Pokazywanie postów oznaczonych etykietą weizen. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą weizen. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 20 grudnia 2016

Klasyczna pszenica




592. Wąsosz Pszeniczne (Browar Wąsosz) 5,5%
593. Ryczyn Pszeniczne (Browar Probus) 5%
594. Bytów Pszeniczne (Bytów Browar Kaszubski) 4,5%
595. Landskron Weizen (Landskron Brau-Manufaktur) 5,5%

Dawnośmy nie pili porządnej pszenicy. A że w Po Robocie pojawił się weizen z niemieckiego browaru Landskron, to postanowiliśmy zebrać ekipę, wlać ją do szklanek i zobaczyć co w kraftowej trawie (pszenicy) piszczy. Pszeniczne z Landskron znamy i cenimy. Jak większość piw z tego browaru z Görlitz, niemal lokalnego przecież. Przynajmniej z naszego, dolnośląskiego punktu widzenia. A że nie piliśmy go już pewno z rok, uznaliśmy, że czas najwyższy odnowić znajomość.

Do towarzystwa zgarnęliśmy z porobotowych półek jeszcze trzy inne piwa w stylu klasycznego, niemieckiego weizena, ale pochodzące z kraftowych browarów w Polsce. I tak, pierwszy wybór to Wąsosz Pszeniczne, którego jeszcze nigdy nie mieliśmy na tapecie, a skoro okazja się nadarzyła, to czemu nie? Drugie piwo to Ryczyn z oławskiego browaru Probus, a więc również regionalnie-patriotycznie. Wreszcie Pszeniczne z Bytowa. Bez jakiegoś specjalnego powodu. Ot, była to jedna z możliwych opcji na pszeniczne piwo w Po Robocie tego dnia.

Otwieramy, nalewamy. Piana wszędzie typowo pszeniczniakowa – obfita, trwała, utrudniająca nalewania piwa do szklanek. Tylko w Bytowie dość wstydliwa dla tego gatunku piwa – niewiele jej, nietrwała, bez charakterystycznych dla pszenicznych piw, tworzących się z czasem gór i dolin. Zredukowała się dość szybko do cienkiej warstwy i tak już została. Wszystkie cztery piwa są poprawnie zmętnione, jednak znowu w Bytowie to zmętnienie jest najmniejsze.

Wąsosz Pszeniczne (12,8 Blg, pasteryzowane, niefiltrowane) – w aromacie mnóstwo akcentów zbożowych, nie tylko pszenicznych, sporo ziół, dojrzałe brzoskwinie, banany, morele, świeży chleb, drożdże, odrobina jabłek.
W smaku – zaskakująco pełnym i przyjemnym – miód, brzoskwinie, pszenica. Jest niejaka kwaskowość, ale też pojawia się dość szybko goryczka, ziołowa w charakterze, która odrobinę psuje radość smakowania, nie bardzo pasuje do całej reszty smaku. Nie jest to jednak dolegliwość na tyle istotna, by zdyskwalifikować piwo. Zdecydowanie chętnie sięgniemy po nie jeszcze raz.
Kategoria: JESZCZE RAZ TO SAMO

Ryczyn Pszeniczne (11,8 Blg, IBU 12,5, niepasteryzowane, niefiltrowane) – nieprzyjemny, bagnisty akcent w aromacie, pasztet prochowicki, akcent ziemisty, odrobina miodu, mydło. Plus tradycyjne pszeniczne aromaty, ale schowane gdzieś w tle, pod dość przytłaczającymi ziemisto-bagienno-mydlanymi akcentami. Po chwili pojawiają się akcenty wafli ryżowych. Aromat nie powala, a wręcz przeciwnie.
W smaku przede wszystkim zielsko – kolendra, lubczyk i szczaw. Są tu też akcenty ciastek pełnoziarnistych, sporo drożdży. Niskie wysycenie i nieprzyjemna w charakterze, choć tylko lekko zaznaczona ziołowa goryczka nie pozwalają się jakoś specjalnie cieszyć smakiem tego piwa. Nie żeby trzeba było je zaraz do zlewu wylać, ale do zachwytu jest nam bardzo daleko.
Kategoria: JAKOŚ JE ZMĘCZĘ

Bytów Pszeniczne (10 Blg, pasteryzowane, niefiltrowane) – klasyczny pszeniczny aromat – są tu banany, kolendra, lekka kwiatowość, odrobina skórki chleba, są drożdże, jest lekka słodka cytrusowość. Przyjemny, jak dotąd najfajniejszy aromat.
Smak jest pełny, przyjemny. Są w nim akcenty truskawek z kompotu, dojrzałych brzoskwiń, odrobina bananów, jest pewna kwaskowość, nie całkiem świeży chleb, trochę drożdży. Niby wszystko OK, ale jakiś ten smak niepoukładany, czegoś mu ewidentnie brakuje. Nie jest to złe piwo, ale znowu – chciałoby się wreszcie pozachwycać.
Kategoria: JESZCZE RAZ TO SAMO

Landskron Weizen (pasteryzowane, niefiltrowane) – ma w aromacie akcenty wiśni, słodkich cytrusów, świeżo wypieczony chleb na zakwasie, banany, lekka kwaskowość, drożdże. Ładnie poukładane pszeniczne piwo.
Smak można sobie w jakimś Sevres postawić jako wzorzec smaku pszenicznego piwa. A już na pewno na tle dzisiejszej konkurencji takim się jawi. Piwo ma w sam raz ciała – jest nie za lekkie i nie za ciężkie. Ma wszystkie klasyczne akcenty piwa pszenicznego, a więc charakterystyczną zbożowość, owoce (głównie banany, ananasy, odrobinę jabłek), ma lekkie nutki chleba, biszkopta, drożdży. Balans pomiędzy słodyczą, kwaskowością i goryczką (minimalną) wydaje się wręcz idealny. Jest być może odrobinę zbyt wodniste, dobrze zrobiłoby mu trochę więcej ciała, ale to bodaj jedyny mankament.
Kategoria: JESZCZE RAZ TO SAMO

Dzisiaj jednogłośnie:

1. Landskron
2. Wąsosz
3. Bytów
4. Ryczyn


piątek, 5 sierpnia 2016

Te łany pszenicy, w złotym słońcu dojrzałej...



512. The Nurse (Brokreacja) 4,9% vol.
--- Pszeniczniak (Browar Amber) 5,2% vol.
--- Franziskaner Weissbier (Spaten-Franziskaner-Bräu) 5% vol.
513. Big Cyc Pszenica Antypodów (Browar Staropolski) 5% vol.

Dzisiejszy zestaw nie ma wiele wspólnego z poszukiwaniem relacji między ceną a jakością piw – czy to kratowych, czy koncernowych. Choć w pewnym sensie pewno jednak tak. Mamy piwo z koncernu (Franziskaner), mamy piwo z browaru regionalnego (Pszeniczniak) i mamy kraft (The Nurse). No i mamy małą wpadkę – już trakcie piwnego posiedzenia okazało się, że nie doczytałem etykiety Big Cyca i nie zauważyłem, że tam jest amerykańskie chmielenie, co plasuje to piwo z zupełnie osobnej kategorii. Cóż, stało się, piwo się nie wylało, więc wypić je trzeba będzie. Może po prostu nie uwzględniać go tylko w końcowym rankingu.

Swoją drogą, jak się uprzeć, to można spojrzeć na sprawę w następujący sposób – jeśli zmieniamy coś w recepturze piwa, jeśli modyfikujemy jakiś tradycyjny styl piwny, to pewno po to, by było lepiej, by piwo zyskało dodatkowy wymiar, by było bardziej złożone, smaczniejsze. W tym sensie, postawienie amerykańsko-chmielonego Big Cyca tuż obok klasycznych weizenów nie jest tak znowu pozbawione sensu. Zobaczmy co nowego, co lepszego stało się w piwie pszenicznym dzięki nowofalowemu chmieleniu. W wielkim uproszczeniu, bo to trochę tak, jak byśmy zakładali, że bez tego amerykańskiego chmielu byłoby to piwo równoprawnym partnerem pozostałej trójki. A tak nie musi być, czego zresztą nigdy się nie dowiemy. Nieważne. Kapsle z głów, piwo do szkła, szkło do ust!

Piana pojawiająca się na powierzchni piwa jest najsłabsza i najmniej trwała na The Nurse – jakby było to piwo z zupełnie innego gatunku, z innej bajki. Słabo z pianą również na Big Cyc, ale ono rzeczywiście jest z innej bajki. Pszeniczniak i Franziskaner pokryły się obfitą, gęstą i trwałą pianą – jak przystało na piwa pszeniczne. Wszystkie są ewidentnie niefiltrowane, ale znowu – w końcu to piwa pszeniczne.

The Nurse (12 Blg, IBU 15, pasteryzowane, niefiltrowane, warzone w Szczyrzyckim Browarze Cystersów „Gryf”) – aromat ma typowy dla piw pszenicznych, jednak mało wyrazisty, bardzo spłaszczony. Aromat bananów tutaj sprawia wrażenie pewnej syntetyczności, jakby to były cukierki –żelki bananowe, a nie świeże, dojrzałe banany. Odrobina słodkiego melona, nutka goździków. Z czasem coraz bardzie w aromacie dominują akcenty rozpuszczalnika. Smak jest pełny, goździkowo-bananowy z akcentami słodkiego melona i lekkim akcentem kwasku cytrynowego. Drożdże. Banany są jednak syntetyczne również w smaku, a na dodatek pojawia się nieprzyjemny, alkoholowo-rozpuszczalnikowy posmak. Landrynki. Nie jest to piwo złe, da się pić z niejaką przyjemnością, jednak pozostawia pewien niedosyt.

Pszeniczniak (12,1 Blg, pasteryzowane, niefiltrowane) – w aromacie banany, delikatne cytrusy, goździki. Trochę jakby mało uładzone, aromat trochę „brudny”, mało wyrazisty. Zdaje się, że to nie pierwszy raz, kiedy narzekamy na aromat naszego ulubionego polskiego piwa pszenicznego (Pszeniczniak bywa pity w tym domostwie regularnie i co najmniej raz był opisywany na tym blogu). Miejmy nadzieję, że znowu poradzi sobie w kategorii smak. W smaku jest stosunkowo lekkie, orzeźwiające, z akcentami świeżej, maślanej bułki drożdżowej z kruszonką. Dość wysokie wysycenie CO2 przeszkadza nieco w ocenie smaku, ale nie jest nieprzyjemne, wzmaga działanie orzeźwiające piwa. W finiszu da się wyczuć słodycz bananów, ale w tym przypadku są to smażone banany z karmelem. Przyjemne, lekkie, rześkie piwo, żadnych rozczarowań.

Franziskaner Weissbier (11,8 Blg, pasteryzowane, niefiltrowane) – w aromacie melon, banan, cytryna, goździki – kraina łagodności i harmonii. Po chwili wychodzi mało przyjemny akcent rozpuszczalnikowo-perfumowy. Smak rozczarowuje w stosunku do obiecującego, ciepłego aromatu (jeśli nie liczyć tego rozpuszczalnika, który jednak dość szybko uleciał) – jest zbyt mało ciała, jest kwaskowate, lekko cytrusowe. Blade, płytkie, słabe. Wysokie nagazowanie szczypie w język, przeszkadza cieszyć się smakiem. Na koniec, już na finiszu pojawia się trochę ciepłych, przyjemnych drożdżowo-bułecznych akcentów, ale być może nie każdy ma na tyle cierpliwości, by na nie czekać.

Big Cyc Pszenica Antypodów (11 Blg, pasteryzowane, niefiltrowane) – w aromacie ogórki konserwowe, taki ostrawy zapach jak z jakiejś marynaty, wyraźny wpływ amerykańskiego chmielenia, potem miód, wreszcie zboże – niekoniecznie tylko pszenica. Typowych dla piw pszenicznych akcentów bananów i goździków trzeba się dopiero doszukiwać na drugim planie. Smak jest cienki, lekko miodowy, z akcentami żywicy i rozbudowującą się na podniebieniu goryczką. Wydaje się, że udało się tutaj trafić w proporcje, że nienawistny, amerykański chmiel nie dominuje, nie przytłacza. Na pełną ocenę potrzebujemy jednak jeszcze kilka łyków. […] No i mięło parę łyków, a ja ciągle nie wiem co sobie myśleć o tym piwie. Wrażenie ze smakowania go nie jest nieprzyjemne, rozbudowująca się na podniebieniu goryczka jednak chyba nie przekracza granic przyzwoitości i nie przeszkadza w przyjemności delektowania się w sumie niezłym piwem. Pojawiają się delikatne akcenty gotowanych warzyw, takiej stołówkowej zupy jarzynowej, ale też nie psują za bardzo zabawy. Żałuję, że nie doczytałem informacji na kontretykiecie, informującej o tym, że mam do czynienia z piwem typu American wheat, bo wtedy ustawilibyśmy je do zupełnie innej stawki. Generalnie, nie jest źle i chętnie po to piwo sięgnę jeszcze kiedyś, pod warunkiem, że uda mi się na nie jeszcze kiedyś trafić w sklepie.

Big Cyc nie wchodzi dzisiaj w ranking, jako się rzekło. Spośród pozostałych trzech wygrywa – jednogłośnie – Pszeniczniak. Na drugim miejscu plasuje się The Nurse, a na trzecim Franziskaner. Tak się porobiło. I wychodzi na to, że po raz kolejny trzeba się nisko ukłonić piwowarom z browaru regionalnego, którzy za rozsądne pieniądze oferują świetnej jakości produkt. A koncern? Jak to koncern – wielki jest i basta.

[tekst powstał prawie dwa miesiące temu - ciągle nadrabiamy zaległości...]


czwartek, 16 czerwca 2016

Piwkowanie w Dufftown, czyli co tam, Panie, w szkockim krafcie?




480. To Boldly Brew (Spey Valley Brewery) 5,5% vol.
481. Typhoon, Single Hop Amarillo IPA (Windswept Brewing Co.) 6,2% vol.
482. Weizen (Windswept Brewing Co.) 5,2% vol.
483. Tornado, Single Hop Citra IPA (Winspwept Brewing Co.) 6,7% vol.
484. Old Peculier The Legend (Theakston Brewery) 5,6% vol.
485. Raven Ale, Gold Ale (The Orkney Brewery) 3,8% vol.
486. Bottlenose Bitter (Speyside Craft Brewery) 4,1%
487. Drygate Ax Man, Rye IPA (Drygate Brewing Company) 5% vol.

Korzystając z tygodniowego pobytu w Szkocji, postanowiłem sprawdzić jak ma się tutejszy przemysł piwowarski, z którym nie miałem kontaktu już prawie 3 lata. Sporo do nadrobienia, a jak się okazało na miejscu, i tutaj dotarł wirus kraftu. No ciekawe, pomyślałem sobie patrząc w sklepach na ofertę z browarów, o których nigdy wcześniej nie słyszałem, a nosząc w pamięci fakt, że akurat w Szkocji (i reszcie Wielkiej Brytanii) żadna rewolucja nie była potrzebna – tutaj od zawsze warzono doskonałe, świetnie wyważone piwa. Jak się okazało, być może właśnie w tym tkwi siła tutejszych kraftów – młodzi szkoccy piwowarzy najzwyczajniej w świecie wiedzą jak smakuje dobre piwo, dzięki czemu chyba udało im się w większości przypadków uniknąć błędów popełnianych przez kraft w Polsce. Nie ma tu mowy o chamskim, przechodzącym wszelkie granice chmieleniu, nie ma wszechobecnej fascynacji chmielami nowofalowymi, być może (ale to tylko przypuszczenie) jest dostęp do lepszej jakości surowców, no i nie ma tej kretyńskiej mody na wpieprzanie do piwa wszystkiego, o czym wzmianka będzie robiła wrażenie na etykiecie i skłoni kolejne rzesze naiwnych do zakupu kolejnej butelki piwa – nie spotkałem się w piwie z żadnymi herbatami, trawami cytrynowymi, czy innymi rokitnikami. Może niezbyt dokładnie szukałem.

Inny rzucający się w oczy trend to trzymanie się tego, co przez setki lat w piwowarstwie zrobiono i sprawdzono. Oni tutaj po prostu wiedzą, że nie porywa się z motyką na księżyc i nie warzy gatunków zupełnie obcych kulturowo, bo po co, skoro piwo w stylu belgijskim bez porównania lepiej zrobią Belgowie, pilznera lepiej zrobią Czesi, a najlepszy altbier to ten uwarzony w Düsseldorfie. Jak się wydaje, unikają w ten sposób masakrycznych porażek, na które człowiek natyka się raz po raz w wydaniu polskich piwowarów.

Szkoccy piwowarzy nie srają się podawaniem szczegółowych informacji na etykiecie – nie ma mowy o IBU, srIBU, z rzadka pojawia się informacja o rodzaju chmielu, najczęściej nie ma mowy o filtracji czy pasteryzacji, czasem w ogóle nie ma mowy o tym, jaki to gatunek piwa. I słusznie – piwo ma smakować, a nie robić wrażenie natłokiem informacji o składzie, sposobie fermentacji, ilości chmielów, czy leżakowaniu.

Co ciekawe, mimo stosunkowo łatwej dostępności dębowych beczek po whisky i burbonie, piwa leżakowane w beczkach spotyka się tu nader rzadko. Ciekawe dlaczego? Może oni po prostu już wiedzą to, czego polscy piwowarzy jakoś niekoniecznie chcą przyjąć do wiadomości – piwo najczęściej wcale nie zyskuje przez kontakt z beczką po whisky.

Żadnych „Imperial,” „Double,” „Triple,” czy coś. Piwo nie służy tu do uchlewania się. A jak piwowar potrafi, to i przy niskim ekstrakcie i zawartości alkoholu głębię smaku wydobyć potrafi. A gimbaza pije tu wódę, bo taniej wychodzi.

Koniec marudzenia. Czas najwyższy piwka otworzyć, do szklanek nalać i do ust unieść. Mamy dzisiaj do zrobienia osiem piw, z czego znane i lubiane są tylko dwa – pochodzące z Orkadów Raven Ale i stara miłość z czasów odkrywania radości brytyjskich piw górnej fermentacji, czyli sprzed co najmniej dwudziestu lat, Theakston Old Peculier. To ostatnie akurat warzone jest w Anglii i byłoby chyba najbliżej tego, co w Polsce określilibyśmy piwem koncernowym, pozostałe siedem w Szkocji, niektóre lokalnie, w okolicach Dufftown, w którym w tej chwili jestem. Na stole mamy piwo warzone przez browar Spey Valley dla uczczenia 10 rocznicy sklepu z whisky w Dufftown. No tutaj się trochę krzywię. The Whisky Shop w Dufftown istniał już dużo wcześniej niż 10 lat temu, o czym najwidoczniej jego obecny właściciel nie chce pamiętać, co akurat wcale nie liczy mu się na plus. Osobiście targałem whisky z destylarni Tomintoul w bagażniku własnego samochodu na zaopatrzenie The Whisky Shop w lecie 2000 roku. Co więcej, gdybym dobrze poszukał, to znalazłbym odręcznie wypisane pokwitowanie odbioru tej partii zaopatrzenia. Ale co tam, niech im tam będzie. Dziesiąta rocznica.

Ponadto, mamy dzisiaj na stole trzy piwa z browaru kraftowego Windswept Brewing Company z Lossiemouth. Dwa z nich to typowo kraftowe wynalazki – single hop IPA. Jest jeszcze Bottlenose Bitter z kraftowego Speyside Brewery, oraz Ax Man Rye IPA z browaru Drygate w Glasgow.

Zaczynamy zabawę. Jak poprzednio, obowiązują nieco zmienione reguły opisywania i oceniania. Piwa smakują i oceniają dwie osoby.

To Boldly Brew – uwarzone na 10-lecie sklepu z whisky w Dufftown, gdzie właśnie jesteśmy, kontynentalny słód, amerykańskie chmiele. Aromat mało przyjemny, truskawkowo-agrestowy, nieco gnilny, odrobina owoców egzotycznych. Słaby, wywietrzały, niewiele obiecuje. W smaku za to jest bardzo pozytywne zaskoczenie – smak jest pełny, owocowy, słodycz bardzo dojrzałego agrestu, trochę słodu, po chwili pojawia się bardzo fajnie wyważona goryczka. Mimo początkowego rozczarowania – bardzo przyjemne, świetnie ułożone piwo.
Ocena: ŚWIETNE

Typhoon – w aromacie owoce (głównie dojrzałe brzoskwinie), trochę gotowanej marchewki (ble!), odrobina kandyzowanych kumkwatów. Aromat ciężki i mało bogaty. Smak, z kolei, bardzo lekki i rześki, zbożowo-owocowy, z wyraźną, ale przyjemną goryczką chmielową. Fajne piwko, wypiłbym drugie.
Ocena: FAJNE

Weizen – klasyczny weizen: banany przede wszystkim, nutka farby olejnej, pszenica, drożdże, odrobina miodu, goździki. Aromat pełny, wyrazisty. Smak lekki, orzeźwiający, akcenty brzoskwiniowe (bardziej jak ice tea brzoskwiniowa niż świeże brzoskwinie), bananowe, drożdżowe, lekka kwaskowość. Bardzo fajnie wysycone – w sam raz, a na pewno nie za mało, jak to w pszenicznych piwach czasami bywa. Bardzo zacny przedstawiciel swojego gatunku, bardzo zacny.
Ocena: REWELACYJNE

Tornado – wyraźne cytrusy, głównie cytryna i limetka, pod spodem jakieś cięższe, dojrzałe owoce. I znowu sytuacja, w której wyraźnie czuć chmiel amerykański (tu: Citra), ale on niczego nie dominuje, nie przytłacza, nie przeszkadza. Bardzo miły aromat. W smaku jest kolejne pozytywne zaskoczenie – piwo jest zbożowe – bardzo wyraźnie zbożowe, a zboże jest delikatnie palone – a obok zboża leżą sobie owoce, brzoskwinie, truskawki, mango, a na to wszystko nakłada się chmielowa cytrusowość. Wszystko na swoim miejscu, wszystko wyważone, jedno uzupełnia drugie, nic z niczym tu nie walczy. Piękne piwo.
Ocena: REWELACYJNE

Theakston Old Peculier – w aromacie karmel, kawa z mlekiem, czekolada, palone zboże. Piękny, złożony, ciepły aromat. Aż się prosi by go wypić. Smak jest pełny, zbożowo-czekoladowy. Lekkie przypalenie, ale nie ma przepalenia. Lekka kwaskowość w tle. Chmielowa goryczka w odpowiedniej ilości i wzorcowo wręcz dopasowana. Bardzo sympatyczne, świetnie ułożone piwo.
Ocena: ŚWIETNE+

Raven Ale – bardzo zbożowe, żytnie, z delikatną nutką klasycznego chmielu. Lekka żywica (kalafonia?) Nie dzieje się tu wiele, ale to co się dzieje, jest dobre. Pomimo niskiej zawartości alkoholu, dość pełne w smaku, generalnie zbożowe, z lekką nutką cytrusową. Bardzo stonowane piwo, jednak mało złożone. Orzeźwiające, lekko drożdżowe. Lekki pszeniczny posmak. Wielkiego szaleństwa smakowego jednak tutaj nie ma.
Ocena: SŁABE+

Bottlenose Bitter – w aromacie zboże, nieco może przytostowane, kawa zbożowa, delikatne cytrusy, jabłecznik. Fajna, grzeczna rzecz. W smaku średnio pełne, przede wszystkim zbożowe, lekkie nutki owocowe – świeże jabłka. Pianki marshmallows. Nad tym wszystkim delikatny chmiel. Być może trochę za duże wysycenie.
Ocena: FAJNE

Drygate Ax Man – aromat ciężki, bogaty, owocowy – malina, czarna porzeczka. Nutka zamszu. Wyraźne żyto w zasypie. W smaku owoce walczą ze zbożem, z żytem. Jest tu mnóstwo dojrzałych truskawek, brzoskwiń, porzeczek, mnóstwo rodzynek, ale jest tu też ogrom żyta. Odrobina bananów. Nad tym wszystkim wisi chmiel – nie za mocny, nie za słaby. Świetne piwo.
Ocena: ŚWIETNE

Lada moment powrót do kraju, do polskiego piwkowania. Aż nie mogę się doczekać...

niedziela, 24 kwietnia 2016

Czego to ludzie z pszenicy nie uwarzą



Hoegaarden (InBev) 4,9%
467. Pszeniczna Bomba (Browar Pivovaria) 5,1%
468. Rebel Pszenica Dubeltowa (Browar Sulimar) 8%
469. Po Godzinach Koźlak Pszeniczny (Browar Amber) 6,2%

Wpisy coraz rzadziej, bo i nie ma o czym za bardzo pisać. Zdolności odrzucające krajowych browarów kraftowych, jeśli człowiek szuka dobrego piwa do wypicia, są oszałamiające.

Nie dalej jak przedwczoraj, w ramach świętowania kolejnych urodzin, wybrałem się na knajpiany obchód. Trafiłem między innymi w miejsce, gdzie leją krafty. Boże drogi, co tam się działo… Najpierw gębę wykręciła Sztuczna Mgła z Bazyliszka, potem (wiem, miałem nie pić już nigdy więcej Pinty) Table Brett z Pinty sparaliżowało zdolność odczuwania czegokolwiek na dobrych parę minut. Ratunku szukałem w Bersekerze od Kingpina, w nadziei na obiecywane akcenty wrzosowe, jakąś może łagodność, może jakąś pełnię, złożoność smaku… Ni chu-chu, jak mawiają u mnie na wsi. Straszne, traumatyczne wręcz przeżycia. Pustka, kwach, dno. I wtedy pomyślałem, że może jakieś nagrodzone, fetowane piwo, może jakieś barleywine na przykład, może American Barleywine Grand Prix (wiem, znowu Pinta, niepoprawny jestem w swojej naiwności) zrobi mi wreszcie dobrze. I gdy już miałem wrażenie, że rzeczywiście jakoś tam zaczyna koić moje kubki smakowe, ze zdziwieniem skonstatowałem, że to tylko zadziwiająca ludzka zdolność do adaptacji. W porównaniu z poprzednimi wyrobami piwopodobnymi, rzeczywiście pintowe barleywine zdawało się być krainą łagodności i jakiegoś nieobecnego wszędzie wokół piwnego sensu. Ale wtedy dojrzałem na półce butelkę z charakterystycznym górnikiem na etykiecie – jest coś z Miedzianki, czego jeszcze nie piłem! I sięgnąłem po Wołka, piwo w stylu Kölsch. I stała się jasność, i Bóg wiedział, że to było dobre, i tak dalej. I znowu uwierzyłem, że jednak da się zrobić dobre piwo gdzieś na wschód od Odry i Nysy, bez zadęcia i robienia fikołków piwowarskich, które wrażenie robią już chyba tylko na najbardziej zagorzałych wyznawcach kraftowej religii.

No i nie ma o czym pisać. Bo ile można się krzywić i marudzić? Ile można czekać, aż wreszcie ktoś uwarzy smaczne, harmonijne, głębokie piwo? Ile razy można się naciąć, a jednak dalej szukać?

Tyle marudzenia. Poniższy wpis powstał co najmniej miesiąc temu, ale jakoś nie było czasu, ochoty i serca, by publikować.

Dzisiaj cztery zupełnie różne wyroby piwne, dla których podstawą jest pszenica. I to jedyne, co je łączy. Poza tym, to przedstawiciele skrajnie różnych stylów piwnych. I tak, jest u nas klasyczny, belgijski witbier Hoegaarden. Gościło już u nas parę razy, zawsze się podobało, radość podniebieniu sprawiało, więc oczekujemy, że i tym razem nie zawiedzie. A na pewno nie zawiodło Tesco, w którym dużą butelkę Hoegaarden można było nie tak dawno ściągnąć z półki za jedyne 10,49 zł. Prosto z Radomia, z tamtejszej Pivovarii przyjechała do nas Pszeniczna Bomba, klasyczny weizen. Pivovaria też jak dotąd nie zawodziła, choć w przypadku ich piw kluczowe znaczenie wydaje się mieć świeżość. Pszeniczna Bomba dotarła do nas na świeżo, więc oczekujemy czegoś dobrego. Podczas codziennych zakupów wpadła nam do koszyka buteleczka Pszenicy Dubeltowej z Browaru Sulimar – weizena o podwyższonym ekstrakcie i, co za tym idzie, wyższej zawartości alkoholu. Na koniec, wreszcie udało się dopaść kolejną edycję serii Po Godzinach z bardzo przez nas szanowanego Browaru Amber, a mianowicie Koźlak Pszeniczny.

Hoegaarden – jak na białe piwo przystało – jest bardzo jasne. Podczas nalewania do szklanki pokryło się obfitą, gęstą, śnieżnobiałą pianą. Drugie w konkurencji na obfitość piany jest Rebel Pszenica Dubeltowa. Przy tym jest mętne, wygląda jak klasyczny weizen. Koźlak Pszeniczny z Browaru Amber jest również wyraźnie mętne, piana na jego powierzchni jest lekko beżowa, nieco mniej obfita i mniej trwała niż na Rebelu i Hoegaarden. Barwa tego koźlaka jest ciemnobursztynowa, dość wyraźnie wpadająca w odcienie czerwieni. Dość sporym rozczarowaniem, przynajmniej wizualnie, jest Pszeniczna Bomba z Pivovarii, na której piana niemal nie zaistniała, a ta odrobina, która się wytworzyła, zniknęła niemal bez śladu zanim dokończyłem nalewanie pozostałych piw. Jest nieco ciemniejsze od Rebela, raczej herbaciane, wyraźnie mniej mętne. Zobaczmy co są warte w aromacie i na podniebieniu.

Hoegaarden Witbier (11,7 Blg) – w aromacie banany, melon, cytrusy, nutka miodu, lekka kwiatowość, odrobina gruszki, goździki, nieco kolendry. Aromat przyjemny, dobrze znany, nie zawodzi. Po paru chwilach jednak aromat ucieka, wietrzeje. Chciałoby się powiedzieć – subtelnieje, ale on po prostu zanika. W smaku jest lekkie i rześkie. Akcenty cytrusów, lekka drożdżowość, różana konfitura, odrobina tych bananów z aromatu, melon miodowy, delikatne nutki goździków. Bardzo przyjemne, świetnie ułożone piwo. Wymarzone do gaszenia pragnienia w letnie upały. Dobrze, że właśnie zaczyna się wiosna – do tych upałów już niedługo.

Pszeniczna Bomba (12,5 Blg, niefiltrowane, pasteryzowane) – w aromacie czarna herbata, odrobina naftaliny, trochę bananów. Aromat mało złożony, lekki, dość rozczarowujący. Nieznaczny akcent drożdżowego ciasta. W smaku jest bardzo lekkie, żeby nie powiedzieć wręcz wodniste, z akcentami bananów, drożdży, słodu pszenicznego, z odrobiną orzechów laskowych, szczyptą kawy, nutką karmelu. W smaku nadrabia dzielnie wszystkie braki z aromatu – ładnie poukładane, harmonijne piwo pszeniczne. Jego podstawową wadą jest stanowczo zbyt niskie wysycenie. Po paru chwilach spędzonych w szklance piwo prawie nie ma już gazu, a szkoda, bo dopóki go miało, smakowało całkiem przyzwoicie. A tak, wyszedł napój karmelowo-drożdżowy.

Rebel Pszenica Dubeltowa (18,1 Blg) – w aromacie wyraźny banan i melon, biała czekolada, kwiaty bzu – co byłoby bardzo przyjemne, gdyby nie bardzo wyraźnie przebijająca alkoholowość, która wraz ze wzrostem temperatury piwa robi się coraz mniej przyjemna. W smaku wyraźnie bardziej ciężkie od poprzedniczek, nieco zmulone, owocowo słodkie, głównie dojrzały, ciężki banan, skórka chleba, lekka kwaskowość. Jest stanowczo zbyt mało wyraziste, akcenty smakowe są ciężkie, zawiesiste. No i ten alkohol – duży minus całego doświadczenia.

Po Godzinach Koźlak Pszeniczny (15,1 Blg) pachnie gorgonzolą, trawą i ziołami, spod tego wszystkie nieśmiało pokazują głowę akcenty typowe dla pszenicy, a więc banany i melon. Aromat bardzo szybko wietrzeje i staje się dość nijaki. A właściwie zaczyna pachnieć jak niepierwszej czystości rzeczka po przepłynięciu przez wieś, w której szamba albo się rzadko opróżnia, albo na pytanie o szambo pyta się co to właściwie jest szambo. Nieprzyjemnie. W smaku jest lekkie, dość rześkie, jednak bardzo płaskie. Nieco słodka, kwaskowata owocowość (cierpkie jabłka) zmaga się z brudną, nieprzyjemną goryczką – jakby w tych cierpkich jabłkach przegryźć pestki – i za chwilę go nie ma. Piwo krótkie byłoby najlepszym jego określeniem. Tak, jest tam odrobina drożdży, jest troszkę ciemnego, palonego słodu, ale to wszystko ma tylko parę sekund na zaistnienie na podniebieniu, po czym rozmywa się w niebycie. Rozczarowanie.

Wygląda na to, że od samego początku, jeszcze do zdjęcia, piwka dzisiejsze same ustawiły się w końcowy ranking. Nie ma najmniejszej wątpliwości po które piwo sięgnęlibyśmy chętnie po raz drugi i w jakiej kolejności sięgalibyśmy po kolejne. No i nie pierwszy raz Hoegaarden staje na szczycie podium. Nie pierwszy raz Po Godzinach z browaru Amber rozczarowuje, a szkoda, bo przecież stała oferta tego browaru nie ma sobie równych na polskim rynku.

1. Hoegaarden
2. Pszeniczna Bomba
3. Rebel Pszenica Dubeltowa
4. Po Godzinach Koźlak Pszeniczny