Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wrężel. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wrężel. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 6 grudnia 2015

Assorted IPA



369. Wrężel East Coast IPA (Browar Wrężel) 6,8%
370. Brok IPA (Van Pur) 6%
371. Piotrek z Bagien Black IPA (Browar Rzemieślniczy Jan Olbracht) 6%
372. Frankenstein (Browar Rebelia) 6,1%
373. Lost Weekend Rye India Black Ale (Browar Raduga) 6,5%

To już chyba ostatnie butelki IPA zalegające w naszej piwnicy. Chyba że ku własnemu przerażeniu odkryję jeszcze ze dwa kartony jakiejś Pinty, Redena, czy Kraftwerku w trakcie przedświątecznych porządków. Sama myśl jest tak paraliżująca, że natychmiast postanawiam kontynuować wieloletnią tradycję i w tym roku również nie sprzątać w piwnicy. Tak czy inaczej, wymiatanie zapasów oznacza różne odmiany, różne wcielenia gatunku India Pale Ale obok siebie na naszym stole.

I tak, do szklanek nalewam dziś East Coast IPA z Browaru Wrężel, przedziwne India Pale Ale rzucone ostatnio na rynek przez Van Pur, czyli Brok IPA, kolejnego Piotrka z Bagien z Browaru Rzemieślniczego Jan Olbracht – tym razem jest to Black IPA. Ciekawi nas bardzo Frankenstein z browaru Rebelia w Ząbkowicach Śląskich. Tradycyjnie kibicujemy lokalnym, dolnośląskim inicjatywom, a więc i Rebelii. Z drugiej strony, nie darzymy zbyt wielką estymą browarów kontraktowych, więc jakieś rozdarcie wewnętrzne nam się kroi. Pal go sześć, niech się broni samo piwo. Wiele obiecujemy sobie po kolejnym piwie pochodzącym z Browaru Raduga (też kontraktowiec wszak!), który jeszcze chyba nigdy jakoś boleśnie nas nie zawiódł. Nawet jak ładował w swoje piwo tzw. nowofalowe chmiele.

Przy okazji, być może nie wszyscy wiedzą, że Ząbkowice Śląskie, z których pochodzi Rebelia, to po niemiecku (a przecież jeszcze do 1945 roku było to niemieckie miasteczko) właśnie Frankenstein. Pewno stąd inspiracja nazwy piwa ząbkowickich rebeliantów. To tak gwoli wyjaśnienia, oświecenia, wymądrzania się. Z grafomańskich efektów twórczości literackiej chłopaków z Ząbkowic nie będę się nabijał. No nie będę. Jeśli mogę coś poradzić, to następnym razem skonsultujcie tekst z kimś, kto ma choć trochę ogłady literackiej i zna zasady ortografii i interpunkcji. A może wczytajcie się w dzieła owych dawnych kronikarzy, z których zapisków udało Wam się „odnaleźć ów przepis, dzięki któremu pijesz owy trunek.”

Nalane do szklanek, Lost Weekend i Piotrek z Bagien są bardzo ciemne, niemal czarne. Zgodnie z deklaracją. Frankenstein ma barwę ciemnego bursztynu i jest ewidentnie niefiltrowane, mętne. Brok jest jasnobursztynowe, a Wrężel – najjaśniejsze w zestawie, ciemnosłomkowe.

Piana wszędzie poprawna, naturalna. Najmniej trwała i z największą ilością średnich pęcherzyków na Frankensteinie, najbardziej obfita i trwała na Wrężelu. Poza dwoma ciemnymi piwami (Lost Weekend i Piotrek z Bagien), gdzie jest ona barwy beżowej, piana jest biała, a w najlepszym razie barwy delikatnego ecru.

Wrężel East Coast IPA (16,5 Blg, IBU 70, pasteryzowane, niefiltrowane, warzone w Browarze Zarzecze) pachnie przede wszystkim cytrusami, przez które przebija się słód i karmel. Są tam też owoce tropikalne (jakieś mango?), lekka żywica. Truskawki z kompotu. Jak na IPA, aromat jest łagodny, ułożony i przyjemny. W smaku na pierwszym planie intensywna grapefruitowa goryczka, która początkowo przesłania wszystko i na chwilę paraliżuje kubki smakowe. Jak już chłopaki dojdą do siebie, zaczynają dostrzegać trochę więcej – jest tam trochę słodu, są owoce – znowu te truskawki, trochę kandyzowanych owoców tropikalnych. Co z tego, jeśli żywiczno-grapefruitowa gorycz (już nie goryczka) zalega na podniebieniu i z każdym łykiem coraz bardziej przeszkadza cieszyć się smakiem piwa. Jezus, Maria, wywar z chmielu sobie zgotujcie i pijcie do woli, natomiast przed warzeniem piwa sprawdźcie w słowniku znaczenie słowa „umiar”, panowie piwowarzy. Koniec końców, obrzydliwe piwo. Na pewno nie zostanie dopite do końca.

Brok IPA (13,7 Blg, pasteryzowane) aromat ma zdecydowanie mniej intensywny, mniej wyrazisty niż Wrężel. I całe szczęście, bo w nim jakaś mdła rabatka kwiatowa, jakieś bagienko, jest trochę stęchłego słodu, coś próbują robić chmiele, ale też chyba zdążyły zwietrzeć zanim trafiły do tego piwa. I jakaś sałatka warzywna minus majonez. Głównie bezlitośnie rozgotowana marchewka. Aromatyczna kicha. A co z jego smakiem? Po przechmielonym Wrężelu, zupełnie bezpłciowe Brok IPA smakuje jak ambrozja. Ale tylko pierwszy łyk, tylko spłukanie tamtego świństwa sprawia jakąkolwiek radość w tym kolejnym produkcie piwopodobnym dzisiejszego wieczoru. Już na drugi łyk, w smaku jest to samo, co w aromacie – jakieś zwietrzałe słody (tego akurat jest sporo), nieprzyjemny karmel, zero życia, zero radości. Wielkie nic. Szklanka wręcz krzyczy do mnie: „Nie pij ze mnie więcej!” Ręka omdlewa gdy ją po nie wyciągam. Zatoki nosowe zalewają się płynem, który tylko Nasodren mógłby usunąć (a Nasodrenu jak na lekarstwo), i nie pozwalają brukać powonienia tym czymś. Jezu, niech ktoś wreszcie zrobi dobre piwo! Marne szanse by tym kimś był Van Pur. Dyskwalifikacja.

Piotrek z Bagien Black IPA (15 Blg, pasteryzowane, niefiltrowane) w aromacie ma przede wszystkim nutki żywiczne, taką świeżą żywicę sosnowa, grapefruit, palony słód, generalnie spalenizna, lukrecja, kandyzowane owoce tropikalne. Pachnie harmonijnie, przyjemnie, wielowarstwowo. Zapowiada się ciekawie. Smak jest pełny, początkowo przyjemny, obiecujący. Akcenty palonego słodu, kawy, gorzkiej czekolady, lukrecji. I co? I to wszystko? Ach nie, jest jeszcze grapefruitowa goryczka, błąkająca się po podniebieniu trochę bez pomysłu na siebie i bez ochoty na twórczą interakcję z pozostałymi akcentami. W pewnym momencie, tylko na chwilę, walnęło jodyną. Kurcze, słabo, kiepsko, nieprzyjemnie. Na koniec zwyczajnie cierpko. Aż strach pomyśleć jaka była konkurencja na tym poznańskim konkursie nie tak dawno, gdzie zdobyło ono brązowy medal…

Frankenstein (15 Blg, IBU 80, pasteryzowane, niefiltrowane, warzone w Browarach Regionalnych Wąsosz) pachnie słodowo, ciężko, karmelowo. Cytrusowo-żywiczne akcenty chmielu nie dominują, jak można by się spodziewać po IBU 80, ale też jakoś nie potrafią się wkomponować w całość. Nie, nie ma tu poszukiwanej przeze mnie harmonii, ładu. Jest chaotycznie narzucana paleta akcentów, z których żaden nie wie po co się tu znalazł i dlaczego akurat w tym towarzystwie. I z żadnym z pozostałych nie jest mu po drodze. Słabo, choć bywało gorzej. W smaku jest karmelowo. Ciężko karmelowo. Aż trudno się domyślić, że ta słodycz do zasługa słodu. Czy też słodów. Zbożowości tu jak na lekarstwo. Na ten karmel nakłada się żywiczno-grapefruitowa goryczka. I już, po zabawie. No dobra, jakieś owoce, jakby marmolada wieloowocowa. Słodycz – i karmel i owoce – robi się dość szybko klejąca, siedzi z tyłu podniebienia, a po niej skaczą te grapefruity i żywica. No naprawdę… Chciałoby się wreszcie zachwycić którymś, a tu ni cholery, nie dzisiaj, kolego. OK, jest to piwo, które nie odstrasza, nie jest to nawet piwo, o którym chciałoby się szybko zapomnieć. Ale pamiętać o nim też się nie chce. Bo i po co?

Lost Weekend Rye India Black Ale (IBU 70, pasteryzowane, niefiltrowane, warzone w PPHU Jamard Marianna Kacprzak) ma w aromacie słód, karmel, czekoladę, żywicę, kawę rozpuszczalną, melasę, cytrusy grapefruitopodobne. Aromat jest intensywny, obiecująco poukładany. W smaku jest żyto, jest spalenizna, jest  żywica, jest gorzka czekolada. I kawa. I to wszystko jest gorzkie. I to wszystko wcale nie chce być przyjemnie gorzkie. Jest po prostu gorzkie. Ostatnim wysiłkiem woli doszukać się można jakiegoś słodu, jakiejś przyzwoitej bazy smakowej. Kolejne piwo biorące udział w wyścigu o wysokie IBU, o zniszczenie kubków smakowych piwoszy, o tanie wrażenie, niską satysfakcję. Nie podoba mi się. O, Buddo (czas najwyższy chyba bóstwo zmienić w wykrzyknikach), nie ma dzisiaj nic, co by zrobiło dobre wrażenie. Jak tu żyć?

Trzeba by je jakoś ustawić w kolejności, wykazać się umiejętnością oceny… Co oznacza, że muszę wziąć jeszcze co najmniej po jednym łyku. The nightmare continues… Dobra, będę dzielny. Przy wszystkich zastrzeżeniach, o których wyżej, wygrywa Frankenstein. Na drugim plasuje się Piotrek z Bagien. Trzecie jest Wrężel East Coast IPA. Poza podium ląduje Lost Weekend – to chyba pierwsza u nas tak niska pozycja piwa z browaru Raduga, pierwsze spore rozczarowanie. Brok IPA w ogóle nie kwalifikuje się do jakiejkolwiek oceny. Dzisiaj żadnych protokołów rozbieżności, żadnych sporów.


czwartek, 3 grudnia 2015

Stout co się zowie - chyba jeszcze nie dzisiaj...



361. Stout Cieszyński (Browar Zamkowy Cieszyn) 6,2%
362. HedgeHog Stout (Browar Kraftwerk) 5,1%
363. Brok Extra Stout (Van Pur) 6,5%
364. Wrężel Stout Owsiany (Wrężel) 5,5%
365. Night Wolf Whisky Stout (Browar Szpunt) 5,9%

Po krótkiej przerwie spowodowanej skupieniem się na innych, nieco bardziej szlachetnych – a już zdecydowanie na pewno droższych – napitkach, Piwkowie wracają by w dalszym ciągu niestrudzenie poszukiwać czegoś, co da się wypić, a jest dostępne tu i ówdzie, w okolicach zasięgu ręki. A żeby zmiana z tamtego na to nie spowodowała zbyt wielkiego szoku, dzisiejszy zestaw zbudowany został wokół Night Wolf Whisky Stout z Browaru Szpunt. Jak się dowiedziałem od samych piwowarów, związek tego piwa z whisky jest dość luźny, bo polega na wykorzystaniu w zasypie pewnej części słodu jęczmiennego poddanego procesowi suszenia nad dymem torfowym, jak to się robi w przypadku whisky. Wydaje mi się jednak, że słowo „whisky” użyte jest tutaj trochę na wyrost i służyć ma jedynie jako swego rodzaju chwyt marketingowy. Równie dobrze można by każdy napój robiony na bazie wody nazwać podobnie. Wszak whisky – ta prawdziwa, ze Szkocji, destylowana i leżakowana w dębowych beczkach – robiona jest w dużej mierze właśnie z wody. Zresztą, żeby już się nie wyzłośliwiać po próżnicy, wypiłem w życiu kilka whisky, wypiłem trochę piwa. Naprawdę. Wypiłem też trochę piwa, które w ten czy inny sposób było wytwarzane gdzieś obok whisky, np. dojrzewało w dębowych beczkach, które wcześniej służyły do maturacji szkockiej wódy na myszach. Ba, piłem – i to właściwie niemało, jakby zebrać wszystko do kupy – piwo, które za chwilę miało zostać poddane destylacji, by stworzyć to, z czego ostatecznie miała powstać whisky. Tak, prosto z kadzi fermentacyjnej w destylarni. I z tych wszystkich doświadczeń wynika mi niezbicie, że zestawienie piwa i whisky nigdy nie wychodzi dobrze. Piwo robi się z innego gatunku jęczmienia, do fermentacji używa innych drożdży, inaczej prowadzi się fermentację, inne efekty stawia się sobie za cel. I zestawienie piwnej charakterystyki aromatyczno-smakowej z tą łiskową to trochę tak, jak założyć na siebie ubrania w dwóch gryzących się odcieniach tego samego koloru. Tak, dla przykładu, cynobrowy płaszcz i karmazynowy kapelusz. Niby i jedno i drugie jest odcieniem czerwieni, ale za cholerę do siebie nie chcą pasować. Niby i piwo i whisky robi się z wody, jęczmienia i drożdży, ale gryzą się gdy je zestawić ze sobą.

Tak czy inaczej, trudno wyrokować zanim człowiek dzioba w tym nocnym wilku nie umoczy. A żeby było równie ciemno, równie stoutowo, do wilczego towarzystwa dorzuciliśmy Stout Cieszyński z Browaru Zamkowego w Cieszynie, kolejny wynalazek Browaru Kraftwerk (warzony w Wąsoszu), mianowicie stout z serii HedgeHog. Sądząc po buńczucznych tekstach na jego etykiecie, jeśli nie piłeś HedgeHoga, nie wiesz jak smakuje piwo. Ja nie piłem jeszcze, więc chętnie się przekonam. Do tego – w ramach eksperymentu – jedna z nowych propozycji Van Pur, czyli Brok Extra Stout. Spójrzmy prawdzie w oczy, tutaj nie spodziewamy się wiele dobrego. Ale chętnie damy się pozytywnie zaskoczyć. No i na koniec Stout Owsiany z Browaru Wrężel, który miewa u nas – browar, nie stout – wzloty i upadki, więc zupełnie nie wiadomo czego się spodziewać. Nalejmy, spróbujmy…

Jeśli chodzi o pianę, to prawie nie było jej na Wrężelu, błyskawicznie zniknęła na Broku i HedgeHogu. Dość przyzwoicie trzymała się (ciemnobeżowa w barwie) na Stoucie Cieszyńskim, a najtrwalsza była na Night Wolfie (jasnobeżowa). Bąbelki osadzające się od wewnątrz na ściankach szklanki z HedgeHogiem nasuwają raczej skojarzenia z coca-colą, a nie z piwem, ale nic to, w dalszym ciągu staramy się unikać uprzedzeń. Wąchamy, pijemy…

Stout Cieszyński (14 Blg, pasteryzowane) w aromacie ma gorzką czekoladę, krem czekoladowo-kawowy do smarowania pieczywa, lekki akcent miodowy, palony słód, karmel. Z czasem uwypukla się aromat zboża, pojawia się akcent ciemnego chleba, wręcz pumpernikla. W smaku jest kawowo, lekko kwaskowo. Taka dobra, mocna kawa zalewajka, parzona przez dziadka. Na koniec pojawia się goryczka, która jest tu dość ładnie ułożona, nie tłumi niczego, nie dominuje.

HedgeHog Stout (11 Blg, IBU 25, pasteryzowane, niefiltrowane, warzone w Browarach Regionalnych Wąsosz) pachnie mokrymi liśćmi jesienią, kawą, czekoladą, aromat jednak jest bardzo niemrawy, mdły, popłuczynowy. Z czasem… nie dzieje się nic nowego. Jest może jeszcze bardziej płasko i mdło. Pierwszy łyk HedgeHoga sprawia, że człowiek żałuje, że w ogóle sięgnął po to piwo. Smakuje to jak woda, którą spłukano szklankę po kawie – taką w peerelowskiej kawiarni – a zupełnie przypadkiem pani, która poprzednio piła z tej szklanki, zostawiła na jej brzegu resztki pomadki do ust o smaku grapefruitowym. Byłby to mniej więcej poziom siły i wyrazistości akcentów smakowych tego czegoś. Gdzieś na finiszu znaleźć jeszcze można akcenty skorupek na spalonych w ognisku ziemniakach. To chyba robi tu za goryczkę. Poza tą pomadką grapefruitową. Na koniec cytat z etykiety: „Piwa HedgeHog to gwarancja ostrych doznań. Zawsze najeżone głębią smaków i aromatów (…)”. Tego właściwie nie chce się nawet komentować. Bo co tu można powiedzieć? Jak pomyślę, że ciągle w piwnicy stoją jeszcze ze cztery piwa firmowane przez Browar Kraftwerk…

Brok Extra Stout (15,1 Blg, pasteryzowane) pachnie jak zawartość pieluszki półrocznego niemowlęcia (a wiemy co mówimy, akurat to doznanie olfaktoryczne ciągle jest świeże w naszej pamięci). I już. Ostre nuty mleka przepuszczonego przez układ trawienny niemowlęcia zabijają wszystko inne, co tam ewentualnie mogło się przytrafić. Kiedy już, po paru chwilach, kupka dziecięca wyparowała, okazało się, że nie przesłaniała niczego. Brok nie pachnie. Chyba, że wszystkie cudowne aromaty uleciały wraz z zawartością pampersa. W smaku jest to jakiś karmelowy napój typu garaż-cola – słodko-kwaśny, bez głębszego wyrazu i bez treści. Chyba, że tak właśnie smakuje zawartość tej pieluszki, ale tego doświadczenia niestety nie mamy. Słodycz jest kleista i zalegająca. Gdzieś tam próbuje coś zadziałać jakaś astmatyczna goryczka, ale ani ona piękna, ani skuteczna. Obrzydlistwo pierwszej wody, czego jakoś nie chce zmienić zapewnienie z etykiety, że piwo ma „excellent taste”, że jest to „premium quality beer”, oraz że uwarzono je zgodnie ze „special recipe”.

Wrężel Stout Owsiany (14 Blg, IBU 30, pasteryzowane, niefiltrowane) ma w aromacie czystą, szlachetną kawę, palony słód, Coca-Colę, a przynajmniej taki karmel, jaki wykorzystuje się do produkcji najpopularniejszego napoju świata. No i płatki owsiane, rzecz jasna.  Aromat przyjemny, elegancko ułożony. W smaku jest również kawowo-czekoladowo plus nutki owsiane. Lekko, delikatnie, gładko, kremowo. Goryczka atakuje od samego początku, ale nie ma za bardzo czego tam kontrować, bo całość jest stosunkowo wytrawna i lekka. Niewiele dzieje się na podniebieniu, niestety, ale nie ma też specjalnie na co narzekać. Piwo harmonijne, przyjemne.

Night Wolf Whisky Stout (14,9 Blg, IBU 40, pasteryzowane, niefiltrowane, warzone w Browarze Koreb) – wnętrze stadniny koni – zespół akcentów zużytego siana, świeżego owsa, spoconej sierści końskiej, skórzanej uprzęży, uleżałych, nieco skwaśniałych i zwietrzałych końskich pączków. Plus odrobina kamfory, kredek świecowych, zszarzałej od międolenia plasteliny. Nie wiem jeszcze czy ten aromat – zdecydowanie niemający niczego wspólnego z whisky – podoba mi się, czy nie. Jest bardzo nietypowy, a kolejne odsłony Night Wolfa pokażą czy na plus, czy na minus. Tak czy owak, jest to przedziwne zjawisko. Obojętnie przejść obok się nie da. Po paru chwilach pojawia się nieśmiały akcent kawy. W smaku pełne, owsiane, kawowo-mleczne. A kawa (ta z mlekiem) jest zbożowa. Bardzo gładkie, delikatne. Lekko kwaskowe, choć przede wszystkim słodkie. Akcenty zboża, terpentyny. Jest wreszcie ten poszukiwany od samego początku dym torfowy – podobne akcenty znaleźć można w whisky z wyspy Islay, a komu zdarzyło się żuć suszony nad dymem torfowym słód jęczmienny, tego smaku nie zapomni do końca życia. Pojawia się tylko pytanie czy te akcenty mają co robić akurat w piwie. Moim zdaniem niekoniecznie, ale tu pewno będzie tyle opinii, ilu opiniodawców.

Tradycyjny ranking wygrywa dziś u mnie Night Wolf. Mimo wszystkich zastrzeżeń. Może za odwołanie do torfowych sentymentów, może za to, że ma najwięcej do zaoferowania, może za swoje udziwnienie. Żeby nie było, że jestem taka konserwa. Warto go spróbować, niezależnie od werdyktu. Na drugim miejscu plasuje się Wrężel, a brąz przypada Cieszyńskiemu. HedgeHog i Brok prezentują bardzo podobny poziom pomyjkowatości, przy czym szala odrazy przechyla się nieznacznie w stronę Broka. Tak więc, na czwartym jest HedgeHog, na piątym Brok. I apel wewnętrzny do samego siebie, by już nigdy nie kupować Kraftwerka. Wykończyć jak najszybciej to, co stoi jeszcze w piwnicy i zapomnieć o ich istnieniu.

Konsultacja ocen z najlepszą z degustacyjnych towarzyszek przebiega według znanego już wzorca – ranking jest z grubsza taki sam, tylko jedno piwo przesuwa się w rankingu w tę czy tamtą stronę. Dzisiaj u konkurencji wygrywa Wrężel, drugie jest Cieszyńskie, a trzeci Night Wolf. Miejsca HedgeHoga i Broka – bez zmian. I to błagalne spojrzenie – napijmy się wreszcie dobrego piwa…



wtorek, 17 listopada 2015

IPA niejedno ma imię



334. Permon India Pale Ale (Pivovar Permon) 5,8%
335. Maorys Żytnie IPA (Browar Wielkopolski w Bojanowie) 5,5%
336. Nosferatu Black IPA (Raduga) 5,7%
337. Maxim Session India Pale Ale (Kraftwerk) 5,2%
338. Wrężel Simcoe Single Hop IPA (Wrężel) 7%

Niestrudzenie poszukujemy. W najbardziej zepsutej przez polskich domorosłych piwowarów kategorii, India Pale Ale, poszukujemy piwa, które da się wypić z przyjemnością. A przynajmniej bez obrzydzenia i odruchu szukania zlewu. Jak dotąd, udało się nam znaleźć co najwyżej kilka takich. Z reguły w tej kategorii mamy do czynienia z piwami, w których przeładowane, kiepsko zestawione, pewno też słabej jakości amerykańskie chmiele nie pozostawiają miejsca jakimkolwiek innym doznaniom aromatyczno-smakowym, a w najlepszym razie skutecznie je spychają na dalszy plan i psują radość smakowania piwa. Niestety, jesteśmy w mniejszości. Ich twórcy wkrótce znów pojawią się na kolejnym festiwalu piwa, poklepią się po plecach z twórcami równie obrzydliwych piwotworów, odtrąbią premierę czegoś nowego, będą koszulki, szklanki, otwieracze, rewolucyjni blogerzy się zachwycą, nagrody zostaną przyznane. I tylko nie wiadomo dlaczego coraz częściej słyszy się wśród piwoszy – nieśmiałe, póki co, ale jednak – przebąkiwania o tym, jak to fajnie byłoby napić się piwa, w którym będzie coś więcej niż tylko grapefruitowa gorycz. Widać piwna rewolucja jeszcze nie wyrosła z jednoczęściowych śpioszków i ciągle robi pod siebie, licząc na niewyczerpaną cierpliwość konsumentów.

Dość marudzenia. Kto wie, może dzisiaj, może właśnie w tej chwili stoi przede mną co najmniej jedno dobre piwo w stylu IPA. Kto wie…

A co przede mną konkretnie? Pięć różnych wariacji na temat stylu IPA. Mamy czeską wersję IPA. A że pochodzi z browaru Permon, to jest to klasyczna PIPA. Żytnie IPA o wdzięcznej nazwie Maorys (wszak oni tam - Maorysi, znaczy - nic innego nie piją, tylko żytnie IPA) z browaru w Bojanowie. Uważny czytelnik zauważył być może, że złamałem tu jedną ze swoich zasad, ale co tam, przychodzi kiedyś czas zapominania win, wybaczania błędów. No i taki czas właśnie nieśmiało puka do naszych drzwi. Poza tym, mamy dziś Nosferatu, Black IPA, czyli połączenie IPA i stouta, z grubsza rzecz biorąc. To piwo pochodzi z Radugi, jest jednym z „filmowych” piw stworzonych przez radugowych piwowarów. Stoi na stole Maxim, Session IPA z browaru Kraftwerk – niewyczerpanego źródła naszych piwnych frustracji. Ale kto wie, może wreszcie, może tym razem. Co prawda, zawartość alkoholu na poziomie 5,2% to co najmniej górna granica tego, co za „session” można by uznać, ale niech im będzie. Lubią się chłopaki uwalić szybciej niż później. De gustibus… Na koniec, mamy na stole Single Hop IPA, Simcoe z browaru Wrężel – piwo chmielone jednym tylko rodzajem chmielu. Taka piwna „singlovka”, jak swego czasu nasi czescy dostawcy określali whisky single malt. Tak czy owak, jeśli tylko jeden typ chmielu, to jest szansa na jakąś harmonię, jakieś poukładanie, jakiś ład na podniebieniu.

Nalewam. Piana wszędzie stosunkowo obfita, naturalna, dość szybko zredukowana do cienkiej warstwy. Najbardziej obfita i najtrwalsza w Nosferatu. No i pięknie. Raduga, jak dotąd, zawiodła boleśnie może tylko raz. A może nie tak bardzo boleśnie. Barwa – tutaj mamy dość sporą rozbieżność, jak można było się spodziewać. Wrężel i Maxim są najjaśniejsze, mają barwę bursztynową, Permon jest o jeden odcień ciemniejsze, Maorys brązowe, a Nosferatu – czarne, niemal nieprzenikliwe.

Wąchamy, pijemy. Czas najwyższy. Miejmy to już z głowy.

Permon IPA (niepasteryzowane, niefiltrowane) w aromacie ma przede wszystkim nachalny, gorzki grapefruit, trochę bardziej łagodnych cytrusów, pomarańczy, pewną żywiczność, woskowość. W smaku jest gorzkie, nagazowane, wodniste. Nutka smakowa surowej marchewki (z tych gorzkich) jest bodaj jedynym akcentem spoza cytrusowej goryczy, który da się znaleźć w smaku Permon IPA. Plus drzewo sandałowe. Takie z kadzidełek. Gorycz jest dominująca, zalegająca, nieprzyjemna. Nie chce się sięgać po kolejny łyk. Jeśli pominąć słowa nieprzyzwoite, to przy stole o tym piwie nie powiedziano nic. Cisza.

Maorys Żytnie IPA (15 Blg, pasteryzowane, niefiltrowane) – w aromacie ciasto drożdżowe (takie z kruszonką), kawa, palony słód, maślane, mleczne, słodkie karmelki, świeża chałka z masłem. Bardzo przyjemny, miły dla powonienia, złożony aromat. W smaku też jest przyjemnie – akcenty zbożowe, kawy z mlekiem, wyraźna i dominująca goryczka, ale tak skomponowana z resztą, że nie zabija innych akcentów. Da się na podniebieniu również znaleźć tę drożdżówkę z aromatu. Biorąc poprawkę na naszą niechęć do amerykańskich chmielów, to Maorys smakuje zaskakująco dobrze.

Nosferatu Black IPA (14,1 Blg, IBU 60, pasteryzowane, niefiltrowane) – w aromacie grapefruit, kawa, ciemna czekolada. Aromat jest bardzo stonowany, przyjemny. W smaku jest kawa, są cytrusy, palony słód, przypalony karmel. Jest też posmak słony, morski. No i nie ma tragedii, mimo iż zestawienie IPA i palonych słodów oznacza u nas zwykle pakowanie się do zlewu. Nie dzieje się tu wiele, ale jednak jest jakiś porządek, jakiś ład. A o to chodzi przede wszystkim.

Maxim Session IPA (14 Blg, pasteryzowane, niefiltrowane, warzone w Browarach Regionalnych Wąsosz) – aromat lekko kwiatowy, perfumowy, nieco bagnisty. W aromacie nie dzieje się wiele, jest mało złożony, płaski. I na pewno nie porywa. Po chwili pojawiają się nutki galaretek w cukrze. W smaku jest cytrusowo gorzkie, ale ta gorycz jest przełamana owocową słodyczą (brzoskwinie, ananasy), co w efekcie daje zupełnie znośne doznania smakowe. Z Maximem jest problem – z jednej strony, jest piwem najmniej wyrazistym w dzisiejszej stawce, co oznacza, że nie zniechęca, nie odrzuca. Z drugiej strony, jest piwem tak bezpłciowym, że nie wiem czy warto o nim mówić.

Wrężel Simcoe Single Hop IPA (16,5 Blg, IBU 75, pasteryzowane, niefiltrowane) pachnie grzecznie cytrusami i żywicą, jak podano na etykiecie. Odrobina nutek lubczyka, soku pomidorowego, który z czasem staje się coraz bardziej wyraźny i dominujący. W smaku jest tu słodycz landrynek i kandyzowanej skórki pomarańczowej, przykryta wprawdzie przez grapefruitową gorycz, ale dzielnie dająca sobie z nią radę. Nie dzieje się tutaj wiele więcej.

Gdyby uprzeć się na ranking, to u mnie wygrywa Maorys. Zdecydowanie. Na drugim miejscu plasuje się Nosferatu. Na trzecim Wrężel Single Hop IPA. Poza podium znalazł się dzisiaj Maxim, a po piętach drepcze mu Permon. Wygląda na to, że nieliczne browary kraftowe działające u naszych czeskich braci, prezentują poziom dużo gorszy niż ich polskie odpowiedniki. No ale tam naprawdę muszą się postarać, żeby wyróżnić się na tle przyzwoitych lagerów robionych masowo przez znane i lubiane browary. A nie ma nic bardziej zgubnego, niż bardzo chcieć.

Najlepsza z żon mówi, że jej zdaniem wygrywa Maorys, na drugim miejscu plasuje się Wrężel, a na trzecim Maxim. Poza podium jest Nosferatu, a stawkę zamyka Permon. Wygląda więc na to, że zgadzamy się w całej rozciągłości, za wyjątkiem miejsca Nosferatu, które moim zdaniem zasługuje na wyższą pozycję.

Przy okazji znowu (!) wywiązała się dyskusja, czy skoro z założenia nie lubimy, nie chcemy, nie trawimy współczesnych środkowoeuropejskich IPA, czy w ogóle powinniśmy sobie zawracać nimi głowę. Czy nie powinniśmy odpuścić całkowicie, a skupić się na piwach, które nam bardziej podchodzą. Coś w tym jest, ale być może nie należy ustawać w poszukiwaniach. IPA z definicji wcale nie jest gatunkiem piwa, który trzeba odrzucić. Historia zna przypadki IPA, które nam wręcz smakowało. Nie wolno odpuścić, nie wolno ustać w poszukiwaniach. Choć na jakiś czas być może trzeba sobie dać z nimi spokój (napisał, w myślach przeszukując zawartość lodówki i wspominając wszystkie IPA, APA, AIPA i parę innych piwnych wynalazków chmielonych nowofalowo, które tam się znajdują…). Jedno jest pewne – następnym razem to na pewno nie będzie IPA.


czwartek, 22 października 2015

Słów brak, ale...



292. Dziwok Summer Ale (Kraftwerk) 5,2%
293. Wrężel Summer Ale (Wrężel) 5%
English Pale Ale (Primátor) 5%

Zmęczeni nieco przygodami z pszenicznymi piwami z dwóch poprzednich sesji – a właściwie zmaganiami z obecnym w większości z nich „duchem kraftu” – postanowiliśmy wypłynąć na spokojne wody, w jakąś krainę piwnej łagodności. Wybór stylu angielskich pale ale wydał się nam jak najbardziej słuszny, tak więc postawiliśmy na stole dwa piwa oznaczone jako summer ale (Dziwok i Wrężel Summer Ale) oraz gościa z Czech, uwarzone w nachodzkim browarze Primátor English Pale Ale. Nie do końca to samo, ale z tej samej rodziny. Powinno być dobrze.

Każde piwo ma inny odcień – od najjaśniejszego, ciemno-słomkowego (Wrężel), przez słabą herbatę (Dziwok) do bursztynowego (Primátor). Wrężel i Dziwok są niefiltrowane, co widać na pierwszy rzut oka – zwartość szklanek jest mętna, a Wrężel przypomina wręcz wyglądem piwo pszeniczne. Primátor jest jedynym piwem filtrowanym w tym zestawie, czego znowu nie da się ukryć. Wszystkie trzy podczas nalewania wytworzyły przyzwoitą, naturalną, oblepiającą ścianki szklanek pianę, przy czym wydaje się, że w Primátorze jest ona najtrwalsza.

Dziwok (12,5 Blg, pasteryzowane, niefiltrowane, warzone w Browarze Rzemieślniczym Jan Olbracht w Piotrkowie Trybunalskim) pachnie watą cukrową, zbożem, chmielem. I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie jakiś niepokojący akcent zatęchłej, zagrzybionej łazienki, mokrych ręczników, gnijącego filcu w tle. Nie jest to akcent dominujący, ale od chwili gdy został zlokalizowany, nie pozwala cieszyć się pozostałymi. Z czasem, wraz ze wzrostem temperatury, na jaw wychodzą akcenty grapefruitowe i ona zaczynają dominować aromat piwa. Jednak filcowa stęchlizna ma się dobrze. W smaku jest wodniste, płaskie, chmielowe. Nie dzieje się nic. Jak w polskim filmie. Podgoryczkowana woda i nic więcej. Gdzieś daleko w tle, wysiłkiem woli chyba bardziej niż zmysłem smaku, wyczułem wreszcie pewną zbożowość. I całe szczęście, bo już miałem zakładać sobie na nos klamerkę – aromat starego, zbutwiałego ręcznika robi się nieznośny również podczas smakowania.

Wrężel (12 Blg, IBU 42, pasteryzowane, niefiltrowane) pachnie cytrusami, zapoconą koszulką, a przynajmniej atmosferą przebieralni przy sali gimnastycznej. Nie żeby to jakoś bardzo przeszkadzało. Poza tym, solidna, słodowa baza. Z czasem aromat robi się mniej przyjemny, na jaw wychodzi leciutki paw (tak, wymiociny), całość pogrąża się w nieuporządkowaniu, wręcz chaosie. W smaku jest znowu rozczarowanie. Jest woda, długo, długo nic, a potem pojawiają się – dość sympatyczne, trzeba przyznać – akcenty delikatnych cytrusów (głównie cytryna), akcencik miodowy, coś zielonego, trawiastego. Echo słodu pojawia się gdzieś w dalekim tle. Goryczka, choć nie jest jakoś specjalnie nachalna, zalega na podniebieniu w sposób raczej mało przyjemny.

Primátor (pasteryzowane, filtrowane) w aromacie ma nutki syntetycznych owoców z galaretek cukrowych na tle przyzwoitej, wyraźnej słodowej bazy. Po paru chwilach pojawiają się również akcenty truskawek z kompotu. W smaku ma najwięcej ciała ze wszystkich smakowanych dziś piw – jest tam wyraźny, głęboki akcent słodu, akcenty owocowe (truskawki), jest odrobina chmielu, jednak wyważonego, rodzimego (jeśli można tak powiedzieć o czeskim chmielu). Nie jest to wybitne piwo, nie jest to bardzo dobre piwo, ale zdecydowanie nie jest to piwo złe, nie jest to kandydat do zlewu.

Kiedy aromat we Wrężel Summer Ale przerodził się w kiszonkę, moja lepsza połowa stwierdziła, że to draństwo coś takiego w ogóle ludziom sprzedawać. Mamy sobie dać z tym spokój, wylać resztę do zlewu – zaordynowała. I chyba miała rację. Gnijący w zatęchłej łazience ręcznik w aromacie Dziwoka i smak przegniłej cytryny w tymże przekonały mnie, że tak właśnie postąpić należy. I dać sobie z tym paskudztwem spokój.

Dzisiejszy ranking wygląda następująco (i jest jednogłośny) – pierwszego miejsca nie przyznano. Drugiego też nie. Na trzecim jest Primátor English Pale Ale. Nie przyznano żadnych innych miejsc – pozostałych zawodników zdyskwalifikowano za oszukiwanie konsumentów, że są piwami, podczas gdy to tylko popłuczyny, nieudolnie sklecone z wątpliwej jakości składników, dobranych w niewątpliwą całość bez jakości. A z piwem mają wspólnego tylko tyle, że ktoś bezczelnie na etykiecie użył tego słowa. I niech sobie wyznawcy kraftu mówią co chcą. Czekamy na pierwsze przeszczepy podniebienia. Wydaje się, że jest ogromne zapotrzebowanie. Nobel w dziedzinie medycyny gwarantowany.