Pokazywanie postów oznaczonych etykietą po robocie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą po robocie. Pokaż wszystkie posty

sobota, 7 stycznia 2017

Polsko-niemieckie koziołkowanie



610. Lübzer Bock (Brauerei Lübz) 7%
611. Bock (Raduga, Inne Beczki, Faktoria) 6,9%
612. Koziołek (Pałacyk Łąkomin) 7,8%
613. Oettinger Bock (Oettinger Brauerei) 6,7%

Przejeżdżałem nie tak dawno przez Niemcy, bo mi S3 w kraju popsuli. Po to, by ją ostatecznie naprawić, ale tymczasem polecam jej unikać, szczególnie na odcinku między Zieloną Górą a Legnicą. Tak czy owak, zrobienie dodatkowych stu paru kilometrów przez zaprzyjaźniony kraj zaowocowało wydłużeniem podróży o 7 minut. O komforcie jazdy wspominał nie będę. Wracałem potem już po polskich drogach i ciężko tej decyzji żałowałem. Tak czy owak, jadąc przez piękną ziemię niemiecką, oddałem się w jednym miejscu pasji fotografowania – oni tam specjalnie przy autostradzie postawili takie zdalnie sterowane fotoaparaty. Wystarczy jechać trochę szybciej niż wartość wskazana na znakach drogowych – i sam się uruchamia. Z fleszem! Taka technika. W innym miejscu natomiast postanowiłem zatrzymać się w okolicy jakiegoś centrum handlowego w celu zapakowania sobie bagażnika piwem. Trafiłem dość pechowo na jakiś Kaufland, więc skazany byłem jedynie na ichnie koncerniaki, głównie lagery, parę kellebierów, bocków, kilka weizenów.

A że powiedziało się bock, to w drodze powrotnej wpadłem do dawno nie odwiedzanego Pałacyku Łąkomin (szczerze polecam wizytę, da się znaleźć w guglach), gdzie jakiś czas temu odkryłem zupełnie nieznany, malutki browarek, w którym ktoś naprawdę potrafi robić piwo. No i zgarnąłem co tam mieli w lodówce, w tym właśnie Koziołka. Do stawki dorzuciłem Bocka, będącego efektem współpracy trzech polskich browarów kontraktowych – Radugi, Innych Beczek i Faktorii – i konkurencja gotowa.

Biorąc pod uwagę fakt, że koźlak to koźlak, przez wielu uważany za gatunek nudny i niegodny uwagi, opis aromatu i smaku pewno ograniczał się będzie do kilku nutek, tych samych za każdym razem, a ocena głównie sprowadzi się do tego, jak zgrabnie udało się tych kilka elementów ze sobą połączyć. I tyle. No, w przypadku kooperacyjnego Bocka najpewniej dojdzie jeszcze nutka wędzonki, bo oni tam deklarują an etykiecie, że to koźlak ze słodem wędzonym. I tyle.

Niemieckie piwa tradycyjnie już milczą na etykietach na temat zawartości ekstraktu, poziomie IBU, filtracji, pasteryzacji, itp. Polskie piwa nie mają przed konsumentem tajemnic.

Proszę bardzo, pierwsza sesja piwna tego roku z jednym z najnudniejszych gatunków piwa. Kapsle precz, lejemy. Lübzer spienił się jak coca-cola – piana była burzliwa, a po chwili nie było po niej ani śladu. Podobnie kiepsko zachował się trójbrowarowy Bock, jednak tutaj przynajmniej jakieś śladowe ilości piany utrzymały się nieco dłużej na powierzchni piwa. Jakieś piętnaście sekund dłużej. Koziołek z Łąkomina i Oettinger Bock pokazały klasę, przynajmniej w zakresie piany – była ona gęsta i trwała, redukowała się powoli. Okazało się, że koźlak koźlakowi nierówny jeśli chodzi o barwę. Generalnie, niemieckie koźlaki były wyraźnie jaśniejsze, przy czym najjaśniejszy był Oettinger. Miał barwę tylko o odcień ciemniejszą od standardowego lagera, a na etykiecie nie było ani słowa o tym, że to jakiś helles bock. Wąchamy, próbujemy. Nie samym wzrokiem wszak człowiek się piwem karmi.

Oettinger Bock  – tu w aromacie przede wszystkim skórka chleba, nieco karmelu, odrobina palonego słodu. Przyjemny, zachęcający aromat, choć w głębi czai się tam nieco mniej przyjemny akcent działu farb olejnych jakiejś castoramy.
Smak jest słodki, karmelowy, nieco alkoholowy. Po chwili pojawiają się ziołowe akcenty goryczkowe. Jest też czerstwe pieczywo, lekka paloność. Rozgrzewające. Rewelacji tu nie ma, ale kto się jej koźlaku spodziewał. Poprawne piwo do wychylenia od czasu do czasu.
Kategoria: JESZCZE RAZ TO SAMO

Bock (16,3 Blg, IBU 25, pasteryzowane, niefiltrowane, warzone w PPHU Jamard) – w aromacie przede wszystkim słodki karmel, cukierki raczki, ledwo cień obiecywanej na etykiecie dymności. Po chwili pojawia się ciężki, słodki syrop z ciemnych owoców.
Smak jest pełny, a w nim już wyraźna dymność, wędzonka. Poza tym trochę kawy, słodkich lizaków-kogutków, sporo zboża. Odrobina jeżyn, dzikich malin. Goryczka dobrana w sam raz, skutecznie kontruje słodycz, ale nie wybiega na pierwszy plan. Przyjemne piwo do powolnego sączenia.
Kategoria: JESZCZE RAZ TO SAMO

Koziołek Bock (18 Blg, niefiltrowane) – w aromacie przede wszystkim przypalony karmel, odrobina lukrecji, nieco miodu.
Smak jest bardzo wyraźnie chlebowy, a chleb ten polany jest przerozkosznym, naturalnym miodem. Ponadto dużo zboża, syrop cukrowy, a wreszcie na koniec delikatna goryczkowa kontra. I o takiego koźlaka nasi dziadowie walczyli.
Kategoria: JESZCZE RAZ TO SAMO

Lübzer Bock – ma aromat najmniej intensywny z całej dzisiejszej stawki. Jest tu odrobina coli, nieco prażonego słodu, trochę zboża w ogóle, odrobina skórki chleba. Bady ten aromat, mniej więcej jak piana, która (nie) okryła tego piwa po nalaniu do szklanki.
Smak jest lekki, karmelowy, delikatnie chlebowy, zbożowy. Odrobina kawy rozpuszczalnej. Stosunkowo wysoko – na tle dzisiejszej konkurencji – wysycone, co dodaje mu nieco głębszego wymiaru. Jednak niewiele mu chyba może pomóc, bo generalnie jest słabe, płaskie i nudne.
Kategoria: JAKOŚ JE ZMĘCZĘ

No i tak – z jednej strony baliśmy się, że wystawienie niemieckich, koncernowych bocków przeciw wyrobom polskiego rzemiosła, postawi je z definicji na straconej pozycji. Koncern jakoś nie lubi wygrywać z rzemiosłem. Z drugiej strony, to przecież Niemcy są specjalistami od koźlaków, więc nawet w wersji koncernowej powinni sobie poradzić. Okazało się, że nie doceniliśmy potęgi polskich rzemieślników. Co prawda, miejsce drugie i trzecie nie było tak zupełnie oczywiste – trzeba było tu trochę dłużej posączyć, pomlaskać i oczami poprzewracać, żeby podjąć decyzję – ale już miejsca pierwsze i czwarte przyznane zostały miażdżącą przewagą głosów zebranych. No i nasi górą. Jak na tych czterech skoczniach ostatnio. Z czego się bardzo cieszymy. I jednego i drugiego, znaczy.

Ranking jest dzisiaj jednogłośny i przedstawia się następująco:

1. Koziołek z Łąkomina
2. Bock z trzech browarów
3. Oettinger zza zachodniej granicy
4. Lübzer z Lübz, również za zachodnią granicą

Żadne ze smakowanych dzisiaj piw nie zostało kupione w zaprzyjaźnionym sklepie Po Robocie przy ul. Westerplatte 9 w Świdnicy, ale i tak serdecznie porobotną ekipę pozdrawiamy.


sobota, 31 grudnia 2016

Owocowe zakwasy



606. Maja (Browar Olimp) 4,9%
607. Malinowy Beret (Browar na Jurze) 3%
608. Różowa Pantera (Browar na Jurze) 5%
609. Fruit Wheat Cieszyński (Browar Zamkowy Cieszyn) 5,5%

Już tyle czasu minęło od letniego sezonu na owoce, tak bardzo doskwierają syntetyczne witaminy  do organizmu wprowadzane, że człowiekowi ckni się do tych krzaków obwieszonych świeżymi malinami, truskawkami, jagodami. A w sklepach jedynie sztucznie pędzone, z dalekich krajów sprowadzane, niesmaczne, drogie… Czas pocieszenia w piwie poszukać. Coby w nowy rok wejść z optymizmem na obliczu wymalowanym. A że człowiek na co dzień skwaszony chodzi, ideałem byłyby owoce na kwaśno w celu uniknięcia szoku witaminowo-fruktozowego. Takich właśnie piw szukaliśmy na półkach zaprzyjaźnionego sklepu Po Robocie. I takie właśnie postawiliśmy przed sobą na stole w przedostatni wieczór tego roku. No bo w Sylwestra to raczej wino i szampan. A właściwie cava. Czyli stoutowo raczej.

Pomysł na szukanie owoców w piwie poparł Browar Zamkowy Cieszyn, który uwarzył niedawno nowego Grand Championa Konkursu Piwowarów Domowych, a mianowicie Fruit Wheat Cieszyński – piwo ze sporą dozą pszenicy w zasypie i toną liofilizowanych truskawek na litr brzeczki. A może te proporcje były jednak trochę inne? Nieważne. Fruit Wheat znalazło się u nas na stole i tyle. AS przygnała je tu nasza ciekawość – ubiegłoroczny Grand Champion dał się lubić, choć reprezentował mało przez nas lubiany gatunek, czemu więc tegoroczny miałby być gorszy? Tym bardziej, że naczytaliśmy się w Internetach (a nawet nasłuchaliśmy) jaki to on słaby, jaki nierewelacyjny, jaki on tylko co najwyżej „OK”. A jeśli brać hopheadzka tak pisze/mówi, to znaczy, że piwo jest albo zupełnie do bani, albo jest całkiem niezłe.

Do towarzystwa dobraliśmy temu czempionowi dwa piwa z Browaru na Jurze – Malinowy Beret i Różową Panterę. Po pierwsze dlatego, że Browar na Jurze awansował ostatnio do grona naszych ulubionych (i chyba nawet przyjdzie niedługo czas, by dać drugą szansę tak bardzo zjechanej przez nas niegdyś Ju-Rajskiej Pomarańczy!), a smakowane niedawno Jurajskie Świąteczne przyprawiło nas o spazmy rozkoszy. A że akurat w ofercie były dwa owocowe piwa stamtąd, trudno o lepszą okazję by się przekonać co oni mają do powiedzenia w tym temacie.

Na koniec do zestawu doszlusowaliśmy Maję z Browaru Olimp, Sour Pale Ale z marakują. Ta marakuja trochę słabo pasuje nam do idei powrotu do letnich, rodzimych owoców, ale co tam, sztuka jest sztuka. Jest kwas, są owoce – mieści się w szerokich ramach konwencji dzisiejszego wieczoru, wszak dodatkowo amerykańskie chmiele owoców tam powinny dorzucić sporo, a że jest kwas i są owoce, to już powinno wystarczyć za kwalifikację do dzisiejszej stawki. No i sporo dobrego o Browarze Olimp słyszeliśmy, a chyba nie było dotąd okazji, by się z nim bliżej zapoznać. Chyba nie było. Chyba…

Podsumowując, mamy dziś na stole (1) Maję, piwo z Browaru Olimp, określające się na etykiecie jako Sour Pale Ale, warzone z dodatkiem marakui, chmielone Citrą, Magnatem, Cascade i Oktawią; (2) Malinowy Beret z Browaru na Jurze, piwo górnej fermentacji, zakwaszone bakteriami fermentacji mlekowej, warzone z udziałem świeżego rabarbaru, z dodatkiem soku z malin, chmielone Marynką, Hallertauer Tradition i Amarillo; (3) Różową Panterę z Browaru na Jurze, z dodatkiem soku z różowych grapefruitów i świeżego rozmarynu, chmielone amerykańskimi Columbus, Citrą, Cascade i Mosaic; oraz (4) Fruit Wheat Cieszyński, piwo górnej fermentacji, z dodatkiem liofilizowanych truskawek, chmielone chmielem Kazbek, zwycięzcę Konkursu Piwowarów Domowych 2016.

Ogromny plus dla Browaru na Jurze za niesranie się z informacjami o zawartości ekstraktu, gatunku piwa, czy poziomie IBU. Zawsze twierdziłem, że to nikomu niepotrzebne. Dobre piwo obroni się samo, kiepskiemu nie pomoże cała litania informacji na etykiecie. Tak trzymać. Oby tylko piwa były dobre, cholera.

Tak czy owak, siadamy do ostatniej – teraz już na pewno – sesji piwnej w tym roku, zdejmujemy kapsle, lejemy w szklanki, lejemy w pysk…

Już podczas nalewania do szklanek widać, że mamy dziś do czynienia z dziwolągami. Malinowy Beret jest… malinowy. W barwie, znaczy. Piana na nim słaba i nietrwała, dość szybko redukuje się do zera. Piana na Różowej Panterze też pożal się Boże. Fruit Wheat też jakieś różowe. Z wyglądu piwo najbardziej przypomina jedynie Maja – żadnych udziwnień, tylko nieco mętne, ciemnosłomkowe piwo.

Maja Sour Pale Ale (12 Blg, IBU 30, pasteryzowane, niefiltrowane, warzone w Browarze Bytów) – na pierwszy rzut nosa, wyraźnie czuć amerykańskie chmielenie, a więc owoce tropikalne, żywica, jest trochę agrestu, są też akcenty grzybów leśnych. I całe mnóstwo farby emulsyjnej. Wśród wspomnianych owoców tropikalnych jest też obiecywana na etykiecie marakuja, ale nie ma jej tu jakoś wyraźnie więcej niż w piwach chmielonych po amerykańsku, a warzonych bez dodatku owoców. Jakaś ściema, panie… Po raz kolejny mamy do czynienia z piwem, o którym trudno powiedzieć cokolwiek na podstawie aromatu. Może być dobrze, może być słabo. Zobaczymy, jak już sobie w gardła wlejemy. A więc wlewamy.
Smak jest trochę za bardzo wodnisty, za lekki. Zero ciała. A doznania smakowe? Człowiek ma wrażenie, że pije farbę emulsyjną z wiaderka. Bo się zapomniał podczas remontu i sięgnął nie po to naczynie. Jest tam odrobina sosnowości, żywicy, odrobina ziołowości. I jest trochę wody, w której moczono suszone grzyby przed wigilijnym kucharzeniem. Ani śladu owoców. Kolejne łyki, kolejne szanse. I kolejne fale farby emulsyjnej wlewanej do gardła. Ktoś przy stole (nie ja, a jest nas dwoje) powiedział, „to zwyczajnie jebie remontem”. Nie, zarzucamy wszelkie próby zrozumienia co artysta chciał przez to piwo powiedzieć. Wylewamy.
Kategoria: DO ZLEWU

Malinowy Beret (pasteryzowane, niefiltrowane) – w aromacie wyraźne maliny, a właściwie syrop malinowy, poza tym nieco mniej wyraźny, ale zdecydowanie obecny rabarbar. Tradycyjna oranżada. Czarna herbata z sokiem malinowym. Echo czarnych jagód. I tyle. Nie pachnie to na pewno jak piwo i właściwie piwa – jak dotąd – nie przypomina.
Smak jest malinowy, bardzo wyraźnie malinowy. I kwaśny. Kwaśny sokiem rabarbarowym głównie. I jakoś tak sympatycznie połączona jest ta malina i ten kwas. Są tam jeszcze jagody i białe porzeczki, również pięknie wkomponowane w całość. Pyszne, bardzo ciekawe piwo. Świetnie skomponowane smaki, które działają jak wehikuł czasu w płynie – pozwalają przenieść się choć na chwilę do smaków dzieciństwa, do wakacji u babci, gdzie się sporządzało sok malinowy, gdzie gryzło się zamoczony w cukrze rabarbar. I zaczynam się bać, że te sentymenty biorą górę nad wrażeniami stricte smakowymi. Tak czy inaczej, piwo doskonałe, tego nie można mu odmówić.
Kategoria: JESZCZE RAZ TO SAMO

Różowa Pantera (pasteryzowane, niefiltrowane) – w aromacie przyjemna, wyrazista sosna, bardzo wyraźny rozmaryn, grapferuit (sok, miąższ, nie skórka), trochę żywicy, w sumie powiew z lasu po selektywnej wycince – bo jest tu i igliwie i żywica. Plus cytryna i pomarańcza. Bardzo wyrazisty, przyjemny aromat.
Smak… Nalałem sobie w gębę, ustawiłem palce nad klawiszami, by pisać… I nie chce mi się. Sięgam po kolejny łyk. Co za piwo… Najpierw atak przebogatej słodyczy owoców egzotycznych, po chwili do głosu dochodzi rozmaryn i rozgania nieco tę słodycz. A już po kolejnej chwili z obydwu flanek atakuje grapefruit ze swoją delikatną goryczką i kwaskowością. I nie ma śladu po tej początkowej słodyczy. Dawno nie miałem w ustach piwa, które by tak doskonale, klasycznie wręcz pokazywało co można zrobić na podniebieniu odpowiednio ustawiając smakowych żołnierzy, gdzie w ustach dzieje się ewolucja trwająca dobrych kilkanaście sekund. A może dłużej. A potem zostaje już tylko posmak słodkiego grapefruita i odrobina ziołowości. Coś pięknego! Padł dzisiaj przy stole zarezerwowany dla zjawisk nadprzyrodzonych okrzyk „O k**wa, jakie piwo!” I to nie z ust faceta, jeśli to może o czymś świadczyć.
Kategoria: CUD, MIÓD, MALINA

Fruit Wheat Cieszyński (12,5 Blg, pasteryzowane, niefiltrowane) – w aromacie wyraźnie czuje się tu truskawki, i to fajnie się je czuje. Nie jest to aromat syntetyczny, bardziej jak truskawki z kompotu, z lekkim poziomkowym zacięciem. Poza tym, odrobina kolendry, nieco pszenicy, nutka sernika na zimno, odrobina drożdży. Czyli w sumie żadnego zaskoczenia. Całość przyjemnie lekka i zgrabnie skomponowana.
Smak lekki, wyraźnie truskawkowy, wyraźnie kwaskowy. Truskawki w smaku również wpadają w lekki odcień poziomkowy. Odrobina melona i niedojrzałych bananów. Może troszeczkę za bardzo wysycone, ale pije się je przyjemnie. Niewielką różnorodność, rozpiętość, jeśli chodzi o akcenty smakowe nadrabia szlachetną elegancją, wyrazistością. Szkoda, że smakowane w zimie, bo to piwo zdecydowanie nie na tę porę roku. Aż się prosi na letnie upały, wówczas robiłoby naprawdę dobrze. Tak czy owak, świetne piwo, choć zdecydowanie nie zachwyci zwolenników mocnego uderzenia w kubki smakowe.
Kategoria: JESZCZE RAZ TO SAMO

Czas by to podsumować, ustawić w jakiejś kolejności zachwytu – bo tak na to dzisiaj trzeba patrzeć. Podchodziliśmy do dzisiejszych piwek z dużą dozą sceptycyzmu. Teraz (tekst ten powstaje na żywo, jak w zdecydowanej większości przypadków) odbywa się dość ożywiona dyskusja na temat dzisiejszego rankingu. Co do pierwszego miejsca nie ma najmniejszych wątpliwości. Nie ma wątpliwości które piwo dzisiaj przegrywa z kretesem. Problemem okazuje się miejsce drugie i trzecie. Piękniejsza połowa naszego duetu rozpływa się w zachwytach nad Malinowym Beretem, ja z kolei uważam, że drugie miejsce należy się Fruit Wheat z Cieszyna. Ostatecznie nam tutaj o piwo chodzi, a Fruit Wheat jest zdecydowanie bliżej tego zjawiska. Jest bardziej złożone, bardziej szlachetne i eleganckie. Przyjdzie nam podpisać protokół rozbieżności.

Mój ranking wygląda dziś tak:

1. Różowa Pantera
2. Fruit Wheat
3. Malinowy Beret
4. Maja

Niewiasta jednak na drugim miejscu stawia Malinowy Beret, spychając Grand Championa na pozycję trzecią. Niech więc tak będzie. U niej niech tak będzie.

Składaliśmy już noworoczne życzenia przy okazji poprzedniego wpisu, prawda? Składamy je raz jeszcze. Niech się nam w tym Nowym 2017 Roku piwkuje jak najmilej! A i inne radości niech z drogi nam wszystkim nie schodzą. Do siego!


Wszystkie smakowane dzisiaj piwa kupione zostały w sklepie Po Robocie, ul. Westerplatte 9, Świdnica.

niedziela, 13 listopada 2016

Po Robocie - mix nie taki znowu zwykły



574. PL-US Polish Americal India Pale Ale (Browar Kormoran) 6%
575. I’m so Horny! Espresso Lager (Pinta) 6,7%
576. Łódź i Młyn Russian Imperial Stout (Piwoteka & De Molen) 13,8%
577. Ucho od śledzia Foreign Extra Stout (Piwoteka) 5,5%
578. Pszeniczne (Browar Largus) 4,8%

Pożegnawszy ostatecznie wredne przeziębienie, które męczyło mnie prawie dwa tygodnie, mogłem wreszcie wybrać się dzisiaj, w prawie zimowe przedpołudnie, do zaprzyjaźnionego sklepu Po Robocie, by tam z półek zgarnąć to i owo. No i zgarnąłem kilka butelek, co do których zawartości bardzom ciekaw. Wśród nich przede wszystkim PL-US z Browaru Kormoran. No bo jak nie zaciekawić się piwem w stylu AIPA uwarzonym przez Kormorana? Kormoran zdołał już dać nam ogrom radości, w ciągu ostatniego roku prawie nigdy nie zawiódł (no, może poza beznadziejnym 1 na 100, ale i najlepszym zdarza się upaść; ważne tylko, żeby się za bardzo nie wylegiwać, jak mawiała moja pani od francuskiego). A jeśli na dodatek ta AIPA chmielona była amerykańskimi chmielami wyhodowanymi w Polsce? A na dodatek wcale nie jakimś tam szemranym ekstraktem, tylko mokrymi szyszkami? No nie, to absolutnie i koniecznie sprawdzić trzeba. Tym bardziej, że – choćby tylko ze względu na zastosowanie świeżych szyszek chmielu – piwo to produkowane być może tylko raz w roku. Jak nie teraz, to kiedy?

Zgarnąłem z półki, trochę niejako wbrew sobie, kolejne piwo Pinty. I’m so horny! to mocny lager, uwarzony z dodatkiem wybornej (podobno) kawy z Gwatemali. Kawę tę dodawano tutaj w dwóch etapach – podczas warzenia, a potem podczas rozlewania. Za cholerę nie wiem po co lagerowi aż 6,7% alkoholu, ale rozumiem, że Pinta niezmiennie targetuje niedopitą młodzież, pyzatych nieletnich, co to impry organizują pod nieobecność rodziców. A oni muszą jednak poczuć, że piwo daje w czapę, bo w przeciwnym razie impreza się nie uda, jazdy nie będzie, do laski odwagi nie starczy, film się nie urwie, kolejnego nie kupią. No i ta dęta nazwa, naprawdę żałosna. No ale grupa docelowa swoje wymagania ma, a prawa rynku są nieubłagane.

Wylawszy jad, ulżywszy sobie (to pewno konieczność zagłuszenia własnych wyrzutów, że znowu wydałem pieniądze na Pintę) powiem tylko, że ciekaw jestem po pierwsze tego współgrania akcentów kawy i lageru, a po drugie, jeśli przy 18 Blg odfermentowano to coś tylko (jednak tylko, w tych okolicznościach) do 6,7%, to oczekuję, że będzie tam smak. I to nie tylko kawowy. Potencjał jest, przyjdzie sprawdzić co z nim zrobili piwowarzy Pinty. Z tym potencjałem, znaczy.

Wreszcie piwo, które zgarnąłem z półki już stojąc przy kasie – Łódź i Młyn z Piwoteki. Długo się wahałem, zastanawiałem. No bo wiadomo, Russian Imperial Stout to znowu gatunek warzony dla mentalnych gimnazjalistów pozujących na piwoszy. Hopheadów, przepraszam. Tam nie musi być smaku, tam na podniebieniu może się nie dziać nic. Ważne, żeby był odpowiednio wysoki procent, no i goryczka żeby była. Właściwie ważna jest goryczka, nic więcej (bo że podczas piwnych zakupów ten i ów na voltaż zerka, to żaden się oficjalnie nie przyzna). No i ja tu widzę, że owszem, przy alkoholu na poziomie 13,8%, w łeb to piwo jest w stanie dać ostro, zryje beret, jak nic. A oni jeszcze do tego wrzucili tam 110 IBU! Rozkosz piwnego rewolucjonisty. Toż to wągry same wyskoczą ze skowytem, skórę twarzy pozostawiając gładką jak pupa niemowlaka!

Z drugiej strony, jeśli piwo uwarzone przyzwoicie, to i alkohol nie przeszkodzi, a przy ekstrakcie 29,7 Blg, to i ciała tam powinno być tyle, co bicepsów u Arnolda S. w latach świetności. Tym bardziej, że jeszcze owoców jarzębiny dodali. Co więcej, piwo uwarzono w Holandii, w browarze De Molen. Oni tam przecież nie mogli go spieprzyć. Po prostu nie mogli. Nie mają w tym wprawy. No i stało się, piwo do torby ostatecznie trafiło. A za chwilę do szklanki.

Ciekawostką – ciągle nam jeszcze nieznaną – jest piwo Ucho od śledzia, również firmowane przez łódzką Piwotekę (choć ani słowa na etykiecie o tym, kto i gdzie je uwarzył, najpewniej browar Księży Młyn w Łodzi). Piwo warzone z dodatkiem świeżych i wędzonych śledzi. No, tego jeszcze nie było. Przynajmniej na naszym stole. A że to nie pierwsza warka, prawdziwi, wytrawni piwosze już dawno je pili, już opinię o nim wydali, nam tym bardziej nie wypadało aż tak odstawać od peletonu. A zupełnie poważnie – ciekaw jestem niezmiernie tego piwa. Chyba najbardziej z całej dzisiejszej stawki.

Wreszcie klasyczne piwo pszeniczne z browaru Largus. Browaru nie znam, zetknąłem się z nim po raz pierwszy, zapytałem które byłoby najlepsze, polecono mi Pszeniczne. A że klasyczne pszeniczne w tym domostwie jest bardzo cenione, tak więc butelka largusowego Pszenicznego z Po Robocie wyniesiona została. Czas poszerzyć horyzonty, nowego browaru popróbować.

Powyższe napisane zostało „na sucho”, tylko i wyłącznie na podstawie etykiet i skumulowanych wrażeń z naszych dotychczasowych piwnych wędrówek po świecie. Nawet jeśli to akurat świat przyjeżdża, a my rzadko (choć nie że nigdy) te piwne podróże odbywamy gdzie indziej, niż przy naszym stole. Teraz czas kapsle zdjąć, szklanki napełnić. Co snadnie czynimy…

Pszeniczne rozczarowało jeśli chodzi o pianę. Co jak co, ale pszeniczne piwa pienią się. Czasem za bardzo. No i piana na nich zwykle jest trwała. W tym przypadku, piany było niewiele, a już po chwili nie było po niej nawet śladu. W przypadku I’m so Horny! i PL-US, piana jest jak należy – obfita i trwała. Nawet po redukcji na powierzchni piwa zostaje pojedyncza, ale zwarta warstwa bąbelków, a na ściankach szklanek, apetyczny osad. Ucho od śledzia spieniło się wzorcowo, beżową, trwałą pianą. Łódź i Młyn również spieniło się galancie – piana jest gruba, gęsta i trwała.

Pszeniczne (12,1 Blg, pasteryzowane, niefiltrowane) – w aromacie standardowe jak na pszeniczne piwo akcenty bananów, goździków, drożdży, świeżego chleba. Jest tu troszkę cytrusowo, jest nutka miodu. Generalnie słabo, płasko, nieciekawie, a nawet momentami bagienkowo.
W smaku – jest to niezłe piwo pszeniczne. Żadnych fajerwerków, ale co ma być, to jest – kupa zboża, morele, banany, drożdże, goździki, jest nawet odrobina słodkiej marchewki (jakby sok marchewkowy). Wszystko fajnie poukładane, orzeźwiające, idealnie wysycone. Aż żal, że pora na lekkie, orzeźwiające pszeniczne piwa nie prędzej niż dopiero za jakieś pół roku.
Kategoria: JESZCZE RAZ TO SAMO (choć daje się słyszeć głosy, że CUD, MIÓD, MALINA; nie dajmy jednak ponieść się emocjom)

I’m so horny! Espresso Lager (18 Blg, IBU 27, pasteryzowane, niefiltrowane, warzone w Browarze na Jurze, z dodatkiem kawy Adelante i Rio Azul z Gwatemali) – w aromacie wyraźnie czuć bardzo wyraźnie kawę, coca-colę, gdzieś tam chyba wybija trochę alkohol, bo akcent jak z Irish coffee, cukierki kukułki, bardzo słodka ta kawa, taki trochę ulepek. Generalnie słabo, nieciekawie. No bo jak kawa pachnie, to wszyscy wiemy. Nawet mocno słodzona. A tu poza nią niewiele się dzieje. Może w smaku…
A w smaku jest… kawa. Całe hektolitry kawy na centymetr sześcienny. I nic więcej. Zimna, gazowana kawa. Co za porażka…
Kategoria: DO ZLEWU

PL-US Polish American India Pale Ale (16 Blg, pasteryzowane, niefiltrowane, chmiele CascadePL, ChinookPL) – w aromacie słód jęczmienny, brzoskwinie, migdały. Są tu oczywiście amerykańskie chmiele w postaci owoców egzotycznych i akcentów żywicznych, ale tutaj – a nie zdarza się to często – są one delikatne i bardzo zgrabnie wkomponowane w całość. Pachnie fajnie – aż się prosi, by je wychylić.
Smak jest pełny, owocowy, grapefruitowy i żywiczny. Wyraźnie czuć tutaj, że chmiel jest zupełnie innej proweniencji niż w większości piw typu IPA/AIPA, itp. Wydaje się, że troszkę za dużo go tu wrzucono, bo jego intensywność przytłacza, przesłania inne akcenty smakowe. A szkoda, bo dzieje się tam nieźle w smaku. Jeśli ktoś lubi uderzenie goryczy, powinien być zachwycony. My nie lubimy. A w każdym razie, nie w takim stężeniu. Gdy daliśmy mu odstać i swoim podniebieniom odpocząć, piwo objawiło się nam jednak zdecydowanie przyjemnym, przyzwoicie skomponowanym. No i na plus trzeba zaliczyć jednak tę naturalność chmielenia, które – przy wszystkich zastrzeżeniach – czuje się na podniebieniu. A do tego rodzaju zalegającej goryczy podniebienie się dość szybko przyzwyczaja i rozkoszuje się owocowością smaku. Fajne jest, chętnie wypijemy jeszcze jedno. Choć może niekoniecznie już-zaraz.
Kategoria: JESZCZE RAZ TO SAMO

Ucho od śledzia Foreign Extra Stout (14 Blg, IBU 50, niepasteryzowane, warzone z dodatkiem świeżych i wędzonych śledzi) – w aromacie jest kawa, trochę gorzkiej czekolady, no i jest jakiś rybny, wędzony akcent, choć najbliżej chyba byłoby do wędzonych szprotek, nie do śledzia. I tutaj niewiele się dzieje. Poczekamy, nigdzie nam się nie spieszy. Niech piwo się ogrzeje, niech bukiet się należycie rozwinie. Czekanie niewiele dało, więc pijemy.
W smaku jest przyjemnie stoutowo – wszystkie te kawowo-czekoladowe akcenty tutaj są na miejscu i swoje robią. Dość szybko pojawia się jakaś nutka – nieoczekiwana, a więc początkowo uznana za niechcianą, fałszywą – oleju, w którym zatopiono wędzone szprotki (tak, zdecydowanie smakuje to jak szprotki). Wymaga kilku głębokich łyków i przemielenia tego na podniebieniu, by się do tej kombinacji przekonać, co do tego, to nie ma cienia wątpliwości. Jednak z czasem szprotowa wędzoność przeszkadza coraz mniej, a jakoś w połowie butelki zaczyna się podobać i smakować. Ostateczny werdykt – fajne, nietuzinkowe piwo.
Kategoria: JESZCZE RAZ TO SAMO

Łódź i Młyn Russian Imperial Stout (29,7 Blg, IBU 110, niepasteryzowane, warzone w browarze De Molen, z dodatkiem owoców jarzębiny) – piwo, które w aromacie nie ma nic. Co za osiągnięcie! Trochę pieczarek, odrobina plasteliny, jak już człowiek się wwącha na maksa. Co za koszmar piwosza! Z każdym niuchem plasteliny jest coraz więcej i jest coraz bardziej wymiąchana, wygnieciona, szaro-brązowa. Niewiarygodnie spieprzone piwo. To się nie mieści w skali piwnych porażek aromatycznych. Ludzie, kto to wymyślił, kto to na rynek wypuścił? No dobra, uczciwość nakazuje odnotować jakąś czekoladę, jakąś goryczkę, jakąś chyba jarzębinę, coś tam się błąka po peryferiach tej plasteliny. Ale żeby tylko tak? Taka kooperacja, taaakie (potencjalnie) piwo? Skandal. Spróbujmy posmakować (choć współdegustantka, która już w gardło wlała pierwszą porcję, krzyczy do mnie, „nie pij tego!”).
Spróbowałem. W dzieciństwie zdarzyło mi się ugryźć plastelinę, więc wiem jak smakuje. To samo uczucie, ta sama rozkosz dla zmysłów. Plus jakaś nafta, zjełczały olej. I jeszcze łyk. I jeszcze jeden. Szansę dajemy do końca. No, prawie do końca. W połowie butelki zapadła decyzja.
Kategoria: DO ZLEWU

No tak. Popróbowali, wypili. Wypili co się dało, resztę zgrabnym ruchem nadgarstka do zlewu wylewając. Można powiedzieć, że dzisiejszy wynik to 3:2. Trzy piwa zaskoczyły, trzy dały gębie dużo radochy. Dwa pozostałe natomiast powinni w Lidlu sprzedawać. W trakcie tej promocji, co to satysfakcję gwarantowała. Natychmiast poleciałbym dopominać się o zwrot kasy. Pinta dostaje u nas kolejnego bana. Przynajmniej na jakiś czas. Za każdym razem, jak przyjdzie mi do głowy kupić jakieś piwo z Pinty, odpowiednią kasę na WOŚP odłożę. Niech będzie z tego jakiś pożytek.

Kormoran nie zawiódł, choć w jednej z najtrudniejszych kategorii wystąpił. Wszelkie odmiany IPA to wszak w wykonaniu rodzimych piwowarów jakiś dopust boży. A tu bach! Piękne, sympatycznie skomponowane piwo się pojawia. Szkoda, że to tylko raz w roku. Nie żebym zaraz na AIPA już całkiem chciał się przestawić. Ale od czasu do czasu – czemu nie? No i sprawdził się Largus. Jestem za. Następnym razem wezmę coś więcej od nich. Wreszcie te śledzie z Piwoteki. Co prawda, zdecydowanie szprotki to były w smaku i aromacie, ale były, swoje zrobiły, nie zawiodły, nie rozczarowały. Ciekawe piwo, a naszym zdaniem, po prostu fajne. No i uratowały w naszych oczach Piwotekę. Bo ten jarzębinowo-plastelinowy RIS… Nie, zmilczmy.

Dziś w ranking się nie bawimy – za duży rozstrzał gatunkowy.
Wszystkie próbowane dzisiaj piwa do kupienia w sklepie Po Robocie, ul. Westerplatte 9, Świdnica. I nawet jeśli ze dwa dzisiaj trafiły do zlewu, to do Po Robocie warto zaglądać regularnie, do czego serdecznie zachęcamy mieszkańców okolicy. Niech nam się rozwija i nowych wrażeń dostarcza.


niedziela, 23 października 2016

I znowu po robocie poszedłem do Po Robocie




[Tekst powstał odrobinę ponad tydzień temu, ale jakoś się nie złożyło...]

564. Sticklebract Singiel (Browar Maryensztadt) 5,5%
565. Hopsbant Fresh IPA (Browar Birbant) 6,7%
566. Piwo Ryżowe (Browar Wąsosz) 3,5%

Dzisiaj druga, nieco już skromniejsza odsłona zakupów w niedawno otwartym w Świdnicy sklepie Po Robocie (ul. Westerplatte 9, Świdnica). Tym razem piwka, o których nie miałem zielonego pojęcia, sięgając po nie na półkę. Podobnie jak poprzednio, nie mają one żadnego wspólnego mianownika, są przedstawicielkami trzech różnych stylów piwnych. Wszystkie trzy pochodzą z browarów kraftowych, co już na samym początku każe mi drżeć o przebieg dzisiejszego wieczoru. Na wszelki wypadek mam w lodówce ze dwie butelki Żywego z Browaru Amber, więc w razie potrzeby będzie można sięgnąć po coś sprawdzonego.

A dlaczego te, a nie inne piwka? Ano różnie. W przypadku Piwa Ryżowego z Browaru Wąsosz, zaintrygowała mnie najpierw etykieta, a potem informacje z tej etykiety – że tylko 9 Blg, że jedynie 3,5% vol., że z ryżem, wreszcie że to z Wąsosza. Wąsosz miewał w ofercie całkiem przyzwoite piwa, więc czemu nie dać szansę temu?

Sticklebract Singiel najpierw przyciągnęło moją uwagę mdłą, zupełnie nie rzucającą się w oczy kolorystyką, potem faktem, że jest to piwo zrobione na jednym słodzie i jednym tylko rodzaju chmielu. No a potem doczytałem skład, gdzie podano „słodY jęczmiennE”. Zgłupiałem, ale było już za późno, piwo już stało na ladzie i czekało na skasowanie. Poza tym, nie przypominam sobie kiedy ostatnio piłem coś z Browaru Maryensztadt, więc o taką decyzję było tym łatwiej. Swoją drogą, ciągle nie wiem czy tam były słody, czy tylko był tam słód.

Wreszcie Hopsbant Fresh IPA z Browaru Birbant. Tu chyba też zaczęło się od etykiety – trochę psychodelicznej, trochę przywodzącej na myśl beatlesowskie bazgroły z czasów Magical Mystery Tour. No i chyba złapali mnie tym „fresh”. Ja lubię jak jest świeżo i przyjemnie. Jakoś nawet te trzy niosące często zgrozę literki IPA nawet mnie nie odstraszyły tym razem. Zobaczymy co tam u Birbanta. Tam też dawno nie zaglądaliśmy.

Kapsle z głów, lejemy. Na wszystkich trzech poprawna piana drobnopęcherzykowa, zredukowana do cienkiej warstwy po kilku minutach. Najchętniej oblepia ścianki szklanki w przypadku Sticklebract Singiel. Jeśli chodzi o barwę, mamy dziś dość szeroki zakres – od bursztynowego Stickelbact Singiel, przez złote Hopsbant do słomkowego Ryżowego. Wszystkie trzy deklarują, że są niefiltrowane, jednak ten fakt jakoś specjalnie nie rzuca się w oczy w szklankach.

Sticklebract Singiel (13 Blg, pasteryzowane, niefiltrowane) – w aromacie cytrusy (głównie skórka pomarańczowa) i żywica, świeże siano, marakuja, dojrzałe brzoskwinie, zboże. Po chwili pojawia się gryka. Aromat robi się coraz bardziej przyjemny. Być może za krótko czekaliśmy po wyjęciu go z lodówki. I rzeczywiście – jeszcze kilka chwil i pojawia się więcej fajnego. Na przykład, melasowa, ciepła, przyjemna słodycz. Fajnie, smacznie pachnie to piwko. Cza go w dziób.
W smaku natychmiast uderza chmiel, pojawia się goryczka. Chyba zbyt intensywna i zbyt jednowymiarowa. Dopiero po chwili do głosu dochodzi zboże i odrobina ciężkich owoców egzotycznych. I tyle. Żadnej finezji, żadnego polotu. Ot, gorzkie piwo. Ani fajne, ani niefajne. Totalnie nijakie.
Kategoria: JAKOŚ JE ZMĘCZĘ

Hopsbant Fresh IPA (16,5 Blg, IBU 80, pasteryzowane, niefiltrowane, warzone w Browarze Zarzecze) – skórka grapefruitowa plus albedo tegoż przesłaniają wszystko, co mogłoby się tam jeszcze w aromacie zadziać. Spod spodu próbują wychynąć ciężkie, soczyste owoce egzotyczne i trochę tymianku. Ale nie mają łatwego zadania. Grapefruit zatłukł wszystko. Dopiero po jakiejś chwili zaczyna pojawiać się akcent zboża, odrobina żywicy, robi się mniej nieprzyjemnie. Akcent pieczonego korzenia pietruszki. Skorupki krewetek smażonych w całości na oliwie z oliwek. Ciągle jednak aromat nie zachęca. Nic to, nie damy się, posmakujemy. Ważne, że już nie odrzuca.
W smaku jest zaskakująco dobrze. Jest całe mnóstwo akcentów owocowych, takich egzotycznych owoców – i kandyzowanych i świeżych. Plus świeży słonecznik. No i wychodzi po chwili zboże. Goryczka zupełnie nie przeszkadza, nie ma jej za dużo, nie ma jej za mało. Cholera, kto by się spodziewał po aromacie, że tak będzie smakowało! Odszczekuję wszelkie malkontenctwo wyrażone przy analizie aromatu. Dobre piwo, bardzo dobre piwo.
Kategoria: JESZCZE RAZ TO SAMO

Piwo Ryżowe (9 Blg, pasteryzowane, niefiltrowane) – w aromacie przede wszystkim jaśminowe mydło toaletowe, guma balonowa, kwiatowa woda toaletowa mojej babci. Zapach bardzo przyjemny, miły. Ale nie jeśli ja mam coś takiego pić. Ucieszyłbym się gdyby tak pachniała toaleta w PKP, ale nie piwo, do diaska. Po kilku chwilach pojawia się nieco bardziej przyjemny (konsumpcyjnie przyjemny) aromat grapefruita. Czekamy dalej, ale w aromacie nie robi się wiele lepiej. Ciągle mamy do czynienia z zestawem perfumowo-kwiatowo-toaletowym. Całe szczęście, że ta toaleta czysta się wydaje. Spróbujmy jednak.
Smak ma bardzo lekki, delikatny, jednak zdecydowanie nie wodnisty, jak można by oczekiwać po tak niskiej zawartości ekstraktu. Zaskakująco dobry. Nutki cytrusowe, głównie pomarańcza (owoc, nie skórka), może jakieś rozwodnione mango. Da się wreszcie wyczuć ten ryż. Taki jaśminowy ten ryż, kwiatowy. Nie jest źle, smak nadrabia za nieszczęsny aromat. I to nadrabia z nawiązką. Lekkie, delikatne, orzeźwiające, a przede wszystkim nietuzinkowe piwo. No i chmielenie w sam raz – goryczka świetnie kontruje wszelkie słodycze. Jest fajnie.
Kategoria: JESZCZE RAZ TO SAMO

No i takie doświadczenie. Dwa piwa (Ryżowe i Hopsbant) mają ewidentny problem z aromatem. Mydlane akcenty Ryżowego i grapefruitowa domina w Hopsbancie jakoś nie zachęcały do niesienia piwa do ust. A tu bach – takie zaskoczenie. I w jednym i w drugim. Za to ten Sticklebract to jakaś pomyłka. Zdecydowanie pomyłka. Chyba jednak trzeba trochę pokombinować, pozestawiać, proporcje dobrać, żeby dobre piwo uwarzyć. Byle nie przekombinować

Dzisiaj żadnego rankingu nie ma – bo i niby jak? A które z tych trzech najchętniej jeszcze raz kupię? Pewno w lecie chętniej sięgnę po Ryżowe, a po Hopsbanta w porę bardziej ponurą i zimną. Ale trudno powiedzieć. Zbyt różne to piwa, by je zestawiać.

Przypomnę tylko jeszcze mieszkańcom Świdnicy i okolicy (ha! rym!), że piwek dostatek znajdą w zaprzyjaźnionym Po Robocie na ul. Westerplatte 9, co serdecznie polecam.

Jezus, Maria! Sam tam dawno nie byłem, a weekend tuż, tuż. Właściwie już.