Pokazywanie postów oznaczonych etykietą browar Witnica. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą browar Witnica. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 29 września 2015

Czy jest tu jakiś dobry bagażowy?



253. Porter Okocim (Browar Okocim) 8,9%
254. Lwowski Porter (Browar Lwowski) 8,5%
255. Żywiec Porter (Browar Żywiec) 9,5%
256. Grand Imperial Porter (Browar Amber) 8,0%
257. Witnicki Porter (Browar Witnica) 8,5%

Chodziłem wokół tego tematu jak koło jeża. Z jednej strony, nie można ignorować istnienia piw typu porter. Z drugiej strony, mam traumę. Dawno, dawno temu, kiedy większości czytających te słowa najpewniej nie było jeszcze na świecie, a ja stawiałem pierwsze kroki w świecie słodu dobrze spożytkowanego, zdarzyło mi się pojechać w Beskid Żywiecki i do samego Żywca (takie miasto – naprawdę, tam jest więcej niż tylko browar). W restauracji, w której jadłem obiad, podawano żywiecki porter. Nie mając zielonego pojęcia kto on zacz, zamówiłem, spróbowałem, zachwyciłem się. Jak, nie przymierzając, sam Juliusz Cezar niemalże. Długo, bardzo długo później, na półkach sklepów w całej Polsce masowo zagościły wyroby z Okocimia, Żywca, Leżajska, Warki. Co za radość, pomyśli ktoś. W każdym razie, ja tak pomyślałem. Jak srodze się rozczarowałem wiedzą wszyscy, którzy do dziś gardzą wszelkimi koncerniakami. No i właśnie, porter żywiecki, przepyszne niegdyś piwo o zawartości alkoholu tylko nieco ponad 6%, teraz okazał się smakować jak spirytusowa nalewka na gumie arabskiej z ogromną ilością cukru. Sporządzona z taniego spirytusu z kontrabandy. Od tamtej pory, nie sięgnąłem po porter żywiecki. Ciekaw jestem jak będzie dzisiaj, czy coś się zmieniło, a jeśli tak, to czy na lepsze.

Podczas nalewania piwa do szklanek okazuje się, że zjawisko piany obce jest piwowarom ze Lwowa. Piana gaśnie bardzo szybko i nie zostawia śladu na ściankach szklanki. Nieźle wygląda to w przypadku Grand Imperial, choć najintensywniej pieni się porter z Witnicy. Okocim i Żywiec trzymają się koncernowego standardu – za wszelką cenę nie wolno się wychylić w żadną stronę.

Okocim Porter (pasteryzowane, 22 Blg, IBU 38) pachnie palonym karmelem, kartonem, gumą arabską, kawą. Smak – pełny, przyjemny, słodki, karmelowo-kawowy. Lekka kwaskowość – jakby cytrusowa. Po chwili atakuje goryczka i już zostaje na dobre. Zaskakująco słabo czuć akcent alkoholu.

Lwowski Porter (pasteryzowane, 20 Blg) w aromacie jakaś stęchlizna. To przede wszystkim i najpierw. Dość szybko przeradza się w akcent roślinny – świeży sok złamanej gałązki dzikiego bzu, świeży zielony groszek. Potem jest kawa, wytrawny karmel. W smaku dalej czuć te zielone, łodygowe akcenty, palony słód, karmel. Kawowa gorycz, gorzka czekolada. Pojawia się alkohol, raczej mało przyjemny, choć wyraźnie rozgrzewający.

Żywiec Porter (pasteryzowane, 21 Blg) pachnie toffi i palonym słodem. W smaku jest raczej lekki, żeby nie powiedzieć wodnisty. Akcenty korzenne, palone, rumianek. Właściwie to rumiankowa płukanka do gardła. Na końcu gorycz. I już.  Smakuje obrzydliwie. Jakiś piołun, zielsko, guajazyl. Paskudztwo wysokich lotów.

Grand Imperial Porter (pasteryzowane, 18,1 Blg) pachnie palonym słodem i coca-colą. Karmel, a właściwie krówki własnej roboty, takie z patelni. W smaku kremowy, łagodny, słodki, kawowy. Przebija się palony słód. Nie ma alkoholowego posmaku. Goryczka gdzieś tam w tle, taka jakby gorzkie kakao. Bardzo przyjemne piwo, które chce się pić.

Witnicki Porter (pasteryzowane, 18,1 Blg) na pierwszy niuch pachnie czystą kawą. Świeżo zaparzoną, gorzką kawą. I to pierwsze wrażenie jest bardzo przyjemne. Ale drugie… Po chwili zaczyna się prawdziwa równia pochyła. No przecież musi tam być witnickie bagno, błoto, zgniłe jajka, kiszonka, gnojowica. Dwa niuchy i już koniec radochy. W smaku jest kwaśny, palony, słodowy, kawowy. Na koniec goryczka. Wszechobecna, nieprzyjemna. Na plus trzeba mu zapisać, że nie ma akcentu alkoholowego.

Ranking. Wygrywa – w cuglach – Grand Imperial Porter. Na drugim miejscu Okocim. Na trzecim Lwowski. Na czwartym Żywiec. Stawkę zamyka Witnicki.

Po konsultacji z moją drugą połówką okazuje się, że zgadzamy się niemal zupełnie. Prawie. A – jak wiadomo – prawie robi wielką różnicę, szczególnie w przypadku piwa. U szczęścia mojego żywota Witnicki Porter jest na drugim miejscu, przez co Okocim spada na trzecie, Lwowski na czwarte, a Żywiec na piąte. Przynajmniej to ostatnie ma jakiś sens.

Postscriptum. Tego wieczoru do końca wypita została tylko szklanka Grand Imperial Porter. Pozostałe wylądowały w zlewie – od pół do 3/4 szklanki. Nie dało się inaczej.

środa, 22 lipca 2015

Lagery z naszego podwórka

29/06/2015

104. Biały Kot – jasne piwo z pazurem (Browar Czarny Kot) 5,5%
105. Orkiszowe (Browar Kormoran) 5,1%
106. Drwal (Browar Gościszewo) 4,5%
107. Kasztelan Specjały Niefiltrowane (Kasztelan) 5,5%
108. Dębnowskie (Browar Witnica) 6,1%

Dzisiaj walczymy z lagerami (choć lagerowatość Orkiszowego jest wątpliwa, a w najlepszym przypadku nieortodoksyjna). Wśród nich gość wyjątkowy – Dębnowskie z browaru w Witnicy. Dębno to moje rodzinne miasto. Podczas ostatniej wizyty, podczas spotkania klasy z podstawówki, dostałem szóstkę Dębnowskiego, warzonego w Witnicy. Na etykiecie widnieje mural witający odwiedzających miasto, znajdujący się na ścianie budynku tuż przy ulicy wjazdowej do miasta od strony Gorzowa. Mural przedstawia biegaczy – maratończyków. Dębno przez długie lata było organizatorem międzynarodowych mistrzostw Polski w maratonie. Sam kilka razy brałem w nim udział. Po stronie organizatora. Tak czy owak, mam nadzieję, że tym razem Witnica nie zawiedzie. Ludzie mówią, że to samo piwo sprzedawane jest w paru innych miastach regionu – jako Kostrzyńskie, Myśliborskie… Nie sprawdzałem. To na pewno tylko złe języki.

Wszystkie piwka nalały się do szklanek bez większego problemu, nadmierna piana w tym nie przeszkadzała. Najbardziej obfita pojawiła się na Białym Kocie, ale już po paru chwilach warstwa piany w tej właśnie szklance była najcieńsza. Na pierwszy rzut oka widać, że Orkiszowe, Kasztelan i Drwal nie były filtrowane. Dodatkowo, barwa Orkiszowego zdradza zawartość słodu pszenicznego – piwo jest wyraźnie jaśniejsze od konkurentów.

Zaczynamy od Białego Kota. W aromacie da się wyczuć chmiel, trochę słodu – i niewiele więcej. Chmiel w tym przypadku do złudzenia przypomina pewne zioło, legalne w Amsterdamie. W smaku jest lekkie, orzeźwiające, przyjemnie słodowe, echo owocowej słodyczy, z delikatną chmielową nutą. W sam raz na upalne dni, które podobno są w trakcie nadciągania.

Orkiszowe ma aromat bardzo subtelny – miodowo-kwiatowy. Lipa, rzepak – bardzo delikatne nutki aromatyczne. W smaku wyraźnie czuć słód pszeniczny – piwo jest jakby w pół drogi miedzy lagerem, a pszenicznym. Owocowa słodycz, lekko cytrusowa, złamana kwaskowatością typową dla pszenicznych piw. Bardzo przyjemne, orzeźwiające. Czyżby kolejny dobry strzał z browaru Kormoran?

Drwal z Browaru Gościszewo pachnie grapefruitowym chmielem, który zdaje się przesłaniać wszystko. Nie powiem, zapach jest przyjemny (choć tu zdania są podzielone – niektórzy wyczuwają aromaty przepoconej męskiej koszulki), ale zapowiada chmielową mękę podczas smakowania. Zobaczymy. W smaku jest gorycz grapefruita. I to tak, jakby wyrzucono cały miąższ, w którym mogłaby pojawić się jakaś słodycz, a zostawiono tylko białe błonki, nosicielki goryczy. Gdzieś tam jest słód jęczmienny, naprawdę jest. Ale za cholerę posmakować go się nie da. Po paru łykach całe podniebienie znieczulone jest chmielową goryczą. Zaczynam skłaniać się ku opinii, że to jednak przepocona koszulka, zlana sokiem grapefruitowym. W aromacie, znaczy. Kandydatka do zlewu. Murowana.

Kasztelan Specjały Niefiltrowane pachnie perfumami. Takimi delikatnymi, nieśmiałymi. Z nutką cytrusową. Wiele się tu nie dzieje, w każdym razie. W smaku również. Wodniste, bezpłciowe. Niby gdzieś tam jest słód, niby jakaś słodycz, ale bardziej pomyje po czymś słodkim niż samo to coś. Jeśli jest w nim owocowa słodycz, to są to nadgniłe owoce. „Bogate z natury” na etykiecie napisano – a ja pytam, gdzie to bogactwo? Słabo, bardzo słabo.

Przyszła kolej na Dębnowskie, na którym ciągle dumnie siedzi przyjemna warstewka jednolitej piany, mimo iż nalewane było dobrych kilkanaście minut temu. W aromacie jakieś polana z ogniska, kiepski, zgliwiały chmiel – i nieodłączny dla witnickich piw aromat wody z bagna. Im dłużej wącham, tym bliżej mu do siarczystego aromatu świeżo rozkopanej kiszonki z buraków. Kto bywał w dzieciństwie na wsi, wie o czym mówię. Pas-kudz-two. W smaku akcenty kiszonej kapusty, ogórków kiszonych – ot, takie tam.

Czas na oceny. Moim zdaniem, wygrywa Orkiszowe, tuż za nim plasuje się Biały Kot. Na podium stanie jeszcze Niefiltrowane z Kasztelana. Na czwartym miejscu znalazł się Drwal, a stawkę zamyka Dębnowskie. Co za cios dla lokalnego patriotyzmu! Jak się dowiaduję, wyrok jest prawie jednogłośny. Zdaniem Szczęścia mojego żywota, na trzecim miejscu jest Drwal, a Kasztelan na czwartym. Pozostałe miejsca – takie same.



Pszeniczne raz jeszcze

14/06/2015 

86. Krušovice Pšeničné (Krušovice ) 4,6%
87. Pszeniczne Weizen (Browar Witnica) 5%
88. Primátor Weizenbier (Primátor) 4,8%
89. Sanrajza American Amber Wheat (Pinta) 5%
90. Schöfferhofer Hefeweizen 5%

Kolejny zestaw piw pszenicznych (wiem, wiem, nie wszystkie z tej samej bajki). I na dodatek takie trochę starcie tytanów. Są wśród nich te, które od dawna znamy i lubimy. No i ciekawe jak poradzą sobie w zaprezentowanym towarzystwie. Bo to zawsze ciekawe – czy to, co lubimy jest naprawdę dobre, czy jest dobre, bo to lubimy. Czy jakoś tak. Aha, na koniec ujawnię które to te ulubione. No i jest tu jeden chłopiec do bicia. Zdecydowanie. Ale tego chyba dość łatwo odgadnąć.

Test piany absolutnie wygrywa Schöfferhofer. Nalanie szklanki zabiera jakieś dwa popołudnia. Podobnie wredne, choć nie aż tak bardzo, są Primator i Krušovice. Pinta udaje, że wie co to piana, ale spokojnie nalewa się za jednym podejściem. Witnica nie udaje, że wie. Nie wie nawet, że powinna wiedzieć.

Krušovice Pšeničné grzecznie pachnie drożdżami, cytrusami, owocami, słodem. Smakuje również nienagannie – mnóstwo zboża, lekka kwasowość, delikatne cytrusy. Tak, jak powinno smakować piwo pszeniczne.

Pszeniczne z Witnicy śmierdzi. Po prostu, zwyczajnie śmierdzi. Jakimś bagnem, kanalizacją może nawet, a już na pewno takim zabrudzonym paskudnym potoczkiem. Ot, Pełcznica na wysokości Książańskiego Parku Krajobrazowego – wypisz, wymaluj. Smakuje jakby rzeczywiście do butelki nabrano wody z tejże Pełcznicy tamże. I pozwolono jej skwaśnieć. Cholera, do zlewu.

Primator ma nieco mniej intensywny zapach niż Krušovice, ale tam też                              

Schöfferhofer pachnie gumą Turbo. No i drożdżami, cytrusami, i tak dalej. I natką pietruszki. Bardzo ładnie pachnie. W smaku trochę chyba za mało ciała, nieco rozczarowuje wodnistością. Takie raczej piwo na upały. Jest jednak wzorcowo słodkie (brzoskwinia?), zbożowe, drożdżowe. Troszkę ziołowe.

Sanrajza wyróżnia się spośród pozostałych intensywnymi akcentami chmielu, nutkami cytrusowymi prosto z chmielu. Dominują nad wszystkim. A jak już troszkę wywietrzeją, pojawia się klasyczny aromat – bardzo zmęczonej ścierki do podłogi. Ni mniej, ni więcej. No dobrze, więcej – ścierki, którą wycierano rozlaną wodę z ogórków kiszonych. W smaku jest… słabo. Obrzydliwie niespójne, chaotyczne akcenty chmielowe wojują na całego z tym wszystkim co skutecznie udaje im się przykryć. Gdzieś tam jest ta pszenica, są cytrusy, są owoce. Ale dostają tęgie baty, krwawią obficie na tym polu bitwy, padają jak muchy. Nad wszystkim unosi się gorzkie, cytrusowe – jakby rzuć skórki pomarańczy i grapefruitów – buczenie roju chmielowych, wszechobecnych owadów, powodujących uczucie osaczenia, świadomość nieuchronnej zguby przez zażądlenie. Paskudne. Plus mało przyjemne akcenty ogórków małosolnych.

Oceniamy, ustawiamy, rankingujemy. Moim zdaniem, konkurencję wygrywa Krušovice Pšeničné. Bezapelacyjnie. Na drugim miejscu plasuje się Schöfferhofer. Na trzecim Primator. Miejsce czwarte – Sanrajza z Pinty. Pszeniczne z Witnicy jest poza jakąkolwiek konkurencją. Trzeba mieć tupet, by to coś nazwać piwem. Po konsultacji ze szczęściem żywota mego, okazuje się, że werdykt jest jednogłośny. I niech tak zostanie.

Na wszelki wypadek wyjaśnię które było starym ulubieńcem, które chłopcem do bicia, itp. Od dawna kocham się w pszenicznym z Krušovic i w Schöfferhoferze. Chłopcem do bicia była Witnica. Sanrajzy ani pszenicznego z Primatora nigdy wcześniej nie piłem.



IPA... ale lipa...

02/06/2015

67. Lubuskie IPA (Browar Witnica) 5,6%
68. Bengal Lancer (Fuller’s) 5,3%
69. Admiral Lord Viscount Nelson (Browar Krajan) 6%
70. Imperium Atakuje (Pinta) 7,8%

Przyszła kolej na piwa typu IPA (India Pale Ale). Udało się zebrać trzy polskie wyroby i jeden angielski.  Bengal Lancer w swojej ojczyźnie jest takim sobie średniakiem, odpowiednikiem naszych koncerniaków. Dołączony został do tego zestawu jako swego rodzaju benchmark – wszystko, co będzie lepsze od Lancera, będzie można określić piwem dobrym. Wszystko, co uplasuje się poniżej Lancera, jest zdecydowanie niewarte uwagi. Nalewanie do szklanek – test piany – wygrał Bengal Lancer, który musiał być nalewany na raty. Nelson i Lubuskie pokryły się grzeczną, choć niezbyt obfitą pianą. Na Pincie piana niemal nie wystąpiła.

Lubuskie IPA wyraźnie pachnie intensywnym, świeżym chmielem, który momentami idzie w stronę aromatu świeżej marchewki. W smaku też przede wszystkim wali chmielem. Przez ten chmiel próbuje się przebić smak słodu, ale z sukcesem raczej ograniczonym. Po chwili pojawia sie jakaś owocowa słodycz, ale dość szybko zostaje przytłoczona przez chmielową gorycz. Po paru chwilach, po obejściu kolejki, wracam do Lubuskiego i… znowu ta cholerna, bagnista woda. Toż to wali jakimś błotem, bagnem, kiszonką. Nic dziwnego, że tyle chmielu muszą tu wrzucić.

Bengal Lancer w aromacie wydaje się miodowe, z lekkimi nutkami chmielu i słodu. Jagody ze słoika. W smaku jest łagodne, lekko miodowe (trochę ten miód to raczej miód sztuczny), bardzo przyjemne. Znowu owocowa słodycz – taka właśnie jagodowa. Być może to kwestia kolejności smakowania – po bardzo chmielowym Lubuskim wydaje się bardziej łagodne niż naprawdę jest. Wrócimy do niego za chwilę.

Admiral Lord Viscount Nelson (już dłuższej nazwy nie mogli mu wymyślić?) w aromacie jest świeżo owocowa – brzoskwinie, morele, czarny bez. W smaku jest przyjemne, owocowe – słodkie brzoskwinie, brzoskwinie z puszki. Trochę syntetycznej słodyczy, takiej jak w cukierkach Haribo Tropifrutti. W porównaniu z poprzednikami jednak jest dość płaskie, jednowymiarowe.

Imperium Atakuje, jak można było przewidzieć, bezlitośnie wali chmielem. Przez chmiel przebija się syntetyczna słodycz malinowa. W smaku dominuje słodowa, lekko owocowa słodycz (jakby stężony sok winogronowy), która już po chwili przykryta zostaje chmielową goryczą. Na moje naleganie, byśmy znaleźli w niej jednak coś pozytywnego, słyszę opinię, że jest to najlepsze piwo z Pinty, jakie dotąd smakowaliśmy, ale jest to jedyna pozytywna rzecz, jaką można o nim powiedzieć.

Oceniamy. Pierwsze miejsce jednogłośnie zajmuje Bengal Lancer. Jeśli przypomnimy sobie założenie wstępne, można sobie dać spokój z pozostałymi. Ale nie pójdziemy na łatwiznę. Nie, co to, to nie. Nie my. Drugie miejsce zajmuje Nelson. Trzecie Imperium Atakuje, a stawkę zamyka Lubuskie IPA. Absolutnie jednogłośnie. Może jednak polskie browary powinny dać sobie spokój z robieniem zupełnie im obcych gatunków piwa?...



wtorek, 21 lipca 2015

Test porównawczy wynalazków nowatorsko-tradycyjnie-naturalnych

06/05/2015

25. Piwo Żywe (browar Amber) 6,2% 
26. Lubuskie Jasne (browar Witnica) 6,1% 
27. Oki Doki (Pinta) 4,3% (27)
28. Złote Lwy (browar Amber) 5,6% 
29. Rybak (browar Gościszewo) 5,7% 

Podczas niedawnej wizyty w pewnym sklepie uwagę moją zwrócił fakt, że wielu producentów piwa – nazwijmy ich niszowymi, w odróżnieniu od wielkich, koncernowych marek – akcentuje mocno naturalność warzonego przez siebie piwa, przywiązanie do tradycji, czy innowacyjność. Wszystko, by przekonać potencjalnego klienta, że zawartość będzie inna (w domyśle – lepsza) od tego, co do zaoferowania mają nam producenci masowi. W lodówce miałem już kilka, dorzuciłem parę do koszyka – i voila! Test porównawczy wynalazków nowatorsko-tradycyjnie-naturalnych.

Test piany wygrywa zdecydowanie piwo z browaru w Witnicy. Lubuskie Jasne trzeba było nalewać na trzy razy, gdyż obfita piana nie mieściła się w szklance. Na drugim miejscu było Oki Doki z Pinty, jednak pinciarze potrafią zrobić pianę trwalszą. Ta lubuska dość szybko skurczyła się do cienkiej warstwy.

Jeśli mówimy o powrocie do tradycji, to – niestety – po świecie chodzą jeszcze dinozaury, które pamiętają, że tradycyjnie piwo jasne (lager) miało zawartość alkoholu na poziomie poniżej 5%. Tak, tak, pamiętam czasy, gdy standardowy Żywiec – za przeproszeniem – miał bodaj 4,7%. No i wtedy jeszcze było to doskonałe piwo. Smak też pamiętam. Niestety. Tak więc, w konkurencji nawiązania do tradycji wygrywa zdecydowanie Pinta. Zawartość alkoholu na poziomie 4,3% to jest to, o czym marzę. Piwo powinno dać się spożyć w większej ilości – szczególnie w upalne, letnie dni – bez katastrofalnych skutków dla zdolności utrzymania pionu. Powyżej 6% (skandal!) w czasach dinozaurów miał żywiecki Porter. Ile ma teraz? Nieprędko sprawdzę, bo nie lubię wlewać w siebie ogromnych ilości najtańszego, syntetycznego karmelu, powodującego straszliwy ból głowy na drugi dzień.

Zaczynam od Oki Doki z Pinty. Zgodnie z informacją na etykiecie, piwo to warzone jest w 100% ze słodu, a chmielone jest wyrazistymi odmianami z Nowej Zelandii. Nazwane jest więc lagerem nowozelandzkim. Pierwsze wrażenie  bardzo przyjemne. Rzeczywiście, mnogość rodzajów chmielu da się od razu wyczuć na podniebieniu, jak i w aromacie piwa. Tyle chmielu nie może wywołać skojarzeń ze smakiem grapefruita. Chmiel jednak nie zagłusza smaku słodu, a właściwie słodów – do sporządzenia tego piwa wykorzystano cztery różne słody. Lekkie, orzeźwiające piwo. Jak na mój gust, trochę za dużo chmielu, ale to być może tylko moje preferencje.

Złote Lwy z browaru Amber. Tutaj producent twierdzi (na etykiecie), że stosuje wyjątkowe metody, dzięki którym smak piwa jest taki, jak przed wiekami. No i stanowczo (wytłuszczonym drukiem, większą czcionką) twierdzi, że „czas wrócić do tradycji”. Nie precyzuje jednak na czym miałoby to polegać. Próbujemy. Zdecydowanie mniej chmielu niż w Pincie, smak jest pełniejszy, głębszy. Ciepły, wyrazisty. I rzeczywiście smakuje naturalnie. Przynajmniej na pierwszy rzut kubka (smakowego). Bardzo pozytywne wrażenie. Na drugi rzut kubka (drugiego, bo ten pierwszy się potłukł) jest tam jakiś delikatny akcent kwaskowy, jakby delikatny szczaw. Czy może szczawik zajęczy. Zbożowa słodycz, pełny smak, jest naprawdę fajnie.

Lubuskie z browaru w Witnicy to piwo naturalne, warzone według unikalnej receptury – znowu cytuję etykietę. Drobnym drukiem dopisano, że piwo wpisane jest na listę produktów tradycyjnych prowadzoną przez Ministra Rolnictwa i Rozwoju Wsi. Ciekawe… No i wolne jest od chemii i konserwantów. No fajnie. Biorę głęboki łyk, uprzednio odnotowawszy, że aromat ma dość nijaki. I to wyrażając się oględnie. Smak też. Mam wrażenie, że zdaniem witnickich piwowarów, tradycyjne piwo warzy się na bazie wody z kałuży. Z odrobiną gnojowicy. Albo kiszonki. Tak to smakuje. Owszem, jest słód, jakiś tam delikatny chmiel, ale całość sprawia wrażenie zgnilizny.

Rybak z browaru Gościszewo. Poza zapewnieniem, że jest to piwo naturalne, producent ma do powiedzenia na jego temat tylko jakiś bełkot o cierpliwości i pokorze, które to cechy natura potrafi wynagrodzić. O, przepraszam, piwo leżakuje 5 tygodni i nie jest filtrowane, dzięki czemu zyskuje wyjątkowy charakter. A poza tym, to prawdziwe piwo dla prawdziwych ludzi. Zobaczmy więc. O kurcze, fajne. Pełne w smaku, wyraziste, dominująca owocowo-słodowa słodycz, kawa zbożowa, prawie bez chmielu. Albo to chmiel w Pincie załatwił moją wrażliwość na wyraziste akcenty chmielowe na samym wstępie. Świeże i lekkie – potrafi orzeźwić.

Piwo Żywe z browaru Amber – piwo znane i lubiane. Jak mówi etykieta, zawiera żywe komórki drożdży, a swój wyjątkowy smak zawdzięcza też wodzie polodowcowej, starannie wyselekcjonowanym odmianom chmielu, oraz stosowaniu wyłącznie słodu jęczmiennego. I znowu, pierwsze wrażenie jest pozytywne – słodycz zbożowa, owocowa, akcenty bananów, renklod, jakieś kwaskowe nutki, nie za dużo chmielu (mówiłem już, że nie lubię jak jest za dużo chmielu?), smak pełny, głęboki. Być może trochę zbyt ciężkie, jak na napój, który z definicji ma przynieść orzeźwienie, może troszkę alkoholowe.  Wspomniałem o świeżym aromacie?

Czas na ocenę. Czy jakiś ranking. Na pewno wygrywa browar Amber. Nie potrafimy się zgodzić czy wygrywa Żywe, czy Złote Lwy. Nieważne. Co do pozostałych, nie ma rozbieżności. Na trzecim miejscu jest Rybak. Na czwartym Oki Doki. Stawkę zamyka Lubuskie. Zdecydowanie.