Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pils. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pils. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 1 sierpnia 2016

Kraft - czy to się nie przepłaca?



503. Nieproszony gość (Browar Dukla) 4,6%
---. Pierwsza pomoc (Browar Pinta) 4,1%
504. Pilzner (Inne Beczki) 4,7%
---. Pilsner Urquell 4,4%
505. Trybunał Niefiltrowany Pils 5%
506. Perła Chmielowa Pils 6%
507. Namysłów Pils 6%
508. Miłosław Pilzner 5,4%

Jako się rzekło na samym wstępie tego bloga, nie jesteśmy piwnymi freakami, hopheadami, piwnymi rewolucjonistami. Ani nic z tych rzeczy. Najczęściej wręcz przeciwnie. Kupujemy piwo przy okazji regularnych zakupów, przy okazji wyjazdów, przy okazji gdy nadarzy się sprzyjająca okazja. Nigdy, bądź prawie nigdy nie wchodzimy do specjalistycznych sklepów z piwem, nie chodzimy regularnie do multitapów, nie chłoniemy amerykańskiego chmielu wszystkimi porami naszej skóry. Wychodzimy z założenia, że piwo jest napitkiem pospolitym, a dobrej jakości piwo powinno być dostępne tak, jak dostępne są ogórki, musztarda sarepska, czy mąka krupczatka. Nie zżymamy się na to, że tuż obok tych nielicznych przyzwoitych stoją na półkach również koncernowe koszmary piwopodobne. Bo to trochę tak, jakby zżymać się na deszcz, że pada. I że mokry. A jak nam Grupa Żywiec czy Kompania Piwowarska zaserwują coś nowego, to chętnie sprawdzimy ile to warte. Bez uprzedzeń i żachania się, że są słabi i w ogóle do bani. I niech oni wreszcie odważą się coś porządnego uwarzyć…

No właśnie. Zakupy. Jak człowiek kupuje, to czasem patrzy na cenę. Nie za długo, żeby się nie zdenerwować. Piwa kraftowe, które pojawiają się tu i ówdzie również w sklepach zachodzących i nam drogę od czasu do czasu, są zawsze droższe od koncerniaków. Przyjęło się przyjmować to do wiadomości bez szemrania – przecież lepsze surowce, przecież bardziej staranny proces produkcji, przecież mniejsza skala, i tak dalej. Słowem – za dobry produkt gotowi jesteśmy zapłacić nieco więcej. Po jakimś jednak czasie człowiek zaczyna się zastanawiać. Skoro w zdecydowanej większości kraftowe wynalazki lądują lub prawie lądują w zlewie, to jak to jest z tym naszym za to płaceniem? Koniec końców, to przecież nasza ciężko zarobiona kasa bulgocze sobie radośnie w kanalizacji. Pomyśleliśmy sobie, że może warto spróbować napić się w ciemno i spróbować przekonać się na własnym podniebieniu, czy przypadkiem sami siebie nie robimy w balona. Czy jeśli postawimy obok siebie kilka piw mniej więcej tego samego gatunku, a wśród tych kilku zestawimy piwa koncernowe, te pochodzące z browarów regionalnych i wyroby kraftowe – czy przypadkiem nie okaże się, że przepłacamy, cholera jasna! No bo jeśli za koncerniaka trzeba dać około trzech złotych, za regionalne pod piątkę, a za kraft nawet w okolicach dychy (no dobra, w Tesco 8-9 zł), a okaże się, że te tańsze wcale nie gorsze niż te droższe – to po co przepłacać (jak powiedział pewien mędrek w reklamie proszku do prania).

W najbliższym czasie zrobimy więc sobie kilka testów na ślepo. Postawimy obok siebie piwa z różnego rodzaju browarów i zobaczymy co z tego wyniknie. Na początek bardzo niekraftowy gatunek – pils. Mamy 8 różnych piw, każde z innego browaru, każde inaczej warzone. Nalewamy je do szklanek, mieszamy, próbujemy, oceniamy, rankingujemy, a potem sprawdzamy co jest co i wyciągamy wnioski. Również te na przyszłość, portfelowe w charakterze. Powyższe zdjęcie wykonane zostało długo przed wiwisekcją zawartości butelek i nie ma żadnego związku z kolejnością smakowania.

W dalszej części wpisu posługuję się numerkami zamiast nazw piw, a co który numerek oznacza okaże się zupełnie na końcu. Mam nadzieję się nie pomylić, nie narazić na szwank rzetelności wyników. No i – co ważne – odkładamy na bok naszą milion razy wyrażaną tutaj niechęć do kraftu. Bo co będzie, jeśli okażą się lepsze? Cholera, bez dalszego gadania lejemy, oceniamy, wąchamy, smakujemy.

Piana najszybciej zredukowała się – niemal do zera w szklankach 2, 3, 4 i 7. Piwa nr 1, 5, 6 i 8 pokryły się pianą dość trwałą, drobno- i średniopęcherzykową. Największy ubytek piany – niemal zupełnie do zera krótko po nalaniu w szklance nr 3. W barwie piwa różniły się od siebie o co najwyżej pół odcienia. Najciemniejsze i najmniej klarowne było piwo nr 5.

Piwo nr 1 pachnie karmelową herbatą, trochę jak roibos. Akcenty śmietankowe, toffi. Trochę chmielu, sporo zbożowości. Znowu bardzo przyjemny, pełny aromat. W smaku kremowe – ni to śmietankowe, ni karmelowe. Goryczka chmielowa bardzo zgrabnie równoważy słodkie akcenty toffi i karmelu, ale nawet nie próbuje niczego dominować. Fajna harmonia na podniebieniu. Aż szkoda, że na finiszu pojawia się jakaś tekturowa, zakurzona cierpkość, pustość.

Piwo nr 2 ma aromat lekko słodkawy, czuć w nim tylko odrobinkę chmielu. Poza tym, właściwie standardowa wodnistość. W smaku minimalna słodycz, lekkie akcenty owocowe (brzoskwinie), brak chmielu i goryczki niemal totalny. Poza tym, gładkie, stonowane, płytkie. Piwo, do którego wracać się nie chce.

Piwo nr 3 – w aromacie znowu lekkie bajoro i bagno, ale nad nim unosi się bodaj najprzyjemniejszy, najbardziej naturalny, jak dotąd, chmiel. Tym bardziej, że bagniste akcenty dość szybko się ulatniają. W smaku wyraźna goryczka, ziołowość, pod którymi ukrywa się przyjemna zbożowość. Piwo nie zachwyca, jednak zdecydowanie nie jest pozbawione charakteru, wyrazistości. Przyjemne, nawet eleganckie, rzec można, choć bardzo ascetyczna ta elegancja.

Piwo nr 4 – głąb kapuściany na pierwszy niuch, ale po chwili już jest przyjemnie zbożowo. Chociaż nie, na trzeci niuch jest tam jakaś pietruszka, seler, pełne włoszczyznowe paskudztwo. Po chwili się to jednak ulatnia i pozostaje tylko zbożowość, wcale nie nieprzyjemna. W smaku jest znowu przede wszystkim woda. Woda podprawiona dość przyjemnie akcentami zbożowymi. Niewiele w nim się dzieje, obecność chmielu przejawia się tylko w postaci lekkiej ziołowości, delikatnej goryczki – zdecydowanie jednak chciałoby się jej tutaj trochę więcej. Ogólnie nie jest złe, choć pozostawia lekki niedosyt.

Piwo nr 5 – w aromacie rozgrzany słońcem drewniany pomost, świeże siano z zachwaszczonej, zapuszczonej łąki. Generalnie, pachnie wakacjami. Smak jest pełny, owocowy – świeża truskawka, niedojrzałe gruszki ulęgałki. Straszna szkoda, że chmiel dobrany do tego piwa zupełnie nie współgra z akcentami piwa – wisi gdzieś nad smakiem zasadniczym, ma się do niego nijak, jakby odgrywa zupełnie inne przedstawienie usiłując wprosić się na tę samą scenę. Bardzo nieuporządkowany smak, a szkoda, bo piwo ma potencjał.

Piwo nr 6 pachnie lekko chmielowo, poza tym słód. Odrobina ziołowości i lekko trąci zgnilizną. Aromat raczej mało apetyczny. W smaku gorzkie, dosyć chmielowe, lekko ziołowe. Pod tymi chmielowo-ziołowymi akcentami – woda. Bardzo płytkie, cienkie piwo.

Piwo nr 7 – w aromacie bagniste bajoro i palony plastik. Bardzo mało przyjemne. W smaku jest przede wszystkim kwaśne i siedzi w nim ta plastikowa paloność. Jest zdecydowanie bardziej wysycone CO2, co trochę mu pomaga, ale nie ratuje przed zlewem w naszej kuchni. Po drugim łyku już wiadomo – tutaj jedynie bąbelki na języku robią jakąś robotę. Masakrycznie cienkie piwo.

Piwo nr 8 pachnie czekoladowo, jak lody kakaowe, po czym dość przyjemny, ciepły słód. Jak dotąd, najbardziej pełny, przyjemny aromat. W smaku nieco kakaowo-czekoladowej słodyczy, troszkę nutek palonych, żywicznych, ziołowych. Początkowo zapowiada się świetnie, najlepiej z całej stawki, jak dotąd, ale kończy się czystym smakiem mleczu – cierpkość i gorycz, które przesłaniają wszystko. Bardzo niefajne piwo, bardzo niefajne. A zapowiadało się tak dobrze…

Już podczas smakowania nietrudno odgadnąć niektóre piwa. Nawet jeśli odgadnąć by się nie dało, jasno widać (i czuć), wiadomo które są kraftowe, które na pewno nie. A my je wąchamy, siorbiemy, mlaskamy, cmokamy. Najczęściej jednak krzywimy się, niestety. Z jednej strony na płaskość tych, które ewidentnie pochodzą z koncernów, z drugiej – na nieporadność recepturową, niepoukładanie i zmarnowany potencjał tych ewidentnie kraftowych. A może się mylimy? Ha, człowiek ani by się spodziewał jak bardzo w odbiorze smaku pomaga mu etykieta, podany na niej skład, informacje dodatkowe. Jednak sami chcieliśmy. Ustawiamy ranking i wreszcie sprawdzamy kto jest kto.

Mój ranking wygląda następująco:
5, 1, 4, 3, 6, 2, 8, 7 – choć tak naprawdę, moim zdaniem tylko cztery pierwsze piwa nadają się do picia, a pierwsza trójka z niemałą przyjemnością. Na pozostałe już dłużej patrzeć nie chcę.

Ranking najlepszej piwoszki świata, z kolei, wygląda tak:
1,  4, 5, 8, 2, 3, 6, 7

Różnimy się nieco w ocenach, jak widać, choć bywało nieraz gorzej. Dyskutujemy jeszcze przez chwilę, zanim sprawdzimy co za piwko w której szklance, próbujemy się nawzajem przekonać, ale każde pozostaje przy swoim. Spisujemy protokół rozbieżności.

Oto nasze dzisiejsze piwka:

1. Pierwsza pomoc, Browar Pinta – 10,5 Blg, 4,1% vol., IBU 33, uwarzone w Browarze Zarzecze w Pietrzykowicach, pasteryzowane
2. Namysłów Pils – „dla tych, co się znają”, 12 Blg, 6% vol., pasteryzowane
3. Pilsner Urquell – 11,8 Blg, 4,4% vol., pasteryzowane
4. Trybunał  Niefiltrowany Pils – 10,1 Blg, 5% vol., pasteryzowane, niefiltrowane
5. Nieproszony gość, Browar Dukla – niepasteryzowane, niefiltrowane, 12,5 Blg, 4,6% vol. – zero ściemy na etykiecie (nie podają jaki chmiel, jaki słód, itp. – wszystko do znalezienia na stronie browaru)
6. Miłosław Pils – chmielone na zimno, 12,2 Blg, 5,4% vol., m.in. chmiel aromatyczny z rodziny Golding, pasteryzowane
7. Perła Chmielowa Pils – 6% vol., pasteryzowane, chmiel lubelski – „to dzięki niemu Perła Chmielowa ma tak doskonały smak i unikalny aromat”
8. Pilzner Bohemian Pils, browar Inne Beczki, 12 Blg, 4,7% vol., pasteryzowane, niefiltrowane, odrobina słodu żytniego w zasypie, chmiel Saaz, uwarzono w Browarze Zodiak koło Kłodawy.

No i co się okazuje? Po pierwsze, trzeba głośno odszczekać wszystko zło, które się powiedziało o Pincie. Ich Pierwsza pomoc w zestawieniu z innymi pilsami okazuje się aż nadto dawać radę. Po drugie, jednak wygrywa kraft, co z przykrością niemałą przyznać muszę. W obydwu rankingach w pierwsze czwórce co najmniej dwa piwa to krafty. A nawet trzy. Po trzecie, nie dziwi zgodnie ostatnia pozycja Perły – Boże co za sik! Nigdy wcześniej tego nie piłem i nigdy więcej nie mam zamiaru. Honoru regionalnych broni dzielnie Trybunał. Miłosław nie zaskoczył w żadną stronę. Rozczarował Pilsner Urquell. Tym bardziej, że jeśli wziąć pod uwagę kryterium, które nas skłoniło do takiego porównania, czyli cenę, to cóż, nie ma oczywistych odpowiedzi – Pilsner Urquell kosztował 4,99 zł, podczas gdy Pierwsza pomoc Pinty tylko złotówkę drożej (zakupy robione w tym samym sklepie). Wygrywa bezapelacyjnie Trybunał, który kosztował tylko 2 zł za buteleczkę 330 ml, a który znalazł się w pierwszej trójce obydwu rankingów.

Jedno jest pewne, spodobała się nam ta zabawa, jeszcze ją powtórzymy z innymi gatunkami.

piątek, 29 lipca 2016

Buractwo trzy razy, proszę!



500. Redneck Single Hop Citra Pils (Browar Setka) 4,5%
501. Redneck Single Hop Cascade Pils (Browar Setka) 4,5%
502. Redneck Single Hop Chinook Pils (Browar Setka) 4,5%

No i weszliśmy w szóstą setkę. Odtańczyliśmy taniec radości, wylaliśmy kilka butelek Pinty i Kraftwerka do zlewu w trakcie tańca nienawiści, i postanowiliśmy, że w tę szóstą setkę wejdziemy tak trochę okrakiem. Bo z jednej strony, mamy typowo koncernowy rodzaj piwa, na który niejeden rewolucyjny, piwolucyjny guru żachnie się i skrzywi. Czyli pilsa. A pilsa lubimy, szczególnie jeśli ciepło, a nawet gorąco i duszno na zewnątrz. Z drugiej strony, tego pilsa postanowiliśmy dobrać po nowoczesnemu – niech będzie kraft (a co!) i niech będzie nowofalowo, po amerykańsku. Pewno nam się nie spodoba, ale co tam, będziemy stali twardo na gruncie piwnej kontrrewolucji. A właściwie zdrowego rozsądku. Piwo ma smakować, a wszelkie ideologie niech sobie jeden z drugim… na gwoździu w wychodku powieszą.

No i mamy trzy takie same piwa, trzy identyczne pilsy. Wszystkie trzy pochodzą z kraftowego Browaru Setka, wszystkie trzy chmielone są po amerykańsku, wreszcie wszystkie trzy mają przepiękną zawartość alkoholu – 4,5% to naprawdę dość, by piwo miało wystarczająco dużo ciała (jeśli piwowar to rzeczywiście piwowar, nie dupa), a jednocześnie akurat tyle, by nie bać się czy następnego dnia rano do pracy samochodem mogę jechać, osuszywszy wieczorem czteropak. Poza tym, akurat Browar Setka – mimo iż kraftowy (patrzajcie jacy otwarci jesteśmy!) – już zdobył nasze serca i podniebienia choćby tylko dymionym Apollo 19 (smoked porter), więc nie boimy się wlać sobie w szklanki takich ichnich pilsów.

No właśnie, niby wszystkie takie same, a wcale nie takie same te piwka są dzisiaj. Każde z nich chmielone było jednym rodzajem nowofalowego chmielu, różnym dla każdego z trzech buraków (to takie nasze tłumaczenie angielskiego „redneck”, mam nadzieję, że trafne). I tak, mamy dziś jedno piwko z chmielem Citra, drugie z Cascade, a trzecie z Chinook. Zwykle krzywię się na takie „single hop”, bo najlepiej jednak wychodzą zestawienia kilku rodzajów chmielu. Z drugiej strony, tego typu piwa pozwalają przyjrzeć się dokładnie każdemu chmielowi, co może być później pomocne przy czytaniu etykiet i dokonywaniu wyborów podczas piwnych zakupów. Jeśli najbardziej smakowała mi Citra, to chętniej sięgnę po piwo, które chmielone było właśnie tym rodzajem chmielu, nawet jeśli był to jeden z kilku zastosowanych w danej recepturze. Zresztą, co ja będę się tu w klawisze wytłukiwał. Było na półce, Tesco dostarczyło, nie spróbować nie wypada. Otwieramy, nalewamy.

Wszystkie trzy piwka mają jednakową barwę, typową pilsową złocistość (choć lekko przymętniałą), wszystkie trzy pokryły się ładną, drobną, gęstą i trwałą pianą, wszystkie trzy wyglądają na ewidentnie niefiltrowane – jak dotąd, są to piwa wręcz wzorcowe. Pakujemy więc nosy w szklanki, szklanki do paszcz unosimy.

Redneck Single Hop Citra Pils (11 Blg, IBU 53, pasteryzowane, niefiltrowane, warzone w Browarze Wąsosz) – początkowo w aromacie uderza przerośnięta, lekko zdrewniała surowa marchewka plus owoce egzotyczne – marakuje, papaje, persymona. Po chwili na pierwszy plan wychodzą cytrusy i delikatna, przyjemna żywica. Nie jest to jednak nieprzyjemne, jak często bywa z amerykańskimi chmielami, a wręcz przeciwnie. W smaku jest całkiem przyjemnie – piwo ma dużo ciała, a jak na pils jest wręcz gęste. Akcenty owoców egzotycznych, cytrusów i gruszek bardzo sympatycznie przeplatają się z nutkami zbożowymi. Goryczka jest w sam raz i nie pozwala piwu zrobić się mdło słodkim. Smak bogaty i złożony. Z czasem goryczka zaczyna zalegać na podniebieniu i coraz bardziej przeszkadzać w delektowaniu się smakiem, ale ciągle nie jest źle. A moim zdaniem wręcz przeciwnie – całkiem przyzwoite, rześkie piwo.

Redneck Single Hop Cascade Pils (11 Blg, IBU 45, pasteryzowanie, niefiltrowane, warzone w Browarze Wąsosz) – jest tu w aromacie kwiatowo i lekko korzennie, ale jest też tuńczyk z puszki, okorowane pnie świeżo ściętych drzew, generalnie panuje tu lekki chaos aromatyczny. Może się poprawi wraz ze wzrostem temperatury piwa. No i doczekaliśmy się – kwiatowe akcenty owszem, są kwiatowe, ale przypominają raczej woń z cmentarnego śmietnika w okolicach 7 listopada. Albo kompostownika. Aromat jest coraz mniej przyjemny, a wręcz zaczyna się robić nieznośny. Trzeba to wypić dopóki daje się to do ust unieść. W smaku jest płasko i cierpko. Początkowo aksamitnie i łagodnie, ale to uczucie pełni smaku natychmiast ucieka i pozostawia pewną pustkę, cierpkość. Po chwili pojawiają się zbożowe akcenty, trochę cytrusów, lekka kremowość. Przez chwilę przez podniebienie przelatuje akcent owocowy, słodki, ale ulatnia się dość szybko i ustępuje cytrusowej goryczce. Mniej intensywnej i nie tak zalegającej, jak w przypadku Citry, jednak zdecydowanie mniej przyjemnej jeśli chodzi o jej jakość. Innymi słowy – goryczka sama w sobie jest tu obrzydliwa, ale nie ma jej na tyle dużo, by zdyskwalifikować piwo.

Redneck Single Hop Chinook Pils (11 Blg, IBU 38, pasteryzowane, niefiltrowane, warzone w Browarze Wąsosz) – aromat ostry, przenikający wprost do zatok, a w nim płyn do podłóg, odrobina wyprawionej skóry, lekka wędzonka. Jeśli jest jakiś akcent sosnowy, to zakopał się w chaosie pozostałych akcentów aromatycznych i ledwo go czuć. Nie pachnie to jakoś zachęcająco, jednak my się nie zniechęcimy. Po paru chwilach akcenty sosnowe zaczynają być bardziej zauważalne, ale nie jest to przyjemna sosnowa żywica, a bardziej wychodek sklecony z sosnowych desek na obozie harcerskim. Plus akcenty jabłkowe i pomarańczowe. Tragedii nie ma, mimo drastyczności opisu. W smaku najpierw bardzo przyjemne owoce egzotyczne przemieszane ze słodem, brzoskwiniami i miodem – bardzo fajna, złożona baza. Po chwili pojawia się chmielowy kontratak, ale jest tak świetnie wyważony, że aż chce się sięgnąć po kolejny łyk. Delikatny akcent toffi. Na finiszu jest bardzo fajne echo włoszczyzny – świeży seler, lubczyk, natka pietruszki. Zaskakująco przyjemne piwo, zaraz lecę kupić następną butelkę.

No i sprawdziliśmy. I nam się podobało. Nawet ten pils z Cascade, na który trochę marudziliśmy, chętnie zobaczymy ponownie na naszym stole. Nawet jeśli porównania i skojarzenia cmentarno-gnilne niekoniecznie brzmiały zachęcająco. Fajne to wejście w szóstą setkę, naprawdę fajne. Trzeba jednak ustawić je w kolejności podniebiennej przyjazności i smakowej przyjemności. Oto nasz ranking, jednogłośny dziś u nas:

1. Chinook
2. Citra
3. Cascade


sobota, 30 stycznia 2016

Pilsy cztery



438. Szwejk Bojan (Browar Wielkopolski w Bojanowie) 4,7%
439. Nieproszony Gość (Browar Dukla) 4,6%
440. Beck’s Pils (Anheuser-Busch InBrev) 6%
441. Lwówek Wrocławskie (Browar Lwówek) 4,2%

Dzisiaj przyszła kolej na pilsy. Po drodze miała, to zaszła. Przeciwko jednemu niemieckiemu koncerniakowi, Beck’s Pils, wystawiliśmy dwa piwa z polskich browarów regionalnych Szwejka z Browaru w Bojanowie i Wrocławskie z Browaru w Lwówku Śląskim. Na dokładkę, jako naszą Wunderwaffe wystawiliśmy kraftowego (a właściwie restauracyjnego) Nieproszonego Gościa z Browaru Dukla. Wielcy rewolucji kraftowej mówią o takich pogardą, że to „monokultury trzech piw” (sic!), ale myśmy się jakoś specjalnie nigdy nie przejmowali wielkimi. Niech se gadajo co chco. Nasze doświadczenia z małymi, restauracyjnymi browarami są o niebo lepsze niż z wszelkimi innymi rewolucyjnymi trendseterami. Browar, który istnieje fizycznie, a nie tylko zleca innym warzenie piwa, to browar, w którym piwowar zna swoje miejsce. W każdym sensie. A jeśli nie robi dwudziestu ośmiu różnych piw w ciągu jednego roku, to jest w stanie „dotrzeć się” i ze sprzętem i z procesem i z dostawcami surowców.

Lwóweckie Wrocławskie i Szwejk to, z kolei, starzy znajomi. W czasach, kiedy niemiecki właściciel browaru w Lwówku zmagał się – jak się na koniec okazało, bezskutecznie – z realiami polskiej rzeczywistości gospodarczej, piwo z Lwówka było symbolem najwyższej jakości. A później zmienił się właściciel browaru. Szwejk, z kolei, swego czasu spożywany był w sporych ilościach, i to bynajmniej nie w celach degustacyjnych, za przeproszeniem. Po prostu, było to jedyne piwo lane w najbliższej mi knajpie, takiej, do której można było przejść się piechotą i sącząc ten cud sztuki browarniczej drugiej połowy lat dziewięćdziesiątych, zachłystywać się panoramą pewnego miasta – ogródek piwny tej knajpy znajdował się na tarasie na stoku góry, skąd rozciągały się naprawdę sympatyczne widoki. Cóż, stare dzieje. I dla mnie i dla obydwu browarów. I dla miasta, które teraz wygląda już zgoła inaczej.

Dość wspominek, lejemy. Wszystkie cztery piwa po nalaniu do szklanek wyglądają tak, jak powinien wyglądać standardowy lager – barwa złocista, kilkucentymetrowa piana, głównie średniopęcherzykowa, po kilku chwilach jedynie marne wspomnienie piany w postaci cienkiej warstwy na grubość pojedynczej warstwy bąbelków. Żadnych odstępstw od normy. Na pierwszy rzut oka można by sądzić, że do czterech szklanek nalano tego samego piwa.

Szwejk Bojan (11 Blg, pasteryzowane, filtrowane) pachnie troszkę mlecznym karmelem, toffi, zbożem. Aromat nie jest skomplikowany, ale nie jest też nieprzyjemny. Trochę brakuje tu chmielu, który zrobiłby coś z tą słodyczą aromatu. Smak natomiast jest zupełnie nieuporządkowany. Początkowo smakuje jak zachmielona woda – w ogóle nie czuć tu słodowej bazy, tych słodkich akcentów z aromatu, piwo jest wręcz cierpkie. Odrobina akcentów dymnych, podwędzanych. Trochę prażonego słonecznika. I tyle. Żadnych powodów, by pójść do sklepu i kupić kolejną butelkę.

Nieproszony Gość Pils (12,5 Blg, niepasteryzowane, niefiltrowane) – w aromacie przede wszystkim zboże, słód, odrobina karmelu, jakieś raczej niemiłe nutki perfumowe, trochę landrynek. Po chwili pojawia się trudna do określenia słodycz – niby to głóg, niby dzika róża. Smak nie tak lekki, jak pozostałych pilsów – co nie dziwi zważywszy na poziom ekstraktu i stosunkowo niski poziom odfermentowania – słodowy, owocowy (jabłka, gruszki) raczej słodki, jednak i tutaj nie udało się dobrać chmielu tak, by komplementował słodową bazę. Jak dla mnie – o jeden chmiel za daleko. Jest tu bardzo niefajna, zalegająca gorycz, ale jest też ten pożądany, fajny akcent chmielowej powiewu błąkającego się po podniebieniu już po przełknięciu. Jest też jakiś niepokojący, mało przyjemny chemiczny akcent – jakby pasta do podłóg, czy coś w tym stylu. Piwo nie jest złe, jednak do ideału mu jeszcze trochę brakuje.

Beck’s Pils (13 Blg) ma aromat wytrawny, zbożowy, słodowy, odrobina chmielu, kasza gryczana, orzechy, odrobinę konopi indyjskich. W smaku jest bardzo przyjemnie – zrównoważone, zharmonizowane akcenty słodowo-zbożowe, jest echo owoców (głównie słodkie, soczyste jabłka), jest chmiel w postaci akcentów lekko ziołowych, trawiastych, ale w naprawdę przyjemnej postaci. Tak, tego pilsa chce się jeszcze. Poproszę o dolewkę.

Lwówek Wrocławskie (10 Blg, pasteryzowane) – w bardzo delikatnym aromacie ma toffi, zboże, słód. Odrobina przypraw – kardamon, cynamon, takie piernikowe trochę. Tylko echo chmielu. W smaku najpierw rzuca się na podniebienie wysokie wysycenie. Jak już bąbelki odpuszczą, czuć wyraźnie słodową bazę, zboże, odrobinę bardzo stonowanej owocowej słodyczy, zdecydowanie za mało chmielu. Wygląda na to, że w Lwówku postawiono na to, że słodycz kontrowana będzie przez dwutlenek węgla. Piwo nie jest nieprzyjemne, do wylania się nie nadaje. Ale, jak wspomniano na wstępie, starzy górale pamiętają piwo lwóweckie robione za poprzednich właścicieli. I tak łatwo nie dadzą się nabrać. To zdecydowanie nie była dobra zmiana.

Dzisiejszy ranking (jednogłośny, jak się okazuje):

1. Beck’s Pils
2. Lwówek Wrocławski
3. Nieproszony Gość
4. Bojan Szwejk

No i jak to jest, że niemiecki koncerniak rozwala dwa polskie browary regionalne i jeden kraftowy/restauracyjny? To naprawdę nikt u nas nie potrafi uwarzyć porządnego pilsa? Słabo, panowie piwowarzy, słabo.



niedziela, 1 listopada 2015

Znowu lagery



301. Pils (Browar Kraftwerk) 5,1%
302. Gloger Classic (Browar Miejski Gloger) 5,2%
303. Postřižinské Bogan (Pivovar Nymburk) 5,5%
Kormoran Jasny (Browar Kormoran) 4,9%

Dzisiaj wkraczamy w czwartą setkę opisywanych, porównywanych i ocenianych piw. Może by tak coś tam… Eee, świętować będziemy pierwszy tysiąc.

Obowiązująca na Dolnym Śląsku pogoda zamiast promować nadejście sezonu na piwa mocne, ciężkie, rozgrzewające, od dobrych paru dni podsyca nastroje pro-lagerowe. Zajrzeliśmy więc w czeluście i inne zakątki kryjące u nas piwo i wyciągnęliśmy całkiem niezły zastęp piw jasnych, lagerów. Zupełnie niechcący, wyciągając je jak popadnie, ustawiliśmy dzisiejszą stawkę – trzech polskich zawodników, w tym dwa piwa z browarów rzemieślniczych (Kraftwerk, Gloger) i jeden regionalny Kormoran Jasny. Czoła spróbuje im stawić przedstawiciel narodu, który wie dobrze jak się robi wyśmienite lagery – czeskie Postřižinské Bogan. Już po opstrykaniu butelek i nalaniu piwa do szklanek okazało się, że Kormoran Jasny już raz u nas występował, dlatego powyżej pozbawiony jest numeru.

Mogę się mylić, ale to chyba Pils warzony przez Kraftwerk (a właściwie przez Browary Regionalne Wąsosz dla Browaru Kraftwerk Sp. z o.o.) wywołał gdzieś tam w internetach dyskusję na temat tego, czy browarom kraftowym wypada warzyć lagery. Bo przecież lagery są fuj, są koncernowe, że krafty nie powinny, bo lager to przecież takie nierewolucyjne piwo. Naprawdę, marzy mi się rewolucja piwna, której celem będzie robienie dobrego piwa. Ani mniej, ani więcej. Niezależnie od wybranych przez piwowarów gatunków. Tymczasem mamy zwykle do czynienia z cudakami, których najczęściej zwyczajnie nie da się pić. Ot, rewolucja.

W przypadku kraftwerkowego Pilsa, z etykiety – skromnej, acz gustownej – dowiadujemy się, że piwo to powstało w kooperacji Browaru Kraftwerk i Kattowitzer Bräuhaus. Jeśli wziąć pod uwagę fakt, iż warzone było w Browarach Regionalnych Wąsosz, lista płac, jaką musi wypełnić treścią konsument końcowy wydłuża się poza granice przyzwoitości, co ma odzwierciedlenie w ostatecznej cenie piwa. Miejmy nadzieję, że jest jej warte. Choć umieszczenie w centralnym miejscu etykiety informacji (po niemiecku), że piwo wyprodukowano zgodnie z Bawarskim Prawem Czystości z 1516r. każe podejrzewać, że coś więcej niż tylko wyśmienita jego jakość ma zdobyć mu przychylność piwoszy.

Bogan to harcerski pseudonim Bohumila Hrabala, postaci dość blisko związanej z browarem Nymburk, a podobizna pisarza zdobi etykietę piwa.

Wszystkie cztery piwa mają typową, lagerową jasno-złotą barwę, przy czym Postřižinské Bogan jest o pół tonu ciemniejsze od pozostałych. Wszystkie pokryły się poprawną, białą, naturalną pianą, która wydaje się najtrwalsza w szklance z Pilsem z Kraftwerka. To piwo jest też wyraźnie niefiltrowane – w szklance pojawiło się smakowite zmętnienie.

Pils Kraftwerk (12 Blg, pasteryzowane, niefiltrowane), jak przystało na pils, pachnie zbożem, słodem, delikatnie chmielem. Nie ma tam żadnych fajerwerków aromatycznych, ale też nie ma żadnych, absolutnie żadnych nutek obcych, niepożądanych. Nie chwal dnia przed zachodem słońca, nie licz kurczaków zanim się nie wylęgną, a przysłowia mądrością narodów. Już po paru chwilach okazuje się, że aromat Pilsa z Kraftwerka chwalony był przedwcześnie. Pojawia się bardzo nieprzyjemny akcent stęchlizny, bagna. W smaku jest przede wszystkim słód, na drugim planie gorycz (nie goryczka). Po chwili słodowa baza ustępuje kwaśnym, coraz bardziej dominującym akcentom, a gorycz siedzi na podniebieniu i nie chce sobie iść. Paskudna, zalegająca gorycz, która przykrywa wszystko. Piwo jest słabe, kiepskie, nieprzyjemne.

Gloger Classic (12 Blg, niepasteryzowane) ma aromat pełniejszy, bardziej złożony. Jest tam oczywiście przede wszystkim słód i trochę chmielu, ale też jest pewna doza nutek owocowych (maliny) i śmietankowych. Po paru chwilach te dwa akcenty łączą się w wyraźny budyń malinowy. Nie żeby dominował, nie. Stanowi tylko dodatkowy wymiar. Bardzo przyjemne wrażenia. Smak Gloger Classic jest tak elegancki, jak etykieta na butelce – bardzo wyraźna, wyważona słodowa baza, delikatne akcenty owocowe, a chmielu dokładnie tyle i dokładnie takiego, jak trzeba, by zrównoważyć słodycz, a nie zniechęcić podniebienia do kolejnego łyka. I kolejnego. I kolejnego. Wszystko poukładane grzecznie, wyważone, wzorcowo wręcz zharmonizowane. Subtelne, wyrafinowane piwo. Żadnego chaosu, od początku do końca wiadomo o co w nim chodzi. Aż żal, że Białystok jest tak daleko.

Postřižinské Bogan oprócz obowiązkowego słodu i chmielu (znowu niewiele tegoż, co wadą absolutnie nie jest) ma w aromacie mniej przyjemne nutki kwaskowe i lekki zaciąg pasty do podłóg. Po chwili pojawiają się akcenty żółtych jabłek. Trzeba jednak jasno powiedzieć sobie – wąchanie Bogana nie jest ucztą dla nozdrzy. Sprawdźmy więc jak smakuje. Już po pierwszym łyku wiadomo, że… w smaku Postřižinské Bogan jest przebrzydłe. Słodko-kwaśne, obleśne, na koniec gorzkie. Mydlane. Do tego nadmiernie nagazowane. Owszem, są tam akcenty pieczonych jabłek, są śliwki i rodzynki. Nie da się o nim powiedzieć, że to piwo płaskie w smaku, jednak panujący tam chaos i dominacja nad wszystkim ciężkiej słodyczy, nieprzyjemnej kwasowości i zalegającej goryczy dyskwalifikuje je w naszych oczach.

Kormoran Jasny (12,5 Blg, pasteryzowane) pachnie słodem i chmielem, ale też ma wcale nie delikatne, wcale nie przyjemne akcenty kwaśnych jabłek i miodu. Po chwili pojawiła się nieśmiała nutka galaretki pomarańczowej, przypominająca do złudzenia żelki zatopione w legendarnej czekoladzie Studenckiej, przywożonej zza południowej granicy. Mimo zapewnień na etykiecie o mocnym chmieleniu, jakoś tego chmielu w dużych ilościach tutaj nie ma. W smaku jest to piwo o smaku kiepskiej jakości soku jabłkowego, doprawionego sokiem z surowej kapusty. Goryczka, która próbuje ratować sytuację, powoduje tylko jeszcze więcej szkód na podniebieniu. Jest płasko, a do tego nieprzyjemnie. A „nieprzyjemnie” jest tutaj klasycznym przykładem eufemizmu. To piwo jest obrzydliwe. Jest to piwo, w przypadku którego perspektywa wypicia samodzielnie całego pół litra przyprawia o ciarki. Jak dobrze, że parę metrów stąd jest zlew.

Wygrywa Gloger Classic. Co do tego nie ma najmniejszej wątpliwości. W kategoriach lekkoatletycznych, Gloger mija linię mety niemal równo z pozostałymi piwami, ale tamte mają jeszcze jedno okrążenie stadionu przed sobą. W kategoriach piwnych, na stole mamy tylko jedno piwo, które da się pić z przyjemnością. Na dalekim drugim miejscu plasuje się Kraftwerk Pils. Na dużo dalszym trzecim Postřižinské Bogan, któremu po piętach depcze Kormoran Jasny. Werdykt jest jednogłośny i nieodwołalny.