Pokazywanie postów oznaczonych etykietą alebrowar. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą alebrowar. Pokaż wszystkie posty

piątek, 30 grudnia 2016

Święta niejedno mają imię



603. Saint No More (AleBrowar) 6%
604. Świąteczny Śliwkowy Stout (Browar Roch) 5%
605. Choco Boss (Doctor Brew) 6,2%

Zgodnie z zapowiedzią, na stół trafiły wreszcie pozostałe piwka okołoświąteczne, które takim czy innym trafem znalazły się w naszej piwniczce. No i całe szczęście – zdążyliśmy przed końcem roku, nie będzie zaległości. Zaszła pewna zmiana w stosunku do zawartości zdjęcia z poprzedniego wpisu. Zniknęło pewne domowe piwko, które wysuszone zostanie jakoś tak bardziej prywatnie, jak na domowe piwko przystało, bez rozgłosu. Jego miejsce zajął Świąteczny Śliwkowy Stout z Browaru Roch, na który natknąłem się podczas przedświątecznych peregrynacji po sklepach różnej maści. A poza tym, Saint No More, świąteczny kokosowy porter z AleBrowaru i Choco Boss z Doctor Brew, również uwarzone z okazji Świąt, zimy i końca roku. Albo jakoś tak.

Jak łatwo odgadnąć czytając etykietę, Saint No More uwarzono z dodatkiem kokosa. Świąteczny Śliwkowy Stout na kontretykiecie (będącej jedyną etykietą) przyznaje się tylko do dodatku w postaci płatków jęczmiennych. Z kolei Choco Boss zawiera dodatek kakao, curacao i skórki słodkiej pomarańczy.

Wszystkie trzy nieprzejrzyście czarne, lub brązowo-czarne. Piana najjaśniejsza, a jednocześnie najmniej imponująca na Choco Boss. Pozostałe dwa piwa spieniły się poprawnie, ciemnobeżowo i trwale. Mimo usilnych starań i ostrożnego obchodzenia się, w Choco Boss pływa całe stado nieprzyjemnie wyglądających farfocli. Takie „statki”, jak w bidonie dwulatka podczas zapijania obiadu.

Saint No More Kokosowy Porter (16 Blg, IBU 40, niepasteryzowane i niefiltrowane, warzone w Browarze Gościszewo) – w aromacie czekolada, kawa, ananas, odrobina palonego słodu, suszony banan. Dość trudno doszukać się klasycznego aromatu kokosa – pojawia się, owszem, ale dość blado nieśmiało. Piwo pachnie właściwie jak klasyczny porter.
Smak jest pełny i przyjemny, a w nim sporo karmelu, lukrecji, palonego słodu, kawy, gorzkiej czekolady. Jest wreszcie kokos, i to w bardzo przyjemnej postaci. Goryczka ma charakter kawowo-czekoladowy, jest dobrze wyważona i zna swoje miejsce. Bardzo przyjemne piwo, i to chyba głównie za sprawą tych kokosowych nutek, które pojawiają się w nim bardzo nieśmiało, niejako niechcący, nie pchają się na pierwszy plan, a tylko delikatnie wypełniają wolne przestrzenie smakowe. Bardzo sprytnie pomyślane, pięknie wykonane. Aż szklanka sama do ust wędruje.
Kategoria: JESZCZE RAZ TO SAMO


Świąteczny Śliwkowy Stout (15,7 Blg, niepasteryzowane, niefiltrowane) – w aromacie suszona śliwka, wędzony słód, kompot z suszu owocowego, odrobina coli, siano. Z czasem pachnie coraz bardziej stajnią, skórzanym siodłem, uprzężą i całą resztą rumaka. I żeby wszystko było jasne – jest to bardzo przyjemny, ciepły aromat. Rumak i cała reszta uprzęży i obejścia jest czysta i zadbana. Gdzieś niedaleko ktoś niedawno wygasił wędzarnię.
Smak jest tylko odrobinę mniej pełny niż w Saint No More, ale wypełniony jest doskonałą treścią – wędzonka, suszona śliwka, susz owocowy, kakao, czekolada, kawa z mlekiem, słonecznik prażony. W odpowiednim momencie pojawia się delikatna goryczka, coś jak skórki świeżych węgierek. Wszystko cudownie wręcz poukładane i wyważone. Coś pięknego. No, tak to ja mogę świętować!
Kategoria: CUD, MIÓD, MALINA


Choco Boss (16 Blg, IBU 45, niepasteryzowane, niefiltrowane, warzone w Browarze Bartek) – aromat rozczarowuje od pierwszego niucha. Nie ma tutaj nic, co uzasadniałoby którykolwiek z członów nazwy – ani to choco, a już na pewno nie boss. Pachnie sztucznie, mętnie, niewyraźnie. Doszukać się można nieco akcentów pomarańczy, ale głównie w postaci sztucznego aromatu pomarańczowego, jak w cukierkach skittles, jest odrobina palonego słodu, na upartego jest echo czekolady, ale akurat ta nutka bardziej przypomina znane z dawnych dziejów wyroby czekoladopodobne niż dobrej jakości czekoladę. Po chwili pojawia się marcepan i amaretto. Wszystko to jednak ciągle występuje na jakimś słabym, niemiłym, plastikowym tle. Przedziwny, mało atrakcyjny, niezbyt zachęcający aromat, jak by się nie wwąchiwać, jak by się nie starać.
Smak jest wodnisty, słodki, lurowaty. Wysycenie prawie żadne, więc smak piwa niebezpiecznie dryfuje w stronę jakiejś słabej jakości coli o lekko piernikowym smaku. Jakieś akcenty podgniłych jabłek, na które wylała się kawa rozpuszczalna. I nieprzyjemna, tania gorycz, cholera wie skąd. Totalnie niepoukładane, słabe piwo. Choć użycie słowa piwo jest tu mocno przesadzone.
Kategoria: DO ZLEWU

Nie ma potrzeby jakoś specjalnie układać ranking – wszystko jest oczywiste na pierwszy rzut oka. Cieszy dobra forma Rocha. Kilka razy już sobie przez gardło przelewaliśmy piwa z tego lokalnego, jak by nie było, browaru. I nie zawsze pialiśmy z zachwytu. Tym razem jednak trafiony-zatopiony. Piwko warte grzechu. Stanowczo warte. Grzechu ciężkiego wręcz. Świetny kokosowiec z AleBrowar. Tym bardziej, że ponoć nie tak łatwo uwarzyć cokolwiek sensownego używając do tego kokosa. Tak mówią ci, co wiedzą, co próbowali. Wierzymy im na słowo i tym bardziej chwalimy wysuszony dziś kokosowy porter. Doctor Brew? Nie tym razem. Tym razem przemilczmy.

Dla formalności, dzisiejszy ranking:

1. Świąteczny Śliwkowy Stout z Browaru Roch
2. Saint No More kokosowy porter z AleBrowar
3. Choco Boss z Doctor Brew

Wszystkim życzymy piwnych miódów-cudów-malin w Nowym Roku. Do siego!


Dwa z trzech dzisiejszych piw kupione w Po Robocie, ul. Westerplatte 9, Świdnica.

wtorek, 2 sierpnia 2016

Kraft - czy to się nie przepłaca, cz. 2 (saison)



---. Żywiec Saison (Grupa Żywiec S.A.) 6,5%
509. Golden Monk Saison IPA (AleBrowar) 7,2%
510. No Reason Saison (Inne Beczki) 5,6%

No dobrze, okazało się ostatnio, że jeśli chodzi o pilsy, to piwa kraftowe wygrały z dostępną powszechnie koncernową lichotą. Nawet Pilsner Urquell, pilzner pilznerów, przegrał z kilkoma wyrobami piwowarskich rzemieślników. I dobrze mu tak. Dzisiaj sprawdzamy więc bardziej kraftowy gatunek, saison. Co prawda, saisonów na rynku jest choć za psami rzucaj, jednak nie ma ich tak wiele jeśli chodzi o powszechnie dostępną ofertę koncernów czy browarów regionalnych. Tak więc liczba butelek do zabicia dzisiaj jest niewielka. No i dobór przypadkowy. Przypominam, że nie poszukujemy piwa. Naszym zdaniem, piwo nie jest napitkiem, którego się poszukuje, sprowadza za pośrednictwem sklepów internetowych, czy wyrusza na specjalne wyprawy, by zdobyć butelkę czy dwie. Piwo, naszym zdaniem, służy do picia. Tak na co dzień, bez spiny, bez filozofii. Dlatego piwa, które dzisiaj znalazły się na naszym stole, znalazły się tu dlatego, że wcześniej znalazły się gdzieś pod ręką podczas zakupów. Bo właśnie tam – pod ręką podczas zakupów – jest miejsce dobrego piwa, tam bywać powinno.

No i podkreślę raz jeszcze – nie bawimy się tu w żadne wyrocznie, nie zgrywamy znawców, nie układamy sobie kapsli na korkowej tablicy, nie boczymy się na Grupę Żywiec (dzisiaj akurat na nich się nie boczymy; innymi razy nie boczymy się na większe porażki browarnicze i piwowarskie, dużo większe). My się po prostu bawimy. I kropka. Taki sposób na wieczorne odstresowanie, wyluz, niezwariowanie. Sposób nasz i prowadzony według odpowiadających nam zasad. Tak więc, jeśli ktoś to, co tu jest napisane, bierze poważnie, robi to na własną odpowiedzialność. I tyle. No i jasne jest dla nas, że szczególnie w przypadku saison, proste porównywanie jednego piwa do drugiego jest sporym uproszczeniem. Z drugiej strony, to nasze podniebienia, i to my będziemy decydować według jakich kryteriów dobieramy im przepłukankę. A nasze kryterium jest proste – ma smakować. Nic więcej.

Smakowanie odbywa się w ciemno, jednak po poprzednim wpisie i ocenie jego czytelności, doszliśmy do wniosku, że lepiej jest jednak opisywać cały proces w sposób tradycyjny, tak jak byśmy od początku wiedzieli co jest co. Po odkodowaniu szklanek nie jest to trudne, wystarczy zamienić numerki nazwami piw. Proste „kopiuj-zamień”, mój Word świetnie sobie z tym radzi, dzięki uprzejmości Billa G. Tak więc, opisane niżej wrażenia sporządzane były w ciemno, a rozjaśnione dopiero w trakcie edycji tekstu. I tak je należy odczytywać.

No dobra, starczy tłumaczenia się. Mamy przed sobą trzy piwa typu saison – jedno powszechnie dostępne Żywiec Saison, które już nie bez przyjemności pijaliśmy (naprawdę, nie bez przyjemności), No Reason Saison z Browaru Inne Beczki i wreszcie Golden Monk Saison IPA z AleBrowaru. W przypadku tego ostatniego odskoczyłem od reguły i skoczyłem do multitapu, obok którego akurat przechodziłem. Zgarnąłem butlę z lodówki, zapłaciłem i wyszedłem. Inaczej mielibyśmy tylko dwie butelki, a co to za zabawa z dwoma? Trzeba by się potem dopić jakąś Perłą, albo coś…

W związku z tym, że przedmiotem naszych badań jest przekonanie się jak to jest z opłacalnością, warto spojrzeć cenom w oczy. Prosto w oczy, bez lęku. Za Żywiec Saison zapłaciliśmy w Tesco 4,49 zł, za No Reason Saison 7,69 zł, również w tym samym Tesco, a za Golden Monk całą dychę. To ostatnie, jako się rzekło, kupione było w multitapie, więc założyć trzeba, że kupione w Tesco (gdyby tam się pojawiało) kosztowałoby podobnie jak No Reason Saison. Innymi słowy, koncernowe saison kosztuje około 60% ceny kraftu, a to spora różnica. No i sprawdźmy – czy to się nie przepłaca?

Kapsle precz, szklanki w dłonie, nalewamy. Piana najbardziej obfita i trwała pojawia się na No Reason. Najsłabsza, najmniej trwała na Żywiec Saison. Barwa – najjaśniejsze jest No Reason, ton ciemniejsze Żywiec Saison, dwa tony ciemniej Golden Monk. Czyli wcale nie golden, a jakoś raczej Brown [uwaga dopisana post factum].

Żywiec Saison (13,8 Blg, pasteryzowane, niefiltrowane)  – aromat chmielowy, lekka nutka amerykańskiego chmielu – skórki cytrusów, słodycz słodu, bogate, gęste, dojrzałe owoce egzotyczne, wyraźna skórka pomarańczy. Aromat ciężki, pełny, wiele obiecujący. Smak pełny, owocowy, z przyjemnymi nutkami korzennymi, cynamonem. Sporo słodu, zbożowości. Owoce to dojrzałe, ciężkie bardzo dojrzałe jeżyny, słodkie papaje, marakuja, banany. Finisz pomarańczowo-jeżynowy. Bardzo przyjemne piwo.

No Reason Saison (12 Blg, pasteryzowane, niefiltrowane, uwarzone w Browarze Zodiak koło Kłodawy) – aromat zdecydowanie najlżejszy w dzisiejszej stawce. Odrobina lekkich akcentów pszenicznych, bananowych, kolendra. Bardzo słaby, niemal niewyczuwalny akcent skórki pomarańczowej. Pachnie jak pszeniczne piwo z lekkim pomarańczowym zadęciem. Na podniebieniu jest lekkie, orzeźwiające – i znowu, podobnie jak w przypadku aromatu, trudno nie odnieść wrażenia, że pije się piwo pszeniczne. Są tu banany, kolendra, sporo zboża, odrobina akcentów cytrusowych, cytryny wręcz, jest toffi, pewna śmietankowość. Bardzo delikatna, wyważona goryczka. Jest tu jednak pewna płycizna, szczególnie w porównaniu z dzisiejszą konkurencją.

Golden Monk Saison IPA (18 Blg, IBU 60, niepasteryzowane, niefiltrowane, uwarzone w Browarze Gościszewo) ma wyraźnie chmielowy aromat, ale z mniejszym wpływem cytrusów, bogate owoce, pewna woskowość – agrest, miechunka, kandyzowane owoce egzotyczne – marakuja, papaja, ananasy. Ciężko, słodko, przyjemnie, obiecująco. Smak pełny, owocowy, jednak nie aż tak słodki, jak Żywiec. Są tu dojrzałe brzoskwinie, kandyzowane owoce egzotyczne – ananasy, papaja. Słodki, bardzo dojrzały melon. Prażone orzechy laskowe. Sporo ziołowej goryczki, kolendra, przyprawy. Goryczki, niestety, nie udało się odpowiednio wyważyć – pojawia się na podniebieniu natychmiast i dość skutecznie wygłusza pozostałe akcenty smakowe. A szkoda. Po kilku łykach przestaje przeszkadzać, ale trudno o niej zapomnieć. Nie zaszkodziłoby gdyby chmielu było tutaj odrobinę mniej. Tak czy owak, jest to pięknie zestawione, bardzo przyjemne piwo.

I znowu mlaskamy, ciamkamy, mrużymy oczy. Wszystkie trzy to dobre piwa, wszystkie trzy mają swoje zalety, wszystkie trzy świetnie zaspokajają naszą potrzebę głębi smakowej w piwie. Wyraźnie jednak da się je ustawić w ranking, a na pewno – jak wynika z dyskusji nad szklankami – jedno z nich wygrywa z pozostałymi dwoma. Spieramy się co do medalu srebrnego i brązowego. Ostatecznie pozostajemy przy swoich argumentach – ja w saison szukam głębi i pełni, a jedno ze smakowanych dziś piw sprawia wrażenie wariacji na temat lekkiego piwa pszenicznego.

Odkodowujemy szklanki (ale to brzmi, niemal jak scena z serialu ‘Allo ‘Allo!) i okazuje się co następuje:

1. Żywiec
2. Golden Monk
3. No Reason

Drugie i trzecie miejsca zamieniają się w opinii mojej współtowarzyszki w opilstwie, ale zgadzamy się, że żadnego dzisiaj nie wylejemy do zlewu. No i nie wiem, z dzisiejszego doświadczenia wynika, że ten kraft chyba się jednak trochę przepłaca. Na pewno będziemy w dalszym ciągu prowadzić badanie w tym kierunku. Kontynuować procedowanie, jak mawiają moi ulubieni politycy.

[tekst powstał 21 maja 2016 – mamy ogromne zaległości, jak widać]


sobota, 21 listopada 2015

Trochę dyni, dymu, żyta i wina. Niech żyje różnorodność! Albo może nie...



348. Hard Bride American Barley Wine (AleBrowar) 9,8%
349. Piotrek z Bagien Pumpkin Ale (Jan Olbracht) 4,7%
350. WRCLW Roggenbier (Browar Stu Mostów) 5,5%
351. Rauch Alt (Kraftwerk) 4,8%

Dzisiaj totalny miszmasz piwny. Rozczarowani smakowanymi ostatnio dość intensywnie produktami polskich rewolucjonistów piwnych, zwanych czasem browarami kraftowymi, postanowiliśmy nie stawać na głowie by znaleźć konkurencję dla niektórych spośród piw znajdujących się w okolicach naszej lodówki, tylko zwyczajnie je wypić i – najprawdopodobniej – jak najszybciej o nich zapomnieć. Jak długo można dać się nabierać, że owe piwopodobne produkty nadają się do czegoś więcej niż tylko wylania do zlewu natychmiast po zdjęciu kapsla? Z małymi wyjątkami, oczywiście, ale te przecież tylko potwierdzają regułę. Kiedy piszę te słowa – dosłownie w tym samym czasie, otwarty w innym oknie komputera fejsbuk pokazuje mi roześmiane twarze twórców wielu spośród obrzydliwych piwotworów wylanych w ostatnim czasie do zlewu, którzy właśnie odbierają nagrody na festiwalu piwnym w Poznaniu. Co tylko potwierdza nasze przypuszczenia, że nie ma nadziei dla kogoś, kto oczekuje od nich przyzwoitego, pijalnego piwa. Nie oznacza to, że nie będziemy już nigdy więcej opisywać krafciaków, bynajmniej. Z jednej strony, mamy spore zapasy ich tworów, których przecież w ciemno nie ześciekujemy, a z drugiej – przecież nigdy nie wiadomo, a nuż coś przyzwoitego uwarzą. Będziemy jednak unikali pewnych konkretnych pseudopiworobów. I to zdecydowanie. Wśród nich znajdują się przede wszystkim niby-browary Reden, Kraftwerk, Pinta, Rebelia, Doctor Brew i parę innych. Tego po prostu nie da się pić.

Dzisiaj stawiamy sobie na stole przedstawicieli czterech zdecydowanie różnych gatunków piwa, uwarzonych przez polskich piworewolucjonistów. I żeby wszystko było jasne, niezależnie od tego, co napisano w poprzednim akapicie, stawiamy je w nadziei, że dadzą nam choć trochę radości organoleptycznej. Nie jesteśmy masochistami, gdybyśmy z góry wiedzieli, że są do bani, nie kupowalibyśmy ich. Tak czy owak, na stole dzisiaj stoi przedstawiciel gatunku American barleywine, Hard Bride z AleBrowar, dyniowe Pumpkin Ale warzone w ramach Kuźni Piwowarów w browarze Jan Olbracht, żytnie WRCLW Roggenbier z Browaru Stu Mostów we Wrocławiu, oraz Rauch Alt, czyli wędzona wersja klasycznego altbier z naszego „ulubionego” Kraftwerk.

 Piwa z serii Piotrek z Bagien kilka razy srodze rozczarowały. Mimo sympatii do samego imienia, czy tego i owego nosiciela tegoż. Mamy nadzieję, że dzisiaj będzie lepiej. Tym bardziej, że dynia to kopalnia możliwości smakowych. Lubimy wędzone, dymne piwa. Smakowane nie tak dawno Saison Curry Wurst od Birbanta zmiotło nas z nóg, do dzisiaj wspominamy ciepło Arden, dymionego stouta z browaru Roch. I paru innych. Dlatego sporo oczekujemy po Rauch Alt. Żytni Maorys z Bojana – mimo iż to nielubiane IPA – porwał nas. Stąd spore oczekiwania wobec Roggenbier z wrocławskiego Browaru Stu Mostów. O regionalnym patriotyzmie i wspieraniu prawdziwych – nie kontraktowych – browarów tu nawet nie wspomnę.

Patrząc na etykiety, nazwy poszczególnych piw, zastanawiam się – dlaczego po angielsku, do licha? I nie chodzi mi tylko o te, które dzisiaj stoją na stole i czekają na egzekucję. Te wszystkie hoppy, pinky, łan wheat, turbo geezer, terrence, winchester, magnus, some like it hot, brewdog i inne. Że o Doctor Brew nie wspomnę. No ludzie! Jaki jest eksport poza granice naszego kraju piw kraftowych? Jeśli ktoś ma na ten temat informacje, to proszę mnie oświecić. Bo jeśli piwa te, jak przypuszczam, sprzedawane są głównie w Polsce, to nadęcie krafciaków przechodzi ludzkie pojęcie. Dlaczego, ach dlaczego nie można piwa nazwać dyniowym, żytnim, dlaczego mamy się nazywać hop heads, a nie chmielomaniacy, czy jakoś tak… Fakt, przyzwyczailiśmy się do wszędobylstwa angielszczyzny, ale naprawdę tak bardzo wstydzimy się języka polskiego? Tak słabo się sprzedaje? No to niech sobie polanalfabeci z AleBrowar sprawdzą – w amerykańskiej wersji barleywine pisze się jako jedno słowo.

Dość zrzędzenia. Jeszcze będzie niejedna okazja. Wszak zapasy piwa mamy jeszcze na co najmniej miesiąc delektowania się w dużej mierze właśnie krafciakami. Nalewam i pijmy wreszcie.

Piana – naturalna, drobnopęcherzykowa, w miarę trwała na Hard Bride (tu spora ilość średnich pęcherzyków), Piotrku i Roggenbier. Najtrwalsza i najbardziej obfita na tym ostatnim. Rauch Alt wytworzył pianę tak nietrwałą, że trudno ją ocenić. Pół minuty po nalaniu, na powierzchni unosiły się już tylko marne, poszarpane jej szczątki.

Barwa – wszystkie mniej więcej w tej samej, ciemnobrązowej barwie. Rauch Alt najciemniejsze, American Barley Wine najjaśniejsze, a różnica między nimi (tymi skrajnymi) to mniej więcej jeden ton. Na pierwszy rzut oka wszystkie piwa są niefiltrowane.

Hard Bride American Barley Wine (24 Blg, IBU 110, niepasteryzowane, niefiltrowane, warzone w Browarze Gościszewo) – w aromacie spora, ale nie nokautująca dawka amerykańskich chmielów, a więc gównie grapefruity, przez które przebija się głęboka słodowość. Poza tym, orzechy i pieprz. Ciemne winogrona. Po chwili amerykańskie chmiele wyłażą na wierzch bardzo wyraźnie i zaczynają dominować w aromacie. W smaku pełne, obiecujące, słodowe, rodzynkowe, jednak chyba za bardzo skontrowane chmielową goryczką. Jakby zagryźć przyjemny zbożowy batonik energetyczny soczystym kęsem grapefruita. Gorycz zalega na podniebieniu i walczy już tylko z coraz wyraźniejszą alkoholowością. Nie jest to fajna rzecz, nie jest to wymarzony przez nas kierunek podróży.

Piotrek z Bagien Pumpkin Ale (12,5 Blg, IBU 26, pasteryzowane, niefiltrowane)  rzeczywiście pachnie dynią. Poza tym, lekko, nieznacznie imbirem, kardamonem i goździkami. Sporą część aromatu tego piwa zajmuje jednak woda. Są tam ogromne niezagospodarowane przestrzenie, dla których zabrakło nutek aromatycznych. Szkoda, przecież dynia jest tak wdzięcznym tematem – i aromatycznie i smakowo. No i smak… Chciałoby się pełnego, wyrazistego, smacznego piwa, a dostajemy nachmieloną wodę, w której gotowała się dynia. Moja zupa dyniowa ma milion razy więcej smaku niż to piwo. Trzy rodzaje słodu, cztery chmiele, miąższ i pestki dyni – i kicha. Płasko, wodniście. Ach, słów szkoda. Żeby sparafrazować klasyka – to jest jakaś popierdółka, nie piwo.

WRCLW Roggenbier (13,5 Blg, IBU 25, niepasteryzowane, niefiltrowane) pachnie piwem pszenicznym (głównie banany i melony), z przyjemnymi nutami cytrusowymi. W smaku jest kwaskowate, lekko cytrusowe, ma akcenty palone, żytnie. Ale głównie smakuje jak kiepskie piwo pszeniczne, któremu dorzucono trochę żytnich nutek. Żadnej finezji, żadnych powodów do zachwytu.

Rauch Alt (14 Blg, IBU 50, pasteryzowane, niefiltrowane, warzone w Browarach Regionalnych Wąsosz) – w aromacie wędzonka, to bez wątpienia. Trochę pieczonych jabłek, trochę pieczonych ziemniaków. Plus akcenty kawowe i czekoladowe. Bardzo sympatyczny, ładnie ułożony aromat. W smaku jest wędzone. Za bardzo wędzone. To już nie jest przyjemny, dymny akcent dołożony do czegoś więcej. Smakuje trochę tak, jakby ssać przypalone polana wyciągnięte z ogniska. Polana, których nie wysuszono przed włożeniem do ognia, więc bulgoczą gotującymi się, gorzkimi sokami jakiegoś buka, czy czereśni. Plus akcenty kamforowe. Gdzieś na samym dnie akcenty palonego słodu. Bardzo mało przyjemne, płaskie, zapowiadające nieuchronny ból głowy o poranku piwo.

Cała dzisiejsza stawka to piwa, które mają bardzo obiecujący aromat. Dopiero po wypiciu dochodzi człowiek jednak do wniosku, że trzeba było poprzestać na wąchaniu. Nie chce się nam ich oceniać, porównywać. I to nie tylko dlatego, że to przedstawiciele tak bardzo różnych gatunków. Głównie dlatego, że – nie pierwszy raz – mamy poczucie, że nas oszukano. Ktoś coś nawarzył, na etykiecie napisał, że to piwo, a do środka nalał jakiejś żałosnej podróby piwa. Wszystkie cztery nadają się do zlewu. I niech to wystarczy za całą ocenę.