Pokazywanie postów oznaczonych etykietą russian imperial stout. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą russian imperial stout. Pokaż wszystkie posty

sobota, 3 grudnia 2016

Idzie zima - okołostoutowo



582. Bumelant (Browar Zakładowy) 4,7%
583. Sheep Szit (Birbant) 7%
584. RIS Blended Barrel Aged (Birbant) 10,5%
585. Coffie (Browar Świdnica) 5%

Poszedłem parę dni temu do Po Robocie i tym razem sięgnąłem na ciemną półkę. Pomyślałem sobie, że czas na stouty – zima idzie, trzeba przestawić się na ogrzewanie wewnętrzne. Przynajmniej częściowo. No a jak zobaczyłem co mi w rękę wpadło, to zdębiałem. Sheep Szit, proszę Państwa, Sheep Szit! Wędzone owczym gównem! Tak mówi etykieta, naprawdę. No i zamurowało mnie, bo nie tak dawno oskarżałem polskich kraftowców o brak jaj. A jednak niektórzy je mają. Ewidentnie! No naprawdę, bez dżołków, na śmiertelnie poważnie – wielki szacun, Birbant! Chylę nisko czoła i czekam na więcej. A jeśli jeszcze piwo okaże się smaczne… No ale co do tego, to zaraz się przekonamy.

No to bez emocji. Piwem, od którego zacząłem składanie dzisiejszego zestawu jest Sheep Szit, Smoked Extra Stout z Browaru Birbant. Słód do jego uwarzenia wędzony był, przynajmniej częściowo, nad owczymi bobkami, zbieranymi i suszonymi osobiście przez piwowarów z Birbanta. Przynajmniej tak brzmi oficjalna wersja browaru. I ona mnie się podoba i jej się będę trzymał.

Tuż obok na półce stał inny produkt tego samego browaru – RIS Blended Barrel Aged. Do takiego leżakowania w dębowych beczkach po mocnych trunkach od zawsze nastawiony jestem sceptycznie. Jakoś nikt mnie nie przekona, że podczas kilku miesięcy cokolwiek sensownego może się wydarzyć na linii piwo-dębina. Co najwyżej piwo wypłucze ze zwęglonej warstwy drewna (beczki wypala się od wewnątrz, a przynajmniej tostuje, w zależności od rodzaju beczki i rodzaju trunku, który ma w niej leżakować) resztki tego, co w niej wcześniej leżakowało. Tak więc, w gruncie rzeczy, można by do piwa dolać trochę burbona, whisky, rumu, czy czego tam dusza zapragnie – i efekt byłby z grubsza ten sam. Ale jak ludkowie się lubują w ściemie na temat dojrzewania w beczkach dębowych po tym i po owym, to niech sobie mają. Ja nie mam nic przeciwko. Tutaj mamy do czynienia z mieszanką piw leżakowanych wcześniej w beczkach po burbonie, whiskey i rumie. Na dodatek to nie jakieś tam piwo, tylko gimbo-hipsterski Russian Imperial Stout (RIS) o powalającej mocy 10,5%, a więc nie w kij dmuchał. Przekonamy się za chwil parę czy ten RIS nas przekona do siebie, czy potwierdzi sceptycyzm – i do gatunku piwa i do faktu leżakowania. Chociaż, jeśli dobrze się nad tym zastanowić, to akurat dorzucenie do czekoladowo-kawowego profilu stouta akcentów rumu czy burbona wcale nie musi wyjść piwu na złe. Wcale, ale to wcale. Zastanawia mnie tylko kwestia techniczna – jako się rzekło, producent wymienia beczki po rumie, burbonie i whiskey. Właśnie tak, whiskey. Czyli że irlandzka, albo amerykańska z Tennessee (w odróżnieniu od Kentucky bourbon)? Nie szkocka whisky? Nie wiem, nie chce mi się dociekać, ale gdyby tam jeszcze dorzucić akcenty torfowo-dymne z beczki po jakiejś szkockiej whisky z Islay, mogłoby być jeszcze bardziej ciekawie. No nic, za chwilę się przekonamy.

Trzecim wyborem podczas ostatniej wizyty w Po Robocie był Bumelant z Browaru Zakładowego, piwo określane mianem Polskie Ciemne Ale. Tak więc, nie jest to stout, ale wydaje mi się, że wystarczająco blisko, by go w towarzystwie stoutów postawić. Poza tym, Browar Zakładowy dostaje dodatkowe punkty za oprawę graficzną i nazewnictwo swoich piw. Żadnego zadęcia na jakieś tam White Horse, Redemption Ale czy King of Hop, żeby daleko nie szukać. Bumelant, Fajrant, Kombinator, czy Pierwsza Zmiana brzmią zdecydowanie bardziej swojsko. No i – co nie bez znaczenia – o Bumelancie same dobre rzeczy słyszałem.

Na koniec to, co prędzej czy później było nieuniknione. Piwo z Browaru Świdnica. Dłużej nie można unikać spróbowania piwa robionego w mieście, w którym się mieszka. Nawet jeśli nic dobrego się o nim nie słyszało. A że dzisiaj na ciemno i stoutowo, wybór padł na Coffie z Browaru Świdnica, piwo określające się na etykiecie jako stout. Domyślam się, że nazwa ma być nawiązaniem do kawowych akcentów, charakterystycznych dla stoutów, choć nie wiem w jakim języku słowo kawa pisze się właśnie tak. Z drugiej strony, być może tok myślenia twórcy szedł zupełnie inną drogą i Coffie nie ma nic wspólnego z kawą. Podobnie jak szwedzka algfärssoppa to wcale nie zupa z alg, a z łosia. Tak czy owak, zobaczmy co ma do zaoferowania Browar Świdnica, wszak nie byle jaką tradycję piwowarską ma za sobą.

Lejemy. Piana na obydwu Birbantach – klasycznie stoutowo beżowa – pojawiła się i zniknęła. Nieco bardziej trwała była na Sheep Szit niż na RISie. Na Bumelancie pojawiła się obfita i stosunkowo trwała piana, która opadając okleiła ścianki szklanki. W przypadku Coffie pojawiła się dość dziwna, grubopęcherzykowa piana, również beżowa, która dość szybko zredukowała się do zera. Wąchamy i pijemy.

Bumelant Polskie Ciemne Ale (12 Blg, IBU 44, niepasteryzowane, niefiltrowane) – w aromacie kawa, orzechy laskowe, gorzka czekolada, coca-cola, lekko butwiejące jesienne liście, trawa.
Smak przyjemny, pełny. Draże kakaowe, czarna kawa, gorzka czekolada, palony słód. Goryczka chmielowa atakuje dopiero po chwili, jednak zachowuje się bardzo grzecznie. Siedzi na swoim miejscu, nie zalega, nie przeszkadza – ale też nikt nie może piwu zarzucić jej braku. Po chwili pojawiają się przyjemne akcenty ziołowe i biszkopty. Fajne, sympatycznie ułożone piwo.
Kategoria: JESZCZE RAZ TO SAMO

Sheep Szit Smoked Extra Stout (19,1 Blg, IBU 33, pasteryzowane, niefiltrowane, warzone w Browarze Zarzecze) – w aromacie przede wszystkim wędzony, lekko podkwaśniały oscypek, kawa rozpuszczalna. Wyobraźnię i skojarzenia trudno uwolnić od wiedzy na temat materiału opałowego, wykorzystanego do suszenia słodu – skojarzenie jest więc nieuchronnie z aromatem wnętrza szopy, w której schroniło się stado owiec. Poza tym, czekolada, podkwaśniałe mleko, ciastka digestive, akcenty ziemiste. Aromat intrygujący, sam w sobie jakoś niespecjalnie przyjemny. Z czasem przechodzi w zestaw nutek aromatycznych starego, zleżałego siana gdzieś w kącie wybiegu dla zwierząt gospodarskich. Z całym dobrodziejstwem inwentarza.
Smak pełny, kremowy, ziemisto-dymny, z akcentami palonego słodu, gorzkiej czekolady, czarnej kawy, wędzonego oscypka, odrobiną siana, lukrecji, palonego karmelu. O ile aromat określiłem dwuznacznie jako „intrygujący”, o tyle smak nie pozostawia złudzeń – mamy w szklance dobre piwo. Bogate, złożone, dobrze zbalansowane. Ot, zaskoczenie.
Kategoria: JESZCZE RAZ TO SAMO

Russian Imprerial Stout Blended Barrel Aged (24,5 Blg, IBU 50, pasteryzowane, niefiltrowane, warzone w Browarze Zarzecze) – jego aromat to przede wszystkim gorzelniany chuch menela. Poza tym, rum, czekolada, amaretto, cukierki kukułki, kakao z odrobiną mleka. Aromat z każdą chwilą układa się coraz grzeczniej, jest coraz bardziej przyjemny. A już z całą pewnością ten menel przestał nam chuchać w nos. Z czasem pojawiają się akcenty skondensowanego słodkiego mleka z puszki, przypalonego nieco, słodkiego karmelu. Bardzo fajny aromat, bardzo fajny.
Smak jest niewiarygodnie wręcz bogaty, słodki, a przy tym aksamitnie gładki. Ma się wrażenie, że do ust sobie człowiek wlewa płynną esencję cukierków kukułek. Są tu akcenty rumowe, czekoladowe, kakaowe, jest skondensowane słodkie mleko, syrop cukrowy, likier wiśniowy, tort czekoladowy, wanilia. Pięknie, rozkosznie. Całość skontrowana jest goryczką, taką kawowo-czekoladową. Nie ma ani śladu alkoholu. Doskonała rzecz.
Kategoria: JESZCZE RAZ TO SAMO

Coffie Stout (12 Blg, IBU 30, niepasteryzowane, niefiltrowane) – w aromacie kawa – zimna, odstana zbożówka, mnóstwo ziaren, płatki gryczane, wafle ryżowe. Aromat nie powala w żadną stronę – ani to przyjemne, ani nieprzyjemne, jednak trąci cienizną i niedosytem.
Smak jest… pusty. Rozwodniona kawa, odrobina kaszy gryczanej – jakieś totalne popłuczyny z naczynia, w którym kiedyś piwo przechowywano. Cienkie, płaskie, bez wyrazu, bez charakteru, właściwie bez smaku. Obrzydlistwo.
Kategoria: DO ZLEWU

No i zaliczyliśmy, no i przeżyliśmy. Zarówno owcze gówno, jak i to coś ze świdnickiego browaru. Co prawda, przekrój gatunkowy smakowanych dzisiaj piw jest dość szeroki, jednak pokusimy się o ranking. U mnie wygrywa zdecydowanie RIS (o Boże, co ja mówię!). Okazuje się, że te dodatkowe akcenty rodem przede wszystkim z rumu naprawdę ładnie wpisują się w profil aromatyczno-smakowy tego piwa. A i sam materiał wyjściowy, samo piwo musiało być wysokiej jakości, skoro nie epatuje alkoholem, nie przeszkadza jego moc. Pozytywnym zaskoczeniem było gówniane piwo, choć aromat momentami dość sugestywnie przypominał o tym, skąd te oscypkowe nutki. Bumelant nie zawiódł. Co do Coffie – jak ktoś szuka pamiątek ze Świdnicy, niech sobie posążek dzika lepiej kupi. Tak więc mój dzisiejszy ranking wygląda następująco:

1. RIS Blended Barrel Aged
2. Sheep Shit
3. Bumelant
4. Coffie

Pytam połowicę co ona na to. A ona na to, że nie, że niekoniecznie. Że Coffie owszem, na końcu stawki (prawdę mówiąc, do zlewu trafiło 3/4 szklanki), że Bumelant trzeci, owszem, ale pierwsze i drugie miejsca jej zdaniem trzeba przestawić. No i niech jej będzie, protokół rozbieżności. Przecież nie pokłócimy się o piwo. Na pewno znajdziemy sobie lepszy pretekst.

Wszystkie piwa – również te z Browaru  Świdnica – do kupienia w sklepie Po Robocie, Świdnica, ul. Westerplatte 9. Na weekend jak znalazł.

niedziela, 13 listopada 2016

Po Robocie - mix nie taki znowu zwykły



574. PL-US Polish Americal India Pale Ale (Browar Kormoran) 6%
575. I’m so Horny! Espresso Lager (Pinta) 6,7%
576. Łódź i Młyn Russian Imperial Stout (Piwoteka & De Molen) 13,8%
577. Ucho od śledzia Foreign Extra Stout (Piwoteka) 5,5%
578. Pszeniczne (Browar Largus) 4,8%

Pożegnawszy ostatecznie wredne przeziębienie, które męczyło mnie prawie dwa tygodnie, mogłem wreszcie wybrać się dzisiaj, w prawie zimowe przedpołudnie, do zaprzyjaźnionego sklepu Po Robocie, by tam z półek zgarnąć to i owo. No i zgarnąłem kilka butelek, co do których zawartości bardzom ciekaw. Wśród nich przede wszystkim PL-US z Browaru Kormoran. No bo jak nie zaciekawić się piwem w stylu AIPA uwarzonym przez Kormorana? Kormoran zdołał już dać nam ogrom radości, w ciągu ostatniego roku prawie nigdy nie zawiódł (no, może poza beznadziejnym 1 na 100, ale i najlepszym zdarza się upaść; ważne tylko, żeby się za bardzo nie wylegiwać, jak mawiała moja pani od francuskiego). A jeśli na dodatek ta AIPA chmielona była amerykańskimi chmielami wyhodowanymi w Polsce? A na dodatek wcale nie jakimś tam szemranym ekstraktem, tylko mokrymi szyszkami? No nie, to absolutnie i koniecznie sprawdzić trzeba. Tym bardziej, że – choćby tylko ze względu na zastosowanie świeżych szyszek chmielu – piwo to produkowane być może tylko raz w roku. Jak nie teraz, to kiedy?

Zgarnąłem z półki, trochę niejako wbrew sobie, kolejne piwo Pinty. I’m so horny! to mocny lager, uwarzony z dodatkiem wybornej (podobno) kawy z Gwatemali. Kawę tę dodawano tutaj w dwóch etapach – podczas warzenia, a potem podczas rozlewania. Za cholerę nie wiem po co lagerowi aż 6,7% alkoholu, ale rozumiem, że Pinta niezmiennie targetuje niedopitą młodzież, pyzatych nieletnich, co to impry organizują pod nieobecność rodziców. A oni muszą jednak poczuć, że piwo daje w czapę, bo w przeciwnym razie impreza się nie uda, jazdy nie będzie, do laski odwagi nie starczy, film się nie urwie, kolejnego nie kupią. No i ta dęta nazwa, naprawdę żałosna. No ale grupa docelowa swoje wymagania ma, a prawa rynku są nieubłagane.

Wylawszy jad, ulżywszy sobie (to pewno konieczność zagłuszenia własnych wyrzutów, że znowu wydałem pieniądze na Pintę) powiem tylko, że ciekaw jestem po pierwsze tego współgrania akcentów kawy i lageru, a po drugie, jeśli przy 18 Blg odfermentowano to coś tylko (jednak tylko, w tych okolicznościach) do 6,7%, to oczekuję, że będzie tam smak. I to nie tylko kawowy. Potencjał jest, przyjdzie sprawdzić co z nim zrobili piwowarzy Pinty. Z tym potencjałem, znaczy.

Wreszcie piwo, które zgarnąłem z półki już stojąc przy kasie – Łódź i Młyn z Piwoteki. Długo się wahałem, zastanawiałem. No bo wiadomo, Russian Imperial Stout to znowu gatunek warzony dla mentalnych gimnazjalistów pozujących na piwoszy. Hopheadów, przepraszam. Tam nie musi być smaku, tam na podniebieniu może się nie dziać nic. Ważne, żeby był odpowiednio wysoki procent, no i goryczka żeby była. Właściwie ważna jest goryczka, nic więcej (bo że podczas piwnych zakupów ten i ów na voltaż zerka, to żaden się oficjalnie nie przyzna). No i ja tu widzę, że owszem, przy alkoholu na poziomie 13,8%, w łeb to piwo jest w stanie dać ostro, zryje beret, jak nic. A oni jeszcze do tego wrzucili tam 110 IBU! Rozkosz piwnego rewolucjonisty. Toż to wągry same wyskoczą ze skowytem, skórę twarzy pozostawiając gładką jak pupa niemowlaka!

Z drugiej strony, jeśli piwo uwarzone przyzwoicie, to i alkohol nie przeszkodzi, a przy ekstrakcie 29,7 Blg, to i ciała tam powinno być tyle, co bicepsów u Arnolda S. w latach świetności. Tym bardziej, że jeszcze owoców jarzębiny dodali. Co więcej, piwo uwarzono w Holandii, w browarze De Molen. Oni tam przecież nie mogli go spieprzyć. Po prostu nie mogli. Nie mają w tym wprawy. No i stało się, piwo do torby ostatecznie trafiło. A za chwilę do szklanki.

Ciekawostką – ciągle nam jeszcze nieznaną – jest piwo Ucho od śledzia, również firmowane przez łódzką Piwotekę (choć ani słowa na etykiecie o tym, kto i gdzie je uwarzył, najpewniej browar Księży Młyn w Łodzi). Piwo warzone z dodatkiem świeżych i wędzonych śledzi. No, tego jeszcze nie było. Przynajmniej na naszym stole. A że to nie pierwsza warka, prawdziwi, wytrawni piwosze już dawno je pili, już opinię o nim wydali, nam tym bardziej nie wypadało aż tak odstawać od peletonu. A zupełnie poważnie – ciekaw jestem niezmiernie tego piwa. Chyba najbardziej z całej dzisiejszej stawki.

Wreszcie klasyczne piwo pszeniczne z browaru Largus. Browaru nie znam, zetknąłem się z nim po raz pierwszy, zapytałem które byłoby najlepsze, polecono mi Pszeniczne. A że klasyczne pszeniczne w tym domostwie jest bardzo cenione, tak więc butelka largusowego Pszenicznego z Po Robocie wyniesiona została. Czas poszerzyć horyzonty, nowego browaru popróbować.

Powyższe napisane zostało „na sucho”, tylko i wyłącznie na podstawie etykiet i skumulowanych wrażeń z naszych dotychczasowych piwnych wędrówek po świecie. Nawet jeśli to akurat świat przyjeżdża, a my rzadko (choć nie że nigdy) te piwne podróże odbywamy gdzie indziej, niż przy naszym stole. Teraz czas kapsle zdjąć, szklanki napełnić. Co snadnie czynimy…

Pszeniczne rozczarowało jeśli chodzi o pianę. Co jak co, ale pszeniczne piwa pienią się. Czasem za bardzo. No i piana na nich zwykle jest trwała. W tym przypadku, piany było niewiele, a już po chwili nie było po niej nawet śladu. W przypadku I’m so Horny! i PL-US, piana jest jak należy – obfita i trwała. Nawet po redukcji na powierzchni piwa zostaje pojedyncza, ale zwarta warstwa bąbelków, a na ściankach szklanek, apetyczny osad. Ucho od śledzia spieniło się wzorcowo, beżową, trwałą pianą. Łódź i Młyn również spieniło się galancie – piana jest gruba, gęsta i trwała.

Pszeniczne (12,1 Blg, pasteryzowane, niefiltrowane) – w aromacie standardowe jak na pszeniczne piwo akcenty bananów, goździków, drożdży, świeżego chleba. Jest tu troszkę cytrusowo, jest nutka miodu. Generalnie słabo, płasko, nieciekawie, a nawet momentami bagienkowo.
W smaku – jest to niezłe piwo pszeniczne. Żadnych fajerwerków, ale co ma być, to jest – kupa zboża, morele, banany, drożdże, goździki, jest nawet odrobina słodkiej marchewki (jakby sok marchewkowy). Wszystko fajnie poukładane, orzeźwiające, idealnie wysycone. Aż żal, że pora na lekkie, orzeźwiające pszeniczne piwa nie prędzej niż dopiero za jakieś pół roku.
Kategoria: JESZCZE RAZ TO SAMO (choć daje się słyszeć głosy, że CUD, MIÓD, MALINA; nie dajmy jednak ponieść się emocjom)

I’m so horny! Espresso Lager (18 Blg, IBU 27, pasteryzowane, niefiltrowane, warzone w Browarze na Jurze, z dodatkiem kawy Adelante i Rio Azul z Gwatemali) – w aromacie wyraźnie czuć bardzo wyraźnie kawę, coca-colę, gdzieś tam chyba wybija trochę alkohol, bo akcent jak z Irish coffee, cukierki kukułki, bardzo słodka ta kawa, taki trochę ulepek. Generalnie słabo, nieciekawie. No bo jak kawa pachnie, to wszyscy wiemy. Nawet mocno słodzona. A tu poza nią niewiele się dzieje. Może w smaku…
A w smaku jest… kawa. Całe hektolitry kawy na centymetr sześcienny. I nic więcej. Zimna, gazowana kawa. Co za porażka…
Kategoria: DO ZLEWU

PL-US Polish American India Pale Ale (16 Blg, pasteryzowane, niefiltrowane, chmiele CascadePL, ChinookPL) – w aromacie słód jęczmienny, brzoskwinie, migdały. Są tu oczywiście amerykańskie chmiele w postaci owoców egzotycznych i akcentów żywicznych, ale tutaj – a nie zdarza się to często – są one delikatne i bardzo zgrabnie wkomponowane w całość. Pachnie fajnie – aż się prosi, by je wychylić.
Smak jest pełny, owocowy, grapefruitowy i żywiczny. Wyraźnie czuć tutaj, że chmiel jest zupełnie innej proweniencji niż w większości piw typu IPA/AIPA, itp. Wydaje się, że troszkę za dużo go tu wrzucono, bo jego intensywność przytłacza, przesłania inne akcenty smakowe. A szkoda, bo dzieje się tam nieźle w smaku. Jeśli ktoś lubi uderzenie goryczy, powinien być zachwycony. My nie lubimy. A w każdym razie, nie w takim stężeniu. Gdy daliśmy mu odstać i swoim podniebieniom odpocząć, piwo objawiło się nam jednak zdecydowanie przyjemnym, przyzwoicie skomponowanym. No i na plus trzeba zaliczyć jednak tę naturalność chmielenia, które – przy wszystkich zastrzeżeniach – czuje się na podniebieniu. A do tego rodzaju zalegającej goryczy podniebienie się dość szybko przyzwyczaja i rozkoszuje się owocowością smaku. Fajne jest, chętnie wypijemy jeszcze jedno. Choć może niekoniecznie już-zaraz.
Kategoria: JESZCZE RAZ TO SAMO

Ucho od śledzia Foreign Extra Stout (14 Blg, IBU 50, niepasteryzowane, warzone z dodatkiem świeżych i wędzonych śledzi) – w aromacie jest kawa, trochę gorzkiej czekolady, no i jest jakiś rybny, wędzony akcent, choć najbliżej chyba byłoby do wędzonych szprotek, nie do śledzia. I tutaj niewiele się dzieje. Poczekamy, nigdzie nam się nie spieszy. Niech piwo się ogrzeje, niech bukiet się należycie rozwinie. Czekanie niewiele dało, więc pijemy.
W smaku jest przyjemnie stoutowo – wszystkie te kawowo-czekoladowe akcenty tutaj są na miejscu i swoje robią. Dość szybko pojawia się jakaś nutka – nieoczekiwana, a więc początkowo uznana za niechcianą, fałszywą – oleju, w którym zatopiono wędzone szprotki (tak, zdecydowanie smakuje to jak szprotki). Wymaga kilku głębokich łyków i przemielenia tego na podniebieniu, by się do tej kombinacji przekonać, co do tego, to nie ma cienia wątpliwości. Jednak z czasem szprotowa wędzoność przeszkadza coraz mniej, a jakoś w połowie butelki zaczyna się podobać i smakować. Ostateczny werdykt – fajne, nietuzinkowe piwo.
Kategoria: JESZCZE RAZ TO SAMO

Łódź i Młyn Russian Imperial Stout (29,7 Blg, IBU 110, niepasteryzowane, warzone w browarze De Molen, z dodatkiem owoców jarzębiny) – piwo, które w aromacie nie ma nic. Co za osiągnięcie! Trochę pieczarek, odrobina plasteliny, jak już człowiek się wwącha na maksa. Co za koszmar piwosza! Z każdym niuchem plasteliny jest coraz więcej i jest coraz bardziej wymiąchana, wygnieciona, szaro-brązowa. Niewiarygodnie spieprzone piwo. To się nie mieści w skali piwnych porażek aromatycznych. Ludzie, kto to wymyślił, kto to na rynek wypuścił? No dobra, uczciwość nakazuje odnotować jakąś czekoladę, jakąś goryczkę, jakąś chyba jarzębinę, coś tam się błąka po peryferiach tej plasteliny. Ale żeby tylko tak? Taka kooperacja, taaakie (potencjalnie) piwo? Skandal. Spróbujmy posmakować (choć współdegustantka, która już w gardło wlała pierwszą porcję, krzyczy do mnie, „nie pij tego!”).
Spróbowałem. W dzieciństwie zdarzyło mi się ugryźć plastelinę, więc wiem jak smakuje. To samo uczucie, ta sama rozkosz dla zmysłów. Plus jakaś nafta, zjełczały olej. I jeszcze łyk. I jeszcze jeden. Szansę dajemy do końca. No, prawie do końca. W połowie butelki zapadła decyzja.
Kategoria: DO ZLEWU

No tak. Popróbowali, wypili. Wypili co się dało, resztę zgrabnym ruchem nadgarstka do zlewu wylewając. Można powiedzieć, że dzisiejszy wynik to 3:2. Trzy piwa zaskoczyły, trzy dały gębie dużo radochy. Dwa pozostałe natomiast powinni w Lidlu sprzedawać. W trakcie tej promocji, co to satysfakcję gwarantowała. Natychmiast poleciałbym dopominać się o zwrot kasy. Pinta dostaje u nas kolejnego bana. Przynajmniej na jakiś czas. Za każdym razem, jak przyjdzie mi do głowy kupić jakieś piwo z Pinty, odpowiednią kasę na WOŚP odłożę. Niech będzie z tego jakiś pożytek.

Kormoran nie zawiódł, choć w jednej z najtrudniejszych kategorii wystąpił. Wszelkie odmiany IPA to wszak w wykonaniu rodzimych piwowarów jakiś dopust boży. A tu bach! Piękne, sympatycznie skomponowane piwo się pojawia. Szkoda, że to tylko raz w roku. Nie żebym zaraz na AIPA już całkiem chciał się przestawić. Ale od czasu do czasu – czemu nie? No i sprawdził się Largus. Jestem za. Następnym razem wezmę coś więcej od nich. Wreszcie te śledzie z Piwoteki. Co prawda, zdecydowanie szprotki to były w smaku i aromacie, ale były, swoje zrobiły, nie zawiodły, nie rozczarowały. Ciekawe piwo, a naszym zdaniem, po prostu fajne. No i uratowały w naszych oczach Piwotekę. Bo ten jarzębinowo-plastelinowy RIS… Nie, zmilczmy.

Dziś w ranking się nie bawimy – za duży rozstrzał gatunkowy.
Wszystkie próbowane dzisiaj piwa do kupienia w sklepie Po Robocie, ul. Westerplatte 9, Świdnica. I nawet jeśli ze dwa dzisiaj trafiły do zlewu, to do Po Robocie warto zaglądać regularnie, do czego serdecznie zachęcamy mieszkańców okolicy. Niech nam się rozwija i nowych wrażeń dostarcza.