdawało się być krainą łagodności i jakiegoś nieobecnego wszędzie wokół piwnego sensu. Ale wtedy dojrzałem na półce butelkę z charakterystycznym górnikiem na etykiecie – jest coś z Miedzianki, czego jeszcze nie piłem! I sięgnąłem po Wołka, piwo w stylu Kölsch. I stała się jasność, i Bóg wiedział, że to było dobre, i tak dalej. I znowu uwierzyłem, że jednak da się zrobić dobre piwo gdzieś na wschód od Odry i Nysy, bez zadęcia i robienia fikołków piwowarskich, które wrażenie robią już chyba tylko na najbardziej zagorzałych wyznawcach kraftowej religii.

No i nie ma o czym pisać. Bo ile można się krzywić i marudzić? Ile można czekać, aż wreszcie ktoś uwarzy smaczne, harmonijne, głębokie piwo? Ile razy można się naciąć, a jednak dalej szukać?

Tyle marudzenia. Poniższy wpis powstał co najmniej miesiąc temu, ale jakoś nie było czasu, ochoty i serca, by publikować.

Dzisiaj cztery zupełnie różne wyroby piwne, dla których podstawą jest pszenica. I to jedyne, co je łączy. Poza tym, to przedstawiciele skrajnie różnych stylów piwnych. I tak, jest u nas klasyczny, belgijski witbier Hoegaarden. Gościło już u nas parę razy, zawsze się podobało, radość podniebieniu sprawiało, więc oczekujemy, że i tym razem nie zawiedzie. A na pewno nie zawiodło Tesco, w którym dużą butelkę Hoegaarden można było nie tak dawno ściągnąć z półki za jedyne 10,49 zł. Prosto z Radomia, z tamtejszej Pivovarii przyjechała do nas Pszeniczna Bomba, klasyczny weizen. Pivovaria też jak dotąd nie zawodziła, choć w przypadku ich piw kluczowe znaczenie wydaje się mieć świeżość. Pszeniczna Bomba dotarła do nas na świeżo, więc oczekujemy czegoś dobrego. Podczas codziennych zakupów wpadła nam do koszyka buteleczka Pszenicy Dubeltowej z Browaru Sulimar – weizena o podwyższonym ekstrakcie i, co za tym idzie, wyższej zawartości alkoholu. Na koniec, wreszcie udało się dopaść kolejną edycję serii Po Godzinach z bardzo przez nas szanowanego Browaru Amber, a mianowicie Koźlak Pszeniczny.

Hoegaarden – jak na białe piwo przystało – jest bardzo jasne. Podczas nalewania do szklanki pokryło się obfitą, gęstą, śnieżnobiałą pianą. Drugie w konkurencji na obfitość piany jest Rebel Pszenica Dubeltowa. Przy tym jest mętne, wygląda jak klasyczny weizen. Koźlak Pszeniczny z Browaru Amber jest również wyraźnie mętne, piana na jego powierzchni jest lekko beżowa, nieco mniej obfita i mniej trwała niż na Rebelu i Hoegaarden. Barwa tego koźlaka jest ciemnobursztynowa, dość wyraźnie wpadająca w odcienie czerwieni. Dość sporym rozczarowaniem, przynajmniej wizualnie, jest Pszeniczna Bomba z Pivovarii, na której piana niemal nie zaistniała, a ta odrobina, która się wytworzyła, zniknęła niemal bez śladu zanim dokończyłem nalewanie pozostałych piw. Jest nieco ciemniejsze od Rebela, raczej herbaciane, wyraźnie mniej mętne. Zobaczmy co są warte w aromacie i na podniebieniu.

Hoegaarden Witbier (11,7 Blg) – w aromacie banany, melon, cytrusy, nutka miodu, lekka kwiatowość, odrobina gruszki, goździki, nieco kolendry. Aromat przyjemny, dobrze znany, nie zawodzi. Po paru chwilach jednak aromat ucieka, wietrzeje. Chciałoby się powiedzieć – subtelnieje, ale on po prostu zanika. W smaku jest lekkie i rześkie. Akcenty cytrusów, lekka drożdżowość, różana konfitura, odrobina tych bananów z aromatu, melon miodowy, delikatne nutki goździków. Bardzo przyjemne, świetnie ułożone piwo. Wymarzone do gaszenia pragnienia w letnie upały. Dobrze, że właśnie zaczyna się wiosna – do tych upałów już niedługo.

Pszeniczna Bomba (12,5 Blg, niefiltrowane, pasteryzowane) – w aromacie czarna herbata, odrobina naftaliny, trochę bananów. Aromat mało złożony, lekki, dość rozczarowujący. Nieznaczny akcent drożdżowego ciasta. W smaku jest bardzo lekkie, żeby nie powiedzieć wręcz wodniste, z akcentami bananów, drożdży, słodu pszenicznego, z odrobiną orzechów laskowych, szczyptą kawy, nutką karmelu. W smaku nadrabia dzielnie wszystkie braki z aromatu – ładnie poukładane, harmonijne piwo pszeniczne. Jego podstawową wadą jest stanowczo zbyt niskie wysycenie. Po paru chwilach spędzonych w szklance piwo prawie nie ma już gazu, a szkoda, bo dopóki go miało, smakowało całkiem przyzwoicie. A tak, wyszedł napój karmelowo-drożdżowy.

Rebel Pszenica Dubeltowa (18,1 Blg) – w aromacie wyraźny banan i melon, biała czekolada, kwiaty bzu – co byłoby bardzo przyjemne, gdyby nie bardzo wyraźnie przebijająca alkoholowość, która wraz ze wzrostem temperatury piwa robi się coraz mniej przyjemna. W smaku wyraźnie bardziej ciężkie od poprzedniczek, nieco zmulone, owocowo słodkie, głównie dojrzały, ciężki banan, skórka chleba, lekka kwaskowość. Jest stanowczo zbyt mało wyraziste, akcenty smakowe są ciężkie, zawiesiste. No i ten alkohol – duży minus całego doświadczenia.

Po Godzinach Koźlak Pszeniczny (15,1 Blg) pachnie gorgonzolą, trawą i ziołami, spod tego wszystkie nieśmiało pokazują głowę akcenty typowe dla pszenicy, a więc banany i melon. Aromat bardzo szybko wietrzeje i staje się dość nijaki. A właściwie zaczyna pachnieć jak niepierwszej czystości rzeczka po przepłynięciu przez wieś, w której szamba albo się rzadko opróżnia, albo na pytanie o szambo pyta się co to właściwie jest szambo. Nieprzyjemnie. W smaku jest lekkie, dość rześkie, jednak bardzo płaskie. Nieco słodka, kwaskowata owocowość (cierpkie jabłka) zmaga się z brudną, nieprzyjemną goryczką – jakby w tych cierpkich jabłkach przegryźć pestki – i za chwilę go nie ma. Piwo krótkie byłoby najlepszym jego określeniem. Tak, jest tam odrobina drożdży, jest troszkę ciemnego, palonego słodu, ale to wszystko ma tylko parę sekund na zaistnienie na podniebieniu, po czym rozmywa się w niebycie. Rozczarowanie.

Wygląda na to, że od samego początku, jeszcze do zdjęcia, piwka dzisiejsze same ustawiły się w końcowy ranking. Nie ma najmniejszej wątpliwości po które piwo sięgnęlibyśmy chętnie po raz drugi i w jakiej kolejności sięgalibyśmy po kolejne. No i nie pierwszy raz Hoegaarden staje na szczycie podium. Nie pierwszy raz Po Godzinach z browaru Amber rozczarowuje, a szkoda, bo przecież stała oferta tego browaru nie ma sobie równych na polskim rynku.

1. Hoegaarden
2. Pszeniczna Bomba
3. Rebel Pszenica Dubeltowa
4. Po Godzinach Koźlak Pszeniczny