Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hoegaarden. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hoegaarden. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 23 sierpnia 2016

Kraft - czy to się nie przepłaca, cz. 5 - witbier



533. White Dwarf Wit IPA (Fabryka Piwa) 5%
--- Podróże Kormorana Witbier (Browar Kormoran) 4,6%
--- Hoegaarden (InBev) 4,9%
536. Miłosław Witbier (Browar Fortuna) 4,8%
537. Curaçao Witbier (Browar Setka) 6%

[Tekst powstał w drugiej połowie czerwca, a więc jakiś czas temu. Czekał w zamrażarce na swoją kolej. Smakowanie i ocena poszczególnych piw odbyły się w ciemno – poszczególnym numerkom przypisano nazwy dopiero po zakończeniu zabawy, po czym tekst wygładzono celem podniesienia czytalności.]

To już piąty odcinek naszych dociekań na temat relacji cena-jakość poszczególnych piw w obrębie jednego gatunku. Wygląda na to, że ostatni z tej serii na jakiś czas, choć nie wykluczamy powrotu do tego rodzaju zabawy. Dzisiaj pijemy piwo pszeniczne w stylu belgijskim, witbier. Na stole mamy jednego przedstawiciela międzynarodowych koncernów, Hoegaarden, dwóch przedstawicieli browarów regionalnych – piwa z Kormorana i Miłosławia – oraz dwa wyroby polskiego kraftu – White Dwarf z Fabryki Piwa i Curaçao z Browaru Setka. Co prawda, White Dwarf określa się jako Wit IPA, a więc nieco bardziej dochmielony po amerykańsku witbier, ale przecież te chmiele dorzuca się tam po to tylko, by podnieść atrakcyjność piwa, nie żeby je zepsuć. Tak więc, przepraszamy konkurencję – White Dwarf ma niejaką przewagę na starcie.

Nigdy nie ukrywałem, że z całych sił kibicujemy browarom regionalnym, gdyż w nich właśnie widzimy nadzieję polskiego piwowarstwa. Nie w koncernach, bo te za bardzo potrafią liczyć i kombinować. Nie w krafcie, bo – mówiąc wprost – jego przedstawiciele w zdecydowanej większości muszą się jeszcze wiele nauczyć. Jednak nie ma tak, że nie mamy jakichś oczekiwań, obaw przypuszczeń co do wyniku rywalizacji, zanim jeszcze zdejmiemy kapsle butelkom z głów. Nie inaczej jest dzisiaj. Raczej nie spodziewamy się jakiejś spektakularnej porażki Hoegaarden, piwa uznawanego za probierz dla swojego gatunku – i to nie bez podstaw. Przy całej sympatii dla browarów regionalnych jako zjawiska, coraz trudniej nam bronić tezy o ich wyższości nad innymi, przedzierając się przez wynalazki z Miłosławia. Tak więc i dziś nie mamy wielkich złudzeń. Z drugiej strony, przy całej niechęci do kraftu jako zjawiska, nie możemy odmówić najwyższych umiejętności piwowarom Browaru Setka, którego piwka w zdecydowanej większości dały nam dotąd dużą radochę, nawet jeśli akurat reprezentowały niekoniecznie lubiane przez nas gatunki.

Zresztą, zobaczmy co nam szklanki przyniosą. Bez uprzedzeń, z podniesionym czołem, zdecydowanym ruchem sięgam po otwieracz jedną ręką, a drugą po pierwsze z brzegu piwo. Kapsel off, mgiełka on, zaczynamy.

W kategorii piany (obfitość, trwałość) wygrywa zdecydowanie Hoegaarden, za nim plasuje się Kormoran. Pozostałe trzy pokrywają się smętną pianą, która dość szybko redukuje się do bardzo cienkiej, poszarpanej warstwy unoszącej się na powierzchni piwa.

Podróże Kormorana Witbier (12,5 Blg, pasteryzowane, niefiltrowane)  – aromaty ma wytrawny, ziołowy, w którym zdecydowanie dominuje kolendra. Są też akcenty bananowe, drożdżowe. Ta kolendrowa ziołowość ociera się też trochę o majeranek. Smak jest… też kolendrowy! Poza tym, kminek, tytoń, gdzieś w tle banan, melon, odrobina świeżych orzechów włoskich. Ogólnie smak wytrawny, w kierunku cierpkawego, ale nie nieprzyjemny. A nawet wręcz przeciwnie – świetnie zbalansowany i miły dla kubeczków.
Ocena: JESZCZE RAZ TO SAMO

Hoegaarden (niefiltrowane) – w aromacie banan i cytryna, aromat zdecydowanie lżejszy niż u dzisiejszych konkurentów. W smaku jest tu melon, banan, gruszka, goździki. Wszystko to jest tak grzecznie poukładane, tak zharmonizowane, że aż wierzyć się nie chce, że to napój powstały z iluś tam różnych składników. Aksamitne na podniebieniu, piękne. Niebezpiecznie ociera się o ocenę najwyższą, kategorię „cud, miód, malina”.
Ocena: JESZCZE RAZ TO SAMO

Miłosław Witbier (11,8 Blg, IBU 17, EBC 8, pasteryzowane, niefiltrowane) – intensywny aromat bananów – do tego stopnia, że wchodzi on nawet w żelki bananowe. Do tego lekki aromat ni to pasty do butów, ni to szpitalnego lizolu, odrobina kolendry owszem, występuje. Naturalnie, drożdże. W smaku jest bananowo-rodzynkowo-ziołowo. Sporo tu rodzynkowej słodyczy, są akcenty lekko kwaśne, jest ziołowa goryczka. W gardle pozostaje i zalega mało przyjemny akcent sztucznego miodu w połączeniu z bardzo nieciekawym posmakiem jak wtedy, gdy ma się zgagę. Mało fajne piwo, zdecydowanie mało fajne, choć do zlewu jeszcze się nie kwalifikuje.
Ocena: JAKOŚ JE ZMĘCZĘ

Curaçao Witbier (12 Blg, IBU 26, pasteryzowane, niefiltrowane, warzone w Browarze Wąsosz) – aromat cytrynowy, banany gdzieś w tle, akcenty ziołowe – bardziej majeranek niż kolendra.  Odrobina skórki pomarańczowej. Ot, w aromacie taki klasyczny witbier, a może nawet bardziej weizen. W smaku pełne, przede wszystkim bananowe, nieco drożdżowe, odrobinę cytrusowe – bardziej pomarańczowe niż cytrynowe, choć są tu też akcenty cytrynowe. Świeża skórka pomarańczy. Nieco akcentów miętowych, odrobina lubczyku. Oczywiście, jest tu i kolendra. Wszystko fajnie poukładane, granice między poszczególnymi nutkami wyraźnie, niezamazane, co wyczynem jest niemałym. Niezłe piwo, koniec końców.
Ocena: JESZCZE RAZ TO SAMO

White Dwarf Wit IPA (14 Blg, IBU 65, pasteryzowane, niefiltrowane) – w aromacie rodzynki, daktyle, papaja, trochę ziołowości i żywicy. Pod spodem odrobina bananów. Smak jest w miarę pełny, a w nim odrobina miodu, owoców egzotycznych, w tym kandyzowanych, no i niestety, nad tym wszystkim buzują wręcz gorzkie akcenty amerykańskiego chmielu, psując skądinąd obiecujące wrażenie. Smakuje bardziej jak słaba IPA ze sporą dozą pszenicy w zasypie, niż witbier. Akcenty smakowe pokłócone, poukładane chaotycznie, gorycz zalega, przeszkadza. Piwo słabe, dno szklanki zobaczymy dopiero przy zlewie.
Ocena: DO ZLEWU

Oceniamy, ustawiamy w kolejności preferencji – po które piwo sięgnąłbym/sięgnęłabym najchętniej raz jeszcze? Wynik będzie o tyle ciekawy, że odbywa się w ciemno – nie zawsze tak robimy, jednak w serii „Kraft – czy to się nie przepłaca” jest to regułą, a opisy są wygładzane już na koniec, by usunąć wszelkie ślady sformułowań typu „piwo nr 1”. No i jak nam dziś się ustawiło?

Werdykt w większości okazał się dziś jednogłośny. W większości, co nie znaczy, że w całości. Moim zdaniem wygląda on tak:

1. Hoegaarden
2. Podróże Kormorana
3. Curaçao
4. Miłosław
5. White Dwarf

Zdaniem mojej współbiesiadniczki piwnej, pierwsze dwa miejsca należy zamienić. U niej wygrywa Kormoran, na drugim miejscu planuje się Hoegaarden. Co do pozostałych, nie ma rozbieżności.

No i co nam wyszło z tego eksperymentu? Otóż po pierwsze, Kormoran po raz kolejny udowodnił, że ma tam piwowarów, którzy wiedzą jak się piwo warzy, a to ewenement w skali kraju. Koncernowy Hoegaarden pokazał, że koncern nie jest potworem, a w każdym razie, nie zawsze musi być. Co do stosunku ceny do jakości – czy odwrotnie, jak kto woli – werdykt nie musi być taki jednoznaczny. Owszem, piwa z Kormorana są zwykle wyraźnie tańsze od kraftowych, choć wielkiej przepaści tu nie ma. Z kolei Hoegaarden, jak przystało na piwo importowane, swoją cenę ma. Jak widać, ma ona tutaj swoje uzasadnienie, jednak sprzedawane najczęściej w buteleczkach 330 ml wcale nie jest tańsze od piw kraftowych. Regionalny Miłosław jest tańszy od kraftów, tańszy od Hoegaarden, chyba najtańszy w tym zestawie. Jednak ociera się zlew. Z kolei kraftowe Curaçao zasłużenie plasuje się na podium, wyraźnie depcząc konkurencji po piętach, a tanie nie jest. Kraftowy White Dwarf i swoje kosztuje i w zlewie ląduje (odrobina poezji na co dzień). Podsumowując – jeśli mam zapłacić podobną (Hoegaarden) lub nieco niższą (Kormoran) cenę za produkt wyraźnie lepszy od tych droższych, to wiem co wybiorę. Choćby nie wiem jaką filozofię dopisać do piwnej rewolucji w Polsce.


niedziela, 24 kwietnia 2016

Czego to ludzie z pszenicy nie uwarzą



Hoegaarden (InBev) 4,9%
467. Pszeniczna Bomba (Browar Pivovaria) 5,1%
468. Rebel Pszenica Dubeltowa (Browar Sulimar) 8%
469. Po Godzinach Koźlak Pszeniczny (Browar Amber) 6,2%

Wpisy coraz rzadziej, bo i nie ma o czym za bardzo pisać. Zdolności odrzucające krajowych browarów kraftowych, jeśli człowiek szuka dobrego piwa do wypicia, są oszałamiające.

Nie dalej jak przedwczoraj, w ramach świętowania kolejnych urodzin, wybrałem się na knajpiany obchód. Trafiłem między innymi w miejsce, gdzie leją krafty. Boże drogi, co tam się działo… Najpierw gębę wykręciła Sztuczna Mgła z Bazyliszka, potem (wiem, miałem nie pić już nigdy więcej Pinty) Table Brett z Pinty sparaliżowało zdolność odczuwania czegokolwiek na dobrych parę minut. Ratunku szukałem w Bersekerze od Kingpina, w nadziei na obiecywane akcenty wrzosowe, jakąś może łagodność, może jakąś pełnię, złożoność smaku… Ni chu-chu, jak mawiają u mnie na wsi. Straszne, traumatyczne wręcz przeżycia. Pustka, kwach, dno. I wtedy pomyślałem, że może jakieś nagrodzone, fetowane piwo, może jakieś barleywine na przykład, może American Barleywine Grand Prix (wiem, znowu Pinta, niepoprawny jestem w swojej naiwności) zrobi mi wreszcie dobrze. I gdy już miałem wrażenie, że rzeczywiście jakoś tam zaczyna koić moje kubki smakowe, ze zdziwieniem skonstatowałem, że to tylko zadziwiająca ludzka zdolność do adaptacji. W porównaniu z poprzednimi wyrobami piwopodobnymi, rzeczywiście pintowe barleywine zdawało się być krainą łagodności i jakiegoś nieobecnego wszędzie wokół piwnego sensu. Ale wtedy dojrzałem na półce butelkę z charakterystycznym górnikiem na etykiecie – jest coś z Miedzianki, czego jeszcze nie piłem! I sięgnąłem po Wołka, piwo w stylu Kölsch. I stała się jasność, i Bóg wiedział, że to było dobre, i tak dalej. I znowu uwierzyłem, że jednak da się zrobić dobre piwo gdzieś na wschód od Odry i Nysy, bez zadęcia i robienia fikołków piwowarskich, które wrażenie robią już chyba tylko na najbardziej zagorzałych wyznawcach kraftowej religii.

No i nie ma o czym pisać. Bo ile można się krzywić i marudzić? Ile można czekać, aż wreszcie ktoś uwarzy smaczne, harmonijne, głębokie piwo? Ile razy można się naciąć, a jednak dalej szukać?

Tyle marudzenia. Poniższy wpis powstał co najmniej miesiąc temu, ale jakoś nie było czasu, ochoty i serca, by publikować.

Dzisiaj cztery zupełnie różne wyroby piwne, dla których podstawą jest pszenica. I to jedyne, co je łączy. Poza tym, to przedstawiciele skrajnie różnych stylów piwnych. I tak, jest u nas klasyczny, belgijski witbier Hoegaarden. Gościło już u nas parę razy, zawsze się podobało, radość podniebieniu sprawiało, więc oczekujemy, że i tym razem nie zawiedzie. A na pewno nie zawiodło Tesco, w którym dużą butelkę Hoegaarden można było nie tak dawno ściągnąć z półki za jedyne 10,49 zł. Prosto z Radomia, z tamtejszej Pivovarii przyjechała do nas Pszeniczna Bomba, klasyczny weizen. Pivovaria też jak dotąd nie zawodziła, choć w przypadku ich piw kluczowe znaczenie wydaje się mieć świeżość. Pszeniczna Bomba dotarła do nas na świeżo, więc oczekujemy czegoś dobrego. Podczas codziennych zakupów wpadła nam do koszyka buteleczka Pszenicy Dubeltowej z Browaru Sulimar – weizena o podwyższonym ekstrakcie i, co za tym idzie, wyższej zawartości alkoholu. Na koniec, wreszcie udało się dopaść kolejną edycję serii Po Godzinach z bardzo przez nas szanowanego Browaru Amber, a mianowicie Koźlak Pszeniczny.

Hoegaarden – jak na białe piwo przystało – jest bardzo jasne. Podczas nalewania do szklanki pokryło się obfitą, gęstą, śnieżnobiałą pianą. Drugie w konkurencji na obfitość piany jest Rebel Pszenica Dubeltowa. Przy tym jest mętne, wygląda jak klasyczny weizen. Koźlak Pszeniczny z Browaru Amber jest również wyraźnie mętne, piana na jego powierzchni jest lekko beżowa, nieco mniej obfita i mniej trwała niż na Rebelu i Hoegaarden. Barwa tego koźlaka jest ciemnobursztynowa, dość wyraźnie wpadająca w odcienie czerwieni. Dość sporym rozczarowaniem, przynajmniej wizualnie, jest Pszeniczna Bomba z Pivovarii, na której piana niemal nie zaistniała, a ta odrobina, która się wytworzyła, zniknęła niemal bez śladu zanim dokończyłem nalewanie pozostałych piw. Jest nieco ciemniejsze od Rebela, raczej herbaciane, wyraźnie mniej mętne. Zobaczmy co są warte w aromacie i na podniebieniu.

Hoegaarden Witbier (11,7 Blg) – w aromacie banany, melon, cytrusy, nutka miodu, lekka kwiatowość, odrobina gruszki, goździki, nieco kolendry. Aromat przyjemny, dobrze znany, nie zawodzi. Po paru chwilach jednak aromat ucieka, wietrzeje. Chciałoby się powiedzieć – subtelnieje, ale on po prostu zanika. W smaku jest lekkie i rześkie. Akcenty cytrusów, lekka drożdżowość, różana konfitura, odrobina tych bananów z aromatu, melon miodowy, delikatne nutki goździków. Bardzo przyjemne, świetnie ułożone piwo. Wymarzone do gaszenia pragnienia w letnie upały. Dobrze, że właśnie zaczyna się wiosna – do tych upałów już niedługo.

Pszeniczna Bomba (12,5 Blg, niefiltrowane, pasteryzowane) – w aromacie czarna herbata, odrobina naftaliny, trochę bananów. Aromat mało złożony, lekki, dość rozczarowujący. Nieznaczny akcent drożdżowego ciasta. W smaku jest bardzo lekkie, żeby nie powiedzieć wręcz wodniste, z akcentami bananów, drożdży, słodu pszenicznego, z odrobiną orzechów laskowych, szczyptą kawy, nutką karmelu. W smaku nadrabia dzielnie wszystkie braki z aromatu – ładnie poukładane, harmonijne piwo pszeniczne. Jego podstawową wadą jest stanowczo zbyt niskie wysycenie. Po paru chwilach spędzonych w szklance piwo prawie nie ma już gazu, a szkoda, bo dopóki go miało, smakowało całkiem przyzwoicie. A tak, wyszedł napój karmelowo-drożdżowy.

Rebel Pszenica Dubeltowa (18,1 Blg) – w aromacie wyraźny banan i melon, biała czekolada, kwiaty bzu – co byłoby bardzo przyjemne, gdyby nie bardzo wyraźnie przebijająca alkoholowość, która wraz ze wzrostem temperatury piwa robi się coraz mniej przyjemna. W smaku wyraźnie bardziej ciężkie od poprzedniczek, nieco zmulone, owocowo słodkie, głównie dojrzały, ciężki banan, skórka chleba, lekka kwaskowość. Jest stanowczo zbyt mało wyraziste, akcenty smakowe są ciężkie, zawiesiste. No i ten alkohol – duży minus całego doświadczenia.

Po Godzinach Koźlak Pszeniczny (15,1 Blg) pachnie gorgonzolą, trawą i ziołami, spod tego wszystkie nieśmiało pokazują głowę akcenty typowe dla pszenicy, a więc banany i melon. Aromat bardzo szybko wietrzeje i staje się dość nijaki. A właściwie zaczyna pachnieć jak niepierwszej czystości rzeczka po przepłynięciu przez wieś, w której szamba albo się rzadko opróżnia, albo na pytanie o szambo pyta się co to właściwie jest szambo. Nieprzyjemnie. W smaku jest lekkie, dość rześkie, jednak bardzo płaskie. Nieco słodka, kwaskowata owocowość (cierpkie jabłka) zmaga się z brudną, nieprzyjemną goryczką – jakby w tych cierpkich jabłkach przegryźć pestki – i za chwilę go nie ma. Piwo krótkie byłoby najlepszym jego określeniem. Tak, jest tam odrobina drożdży, jest troszkę ciemnego, palonego słodu, ale to wszystko ma tylko parę sekund na zaistnienie na podniebieniu, po czym rozmywa się w niebycie. Rozczarowanie.

Wygląda na to, że od samego początku, jeszcze do zdjęcia, piwka dzisiejsze same ustawiły się w końcowy ranking. Nie ma najmniejszej wątpliwości po które piwo sięgnęlibyśmy chętnie po raz drugi i w jakiej kolejności sięgalibyśmy po kolejne. No i nie pierwszy raz Hoegaarden staje na szczycie podium. Nie pierwszy raz Po Godzinach z browaru Amber rozczarowuje, a szkoda, bo przecież stała oferta tego browaru nie ma sobie równych na polskim rynku.

1. Hoegaarden
2. Pszeniczna Bomba
3. Rebel Pszenica Dubeltowa
4. Po Godzinach Koźlak Pszeniczny



wtorek, 20 października 2015

Belgijska biel pszeniczna, czyli jak wypaść blado



285. Wrężel Double Witbier (Browar Wrężel) 5,9%
286. Steenbrugge (Brouwerij Palm) 5%
Hoeagaarden (Inbev Belgium) 4,9%
287. Blady Witek (Reden) 4,8%

Dzisiaj na biało. Na biało po belgijsku, czyli na wit. Jedna z sieci sklepów zapewniła nam dostęp za rozsądne pieniądze do dwóch belgijskich witów, pewien sklepik w Świdnicy zapewnił nam dostęp – za nieco mniej rozsądne pieniądze, bądźmy szczerzy – do dwóch polskich, kraftowych wariacji na ten temat, więc grzechem byłoby nie wykorzystać okazji. Wykorzystaliśmy więc. Niecnie, z pełną premedytacją. Na stole dzisiaj zawitały u nas dwa belgijskie piwa i dwa polskie, wszystkie w stylu belgijski witbier. Belgię reprezentują dziś Steenbrugge z browaru Brouwerij Palm (tego samego, co robi piwo Palm), Hoegaarden, podobno wzorzec stylu, oraz dwa polskie piwa – Wrężel Double Witbier z browaru kontraktowego Wrężel i Blady Witek z browaru kontraktowego Reden.

Po przelaniu do szklanek okazało się, że piana na wszystkich wszystkich czterech jest wzorcowa. Obfita, naturalna, trwała. Najbardziej intensywna na Bladym Witku, najmniejsza na Wrężelu. Każda zostawia przyjemnie wyglądające esy-floresy na ściankach szklanek. Jeśli chodzi o barwę, to wszystkie wyglądają mniej więcej tak samo – mętne, słomkowe. Wrężel jest o odcień ciemniejsze od pozostałych. Popróbujmy.

Wrężel Double Witbier (16,5 Blg, IBU 28, pasteryzowane, niefiltrowane) ma w aromacie przede wszystkim gnijące cytrusy, skórkę z limonki, goryczkę curacao. Aromat jest średnio wyrazisty i raczej płaski, monotonny. Po chwili wychodzą również nutki świeżego, wilgotnego, domowego biszkopta. W smaku jest pełne, cytrusowo-ziołowe, lekko kwaskowe. Pojawiają się akcenty alkoholowe. Nutki ziołowe jakoś nie bardzo chcą współgrać z cytrusowo-pszeniczną resztą i powodują uczucie nieprzyjemnej, zawilgotniałej ciężkości. Generalnie, mało przyjemne. Po jakimś czasie, wraz ze wzrostem temperatury, smak zaczynają dominować gorzkie, ziołowe akcenty. Ziołowa gorycz staje się wszechobecna i bardzo nieprzyjemna. Aromat zaczyna przypominać zapach podkoszulka kombajnisty po całym dniu pracy w okresie żniwnym.

Steebrugge (refermentowane w butelce) pachnie ciepłymi, dojrzałymi pomarańczami oraz kolendrą. W sumie wychodzi ni to visolvit, ni to gazowany napój brzoskwiniowy. Generalnie, aromat jest dość mdły, mało w nim życia, którego spodziewaliśmy się po belgijskim witbierze. Po chwili jednak dziwne i nieprzyjemne akcenty uciekają. Pojawiają się nutki kandyzowanej skórki pomarańczy i brzoskwini. Aromat robi się pełny, wyrazisty, niezwykle przyjemny. W smaku jest raczej wytrawne, z akcentami pomarańczowymi i słodkich grapefruitów, na przyjemnej bazie pszenicznej, po chwili pojawia się akcent brzoskwiniowy, który z czasem przejmuje panowanie nad podniebieniem, po czym, zupełnie na koniec, pojawia się leciutki akcent goryczki. Niezwykle przyjemne doznanie.

Hoegaarden pachnie cytrusami (słodki grapefruit, pomelo) i ziołami, w tym oczywiście kolendrą. Całość harmonijna, zrównoważona, przyjemna. Smak jest lekki, nieco kwaskowaty, nieco cytrusowy, po chwili wyraźnie pszeniczny, delikatnie ziołowy. Świeży i orzeźwiający. Całość poukładana wręcz wzorcowo.

Blady Witek (12 Blg, IBU 15, niepasteryzowane, niefiltrowane) ma w aromacie coś pośredniego między pastą do podłóg a wnętrzem sklepu zielarskiego. Idąc na kompromis – pachnie wnętrzem sklepu zielarskiego na krótko po pastowaniu podłogi. Trochę zwietrzałej mięty. Jednak trudno szukać w nim wyrazistości któregoś z wymienionych aromatów – jest raczej mdły, mętny, chaotyczny. Po paru chwilach robi się z tego aromat kredek świecowych – płaski, mdły, nieprzyjemny. W smaku dominują zioła – i nie jest to tylko kolendra. Jest tu i kminek, i majeranek i jeszcze parę innych. Gdy już podniebienie się z nim oswoi, na jaw wychodzi brudny smak pszenicznej bazy i parę cytrusowych akcentów – jakby podgniwające już zboże pokropiono napojem o smaku pomarańczowo-grapefruitowym. Takim najgorszej jakości, w pełni syntetycznym. Plus gotowany korzeń pietruszki, a nawet seler. Nieprzyjemność pierwszej wody.

Koniec końców, trzeba by je jakoś poustawiać. Nie da się ukryć, że polskie krafty przegrały sromotnie tę batalię. Oj tam, żadnej batalii tak naprawdę nie było – belgijskie piwa przeszły po polu zapowiadanej bitwy, zdeptały je i nawet nie zauważyły, że coś nieprzyjemnego im się do podeszew butów przykleiło. Wygrywa Hoegaarden, tuż za nim Steenbrugge. Chciałoby się powiedzieć, że w tej konkurencji nie przyznano miejsc od trzeciego do dziesiątego, a dopiero potem pojawiły się krafciaki. Takich numerów jednak robić nie będziemy, więc na trzecim miejscu plasuje się Wrężel, a stawkę zamyka Blady Witek. Werdykt jest znowu jednogłośny.


wtorek, 21 lipca 2015

Pszeniczna piątka

02/05/2015

15. Pszeniczniak (browar Amber) 5,2% 
16. Viva la Wita (Pinta) 5,7% 
17. Żywiec Białe 4,9% 
18. Erdinger Weissbier 5,3% 
19. Hoegaarden 4,9% 

Dzisiaj do szklanek powędrowały piwa pszeniczne. Jeśli piwo oceniać po jakości, wielkości i trwałości piany, to zdecydowanie wygrywa Pszeniczniak, na drugim miejscu jest Edringer, potem Hoegaarden, Żywiec Białe i Viva la wita. Na tym ostatnim prawie piany nie było, co jest dość nietypowe dla piw pszenicznych – zwykle raczej ciężko je nalać do szklanki za jednym razem, nie czekając aż piana opadnie.

Pierwsze łyki i pierwsze wrażenia. Pszeniczniak – pełny, głęboki smak pszenicznego piwa, delikatne cytrusy, owocowa i drożdżowa słodycz. Ładnie, przyjemnie, bez zastrzeżeń. Viva la Wita – zapach jak ze stoiska z cytrusami w miejscowym warzywniaku: grejpfruty, czerwone grejpfruty, pomelosy. Gorycz błonek grejpfrutowych – mało przyjemna, wręcz przykra. Trudno doszukać się śladów nutek smakowych charakterystycznych dla piw pszenicznych (poza cytrusami). Dziwnie, jeszcze nie wiem czy mi się podoba, czy nie. Żywiec Białe – pozbawiona smaku, mętna woda, nieśmiałe, bardzo odległe nutki owocowe, ziołowe. Słabo. Erdinger Weissbier – znowu dobrze. Pełne smaku, głębokie piwo pszeniczne. Mniej nachalne są tu drożdże i cytrusy. Owocowa słodycz – ciepłe, dojrzałe owoce: brzoskwinie, może mandarynki. Hoegaarden – nareszcie lekkość i orzeźwienie, jakiego oczekuję od piwa pszenicznego. Akcenty smakowe podobne, jak u poprzedników, ale jakoś chyba tutaj staranniej poukładane, bardziej wyważone.

Łykamy sobie raz po raz – to jedno, to drugie, smakujemy, porównujemy (tak jak, zwykle jest nas liczba mnoga), pojawiają się faworyci, pojawiają się sugestie przegranych. Zwycięzca jest tylko jeden – Hoegaarden. Tu nie ma wątpliwości. Na drugim miejscu jest Pszeniczniak. Tu też nie ma wątpliwości, ani rozbieżności. Trzecie miejsce to Erdinger, znowu jednogłośnie. Jeśli chodzi o dwa ostatnie miejsca, historia z degustacji lagerów znowu się powtarza – jedno z nas twierdzi, że czwórką jest Viva la Wita, drugie, że Żywiec Białe. I znowu postanowiliśmy nie skakać sobie w tej sprawie do oczu. Tradycyjny już protokół rozbieżności.