Pokazywanie postów oznaczonych etykietą piwo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą piwo. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 13 listopada 2017

Jest moc!



624. Basior American Barleywine (Pałacyk Łąkomin)25 Blg, 11,5% vol.
625. Nomono Rye Triple IPA (Browar Solipiwko) 24,5 Blg, 9,8% vol.
626. Art+ 11 Double Cherry Rauchweizenbock (Browar Stu Mostów) 18,5 Blg, 6,5% vol.

Nie ma nas. Zwyczajnie nas nie ma. Piwkowie przestali istnieć, wymarli. Internetowo, znaczy. Raz po raz po głowie chodzi chęć napisania czegoś. Raz po raz brak wieczornych sesji porównawczych doskwierać zaczyna. Cóż, życie przestawiło się nam zupełnie, więc i do pisania o piwie coraz trudniej zasiąść. A jak się już coś zaniedba raz – każdy rasowy leń to wie – zmobilizować się do powrotu z każdym dniem trudniej.

Nie żeby nie było o czym pisać. Bynajmniej. Piwo się u nas przelewa regularnie – a to przez gardło, a to przez syfon pod zlewem. Regularnie.

Tymczasem zdarzyła się taka oto historia – i znowu jesteśmy. Nie potrafię powiedzieć na jak długo, ale jesteśmy. Tak czy owak, byliśmy w Pałacyku Łąkomin, gdzie – jak pewnie nie każdemu wiadomo – znajduje się coraz bardziej prężnie działający i coraz śmielej sobie poczynający browar. Jego wyroby urzekły nas już kilka lat temu, jako dowód na ryzykowną skądinąd tezę, że istnieją piwowarzy, którym nieobce są takie pojęcia jak umiar, harmonia, wreszcie smak. Przy okazji pobytu w Pałacyku nie można było zagadnąć pani na recepcji o możliwość zakupu piwa, po czym okazało się, że tuż obok stoi niewielka lodówka, z której całymi garściami wyciągać można. No i wyciągnęliśmy.

Wieczór po długiej i nieprzyjemnej podróży (deszcz, wiatr – ktoś pamięta niedawny huragan?) trudno wyobrazić sobie bardziej rozkosznie niż przy szklance – lub dwóch – dobrego piwa. I okazało się raz jeszcze, że w Łąkominie potrafią sobie poradzić z materią dla wielu piwowarów kraftowych nie do przejścia – ze stosowaniem amerykańskich, nowofalowych odmian chmielu. Tutaj nawet lager chmielony po amerykańsku urzeka aromatem i harmonią smaku. Że o American Wheat nie wspomnę.

Zachwyt nad tymi piwkami zrzuciłem jednak na karb zmęczenia i pragnienia, spowodowanych siedzeniem za kierownicą w samochodzie brnącym po wciąż budowanej S3. I przecudnej urody koliczności przyrody w Łąkominie. Swoją drogą, jak to jest, że w weekend dwa tygodnie temu byliśmy jedynymi gośćmi w całym Pałacyku? Dlatego gdy wyjeżdżałem, do bagażnika wrzuciłem jeszcze parę butelek. Żeby na spokojnie się im przyjrzeć. A może porównać z ofertą innych browarów. Może nawet coś o nich skrobnąć.

Bardzo żałuję, że nie zdobyłem się na heroizm włączenia komputera i uruchomienia Worda, gdy piłem przywieziony z Łąkomina ichni pils niemiecki. W swojej kategorii – czysta poezja. Ale też znowu – nie miałem do czego się odnieść, po jakiegokolwiek innego pilsa do sklepu pójść mi się nie chciało. A to już lenistwo skrajne, zważywszy na fakt, że z naszego nowego mieszkania mam dwa kroki do co najmniej dwóch sklepów, w których co jak co, ale przyzwoite lagery bym znalazł – i czeskie, i polskie, i niemieckie. Tak więc pozostaje mi tylko dać słowo, że piwko to (nie ma go na ratebeer, ocen-piwo, ani nigdzie indziej, a nazwy się nie nauczyłem, butelkę wyrzuciłem) jest doskonałe. Przed chwilą napisałem do browaru, jeśli odpowiedzą zanim skończę pisać ten tekst, to wszystko będzie jasne.

Tak więc stało się, że mamy w domu parę piw z Łąkomina, a że piwa te są nieutrwalane za bardzo, trzeba jak najszybciej się ich pozbyć. Przez przewód pokarmowy i kanalizacyjny. W tej kolejności, nie inaczej. I nalałem sobie Basiora… Powąchałem, spróbowałem… I wiedziałem, że trzeba, po prostu trzeba o nim napisać. To było zbyt piękne, żeby przeszło bez echa, żeby powierzyć tylko mojej ulotnej pamięci. A że nie miałem za bardzo innych barley wine pod ręką, dorzuciłem do stawki to, co pod ręką było, czyli zestawienie ni pies, ni wydra. Ale co tam, nie porównujemy, nie zestawiamy. Po prostu, delektujemy się.

Kryterium wyboru piwa podczas tego „dorzucania” do Basiora była jedynie moc piwa. Stwierdziliśmy, że skoro jest moc, to moc być musi. Czy jakoś tak. Stąd padło na Nomono Triple IPA z browaru Solipiwko i słabiutkie przy całej dzisiejszej konkurencji Art+ 11 Double Cherry Rauchweizenbock z wrocławskiego Browaru Stu Mostów. Więcej już byśmy nie dali rady. Absolutnie.

Tak więc, mamy kolejny wpis (hura!). Czy to oznacza powrót do o piwie po klawiaturze klepania? Nie wiem. Być może tak, być może nie. Zależy to od zbyt wielu czynników. Zobaczymy. Tymczasem zabierzmy się za te trzy piwa, co na zdjęciu…

Przelewamy pozostałe dwa do szkła. Art+ wcale się nie spieniło. Pozostałe dwa tylko odrobinę i niezbyt trwale. Wąchamy, próbujemy. Cieszymy się i radujemy. Raz bardziej, raz mniej. Jak to w życiu.


Basior pachnie jakby nos wsadzić do silosu wypełnionego świeżo wymłóconym zbożem. Do tego słodycz dżemu czereśniowego, własnej roboty krówki smażone na patelni (ktoś pamięta?), sporo miodu, coca-coli, cukierków truflowych, skórka chleba. Złożony i niesamowicie harmonijny aromat zachwyca, uruchamia ślinianki. Trudno się doczekać pierwszego łyka.

Smak jest pełny, słodki, karmelowo-kawowy. Skondensowane, słodzone mleko z tubki. Słodycz idealnie wręcz skontrowana chmielem, który tutaj wcale nie występuje w postaci jakiejś prostej, nachalnej goryczki. Tutaj po chwili od wzięcia piwa do ust pojawia się pewna korzenność. Coś jakby cynamon, gałka muszkatołowa. Jest też cytrusowość – jakby karmelizowane kumkwaty. Po chwili ujawnia się delikatna żywiczność. Echo czekoladowo-kokosowego Bounty. Na końcu, niejako w finiszu, pojawia się przepyszna, nieco wytrawna (może tylko w kontraście do całej słodyczy wcześniej) zbożowość. Każdy z akcentów smakowych zna swoje miejsce, pojawia się w odpowiednim momencie, współgra z całą resztą. Coś pięknego, pełen zachwyt. Dawno czegoś tak ciekawego – tak intensywnego i bogatego nie piliśmy. I ani przez chwilę nie czuć tu alkoholu. Ani na ćwierć brudu za paznokciem. Mistrzostwo.

Kategoria: MIÓD, CUD, MALINA



Nomono pachnie świeżo – zachwaszczona łąka, rumianek, ogródek z piwoniami, marmolada różana. Pod spodem karmel, trochę bardzo dojrzałych, soczystych owoców tropikalnych, odrobina gorzkiej czekolady. Są też cytrusy i odrobina żywicy, ale to nie one grają pierwsze skrzypce. Bardzo ciekawy, intrygujący aromat.

Smak jest pełny, nie tak słodki, jak powyżej, ale zdecydowanie słodki, owocowy. Złamany natychmiast cytrusową goryczką. Jest tu mango, dojrzałe nektaryny, jest tu grapefruit, z każdym łykiem dochodzący coraz bardziej zdecydowanie do głosu. Ale jest tu też bardzo wyraźna marmolada różana, jest świeża kolendra. Jest ciekawie, wielowymiarowo. Z czasem pojawia się żywica, nieco cierpka, wytrawna. Zważywszy że jest to – koniec końców – IPA, jest to piwo doskonałe.

Kategoria: JESZCZE RAZ TO SAMO



Art+ 11 pachnie przepięknie – jest tu dym, jest kremowość, jest lekka kwaskowość – jak w agreście – są wreszcie wiśnie. Po kilku chwilach wychodzi świeżo wyprawiona skóra. Taka z torby skórzanej, z którą biegałem na studiach. Dobrze utrzymana stajnia. Zachwytom nie ma końca.

Smak wypada świeżo i radośnie – na tle wcześniej smakowanych dzisiaj piw. Jest tu natychmiastowy atak wiśni, przy akompaniamencie dymu, suszonych śliwek i klimatów prażonego zboża. Smak jest bez porównania mniej złożony i rozbudowany niż w dwóch poprzednich przypadkach, ale dalej trafia w ośrodek radochy na mapie naszych kubków smakowych. Jest dobrze, miło i przyjemnie.

Kategoria: JESZCZE RAZ TO SAMO



Nie ma sensu robić tutaj tradycyjnego rankingu – piwa reprezentują tak skrajnie różne gatunki, że sensu to nie ma. Z opisów wynika jasno, że gdyby chcieć poustawiać je w kolejności po które chętnie sięgnąłbym raz jeszcze, to kolejność sama się nam ustawiła. I jest to werdykt jednogłośny obydwojga spijających ten nektar.

Na koniec – jak byłem mniej więcej w połowie tekstu, w skrzynce pojawiła mi się odpowiedź z Łąkomina na pytanie o nazwę tego ichniego pilsa niemieckiego. Czyli nie dość, że dobre piwo robią, to i klienta traktują poważnie. Kolejny plus. Pils niemiecki z Łąkomina, o którym wspominałem, nazywa się więc Landsberger Kraft. Jeśli ktoś stawia sobie za punkt honoru dodać nowe piwo na Ratebeer (ludzie miewają różne ambicje), polecam szybką wycieczkę do Łąkomina, zakup rzeczonego i wrzucenie opisu. Bo ciągle jeszcze nie ma.

W lodówce mam jeszcze Der Amerikaner (lager chmielony po amerykańsku) i AmeryŁANin (American Wheat). I wielką ochotę, by sobie przypomnieć jak smakują.



niedziela, 23 października 2016

I znowu po robocie poszedłem do Po Robocie




[Tekst powstał odrobinę ponad tydzień temu, ale jakoś się nie złożyło...]

564. Sticklebract Singiel (Browar Maryensztadt) 5,5%
565. Hopsbant Fresh IPA (Browar Birbant) 6,7%
566. Piwo Ryżowe (Browar Wąsosz) 3,5%

Dzisiaj druga, nieco już skromniejsza odsłona zakupów w niedawno otwartym w Świdnicy sklepie Po Robocie (ul. Westerplatte 9, Świdnica). Tym razem piwka, o których nie miałem zielonego pojęcia, sięgając po nie na półkę. Podobnie jak poprzednio, nie mają one żadnego wspólnego mianownika, są przedstawicielkami trzech różnych stylów piwnych. Wszystkie trzy pochodzą z browarów kraftowych, co już na samym początku każe mi drżeć o przebieg dzisiejszego wieczoru. Na wszelki wypadek mam w lodówce ze dwie butelki Żywego z Browaru Amber, więc w razie potrzeby będzie można sięgnąć po coś sprawdzonego.

A dlaczego te, a nie inne piwka? Ano różnie. W przypadku Piwa Ryżowego z Browaru Wąsosz, zaintrygowała mnie najpierw etykieta, a potem informacje z tej etykiety – że tylko 9 Blg, że jedynie 3,5% vol., że z ryżem, wreszcie że to z Wąsosza. Wąsosz miewał w ofercie całkiem przyzwoite piwa, więc czemu nie dać szansę temu?

Sticklebract Singiel najpierw przyciągnęło moją uwagę mdłą, zupełnie nie rzucającą się w oczy kolorystyką, potem faktem, że jest to piwo zrobione na jednym słodzie i jednym tylko rodzaju chmielu. No a potem doczytałem skład, gdzie podano „słodY jęczmiennE”. Zgłupiałem, ale było już za późno, piwo już stało na ladzie i czekało na skasowanie. Poza tym, nie przypominam sobie kiedy ostatnio piłem coś z Browaru Maryensztadt, więc o taką decyzję było tym łatwiej. Swoją drogą, ciągle nie wiem czy tam były słody, czy tylko był tam słód.

Wreszcie Hopsbant Fresh IPA z Browaru Birbant. Tu chyba też zaczęło się od etykiety – trochę psychodelicznej, trochę przywodzącej na myśl beatlesowskie bazgroły z czasów Magical Mystery Tour. No i chyba złapali mnie tym „fresh”. Ja lubię jak jest świeżo i przyjemnie. Jakoś nawet te trzy niosące często zgrozę literki IPA nawet mnie nie odstraszyły tym razem. Zobaczymy co tam u Birbanta. Tam też dawno nie zaglądaliśmy.

Kapsle z głów, lejemy. Na wszystkich trzech poprawna piana drobnopęcherzykowa, zredukowana do cienkiej warstwy po kilku minutach. Najchętniej oblepia ścianki szklanki w przypadku Sticklebract Singiel. Jeśli chodzi o barwę, mamy dziś dość szeroki zakres – od bursztynowego Stickelbact Singiel, przez złote Hopsbant do słomkowego Ryżowego. Wszystkie trzy deklarują, że są niefiltrowane, jednak ten fakt jakoś specjalnie nie rzuca się w oczy w szklankach.

Sticklebract Singiel (13 Blg, pasteryzowane, niefiltrowane) – w aromacie cytrusy (głównie skórka pomarańczowa) i żywica, świeże siano, marakuja, dojrzałe brzoskwinie, zboże. Po chwili pojawia się gryka. Aromat robi się coraz bardziej przyjemny. Być może za krótko czekaliśmy po wyjęciu go z lodówki. I rzeczywiście – jeszcze kilka chwil i pojawia się więcej fajnego. Na przykład, melasowa, ciepła, przyjemna słodycz. Fajnie, smacznie pachnie to piwko. Cza go w dziób.
W smaku natychmiast uderza chmiel, pojawia się goryczka. Chyba zbyt intensywna i zbyt jednowymiarowa. Dopiero po chwili do głosu dochodzi zboże i odrobina ciężkich owoców egzotycznych. I tyle. Żadnej finezji, żadnego polotu. Ot, gorzkie piwo. Ani fajne, ani niefajne. Totalnie nijakie.
Kategoria: JAKOŚ JE ZMĘCZĘ

Hopsbant Fresh IPA (16,5 Blg, IBU 80, pasteryzowane, niefiltrowane, warzone w Browarze Zarzecze) – skórka grapefruitowa plus albedo tegoż przesłaniają wszystko, co mogłoby się tam jeszcze w aromacie zadziać. Spod spodu próbują wychynąć ciężkie, soczyste owoce egzotyczne i trochę tymianku. Ale nie mają łatwego zadania. Grapefruit zatłukł wszystko. Dopiero po jakiejś chwili zaczyna pojawiać się akcent zboża, odrobina żywicy, robi się mniej nieprzyjemnie. Akcent pieczonego korzenia pietruszki. Skorupki krewetek smażonych w całości na oliwie z oliwek. Ciągle jednak aromat nie zachęca. Nic to, nie damy się, posmakujemy. Ważne, że już nie odrzuca.
W smaku jest zaskakująco dobrze. Jest całe mnóstwo akcentów owocowych, takich egzotycznych owoców – i kandyzowanych i świeżych. Plus świeży słonecznik. No i wychodzi po chwili zboże. Goryczka zupełnie nie przeszkadza, nie ma jej za dużo, nie ma jej za mało. Cholera, kto by się spodziewał po aromacie, że tak będzie smakowało! Odszczekuję wszelkie malkontenctwo wyrażone przy analizie aromatu. Dobre piwo, bardzo dobre piwo.
Kategoria: JESZCZE RAZ TO SAMO

Piwo Ryżowe (9 Blg, pasteryzowane, niefiltrowane) – w aromacie przede wszystkim jaśminowe mydło toaletowe, guma balonowa, kwiatowa woda toaletowa mojej babci. Zapach bardzo przyjemny, miły. Ale nie jeśli ja mam coś takiego pić. Ucieszyłbym się gdyby tak pachniała toaleta w PKP, ale nie piwo, do diaska. Po kilku chwilach pojawia się nieco bardziej przyjemny (konsumpcyjnie przyjemny) aromat grapefruita. Czekamy dalej, ale w aromacie nie robi się wiele lepiej. Ciągle mamy do czynienia z zestawem perfumowo-kwiatowo-toaletowym. Całe szczęście, że ta toaleta czysta się wydaje. Spróbujmy jednak.
Smak ma bardzo lekki, delikatny, jednak zdecydowanie nie wodnisty, jak można by oczekiwać po tak niskiej zawartości ekstraktu. Zaskakująco dobry. Nutki cytrusowe, głównie pomarańcza (owoc, nie skórka), może jakieś rozwodnione mango. Da się wreszcie wyczuć ten ryż. Taki jaśminowy ten ryż, kwiatowy. Nie jest źle, smak nadrabia za nieszczęsny aromat. I to nadrabia z nawiązką. Lekkie, delikatne, orzeźwiające, a przede wszystkim nietuzinkowe piwo. No i chmielenie w sam raz – goryczka świetnie kontruje wszelkie słodycze. Jest fajnie.
Kategoria: JESZCZE RAZ TO SAMO

No i takie doświadczenie. Dwa piwa (Ryżowe i Hopsbant) mają ewidentny problem z aromatem. Mydlane akcenty Ryżowego i grapefruitowa domina w Hopsbancie jakoś nie zachęcały do niesienia piwa do ust. A tu bach – takie zaskoczenie. I w jednym i w drugim. Za to ten Sticklebract to jakaś pomyłka. Zdecydowanie pomyłka. Chyba jednak trzeba trochę pokombinować, pozestawiać, proporcje dobrać, żeby dobre piwo uwarzyć. Byle nie przekombinować

Dzisiaj żadnego rankingu nie ma – bo i niby jak? A które z tych trzech najchętniej jeszcze raz kupię? Pewno w lecie chętniej sięgnę po Ryżowe, a po Hopsbanta w porę bardziej ponurą i zimną. Ale trudno powiedzieć. Zbyt różne to piwa, by je zestawiać.

Przypomnę tylko jeszcze mieszkańcom Świdnicy i okolicy (ha! rym!), że piwek dostatek znajdą w zaprzyjaźnionym Po Robocie na ul. Westerplatte 9, co serdecznie polecam.

Jezus, Maria! Sam tam dawno nie byłem, a weekend tuż, tuż. Właściwie już.


poniedziałek, 22 sierpnia 2016

Kraft - czy to się nie przepłaca, cz. 4 - golden ale



531. Miss Lata (Browar Dukla) 4,2%
532. Książęce Golden Ale (Kompania Piwowarska) 5,2%
---  Golden Ratio (Browar Twigg) 4,3%

Jakiś czas temu na rynku pojawiło się nowe piwo Kompanii Piwowarskiej, Książęce Golden Ale. Piwo w stylu angielskiego ale wyraźnie zagotowało zwolenników rewolucji piwnej w Polsce. A mnie zwyczajnie zaciekawiło. Bo po pierwsze, mowa o piwie górnej fermentacji, jednak bez rewolucyjnego zacięcia, intensywnego chmielenia, znieczulania kubków smakowych żywicą i cytrusami. A więc już plus. Po drugie, w wielu miejscach przeczytałem o tym piwie coś, co tylko potwierdziło moje przypuszczenia na temat oczekiwań polskich piwnych rewolucjonistów i wartości ocen piwa wygłaszanych przez niejednego z ichnich guru. Oto zdaniem wielu, Książęce Golden Ale smakuje jak… lager! I w ogóle nie czuć tutaj tej górnej fermentacji. I ach ta Kampania Piwowarska, beznadzieja jakaś jak zwykle. No bo tak, chodziła kiedyś w telewizji taka kretyńska reklama Pilsner Urquell, w której pewien pan, znany skądinąd, zachwycał się spożywanym przy barze piwem, wychwalając jego goryczkę. No i to musiało być jakoś wtedy, gdy kraftowi rewolucjoniści oglądali namiętnie filmy familijne na Polsacie, więc tych reklam się naoglądali co niemiara. No i uwierzyli, że żeby piwo było dobre, potrzebuje mnóstwo goryczki. I nic więcej, goryczka wystarczy. No i mamy dziś te wszystkie potworki…

Nogami przebierałem ze zniecierpliwienia zanim na półki sklepów na mojej prowincji pojawiły się wreszcie pierwsze butelki. A jak już się pojawiły, to zadzwonił dzwonek alarmowy, zapaliło się czerwone światełko – jak to, tradycyjne piwo górnej fermentacji po 2,99zł za flaszkę? To nie może być dobre. Wiadomo, Książęce, Kampania Piwowarska, zgodnie z przewidywaniami – musi być beznadzieja. Kupiłem wreszcie, nalałem, spróbowałem… No i nie wiem czego się czepiają. Klasyczne golden ale i tyle. Żadnych fajerwerków, to fakt, ale żeby się czegoś czepić? Absolutnie nie. Niech nam się dalej tak wiedzie.

Wieczór z tymi piwkami miał miejsce dość dawno, bo jeszcze w czerwcu. Wygląda na to, że mimo zewsząd słyszanych narzekań w całej piwnej blogosferze i portalach oceniających piwo, Golden Ale trafiło w dziesiątkę, jeśli chodzi o oczekiwania rynku. Zniknęło z półek dość szybko, wcześniej podskakując cenowo na poziom 3,49zł (w dalszym ciągu rewelacyjnie) i nie chce się ponownie pojawić. Mam nadzieję, że gdy pojawi się kolejna warka, dalej będzie tak dobrze, jak za pierwszym razem. Bo wiadomo jak to bywa z pierwszymi i kolejnymi warkami.

Tak czy owak, Książęce Golden Ale wydało się idealnym kandydatem do serii „Kraft – czy to się nie przepłaca”. No bo jeśli miałoby się okazać, że można napić się przyzwoitego golden ale za około trzy zeta, to po co dawać prawie dychę za wyroby kraftowe? Sprawdźmy więc. Oprócz wspomnianego Książęcego Golden Ale, na stole pojawiły się dwa inne piwa w tym samym stylu, jednak pochodzące z browarów kraftowych – z Dukli mamy Miss Lata, a z Browaru Twigg, Golden Ratio. Dukla zwykle nie zawodzi, więc zobaczmy co się stanie. Tak się akurat złożyło, że te kraftowe piwka podrzuciła nam ta sama sieć ulubionych supermarketów, więc kryterium cenowe jak najbardziej nadaje się tu do porównań.

Golden Ratio spieniło się jak, nie przymierzając, Grodziskie. Ciężko było nalać do szklanki, a i z butelki wydobywała się piana. Szaleństwo jakieś. Na koniec, jak już się zredukowała, wyglądała jak piana na zanieczyszczonym potoku. Pozostałe dwa piwa pokryły się grzeczną, sztywną pianą, która jednak zdążyła się zredukować do cienkiej, ale trwałej warstwy zanim udało się nalać chociaż pół szklanki Golden Ratio.

Na pierwszy rzut oka obydwa piwa kraftowe są niefiltrowane, podczas gdy Książęce jest czyste i klarowne.

Miss Lata Summer Ale (12,5 Blg, niepasteryzowane, niefiltrowane) – w aromacie pomarańcze, ananasy, truskawki, brzoskwinie – a wszystko to na tle intensywnego aromatu farby olejnej. Po chwili aromat łagodnieje, farba ucieka, na pierwszy plan wychodzi olejek migdałowy i akcent tradycyjnego, zwijanego makowca. Marakuja. Smak jest znowu jakiś raczej wodnisty, ciała tutaj niewiele. W smaku gdzieś błąka się wrażenie doprawienia całości jakimś rozcieńczalnikiem, ale przede wszystkim są tu owoce – grapefruit, marakuja i migdały. Goryczka jest tu dobrana nieźle – i to jeśli chodzi o rodzaj, jak i jej intensywność. Trochę za duże wysycenie – na podniebieniu ciągle czuć pękające bąbelki gazu, co w dużym stopniu przeszkadza cieszyć się smakiem. Nie jest jednak źle, mamy w szklance bardzo przyzwoite piwo.
Ocena: JESZCZE RAZ TO SAMO

Książęce Golden Ale (12,5 Blg, IBU 18, pasteryzowane) – w aromacie przede wszystkim zbożowość, orzechy laskowe, odrobina żywicy i trochę wody z bajora. Gdzieś w tle bardzo nieśmiałe akcenty owocowe i lubczyk. Nie powala aromatem, to zdecydowanie. W smaku jest jednak wyraźnie lepiej. Uderza przede wszystkim bogata, pełna słodowość, wyraźne akcenty orzechowe, toffi, prażony słonecznik. Gdzieś dalekim echem odzywa się też delikatna cytrusowość – jakby na wszelki wypadek dorzucono tu odrobinę któregoś z nowofalowych chmielów. A chyba dorzucono, choć bardzo oszczędnie. Całe szczęście. Sprawdziłem na etykiecie, rzeczywiście dodano Mosaic. Trochę brakuje mu charakteru i wyrazistości, ale jest to całkiem przyzwoite piwo.
Ocena: JESZCZE RAZ TO SAMO

Golden Ratio Golden Ale (11 Blg, IBU 19, niepasteryzowane, niefiltrowane) – początkowo aromat raczej intensywnie chmielowy – sporo tu akcentów żywicznych, cytrusowych i owoców tropikalnych. Po chwili chmiel ulatnia się, a na pierwszy plan wychodzi zboże. Owoce i cytrusy grają teraz drugie skrzypce. Trzeba powiedzieć, że aromat uległ z czasem zdecydowanej poprawie. Smak jest lekki, goryczka pojawia się natychmiast, zalega na podniebieniu, pojawia się pewna cierpkość, kwaśne mydło – zagłusza akcenty smakowe zbożowe i owocowe, które ewidentnie gdzieś tam się błąkają po podniebieniu. Są tam też nieśmiałe akcenty kawowe. Ogólne wrażenie zdecydowanie nie jest najlepsze, jednak do zlewu nie wylejemy. Z czasem, wraz ze wzrostem temperatury poprawia się i smakuje już nawet nieźle, choć do ideału mu zasmucająco daleko.
Ocena: JESZCZE RAZ TO SAMO

Dzisiejszy ranking nie jest jednogłośny (nareszcie!). Moim zdaniem, wygrywa mimo wszystko Książęce Golden Ale, ale tuż za nim, po piętach mu depcze Miss Lata. No i co do tych dwóch miejsc nie zgadzamy się – moja lepsza połowa twierdzi, że jej bardziej odpowiada Miss Lata. Natomiast nie ma rozbieżności co do miejsca trzeciego – Golden Ratio wypada bardzo słabo na tle dzisiejszej konkurencji.

Jeśli chcieć odpowiedzieć na pytanie z nagłówka, to tym razem zdecydowanie kraft się przepłaca. I nie ma co do tego dwóch zdań. Nawet jeśli nie zgadzamy się co do tego, które jest obiektywnie lepsze – Golden Ale czy Miss Lata – to jeśli wziąć pod uwagę kryterium ceny, nie ma o czym mówić. Swoją drogą, ciekaw jestem ile będą kosztowały kolejne partie Golden Ale, jeśli się pojawią. A mam nadzieję, że tak i to już wkrótce.

Na koniec jedna uwaga, jeszcze jeden skutek naszych zawirowań z publikacją na bieżąco – okazuje się, że Golden Ratio pojawiło się u nas na stole przy okazji omawiania nierewolucyjnych piw kraftowych, stosunkowo niedawno. Jednak to niniejszy tekst zawiera opis naszego pierwszego z nim spotkania, które miało miejsce w połowie czerwca. Tak więc, tutaj nie dostaje numerka, bo już się pojawiło, ale pojawienie się to było wcześniejsze niż to już opublikowane… Powrót do przyszłości, cholera.


wtorek, 2 sierpnia 2016

Kraft - czy to się nie przepłaca, cz. 2 (saison)



---. Żywiec Saison (Grupa Żywiec S.A.) 6,5%
509. Golden Monk Saison IPA (AleBrowar) 7,2%
510. No Reason Saison (Inne Beczki) 5,6%

No dobrze, okazało się ostatnio, że jeśli chodzi o pilsy, to piwa kraftowe wygrały z dostępną powszechnie koncernową lichotą. Nawet Pilsner Urquell, pilzner pilznerów, przegrał z kilkoma wyrobami piwowarskich rzemieślników. I dobrze mu tak. Dzisiaj sprawdzamy więc bardziej kraftowy gatunek, saison. Co prawda, saisonów na rynku jest choć za psami rzucaj, jednak nie ma ich tak wiele jeśli chodzi o powszechnie dostępną ofertę koncernów czy browarów regionalnych. Tak więc liczba butelek do zabicia dzisiaj jest niewielka. No i dobór przypadkowy. Przypominam, że nie poszukujemy piwa. Naszym zdaniem, piwo nie jest napitkiem, którego się poszukuje, sprowadza za pośrednictwem sklepów internetowych, czy wyrusza na specjalne wyprawy, by zdobyć butelkę czy dwie. Piwo, naszym zdaniem, służy do picia. Tak na co dzień, bez spiny, bez filozofii. Dlatego piwa, które dzisiaj znalazły się na naszym stole, znalazły się tu dlatego, że wcześniej znalazły się gdzieś pod ręką podczas zakupów. Bo właśnie tam – pod ręką podczas zakupów – jest miejsce dobrego piwa, tam bywać powinno.

No i podkreślę raz jeszcze – nie bawimy się tu w żadne wyrocznie, nie zgrywamy znawców, nie układamy sobie kapsli na korkowej tablicy, nie boczymy się na Grupę Żywiec (dzisiaj akurat na nich się nie boczymy; innymi razy nie boczymy się na większe porażki browarnicze i piwowarskie, dużo większe). My się po prostu bawimy. I kropka. Taki sposób na wieczorne odstresowanie, wyluz, niezwariowanie. Sposób nasz i prowadzony według odpowiadających nam zasad. Tak więc, jeśli ktoś to, co tu jest napisane, bierze poważnie, robi to na własną odpowiedzialność. I tyle. No i jasne jest dla nas, że szczególnie w przypadku saison, proste porównywanie jednego piwa do drugiego jest sporym uproszczeniem. Z drugiej strony, to nasze podniebienia, i to my będziemy decydować według jakich kryteriów dobieramy im przepłukankę. A nasze kryterium jest proste – ma smakować. Nic więcej.

Smakowanie odbywa się w ciemno, jednak po poprzednim wpisie i ocenie jego czytelności, doszliśmy do wniosku, że lepiej jest jednak opisywać cały proces w sposób tradycyjny, tak jak byśmy od początku wiedzieli co jest co. Po odkodowaniu szklanek nie jest to trudne, wystarczy zamienić numerki nazwami piw. Proste „kopiuj-zamień”, mój Word świetnie sobie z tym radzi, dzięki uprzejmości Billa G. Tak więc, opisane niżej wrażenia sporządzane były w ciemno, a rozjaśnione dopiero w trakcie edycji tekstu. I tak je należy odczytywać.

No dobra, starczy tłumaczenia się. Mamy przed sobą trzy piwa typu saison – jedno powszechnie dostępne Żywiec Saison, które już nie bez przyjemności pijaliśmy (naprawdę, nie bez przyjemności), No Reason Saison z Browaru Inne Beczki i wreszcie Golden Monk Saison IPA z AleBrowaru. W przypadku tego ostatniego odskoczyłem od reguły i skoczyłem do multitapu, obok którego akurat przechodziłem. Zgarnąłem butlę z lodówki, zapłaciłem i wyszedłem. Inaczej mielibyśmy tylko dwie butelki, a co to za zabawa z dwoma? Trzeba by się potem dopić jakąś Perłą, albo coś…

W związku z tym, że przedmiotem naszych badań jest przekonanie się jak to jest z opłacalnością, warto spojrzeć cenom w oczy. Prosto w oczy, bez lęku. Za Żywiec Saison zapłaciliśmy w Tesco 4,49 zł, za No Reason Saison 7,69 zł, również w tym samym Tesco, a za Golden Monk całą dychę. To ostatnie, jako się rzekło, kupione było w multitapie, więc założyć trzeba, że kupione w Tesco (gdyby tam się pojawiało) kosztowałoby podobnie jak No Reason Saison. Innymi słowy, koncernowe saison kosztuje około 60% ceny kraftu, a to spora różnica. No i sprawdźmy – czy to się nie przepłaca?

Kapsle precz, szklanki w dłonie, nalewamy. Piana najbardziej obfita i trwała pojawia się na No Reason. Najsłabsza, najmniej trwała na Żywiec Saison. Barwa – najjaśniejsze jest No Reason, ton ciemniejsze Żywiec Saison, dwa tony ciemniej Golden Monk. Czyli wcale nie golden, a jakoś raczej Brown [uwaga dopisana post factum].

Żywiec Saison (13,8 Blg, pasteryzowane, niefiltrowane)  – aromat chmielowy, lekka nutka amerykańskiego chmielu – skórki cytrusów, słodycz słodu, bogate, gęste, dojrzałe owoce egzotyczne, wyraźna skórka pomarańczy. Aromat ciężki, pełny, wiele obiecujący. Smak pełny, owocowy, z przyjemnymi nutkami korzennymi, cynamonem. Sporo słodu, zbożowości. Owoce to dojrzałe, ciężkie bardzo dojrzałe jeżyny, słodkie papaje, marakuja, banany. Finisz pomarańczowo-jeżynowy. Bardzo przyjemne piwo.

No Reason Saison (12 Blg, pasteryzowane, niefiltrowane, uwarzone w Browarze Zodiak koło Kłodawy) – aromat zdecydowanie najlżejszy w dzisiejszej stawce. Odrobina lekkich akcentów pszenicznych, bananowych, kolendra. Bardzo słaby, niemal niewyczuwalny akcent skórki pomarańczowej. Pachnie jak pszeniczne piwo z lekkim pomarańczowym zadęciem. Na podniebieniu jest lekkie, orzeźwiające – i znowu, podobnie jak w przypadku aromatu, trudno nie odnieść wrażenia, że pije się piwo pszeniczne. Są tu banany, kolendra, sporo zboża, odrobina akcentów cytrusowych, cytryny wręcz, jest toffi, pewna śmietankowość. Bardzo delikatna, wyważona goryczka. Jest tu jednak pewna płycizna, szczególnie w porównaniu z dzisiejszą konkurencją.

Golden Monk Saison IPA (18 Blg, IBU 60, niepasteryzowane, niefiltrowane, uwarzone w Browarze Gościszewo) ma wyraźnie chmielowy aromat, ale z mniejszym wpływem cytrusów, bogate owoce, pewna woskowość – agrest, miechunka, kandyzowane owoce egzotyczne – marakuja, papaja, ananasy. Ciężko, słodko, przyjemnie, obiecująco. Smak pełny, owocowy, jednak nie aż tak słodki, jak Żywiec. Są tu dojrzałe brzoskwinie, kandyzowane owoce egzotyczne – ananasy, papaja. Słodki, bardzo dojrzały melon. Prażone orzechy laskowe. Sporo ziołowej goryczki, kolendra, przyprawy. Goryczki, niestety, nie udało się odpowiednio wyważyć – pojawia się na podniebieniu natychmiast i dość skutecznie wygłusza pozostałe akcenty smakowe. A szkoda. Po kilku łykach przestaje przeszkadzać, ale trudno o niej zapomnieć. Nie zaszkodziłoby gdyby chmielu było tutaj odrobinę mniej. Tak czy owak, jest to pięknie zestawione, bardzo przyjemne piwo.

I znowu mlaskamy, ciamkamy, mrużymy oczy. Wszystkie trzy to dobre piwa, wszystkie trzy mają swoje zalety, wszystkie trzy świetnie zaspokajają naszą potrzebę głębi smakowej w piwie. Wyraźnie jednak da się je ustawić w ranking, a na pewno – jak wynika z dyskusji nad szklankami – jedno z nich wygrywa z pozostałymi dwoma. Spieramy się co do medalu srebrnego i brązowego. Ostatecznie pozostajemy przy swoich argumentach – ja w saison szukam głębi i pełni, a jedno ze smakowanych dziś piw sprawia wrażenie wariacji na temat lekkiego piwa pszenicznego.

Odkodowujemy szklanki (ale to brzmi, niemal jak scena z serialu ‘Allo ‘Allo!) i okazuje się co następuje:

1. Żywiec
2. Golden Monk
3. No Reason

Drugie i trzecie miejsca zamieniają się w opinii mojej współtowarzyszki w opilstwie, ale zgadzamy się, że żadnego dzisiaj nie wylejemy do zlewu. No i nie wiem, z dzisiejszego doświadczenia wynika, że ten kraft chyba się jednak trochę przepłaca. Na pewno będziemy w dalszym ciągu prowadzić badanie w tym kierunku. Kontynuować procedowanie, jak mawiają moi ulubieni politycy.

[tekst powstał 21 maja 2016 – mamy ogromne zaległości, jak widać]


poniedziałek, 1 sierpnia 2016

Kraft - czy to się nie przepłaca?



503. Nieproszony gość (Browar Dukla) 4,6%
---. Pierwsza pomoc (Browar Pinta) 4,1%
504. Pilzner (Inne Beczki) 4,7%
---. Pilsner Urquell 4,4%
505. Trybunał Niefiltrowany Pils 5%
506. Perła Chmielowa Pils 6%
507. Namysłów Pils 6%
508. Miłosław Pilzner 5,4%

Jako się rzekło na samym wstępie tego bloga, nie jesteśmy piwnymi freakami, hopheadami, piwnymi rewolucjonistami. Ani nic z tych rzeczy. Najczęściej wręcz przeciwnie. Kupujemy piwo przy okazji regularnych zakupów, przy okazji wyjazdów, przy okazji gdy nadarzy się sprzyjająca okazja. Nigdy, bądź prawie nigdy nie wchodzimy do specjalistycznych sklepów z piwem, nie chodzimy regularnie do multitapów, nie chłoniemy amerykańskiego chmielu wszystkimi porami naszej skóry. Wychodzimy z założenia, że piwo jest napitkiem pospolitym, a dobrej jakości piwo powinno być dostępne tak, jak dostępne są ogórki, musztarda sarepska, czy mąka krupczatka. Nie zżymamy się na to, że tuż obok tych nielicznych przyzwoitych stoją na półkach również koncernowe koszmary piwopodobne. Bo to trochę tak, jakby zżymać się na deszcz, że pada. I że mokry. A jak nam Grupa Żywiec czy Kompania Piwowarska zaserwują coś nowego, to chętnie sprawdzimy ile to warte. Bez uprzedzeń i żachania się, że są słabi i w ogóle do bani. I niech oni wreszcie odważą się coś porządnego uwarzyć…

No właśnie. Zakupy. Jak człowiek kupuje, to czasem patrzy na cenę. Nie za długo, żeby się nie zdenerwować. Piwa kraftowe, które pojawiają się tu i ówdzie również w sklepach zachodzących i nam drogę od czasu do czasu, są zawsze droższe od koncerniaków. Przyjęło się przyjmować to do wiadomości bez szemrania – przecież lepsze surowce, przecież bardziej staranny proces produkcji, przecież mniejsza skala, i tak dalej. Słowem – za dobry produkt gotowi jesteśmy zapłacić nieco więcej. Po jakimś jednak czasie człowiek zaczyna się zastanawiać. Skoro w zdecydowanej większości kraftowe wynalazki lądują lub prawie lądują w zlewie, to jak to jest z tym naszym za to płaceniem? Koniec końców, to przecież nasza ciężko zarobiona kasa bulgocze sobie radośnie w kanalizacji. Pomyśleliśmy sobie, że może warto spróbować napić się w ciemno i spróbować przekonać się na własnym podniebieniu, czy przypadkiem sami siebie nie robimy w balona. Czy jeśli postawimy obok siebie kilka piw mniej więcej tego samego gatunku, a wśród tych kilku zestawimy piwa koncernowe, te pochodzące z browarów regionalnych i wyroby kraftowe – czy przypadkiem nie okaże się, że przepłacamy, cholera jasna! No bo jeśli za koncerniaka trzeba dać około trzech złotych, za regionalne pod piątkę, a za kraft nawet w okolicach dychy (no dobra, w Tesco 8-9 zł), a okaże się, że te tańsze wcale nie gorsze niż te droższe – to po co przepłacać (jak powiedział pewien mędrek w reklamie proszku do prania).

W najbliższym czasie zrobimy więc sobie kilka testów na ślepo. Postawimy obok siebie piwa z różnego rodzaju browarów i zobaczymy co z tego wyniknie. Na początek bardzo niekraftowy gatunek – pils. Mamy 8 różnych piw, każde z innego browaru, każde inaczej warzone. Nalewamy je do szklanek, mieszamy, próbujemy, oceniamy, rankingujemy, a potem sprawdzamy co jest co i wyciągamy wnioski. Również te na przyszłość, portfelowe w charakterze. Powyższe zdjęcie wykonane zostało długo przed wiwisekcją zawartości butelek i nie ma żadnego związku z kolejnością smakowania.

W dalszej części wpisu posługuję się numerkami zamiast nazw piw, a co który numerek oznacza okaże się zupełnie na końcu. Mam nadzieję się nie pomylić, nie narazić na szwank rzetelności wyników. No i – co ważne – odkładamy na bok naszą milion razy wyrażaną tutaj niechęć do kraftu. Bo co będzie, jeśli okażą się lepsze? Cholera, bez dalszego gadania lejemy, oceniamy, wąchamy, smakujemy.

Piana najszybciej zredukowała się – niemal do zera w szklankach 2, 3, 4 i 7. Piwa nr 1, 5, 6 i 8 pokryły się pianą dość trwałą, drobno- i średniopęcherzykową. Największy ubytek piany – niemal zupełnie do zera krótko po nalaniu w szklance nr 3. W barwie piwa różniły się od siebie o co najwyżej pół odcienia. Najciemniejsze i najmniej klarowne było piwo nr 5.

Piwo nr 1 pachnie karmelową herbatą, trochę jak roibos. Akcenty śmietankowe, toffi. Trochę chmielu, sporo zbożowości. Znowu bardzo przyjemny, pełny aromat. W smaku kremowe – ni to śmietankowe, ni karmelowe. Goryczka chmielowa bardzo zgrabnie równoważy słodkie akcenty toffi i karmelu, ale nawet nie próbuje niczego dominować. Fajna harmonia na podniebieniu. Aż szkoda, że na finiszu pojawia się jakaś tekturowa, zakurzona cierpkość, pustość.

Piwo nr 2 ma aromat lekko słodkawy, czuć w nim tylko odrobinkę chmielu. Poza tym, właściwie standardowa wodnistość. W smaku minimalna słodycz, lekkie akcenty owocowe (brzoskwinie), brak chmielu i goryczki niemal totalny. Poza tym, gładkie, stonowane, płytkie. Piwo, do którego wracać się nie chce.

Piwo nr 3 – w aromacie znowu lekkie bajoro i bagno, ale nad nim unosi się bodaj najprzyjemniejszy, najbardziej naturalny, jak dotąd, chmiel. Tym bardziej, że bagniste akcenty dość szybko się ulatniają. W smaku wyraźna goryczka, ziołowość, pod którymi ukrywa się przyjemna zbożowość. Piwo nie zachwyca, jednak zdecydowanie nie jest pozbawione charakteru, wyrazistości. Przyjemne, nawet eleganckie, rzec można, choć bardzo ascetyczna ta elegancja.

Piwo nr 4 – głąb kapuściany na pierwszy niuch, ale po chwili już jest przyjemnie zbożowo. Chociaż nie, na trzeci niuch jest tam jakaś pietruszka, seler, pełne włoszczyznowe paskudztwo. Po chwili się to jednak ulatnia i pozostaje tylko zbożowość, wcale nie nieprzyjemna. W smaku jest znowu przede wszystkim woda. Woda podprawiona dość przyjemnie akcentami zbożowymi. Niewiele w nim się dzieje, obecność chmielu przejawia się tylko w postaci lekkiej ziołowości, delikatnej goryczki – zdecydowanie jednak chciałoby się jej tutaj trochę więcej. Ogólnie nie jest złe, choć pozostawia lekki niedosyt.

Piwo nr 5 – w aromacie rozgrzany słońcem drewniany pomost, świeże siano z zachwaszczonej, zapuszczonej łąki. Generalnie, pachnie wakacjami. Smak jest pełny, owocowy – świeża truskawka, niedojrzałe gruszki ulęgałki. Straszna szkoda, że chmiel dobrany do tego piwa zupełnie nie współgra z akcentami piwa – wisi gdzieś nad smakiem zasadniczym, ma się do niego nijak, jakby odgrywa zupełnie inne przedstawienie usiłując wprosić się na tę samą scenę. Bardzo nieuporządkowany smak, a szkoda, bo piwo ma potencjał.

Piwo nr 6 pachnie lekko chmielowo, poza tym słód. Odrobina ziołowości i lekko trąci zgnilizną. Aromat raczej mało apetyczny. W smaku gorzkie, dosyć chmielowe, lekko ziołowe. Pod tymi chmielowo-ziołowymi akcentami – woda. Bardzo płytkie, cienkie piwo.

Piwo nr 7 – w aromacie bagniste bajoro i palony plastik. Bardzo mało przyjemne. W smaku jest przede wszystkim kwaśne i siedzi w nim ta plastikowa paloność. Jest zdecydowanie bardziej wysycone CO2, co trochę mu pomaga, ale nie ratuje przed zlewem w naszej kuchni. Po drugim łyku już wiadomo – tutaj jedynie bąbelki na języku robią jakąś robotę. Masakrycznie cienkie piwo.

Piwo nr 8 pachnie czekoladowo, jak lody kakaowe, po czym dość przyjemny, ciepły słód. Jak dotąd, najbardziej pełny, przyjemny aromat. W smaku nieco kakaowo-czekoladowej słodyczy, troszkę nutek palonych, żywicznych, ziołowych. Początkowo zapowiada się świetnie, najlepiej z całej stawki, jak dotąd, ale kończy się czystym smakiem mleczu – cierpkość i gorycz, które przesłaniają wszystko. Bardzo niefajne piwo, bardzo niefajne. A zapowiadało się tak dobrze…

Już podczas smakowania nietrudno odgadnąć niektóre piwa. Nawet jeśli odgadnąć by się nie dało, jasno widać (i czuć), wiadomo które są kraftowe, które na pewno nie. A my je wąchamy, siorbiemy, mlaskamy, cmokamy. Najczęściej jednak krzywimy się, niestety. Z jednej strony na płaskość tych, które ewidentnie pochodzą z koncernów, z drugiej – na nieporadność recepturową, niepoukładanie i zmarnowany potencjał tych ewidentnie kraftowych. A może się mylimy? Ha, człowiek ani by się spodziewał jak bardzo w odbiorze smaku pomaga mu etykieta, podany na niej skład, informacje dodatkowe. Jednak sami chcieliśmy. Ustawiamy ranking i wreszcie sprawdzamy kto jest kto.

Mój ranking wygląda następująco:
5, 1, 4, 3, 6, 2, 8, 7 – choć tak naprawdę, moim zdaniem tylko cztery pierwsze piwa nadają się do picia, a pierwsza trójka z niemałą przyjemnością. Na pozostałe już dłużej patrzeć nie chcę.

Ranking najlepszej piwoszki świata, z kolei, wygląda tak:
1,  4, 5, 8, 2, 3, 6, 7

Różnimy się nieco w ocenach, jak widać, choć bywało nieraz gorzej. Dyskutujemy jeszcze przez chwilę, zanim sprawdzimy co za piwko w której szklance, próbujemy się nawzajem przekonać, ale każde pozostaje przy swoim. Spisujemy protokół rozbieżności.

Oto nasze dzisiejsze piwka:

1. Pierwsza pomoc, Browar Pinta – 10,5 Blg, 4,1% vol., IBU 33, uwarzone w Browarze Zarzecze w Pietrzykowicach, pasteryzowane
2. Namysłów Pils – „dla tych, co się znają”, 12 Blg, 6% vol., pasteryzowane
3. Pilsner Urquell – 11,8 Blg, 4,4% vol., pasteryzowane
4. Trybunał  Niefiltrowany Pils – 10,1 Blg, 5% vol., pasteryzowane, niefiltrowane
5. Nieproszony gość, Browar Dukla – niepasteryzowane, niefiltrowane, 12,5 Blg, 4,6% vol. – zero ściemy na etykiecie (nie podają jaki chmiel, jaki słód, itp. – wszystko do znalezienia na stronie browaru)
6. Miłosław Pils – chmielone na zimno, 12,2 Blg, 5,4% vol., m.in. chmiel aromatyczny z rodziny Golding, pasteryzowane
7. Perła Chmielowa Pils – 6% vol., pasteryzowane, chmiel lubelski – „to dzięki niemu Perła Chmielowa ma tak doskonały smak i unikalny aromat”
8. Pilzner Bohemian Pils, browar Inne Beczki, 12 Blg, 4,7% vol., pasteryzowane, niefiltrowane, odrobina słodu żytniego w zasypie, chmiel Saaz, uwarzono w Browarze Zodiak koło Kłodawy.

No i co się okazuje? Po pierwsze, trzeba głośno odszczekać wszystko zło, które się powiedziało o Pincie. Ich Pierwsza pomoc w zestawieniu z innymi pilsami okazuje się aż nadto dawać radę. Po drugie, jednak wygrywa kraft, co z przykrością niemałą przyznać muszę. W obydwu rankingach w pierwsze czwórce co najmniej dwa piwa to krafty. A nawet trzy. Po trzecie, nie dziwi zgodnie ostatnia pozycja Perły – Boże co za sik! Nigdy wcześniej tego nie piłem i nigdy więcej nie mam zamiaru. Honoru regionalnych broni dzielnie Trybunał. Miłosław nie zaskoczył w żadną stronę. Rozczarował Pilsner Urquell. Tym bardziej, że jeśli wziąć pod uwagę kryterium, które nas skłoniło do takiego porównania, czyli cenę, to cóż, nie ma oczywistych odpowiedzi – Pilsner Urquell kosztował 4,99 zł, podczas gdy Pierwsza pomoc Pinty tylko złotówkę drożej (zakupy robione w tym samym sklepie). Wygrywa bezapelacyjnie Trybunał, który kosztował tylko 2 zł za buteleczkę 330 ml, a który znalazł się w pierwszej trójce obydwu rankingów.

Jedno jest pewne, spodobała się nam ta zabawa, jeszcze ją powtórzymy z innymi gatunkami.