Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ale. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ale. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 22 sierpnia 2016

Kraft - czy to się nie przepłaca, cz. 4 - golden ale



531. Miss Lata (Browar Dukla) 4,2%
532. Książęce Golden Ale (Kompania Piwowarska) 5,2%
---  Golden Ratio (Browar Twigg) 4,3%

Jakiś czas temu na rynku pojawiło się nowe piwo Kompanii Piwowarskiej, Książęce Golden Ale. Piwo w stylu angielskiego ale wyraźnie zagotowało zwolenników rewolucji piwnej w Polsce. A mnie zwyczajnie zaciekawiło. Bo po pierwsze, mowa o piwie górnej fermentacji, jednak bez rewolucyjnego zacięcia, intensywnego chmielenia, znieczulania kubków smakowych żywicą i cytrusami. A więc już plus. Po drugie, w wielu miejscach przeczytałem o tym piwie coś, co tylko potwierdziło moje przypuszczenia na temat oczekiwań polskich piwnych rewolucjonistów i wartości ocen piwa wygłaszanych przez niejednego z ichnich guru. Oto zdaniem wielu, Książęce Golden Ale smakuje jak… lager! I w ogóle nie czuć tutaj tej górnej fermentacji. I ach ta Kampania Piwowarska, beznadzieja jakaś jak zwykle. No bo tak, chodziła kiedyś w telewizji taka kretyńska reklama Pilsner Urquell, w której pewien pan, znany skądinąd, zachwycał się spożywanym przy barze piwem, wychwalając jego goryczkę. No i to musiało być jakoś wtedy, gdy kraftowi rewolucjoniści oglądali namiętnie filmy familijne na Polsacie, więc tych reklam się naoglądali co niemiara. No i uwierzyli, że żeby piwo było dobre, potrzebuje mnóstwo goryczki. I nic więcej, goryczka wystarczy. No i mamy dziś te wszystkie potworki…

Nogami przebierałem ze zniecierpliwienia zanim na półki sklepów na mojej prowincji pojawiły się wreszcie pierwsze butelki. A jak już się pojawiły, to zadzwonił dzwonek alarmowy, zapaliło się czerwone światełko – jak to, tradycyjne piwo górnej fermentacji po 2,99zł za flaszkę? To nie może być dobre. Wiadomo, Książęce, Kampania Piwowarska, zgodnie z przewidywaniami – musi być beznadzieja. Kupiłem wreszcie, nalałem, spróbowałem… No i nie wiem czego się czepiają. Klasyczne golden ale i tyle. Żadnych fajerwerków, to fakt, ale żeby się czegoś czepić? Absolutnie nie. Niech nam się dalej tak wiedzie.

Wieczór z tymi piwkami miał miejsce dość dawno, bo jeszcze w czerwcu. Wygląda na to, że mimo zewsząd słyszanych narzekań w całej piwnej blogosferze i portalach oceniających piwo, Golden Ale trafiło w dziesiątkę, jeśli chodzi o oczekiwania rynku. Zniknęło z półek dość szybko, wcześniej podskakując cenowo na poziom 3,49zł (w dalszym ciągu rewelacyjnie) i nie chce się ponownie pojawić. Mam nadzieję, że gdy pojawi się kolejna warka, dalej będzie tak dobrze, jak za pierwszym razem. Bo wiadomo jak to bywa z pierwszymi i kolejnymi warkami.

Tak czy owak, Książęce Golden Ale wydało się idealnym kandydatem do serii „Kraft – czy to się nie przepłaca”. No bo jeśli miałoby się okazać, że można napić się przyzwoitego golden ale za około trzy zeta, to po co dawać prawie dychę za wyroby kraftowe? Sprawdźmy więc. Oprócz wspomnianego Książęcego Golden Ale, na stole pojawiły się dwa inne piwa w tym samym stylu, jednak pochodzące z browarów kraftowych – z Dukli mamy Miss Lata, a z Browaru Twigg, Golden Ratio. Dukla zwykle nie zawodzi, więc zobaczmy co się stanie. Tak się akurat złożyło, że te kraftowe piwka podrzuciła nam ta sama sieć ulubionych supermarketów, więc kryterium cenowe jak najbardziej nadaje się tu do porównań.

Golden Ratio spieniło się jak, nie przymierzając, Grodziskie. Ciężko było nalać do szklanki, a i z butelki wydobywała się piana. Szaleństwo jakieś. Na koniec, jak już się zredukowała, wyglądała jak piana na zanieczyszczonym potoku. Pozostałe dwa piwa pokryły się grzeczną, sztywną pianą, która jednak zdążyła się zredukować do cienkiej, ale trwałej warstwy zanim udało się nalać chociaż pół szklanki Golden Ratio.

Na pierwszy rzut oka obydwa piwa kraftowe są niefiltrowane, podczas gdy Książęce jest czyste i klarowne.

Miss Lata Summer Ale (12,5 Blg, niepasteryzowane, niefiltrowane) – w aromacie pomarańcze, ananasy, truskawki, brzoskwinie – a wszystko to na tle intensywnego aromatu farby olejnej. Po chwili aromat łagodnieje, farba ucieka, na pierwszy plan wychodzi olejek migdałowy i akcent tradycyjnego, zwijanego makowca. Marakuja. Smak jest znowu jakiś raczej wodnisty, ciała tutaj niewiele. W smaku gdzieś błąka się wrażenie doprawienia całości jakimś rozcieńczalnikiem, ale przede wszystkim są tu owoce – grapefruit, marakuja i migdały. Goryczka jest tu dobrana nieźle – i to jeśli chodzi o rodzaj, jak i jej intensywność. Trochę za duże wysycenie – na podniebieniu ciągle czuć pękające bąbelki gazu, co w dużym stopniu przeszkadza cieszyć się smakiem. Nie jest jednak źle, mamy w szklance bardzo przyzwoite piwo.
Ocena: JESZCZE RAZ TO SAMO

Książęce Golden Ale (12,5 Blg, IBU 18, pasteryzowane) – w aromacie przede wszystkim zbożowość, orzechy laskowe, odrobina żywicy i trochę wody z bajora. Gdzieś w tle bardzo nieśmiałe akcenty owocowe i lubczyk. Nie powala aromatem, to zdecydowanie. W smaku jest jednak wyraźnie lepiej. Uderza przede wszystkim bogata, pełna słodowość, wyraźne akcenty orzechowe, toffi, prażony słonecznik. Gdzieś dalekim echem odzywa się też delikatna cytrusowość – jakby na wszelki wypadek dorzucono tu odrobinę któregoś z nowofalowych chmielów. A chyba dorzucono, choć bardzo oszczędnie. Całe szczęście. Sprawdziłem na etykiecie, rzeczywiście dodano Mosaic. Trochę brakuje mu charakteru i wyrazistości, ale jest to całkiem przyzwoite piwo.
Ocena: JESZCZE RAZ TO SAMO

Golden Ratio Golden Ale (11 Blg, IBU 19, niepasteryzowane, niefiltrowane) – początkowo aromat raczej intensywnie chmielowy – sporo tu akcentów żywicznych, cytrusowych i owoców tropikalnych. Po chwili chmiel ulatnia się, a na pierwszy plan wychodzi zboże. Owoce i cytrusy grają teraz drugie skrzypce. Trzeba powiedzieć, że aromat uległ z czasem zdecydowanej poprawie. Smak jest lekki, goryczka pojawia się natychmiast, zalega na podniebieniu, pojawia się pewna cierpkość, kwaśne mydło – zagłusza akcenty smakowe zbożowe i owocowe, które ewidentnie gdzieś tam się błąkają po podniebieniu. Są tam też nieśmiałe akcenty kawowe. Ogólne wrażenie zdecydowanie nie jest najlepsze, jednak do zlewu nie wylejemy. Z czasem, wraz ze wzrostem temperatury poprawia się i smakuje już nawet nieźle, choć do ideału mu zasmucająco daleko.
Ocena: JESZCZE RAZ TO SAMO

Dzisiejszy ranking nie jest jednogłośny (nareszcie!). Moim zdaniem, wygrywa mimo wszystko Książęce Golden Ale, ale tuż za nim, po piętach mu depcze Miss Lata. No i co do tych dwóch miejsc nie zgadzamy się – moja lepsza połowa twierdzi, że jej bardziej odpowiada Miss Lata. Natomiast nie ma rozbieżności co do miejsca trzeciego – Golden Ratio wypada bardzo słabo na tle dzisiejszej konkurencji.

Jeśli chcieć odpowiedzieć na pytanie z nagłówka, to tym razem zdecydowanie kraft się przepłaca. I nie ma co do tego dwóch zdań. Nawet jeśli nie zgadzamy się co do tego, które jest obiektywnie lepsze – Golden Ale czy Miss Lata – to jeśli wziąć pod uwagę kryterium ceny, nie ma o czym mówić. Swoją drogą, ciekaw jestem ile będą kosztowały kolejne partie Golden Ale, jeśli się pojawią. A mam nadzieję, że tak i to już wkrótce.

Na koniec jedna uwaga, jeszcze jeden skutek naszych zawirowań z publikacją na bieżąco – okazuje się, że Golden Ratio pojawiło się u nas na stole przy okazji omawiania nierewolucyjnych piw kraftowych, stosunkowo niedawno. Jednak to niniejszy tekst zawiera opis naszego pierwszego z nim spotkania, które miało miejsce w połowie czerwca. Tak więc, tutaj nie dostaje numerka, bo już się pojawiło, ale pojawienie się to było wcześniejsze niż to już opublikowane… Powrót do przyszłości, cholera.


czwartek, 14 lipca 2016

Ale fajne to Tesco. Najfajniejsze.



488. Tesco Finest Lager 5,2%
489. Tesco Finest Wheat 5%
490. Tesco Finest Ale 5,2%
491. Tesco Finest Stout 4,8%
492. Tesco Finest Porter 5,3%
493. Tesco Finest IPA 5,8%

Takie czasy przyszły, że ręce pełne roboty, na nic czasu nie ma, kolejka wpisów na blog czekających na publikację już dawno dwucyfrowa… A tymczasem znalazłem coś, przed czym ludzie sami się nie ostrzegą, trzeba działać.

Natknąłem się jakiś czas temu w miejscowym Tesco na taką oto ofertę. Seria Tesco finest, sześć różnych piw, stoją i czekają by ich spróbować. Natychmiast pojawiła się nadzieja, że skoro Tesco, i że takie finest, to być może są to piwa uwarzone gdzieś w jakimś browarze na Wyspach, że może będzie coś dobrego wreszcie, że może… Niedawna wyprawa do Szkocji i rozkoszowanie się tamtejszymi piwkami utwierdziło mnie tylko w przekonaniu, że są na świecie miejsca, gdzie nawet nowofalowe gatunki piw potrafią uwarzyć dobrze, że nawet IPA potrafi smakować. A nie jak, nie przymierzając, jakiś HedgeHog czy Pinta. Wrzuciłem więc natychmiast do koszyka po jednym. I całe szczęście, że tylko po jednym. Oj, czuwała nade mną Opatrzność we własnej osobie!

Przynoszę to coś do domu, cały dumny, zapraszam panią mą na degustację. A co, właśnie tak, degustować będziemy. Nie smakować, próbować, pić, tylko właśnie wreszcie degustować. No i nalewam.

Generalnie piana słaba, miejscami prawie jej nie ma. Jedynie niezła, choć nie imponująca, na Ale. Nie o pianę w piwie wszak chodzi, czepiać się nie będziemy. Trochę niepokoi fakt, że nawet na Wheat ilość piany jest śladowa. Tak samo na Porterze i IPA. Cóż, widać takie to piwka. Na bitterach w UK też się za bardzo nic nie pieni, a potrafią dać dużo radości. Wszystkie ewidentnie niefiltrowane. Ewidentnie. Zachęca miły oku (i podniebieniu) poziom zawartości alkoholu. Takie piwka w okolicach piątki, czasem nawet niżej, to ja poproszę.

Ale, ale, zaglądam ja wreszcie na etykiety i kontretykiety (powtarzam sobie zawsze, że powinienem brać ze sobą na zakupy okulary do czytania, a nie z kotem w worku raz po raz do domu wracać!) i co ja tam widzę? Po pierwsze, wszystkie sześć chmielonych jest ni mniej, ni więcej, a czeskim chmielem. Nawet IPA? No dobra, może sobie wyhodowali jakieś citry i inne mozaiki, czemu nie? Większe zaskoczenie czeka mnie na kontretykietach. Ano stoi tam jak byk, że wszystkie dzisiejsze piwka warzone były na Słowacji. Nie podano browaru, miasta, adresu, telefonu, czy maila. Na Słowacji. Nie na Wyspach. Nawet nie nad morzem, jak się okazuje. Nie podano żadnych innych informacji – ani o ekstrakcie, ani IBU, ani o rodzajach chmielu. Poza tym, że czeskie, naturalnie. No dobra, pijmy. O przepraszam, degustujmy.

Aha, jako że sześć zupełnie różnych piw, to tylko je sobie ocenimy (w skali 1-5), a w żadne rankingi bawić się nie będziemy. Bo niby jak?

Lager (pasteryzowane, niefiltrowane, wyprodukowano na Słowacji) – pachnie jak klasyczny lager, głównie słodowo, ma może trochę więcej ciała ze względu na brak filtracji. Z chmielem też słabo, przynajmniej w aromacie. Ten jest generalnie bez większego wyrazu. W smaku Zaskakująco pełne ciała, jak na lager. Sporo goryczki. Całość rozchwiana, słodko-gorzka, nieuporządkowana.
Ocena: 2/5 – głównie za to ciało

Wheat (pasteryzowane, niefiltrowane, wyprodukowano na Słowacji)  – w aromacie bananowo, drożdżowo, melonowo, cytrusowo. Szału nie ma, typowy pszeniczniak. W smaku lekko i orzeźwiająco. Całkiem fajna pszeniczna baza, bananowe akcenty (choć trochę sztuczne, jak z żelków bananowych), ale za chwilę pojawia się kwaśność na granicy goryczy, jak witamina C, którą za długo na języku trzymano.
Ocena: 2,5/5

Ale (pasteryzowane, niefiltrowane, wyprodukowano na Słowacji) – w aromacie słód przede wszystkim, kolendra, majeranek, odrobina chmielu cytrusowo-żywicznego, ale tak delikatnie, w tle. Pachnie jak typowe English ale. W smaku pełne, najpierw słodowo-owocowe, ale natychmiast złamane bardzo nieprzyjemną, zalegającą goryczą, która ostatecznie dominuje wszystko. Słabe piwo, bardzo słabe piwo.
Ocena: 1/5

Stout (pasteryzowane, niefiltrowane, z dodatkiem kawy, 7 rodzajów słodów, wyprodukowano na Słowacji) – w aromacie kawa i czekolada. Jest bardzo słodko, jak przesłodzona, lurowata kawa na dworcu. Trochę akcentów palonych, odrobina karmelu. Tytoń i coca-cola. W smaku zaskakująco lekkie i słodkie. Mdląco wręcz słodkie. Akcenty kawowe, czekoladowe (gorzka czekolada). Karmel. Mnóstwo karmelu. Słabo, jednowymiarowo, monotonnie.
Ocena: 2/5

Porter (pasteryzowane, niefiltrowane, wyprodukowano na Słowacji) – aromat bardzo łagodny, kolowy, lekko kawowy, trochę czarnego bzu, bawarka. Smak bardzo rozczarowuje – kawowo-kwaskowy, jak podłej jakości kawa rozpuszczalna. I popiół tytoniowy. Płaski, nudny. Na koniec kwaśność łączy się z jakimś echem goryczy i to tak sobie siedzi w pysku i psuje wrażenie.
Ocena: 1/5

IPA (pasteryzowane, niefiltrowane, wyprodukowano na Słowacji) – początkowo pachnie jak wzorzec IPA z Sevres – bardzo ładne chmiele cytrusowo-żywiczne. Żadnych przegięć, żadnego walenia po nozdrzach. Pod spodem jednak jest niewiele ciała, więc jak już się ulotnią te najbardziej lotne aromaty chmielowe, a robią to dość szybko, pod spodem jest spore nic. W najlepszym razie trochę podgniłych owoców, głównie brzoskwiń. Smak pełny, dość ciężki, owocowy. Plus nadciągająca chwilę po przełknięciu goryczka grapefruitowo-żywiczna. A przy drugim łyku ta goryczka już sforuje się na pierwszy plan, a potem już zalega i nie pozwala cieszyć się niczym. Piwo tragiczne.
Ocena: 1/5

I co tu dużo mówić. Nie kupujcie tego. Nie dajcie się nabrać na „finest”. Sam, głupi, powinienem był wiedzieć. A tak, mądry po szkodzie. Całe szczęście, że jakoś strasznie drogie to piwo nie było. W promocji po 3,49 zł za butelkę. Jak promocja się skończyła, cena podskoczyła do 3,99 zł. Nawet za pół tej ceny nie warto.


wtorek, 10 listopada 2015

Wyspiarska nostalgia




324. Hen’s Tooth (Morland Brewing) 6,5%
Belhaven Scottish Ale (Belhaven Brewery) 5,2%
325. Fuller’s ESB (Fuller Smith & Turner plc) 5,9%
326. Bazyl (Beer City) 5,9%

Zapragnęliśmy przypomnieć sobie smak prawdziwego, wyspiarskiego ale. Nie jakichś mniej czy bardziej udolnych imitacji z Polski czy Czech, charakteryzujących się zwykle brakiem umiaru w stosowaniu wątpliwej jakości amerykańskich chmielów. Nie, my chcemy prawdziwego ale, bitter, czy jak go tam nie nazwać. Stąd na stole dzisiaj trzy butelki właśnie z Wysp – dojrzewające w butelce angielskie Hen’s Tooth, wielokrotnie nagradzane i wyróżniane Fuller’s ESB (Extra Special Bitter) z browaru w Chiswick, oraz znane i lubiane szkockie Belhaven Scottish Ale. Piwo to już u nas występowało, więc pozbawione zostało numeracji powyżej. Jako że nie porzucamy nadziei, iż być może kiedyś wreszcie znajdziemy jakiś polski browar, który zrobi przyzwoite piwo górnej fermentacji, do stawki dorzucamy dziś wyrób browaru kontraktowego Beer City z Krakowa, mianowicie piwo określane przez producenta jako golden summer bitter, Bazyl. Piwo wyróżnia się na półce bardzo ciekawą szatą graficzną etykiety, no i spore uznanie za nawiązania do rodzimej tradycji – zarówno w nazwie, jak i w grafice (choć niemiłosiernie gryzie w oczy znajdujące się na krawatce logo browaru, nawiązujące bezlitośnie do Sin City). Trzymamy kciuki.

Piana wszędzie taka sama – pojawia się dość obficie, natomiast redukuje się szybko i zalega na powierzchni piwa w postaci poszarpanej, cieniutkiej warstwy. Najbardziej trwała na Bazylu. Wszystkie cztery piwa mają typową dla bitter barwę głębokiego bursztynu. Bazyl jest niefiltrowane, co natychmiast pozytywnie rzuca się w oczy.

Hen’s Tooth (14,4 Blg) w aromacie ma wyraźny słód, chmiele, jałowiec, akcenty owocowe – brzoskwinie, truskawki, jeżyny, akcent dymu z cygara, mleczne akcenty typu krówki, toffi, śmietanka. Po jakimś czasie robi się biszkoptowo-morelowe z otwartym szeroko słoikiem kleju do znaczków na poczcie. Dawno nie byłem na żadnej poczcie – czy tam ciągle wystawiają słoiczek kleju z pędzlem w środku? W smaku pełne, wyraziste, owocowo-ziołowe, ziołowo-gorzkie, akcenty karmelu, odrobina gumy arabskiej, no i niestety, dość wyraźnie wyczuwalny alkohol. Szkoda, bo kompozycja aromatyczno-smakowa tego piwa dałaby mu duże szanse na miejsce medalowe w dzisiejszej stawce. Jak ostateczni będzie – zobaczymy. Do zlewu na pewno nie trafi.

Belhaven Scottish Ale – w aromacie przede wszystkim słodowa baza, akcenty ziołowe (majeranek?), suche, wytrawne akcenty chmielowe. Prażony słonecznik, kukurydza, maślany popcorn, słodki karmel, orzechy. W smaku bardzo przyjemne, gładkie, eleganckie. Słód, przyjemny karmel, lekka śmietankowość, akcent gorzkiej czekolady z orzechami i rodzynkami, odrobina chmielowych, bardzo przyjemnych nutek, które tonują słodycz, ale na pewno nie dominują. Bardzo przyjemne piwo do powolnego sączenia. Poukładane i grzeczne.

Fuller’s Extra Special Bitter Champion Ale (13,9 Blg) ma zapach bardzo nostalgiczny – taki zapach unosi się przy barze porządnego angielskiego pubu – te wszystkie piwa, które rozlały się podczas pompowania, lekko skwaśniałe, zmieszane z aromatami pubu i wszystkiego, co dzieje się wokół baru… nutki powideł truskawkowych, akcenty orzechowe, całe mnóstwo bardzo rozkosznego słodu, który tylko lekko skontrowany jest akcentami chmielu. W smaku przyjemne, pełne, gładkie. Przede wszystkim porządna baza słodowa, na jej tle akcenty ziołowe, świeże orzechy włoskie, miód, pieczone kasztany. Bardzo eleganckie piwo, którego chce się jeszcze i jeszcze.

Bazyl (13 Blg, IBU 45, niefiltrowane, pasteryzowane, warzone w Browarach Regionalnych Wąsosz) ma aromat bardzo wyrazisty, rześki - powidła śliwkowe, jarzębina, dzika róża, miód, delikatne akcenty żywiczne, suszone gruszki. Z czasem, ze wzrostem temperatury, coraz wyraźniejsze stają się mdłe akcenty żywiczne, politura, stolarski klej kostny. Na koniec pojawiają się dość wyraźne akcenty przemysłowej gumy z wtryskarki. Ale to dopiero wtedy, gdy piwo (wyciągnięte wszak z lodówki) osiąga temperaturę optymalną dla tego rodzaju piwa. W smaku na początku uderza fala akcentów rodem z kleju do znaczków i gumy arabskiej. Jakiś miechunko-podobny wosk, kwaśno-gorzka ziołowość. Ale przede wszystkim chaos. W smaku tego piwa tak naprawdę nie wiadomo o co artyście chodziło – czy chciał namalować Bitwę pod Grunwaldem, czy Guernicę. A wyszło jak renowacja chrystusowego oblicza w hiszpańskim kościółku w miasteczku Borja parę lat temu. Ot, taki piwny bohomaz wyszedł. Zalegająca na podniebieniu ziołowa gorycz wykrzywia gębę pijącego z maestrią godną pędzla 80-letniej Cecilii Gimenez. Nie o to nam chodziło, nie o to.

Ranking, ranking! Wygrywa Balhaven, na drugim miejscu Fuller’s, na trzecim Hen’s Tooth, na czwartym Bazyli. Dzisiaj to moje lepsza połowa wygłosiła swoją opinię jako pierwsza. Hmmm… Belhaven Scottish Ale już raz triumfowało podczas naszych piwnych wieczorków. Czy na pewno jest lepsze od ESB? Tutaj nie jestem pewien, pociągam kolejne dwa łyki (ha! wiadomo, że to tylko pretekst). Chyba jednak ESB ma za dużo – w porównaniu do Belhaven – gorzkawych, ciężkich akcentów. Wezmę jeszcze łyk dla pewności… Tak, wygrywa Belhaven Scottish Ale, na drugim miejscu plasuje się Fuller’s ESB. Co do trzeciego i czwartego miejsca, już od paru chwil nie miałem najmniejszej wątpliwości – na podium jest jeszcze miejsce dla Hen’s Tooth. Poza nim ląduje Bazyl. I tyle w temacie nadętych polskich kraftów.


środa, 2 września 2015

Na czerwono



232. Ale Krajan English Red Beer (Browar Krajan) 6%
233. Headland Red (Wold Top) 4,3%
234. O’Hara’s Irish Red (Carlow Brewing Company) 4,3%

Dzisiaj na czerwono. Bo zbliża się październik. Na dodatek górnofermentacyjnie. Innymi słowy, trzy butelki czerwonego ale. Po jednym zawodniku z Irlandii, Anglii i Polski. Zobaczmy ile radości nam przyniosą.

I rzeczywiście, wszystkie cztery piwa mają odcień rubinowy, choć Krajanowi bliżej do brązu niż czerwieni, ale czepiać się nie będziemy. Wiadomo – to „red” w nazwie to sprawa w dużej mierze jednak umowna. Wszystkie trzy pokryły się grzeczną, naturalną pianą osadzającą się na ściankach szklanek. Najobfitsza i najbardziej naturalnie wyglądająca piana w tym zestawie to domena Ale Krajana. Po paru minutach na wszystkich trzech piwach piana opadła do poziomu minimalnego, jednak wszędzie trzyma się dzielnie.

Ale Krajan w aromacie ma akcenty zbożowe, owocowe (śliwki, i to czerwone!) i karmelowe plus odrobinę więcej niż echo chmielu. I to wydaje się, że jest gdzieś tam jakiś amerykański chmiel. W smaku piwo jest wyraźnie nachmielone, gorycz atakuje kubki smakowe natychmiast. Zza niej próbuje wychynąć jakaś słodycz – karmel, słód, rodzynki, suszone śliwki. Niestety, dość nachalnie atakuje kubki smakowe również guma arabska – nieodzowna, jak się wydaje, w kiepskich piwach warzonych na ciemnych słodach.

Trzeba oddać Krajanowi sprawiedliwość – gdy piwo odstoi trochę w szklance, gdy nieco podniesie się jego temperatura, ów chmiel aż tak nie przeszkadza, a akcenty karmelowe, słodowe i suszonośliwkowe potrafią być nawet przyjemne. Choć z drugiej strony, aromat ewoluuje w stronę jakiejś owocowej zgnilizny. Tak pachniało w okolicy mojego kompostownika w lecie – w czasach gdy jeszcze kompost robiłem. Czyli równowaga została zachowana – smak się poprawił, ale aromat zanurkował straszliwie. I dalej nie jest to piwo godne polecenia.

Headland Red pachnie lekko palonym słodem i karmelem. Plus ciepłe akcenty owocowe – brzoskwinie, morele. I kawa. Wyraźna, delikatna, lekko palona kawa. Do tego odrobina słodkich, nieco syntetycznych akcentów – coś jakby owocowe galaretki z cukrem. Chmiel jest bardzo grzeczny, ułożony. W smaku łagodne, grzeczne, delikatne, krągłe. Jest owocowo i kawowo. Chmiel jest w odwodzie – stoi dokładnie tam, gdzie mogłoby zrobić się zbyt słodko i mdło. Tam, gdzie chmielu miejsce. Bardzo przyjemne piwo.

Po paru chwilach, gdy temperatura poszła w górę, w aromacie piwa pojawiły się bardzo wyraźne akcenty orzechowe. Takie świeże orzechy włoskie – spadły już z drzewa, ale jeszcze nie wyschły na stryszku. W smaku natomiast  dalej jest przyjemnie. Trochę bardziej kawowo i kakaowo, trochę mniej owocowo, ale dalej nie jest źle.

O’Hara’s przede wszystkim pachnie zakurzonym kartonem. Zwietrzałym kakao – z tych sztucznych, granulowanych. Bagnem, dżemem truskawkowym, karmelem, puszką. Rokuje to słabo. W smaku jest wytrawne, kartonowe, zakurzone. Po chwili gorzka czekolada, mocno palony słód, spalona na grillu kukurydza (te najbardziej spalone fragmenty), albo zjarany popcorn, karmel, mocno wysuszone, gorzkawe śliwki. Parę chwil po przełknięciu ma się wrażenie, że w ustach ciągle jest popiół. No i jest tam gorycz – czy ona pochodzi ze spalonego słodu, czy z chmielu – jakie to ma znaczenie? Jest mało przyjemnie.

Po kilku chwilach, gdy temperatura piwa podniosła się nieco, aromat piwa wzbogacił się o daktyle i akcenty tytoniowo-cygarowe. Poszło więc na plus. W smaku zmieniło się niewiele, generalnie dominują akcenty gorzkawe i gorzkie. Jednak wcale nie nieprzyjemne.

Czas na ranking. Moim zdaniem, nie ma nad czym się tutaj długo zastanawiać. Wygrywa Headland Red, na drugim miejscu plasuje się O’Hara’s Irish Red, stawkę zamyka Ale Krajan. Dwa pierwsze nie są piwami złymi – poleciłbym najlepszemu przyjacielowi. Co do Krajana, to bym się zastanowił, ale chyba do zlewu nie trafi.

Pytam najlepszą z żon o jej opinię. Jej zdaniem wygrywa O’Hara’s, na drugim miejscu Headland Red, na końcu Ale Krajan. A byłem pewien, że werdykt będzie jednogłośny! Cholera, kolejny protokół rozbieżności.