Pokazywanie postów oznaczonych etykietą IPA. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą IPA. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 13 listopada 2017

Jest moc!



624. Basior American Barleywine (Pałacyk Łąkomin)25 Blg, 11,5% vol.
625. Nomono Rye Triple IPA (Browar Solipiwko) 24,5 Blg, 9,8% vol.
626. Art+ 11 Double Cherry Rauchweizenbock (Browar Stu Mostów) 18,5 Blg, 6,5% vol.

Nie ma nas. Zwyczajnie nas nie ma. Piwkowie przestali istnieć, wymarli. Internetowo, znaczy. Raz po raz po głowie chodzi chęć napisania czegoś. Raz po raz brak wieczornych sesji porównawczych doskwierać zaczyna. Cóż, życie przestawiło się nam zupełnie, więc i do pisania o piwie coraz trudniej zasiąść. A jak się już coś zaniedba raz – każdy rasowy leń to wie – zmobilizować się do powrotu z każdym dniem trudniej.

Nie żeby nie było o czym pisać. Bynajmniej. Piwo się u nas przelewa regularnie – a to przez gardło, a to przez syfon pod zlewem. Regularnie.

Tymczasem zdarzyła się taka oto historia – i znowu jesteśmy. Nie potrafię powiedzieć na jak długo, ale jesteśmy. Tak czy owak, byliśmy w Pałacyku Łąkomin, gdzie – jak pewnie nie każdemu wiadomo – znajduje się coraz bardziej prężnie działający i coraz śmielej sobie poczynający browar. Jego wyroby urzekły nas już kilka lat temu, jako dowód na ryzykowną skądinąd tezę, że istnieją piwowarzy, którym nieobce są takie pojęcia jak umiar, harmonia, wreszcie smak. Przy okazji pobytu w Pałacyku nie można było zagadnąć pani na recepcji o możliwość zakupu piwa, po czym okazało się, że tuż obok stoi niewielka lodówka, z której całymi garściami wyciągać można. No i wyciągnęliśmy.

Wieczór po długiej i nieprzyjemnej podróży (deszcz, wiatr – ktoś pamięta niedawny huragan?) trudno wyobrazić sobie bardziej rozkosznie niż przy szklance – lub dwóch – dobrego piwa. I okazało się raz jeszcze, że w Łąkominie potrafią sobie poradzić z materią dla wielu piwowarów kraftowych nie do przejścia – ze stosowaniem amerykańskich, nowofalowych odmian chmielu. Tutaj nawet lager chmielony po amerykańsku urzeka aromatem i harmonią smaku. Że o American Wheat nie wspomnę.

Zachwyt nad tymi piwkami zrzuciłem jednak na karb zmęczenia i pragnienia, spowodowanych siedzeniem za kierownicą w samochodzie brnącym po wciąż budowanej S3. I przecudnej urody koliczności przyrody w Łąkominie. Swoją drogą, jak to jest, że w weekend dwa tygodnie temu byliśmy jedynymi gośćmi w całym Pałacyku? Dlatego gdy wyjeżdżałem, do bagażnika wrzuciłem jeszcze parę butelek. Żeby na spokojnie się im przyjrzeć. A może porównać z ofertą innych browarów. Może nawet coś o nich skrobnąć.

Bardzo żałuję, że nie zdobyłem się na heroizm włączenia komputera i uruchomienia Worda, gdy piłem przywieziony z Łąkomina ichni pils niemiecki. W swojej kategorii – czysta poezja. Ale też znowu – nie miałem do czego się odnieść, po jakiegokolwiek innego pilsa do sklepu pójść mi się nie chciało. A to już lenistwo skrajne, zważywszy na fakt, że z naszego nowego mieszkania mam dwa kroki do co najmniej dwóch sklepów, w których co jak co, ale przyzwoite lagery bym znalazł – i czeskie, i polskie, i niemieckie. Tak więc pozostaje mi tylko dać słowo, że piwko to (nie ma go na ratebeer, ocen-piwo, ani nigdzie indziej, a nazwy się nie nauczyłem, butelkę wyrzuciłem) jest doskonałe. Przed chwilą napisałem do browaru, jeśli odpowiedzą zanim skończę pisać ten tekst, to wszystko będzie jasne.

Tak więc stało się, że mamy w domu parę piw z Łąkomina, a że piwa te są nieutrwalane za bardzo, trzeba jak najszybciej się ich pozbyć. Przez przewód pokarmowy i kanalizacyjny. W tej kolejności, nie inaczej. I nalałem sobie Basiora… Powąchałem, spróbowałem… I wiedziałem, że trzeba, po prostu trzeba o nim napisać. To było zbyt piękne, żeby przeszło bez echa, żeby powierzyć tylko mojej ulotnej pamięci. A że nie miałem za bardzo innych barley wine pod ręką, dorzuciłem do stawki to, co pod ręką było, czyli zestawienie ni pies, ni wydra. Ale co tam, nie porównujemy, nie zestawiamy. Po prostu, delektujemy się.

Kryterium wyboru piwa podczas tego „dorzucania” do Basiora była jedynie moc piwa. Stwierdziliśmy, że skoro jest moc, to moc być musi. Czy jakoś tak. Stąd padło na Nomono Triple IPA z browaru Solipiwko i słabiutkie przy całej dzisiejszej konkurencji Art+ 11 Double Cherry Rauchweizenbock z wrocławskiego Browaru Stu Mostów. Więcej już byśmy nie dali rady. Absolutnie.

Tak więc, mamy kolejny wpis (hura!). Czy to oznacza powrót do o piwie po klawiaturze klepania? Nie wiem. Być może tak, być może nie. Zależy to od zbyt wielu czynników. Zobaczymy. Tymczasem zabierzmy się za te trzy piwa, co na zdjęciu…

Przelewamy pozostałe dwa do szkła. Art+ wcale się nie spieniło. Pozostałe dwa tylko odrobinę i niezbyt trwale. Wąchamy, próbujemy. Cieszymy się i radujemy. Raz bardziej, raz mniej. Jak to w życiu.


Basior pachnie jakby nos wsadzić do silosu wypełnionego świeżo wymłóconym zbożem. Do tego słodycz dżemu czereśniowego, własnej roboty krówki smażone na patelni (ktoś pamięta?), sporo miodu, coca-coli, cukierków truflowych, skórka chleba. Złożony i niesamowicie harmonijny aromat zachwyca, uruchamia ślinianki. Trudno się doczekać pierwszego łyka.

Smak jest pełny, słodki, karmelowo-kawowy. Skondensowane, słodzone mleko z tubki. Słodycz idealnie wręcz skontrowana chmielem, który tutaj wcale nie występuje w postaci jakiejś prostej, nachalnej goryczki. Tutaj po chwili od wzięcia piwa do ust pojawia się pewna korzenność. Coś jakby cynamon, gałka muszkatołowa. Jest też cytrusowość – jakby karmelizowane kumkwaty. Po chwili ujawnia się delikatna żywiczność. Echo czekoladowo-kokosowego Bounty. Na końcu, niejako w finiszu, pojawia się przepyszna, nieco wytrawna (może tylko w kontraście do całej słodyczy wcześniej) zbożowość. Każdy z akcentów smakowych zna swoje miejsce, pojawia się w odpowiednim momencie, współgra z całą resztą. Coś pięknego, pełen zachwyt. Dawno czegoś tak ciekawego – tak intensywnego i bogatego nie piliśmy. I ani przez chwilę nie czuć tu alkoholu. Ani na ćwierć brudu za paznokciem. Mistrzostwo.

Kategoria: MIÓD, CUD, MALINA



Nomono pachnie świeżo – zachwaszczona łąka, rumianek, ogródek z piwoniami, marmolada różana. Pod spodem karmel, trochę bardzo dojrzałych, soczystych owoców tropikalnych, odrobina gorzkiej czekolady. Są też cytrusy i odrobina żywicy, ale to nie one grają pierwsze skrzypce. Bardzo ciekawy, intrygujący aromat.

Smak jest pełny, nie tak słodki, jak powyżej, ale zdecydowanie słodki, owocowy. Złamany natychmiast cytrusową goryczką. Jest tu mango, dojrzałe nektaryny, jest tu grapefruit, z każdym łykiem dochodzący coraz bardziej zdecydowanie do głosu. Ale jest tu też bardzo wyraźna marmolada różana, jest świeża kolendra. Jest ciekawie, wielowymiarowo. Z czasem pojawia się żywica, nieco cierpka, wytrawna. Zważywszy że jest to – koniec końców – IPA, jest to piwo doskonałe.

Kategoria: JESZCZE RAZ TO SAMO



Art+ 11 pachnie przepięknie – jest tu dym, jest kremowość, jest lekka kwaskowość – jak w agreście – są wreszcie wiśnie. Po kilku chwilach wychodzi świeżo wyprawiona skóra. Taka z torby skórzanej, z którą biegałem na studiach. Dobrze utrzymana stajnia. Zachwytom nie ma końca.

Smak wypada świeżo i radośnie – na tle wcześniej smakowanych dzisiaj piw. Jest tu natychmiastowy atak wiśni, przy akompaniamencie dymu, suszonych śliwek i klimatów prażonego zboża. Smak jest bez porównania mniej złożony i rozbudowany niż w dwóch poprzednich przypadkach, ale dalej trafia w ośrodek radochy na mapie naszych kubków smakowych. Jest dobrze, miło i przyjemnie.

Kategoria: JESZCZE RAZ TO SAMO



Nie ma sensu robić tutaj tradycyjnego rankingu – piwa reprezentują tak skrajnie różne gatunki, że sensu to nie ma. Z opisów wynika jasno, że gdyby chcieć poustawiać je w kolejności po które chętnie sięgnąłbym raz jeszcze, to kolejność sama się nam ustawiła. I jest to werdykt jednogłośny obydwojga spijających ten nektar.

Na koniec – jak byłem mniej więcej w połowie tekstu, w skrzynce pojawiła mi się odpowiedź z Łąkomina na pytanie o nazwę tego ichniego pilsa niemieckiego. Czyli nie dość, że dobre piwo robią, to i klienta traktują poważnie. Kolejny plus. Pils niemiecki z Łąkomina, o którym wspominałem, nazywa się więc Landsberger Kraft. Jeśli ktoś stawia sobie za punkt honoru dodać nowe piwo na Ratebeer (ludzie miewają różne ambicje), polecam szybką wycieczkę do Łąkomina, zakup rzeczonego i wrzucenie opisu. Bo ciągle jeszcze nie ma.

W lodówce mam jeszcze Der Amerikaner (lager chmielony po amerykańsku) i AmeryŁANin (American Wheat). I wielką ochotę, by sobie przypomnieć jak smakują.



czwartek, 16 lutego 2017

I znowu w BrewDog


Wybierając się ostatnio do Szkocji wiedziałem, że będę przejeżdżał niedaleko Ellon, gdzie znajduje się siedziba browaru BrewDog. A skoro będę niedaleko przejeżdżał, muszę koniecznie nadrobić pewną zaległość z wizyty w browarze w ubiegłym roku, kiedy to w barze odnotowałem ofertę Sink the Bismarck!, a nie skorzystałem. Jakoś niespecjalnie oczekiwałem rewelacji, ale pomyślałem sobie, że to być może grzech ciężki nie spróbować TAKIEGO piwa. Tym bardziej, że lali je tam na kieliszki, więc nie było konieczności kupowania całej butelki. A te siedem funtów, czy jakoś tak, to już przeboleję.

No i stało się, że zajechałem do Ellon, wparowałem do baru… A tu rozczarowanie. Pani za barem mówi mi, że tego Bismarcka to oni już z rok nie mają. I nie będą mieli. Ale skoro jestem tak na procenty napalony, to proszę bardzo, w lodówkach stoi kilka butelek, które mogą mi się spodobać. Spodobało mi się przede wszystkim to, że te piwka w lodówkach można było sobie zapakować na wynos, a nie walić na miejscu, a potem się zastanawiać kiedy na te dozwolone prawem 0,5 promila zaczynam z góry patrzeć. W rezultacie, odbyć najbardziej intensywną w życiu sesję szopingową w pobliskim Tesco w oczekiwaniu na procentów z głowy wywianie.

Jako że spośród znajdujących się w standardowej brudogowej ofercie piw nic nie porywało mojej wyobraźni – albo już miałem je „na koncie” i niekoniecznie chciałem wracać – rzeczywiście wyszedłem na spragnionego procentów żłopa. Wybrałem bowiem te piwa, o których wiedziałem, że nie znajdę ich w żadnym z lokalnych sklepów i sklepików. I zupełnie przypadkiem były to wynalazki o zawartości alkoholu grubo powyżej przeciętnej. Nie wiedząc na co się ostatecznie decyduję, to znaczy, co faktycznie kryje się w wybranych buteleczkach, wziąłem tylko po jednej. Ceny ich nie były niskie, a nie chciałem ryzykować kosztownego rozczarowania. No i teraz, po fakcie, żałuję. Szczególnie, że już potem jakoś nie dane mi było podjechać w okolice Ellon na tyle blisko, by wpaść po uzupełnienie zapasów. A wpadłbym chętnie, ale nie uprzedzajmy wypadków.

Kierując się tylko i wyłącznie tym, co przeczytałem na etykietach, wybrałem trzy piwa. Pierwszym z nich było Tokyo*, określane przez producenta jako intergalactic stout. Nawet biorąc poprawkę na bufonadę BrewDog, to przecież co jak co, ale na Wyspach stouta potrafią uwarzyć. A jeśli to ma być stout międzygalaktyczny, to tym bardziej chcę tego spróbować. I jakimś cudem przypomniała mi się kreskówka o pewnym fioletowym międzygalaktycznym obserwatorze. Rzut oka na zawartość alkoholu trochę zbił mnie z pantałyku, ale pomyślałem sobie, że twardym trzeba być. I byłem. A tak przy okazji, właśnie parę chwil temu wpadła mi w oko informacja o jakimś piwie również określanym jako „intergalactic”, a oferowanym przez któryś z polskich browarów kraftowych. Zmałpowali?

Drugim piwem, bez którego nie mogłem opuścić siedziby BrewDog, okazało się Ship Wreck. Jak wyczytałem z etykiety, jest to wynalazek nie lada. Po pierwsze, do jego warzenia wykorzystano dymioną agawę, a dojrzewanie odbywało się w beczkach po szkockiej whisky. I to nie jakiejś tam pierwszej-lepszej whisky, tylko dymionej, torfowej whisky z wyspy Islay. No i jakichś tam beczkach po whisky z regionu Speyside. No to już po prostu musiałem wziąć i spróbować, choć nie bez obaw. Znam whisky z Islay, znam whisky ze Speyside, znam samą Islay, znam Speyside. Co więcej, opisywany wieczór z trzema dziwadłami z BrewDoga, odbył się dokładnie w samym sercu Speyside, w miejscowości Dufftown, określanej jako stolica szkockiej whisky słodowej. A jeśli już chcemy być bardzo dokładni, w domu zamieszkałym niegdyś przez menadżera jednej z tutejszych destylarni whisky, z widokiem na samą destylarnię i wypełnione po brzegi beczkami z whisky magazyny. Tę miejscówkę przebiłby chyba tylko klif obok Ardbeg na wyspie Islay. Tak czy owak, jeśli to piwo spieprzyli, to na pewno nie przymknę na to oka. Co to, to nie.

No i wreszcie trzecie, a właściwie to, które mi zaproponowano jako pierwsze, w zastępstwie Bismarcka. Pierwsze, co zauważyłem to niebosiężna moc tego wynalazku – 22% objętościowo. Jak wiadomo, drożdże piwne nie dają rady wyskoczyć tak wysoko, bo wytwarzany przez nie alkohol je zwyczajnie zabija już na dużo niższym poziomie. Jest to więc piwo poddawane procesowi wymrażania – w niskich temperaturach usuwana jest część zamrożonej wody. Jak to się odbywa technicznie, to już niech się tym martwią piwowarzy-wymrażacze. Dla nas ważne jest, że otrzymujemy teoretycznie niemożliwe piwo. Czy jakoś tak. Zresztą, wymrażanie piwa w ostatnim czasie dość powszechnie zaczęło się przyjmować w Polsce, wśród piwowarów kraftowych. No i tu i ówdzie spotkać można mocarne piwacha. Nieważne. Hop Shot to piwko sprzedawane w miniaturowych buteleczkach o pojemności 110 ml, co po przeliczeniu na pół litra daje mniej więcej taką ilość alkoholu w organizmie, jak po wypiciu standardowej butelki półlitrowej czegoś bardziej konwencjonalnego. Jeśli do tego dorzucimy deklarowane IBU 200, to naprawdę strach się bać.

Tyle wstępu. Zajrzyjmy tym buteleczkom pod kapsle. Nie ma tu za bardzo mowy o pianie – jeśli nawet się pojawia, to w śladowych ilościach i dość szybko ginie. Na Hop Shot niemal wcale się nie pojawia. Sprawdźmy jak pachną, jak smakują. I czy w ogóle, bo obaw mam całą czapkę.

617. Tokyo* Intergalactic Stout (BrewDog) 16,5%, IBU 90
Aromat bardzo oszczędny, prosty. Tradycyjna kawa, trochę gnijących liści buraków, trochę gorzkiej czekolady. Zero złożoności, płaskie, biedne. Nie czuć alkoholu, a to już wiele przy tej mocy. Nie czuć ani na jotę.
W smaku syrop cukrowy, cukierki Kopiko, mnóstwo gorzkiej kawy rozpuszczalnej, trochę paloności. Alkoholu nie czuć ani trochę, choć piwo wyraźnie rozgrzewa gardło. Słodkie, wręcz kleiste. Nie powala niczym, choć i nie odstrasza, a to już trzeba mu zapisać na plus.
Kategoria: JESZCZE RAZ TO SAMO

618. Ship Wreck (BrewDog) 13,8%, IBU 60
Aromat od samego początku przypomina piękne chwile spędzone w magazynach z leżakującą w beczkach whisky na Islay. Dokładnie te nutki unoszą się tam w powietrzu. Dym, torf, whisky, trochę jodyny, trochę smoły. Pod spodem jakaś miła nosowi słodycz, bardzo słodka słodycz. Wręcz gęsta. I nie wiem na ile to sugestia, a na ile rzeczywiście mezcal tam czuję. Plus czerwony syrop cukrowy – taki z lizaków „kogutków”
Smak… O Jezu, poezja… Delikatna, papierowa wręcz słodycz, przykryta lekką mgiełką akcentów whisky, odrobiną torfowego dymu, taninowej cierpkości i delikatnie morskich akcentów – wodorosty, lekka słoność, bryza od morza. No coś pięknego. W finiszu zostawia na podniebieniu słodycz i dym, plus lekką mentolowość. Ach, no i znowu nie czuć alkoholu, a przy tej zawartości to wyczyn nie lada.
Kategoria: CUD, MIÓD, MALINA

619. Hop Shot Quadruple India Pale Ale (BrewDog) 22%, IBU 200
Na pierwszy rzut nosa, jeszcze z butelki – mnóstwo akcentów chmielowych. Żywica, cytrusy (świeże grapefruity głównie i kumkwaty), owoce egzotyczne (mango, papaja), jałowiec. Drewutnia, w której rąbie się drewno na opał.  Toffi. Fajnie to wszystko ułożone, zharmonizowane, grzeczne. Podoba mi się, mimo całej niechęci do nowofalowego chmielenia. I znowu – ani śladu alkoholu. Jak oni to zrobili przy 22%? No fajna rzecz, aromat zachęca, by pyska umoczyć, smak sprawdzić.
Smak… Smakować trzeba toto ostrożnie, pamiętając o mocy potężnej i IBU ogromie. Smak jest gęsty, syropowaty, tofiowo-owocowy. Początkowo niemożebnie słodki, ale natychmiast przykrywany kołdrą bardzo silnych gorzkich akcentów cytrusowych i ziołowych. Co ciekawe, chociaż jest potężna, cała ta gorycz nie przeszkadza, świetnie się komponuje ze słodką bazą. Trudno powiedzieć, czy to baza słodowa, czy już po prostu mordoklejka cukrowa, jednak nie ma tu słabych punktów. Jest tu niemalże koncentrat grapefruitowy, są bardzo intensywne kandyzowane kumkwaty, jest cała paleta ziół, wreszcie piołun. Trochę jak podrasowany jaegermeister na koniec. A wszystko to harmonijnie tańcuje po podniebieniu. Świetna rzecz. Choć wiele bym chyba nie wypił. W kategorii nowofalowego chmielenia, IPA i kraftu – absolutne mistrzostwo świata.
Kategoria: JESZCZE RAZ TO SAMO

No i przebrnąłem, no i doznałem pozytywnego zaskoczenia. Co ciekawe, najbardziej rozczarowało piwo, które kupiłem w pełnym przekonaniu, że akurat to będzie pewniak. Tokyo* nie jest złym piwem i na pewno nie odmówię, jeśli ktoś będzie chciał mnie nim kiedyś jeszcze poczęstować, natomiast zdecydowanie było to dzisiaj najsłabsze piwo. Co do Hop Shot, to słów nie mam. I nie dlatego, że przez alkohol zaniemówiłem. Bynajmniej. W Szkocji co najmniej kilka razy przekonywałem się, że intensywne nowofalowe chmielenie wcale nie musi oznaczać dla piwa wyroku, że da się te chmiele pogodzić z piwem, a potem z podniebieniem. Tutaj przypomina mi się natychmiast Tropical Forres IPA z Speyside Brewery (to ten sam browar, który współpracował z destylarnią Glenfiddich przy przygotowaniu whisky Glenfiddich IPA Project), czy chociażby Trade Winds IPA z Cairngorms Brewery. Ale żeby wykonać taki majstersztyk, to się nie spodziewałem. No i wreszcie najpiękniejsze doznanie dzisiejszego wieczoru – Ship Wreck. Jeszcze długo pozostanę pod wrażeniem. Czegoś tak niesamowitego, nieprzewidywalnego i niepowtarzalnego jeszcze chyba nie piłem.

Pozostaje mi żałować, że nie otarłem się już więcej o Ellon podczas tego pobytu w Szkocji. Ale na pewno wybiorę się następnym razem. Na pewno. A następny raz szykuje się już dość niedługo.



sobota, 5 listopada 2016

Cairngorm Brewery Company, czyli znowu w Szkocji



567. Nessie’s Monster Mash 4,1%
568. Trade Winds 4,3%
569. Cairngorm Gold 4,5%
570. Black Gold 4,4%

I stało się, że znowu wylądowałem na przepięknej szkockiej ziemi, gdzieś się wypuściłem na daleką północ, naładowałem się, jest mi dobrze. A jest mi tym bardziej dobrze, że od paru dni nie robię praktycznie nic innego, tylko śmigam od destylarni do destylarni, rozmawiam, zwiedzam, smakuję. Destylarni whisky, rzecz jasna. Jak tu czuć się źle w takich okolicznościach?

Wieczorami jednak mam czas – i ochotę wielką – na coś innego. Na wyroby szkockiego przemysłu browarniczego. Bo już nie raz pokazały co potrafią. I szkoda, że tylko mnie, bo być może wiele duszyczek można by uratować przez zalewem polskiego kraftowego byle czego. Ja naprawdę nie wiem jak to jest – a właściwie to nawet nie chce mi się dociekać – że w tych polskich piwach chmielonych po amerykańsku (czy w ogóle, nowofalowo) najczęściej gorycz dławi, zabija wszystkie inne smaki, dominuje, zalega. A jeśli zdarzy się, że jednak przebiją się akcenty owocowe, to zwykle jest to słodycz nieco nadgniłych owoców, słodycz zlana w jedną ulepkową masę, bez charakteru, bez złożoności, bez polotu. Czasem podejrzewam, że dostawcy chmielu wysyłają do Polski to, co pod koniec tygodnia zmiata się z podłogi – takie trochę brudne, pomieszane, zatęchłe. Pewno się mylę, ale bardzo często tak to właśnie smakuje.

Piszę to mając już za sobą w trakcie tego pobytu jedną z opisywanych poniżej butelek, a mianowicie Trade Winds IPA. Piwo, które czaruje delikatnością, złożonością i harmonią. A ma w aromacie i smaku dokładnie to, o czego obecności w swoich piwach próbuje nas przekonać rodzima Pinta, Doctor Brew, czy inna Rebelia. No nie, panowie, nie. Zachęcam do wycieczki po Szkocji i jej browarach, zachęcam do spróbowania wyrobów Cairngorm Brewery Company, niewielkiego browaru znajdującego się na skraju przepięknych gór Cairngorms. Browaru, na który natknąłem się ponad 10 lat temu w pewnym lokalnym pubie w miejscowości Tomintoul, właśnie w górach Cairngorms. A zwróciłem uwagę na niego przez nazwę jednego z oferowanych piw. Nazywało się Sheepshagger’s.

No i przy okazji – bardzo proszę, przezabawni, super-hipsterscy w stosowanym przez siebie nazewnictwie polscy piwowarzy, nazwijcie swoje piwo „Owcojebca”. Albo coś równie odjechanego. Po polsku, bez owijania w anglosaską bawełnę, że tu niby jakaś „bitch”, że ktoś tam jest „so horny”, że coś tam, whatever. Co znaczą jakieś Geezery (nawet Turbo), co nam po Sharkach i innych Gravediggerach? Walnijcie coś, co pokaże, że naprawdę macie jaja, a nie fistaszki. Taki mój prywatny apel. Bo chyba tylko Perun pamięta w jakim kraju działa, po jakiemu tu się mówi, i że kulturowo rok 966 powinien być traktowany jedynie jako nieco bolesne beknięcie historii. Nie mówiąc o 2004.

Jako że tym razem tylko ja zajmuję się piwem, a przy okazji, wokół mnie dzieje się parę innych jeszcze rzeczy, opisy tym razem są krótsze i bardziej zdawkowe. Wybaczcie, takie okoliczności. Nie mogłem jednak nie odnotować istnienia absolutnie zjawiskowych piw ze zdjęcia powyżej.

Jak zwykle na wyspach, mało kto i mało kiedy zajmuje się nieistotnymi pierdołami, takimi jak precyzyjne określenie gatunku piwa, jego Blg, IBU, rodzaje użytego chmielu, itp. Dlatego tych informacji najczęściej nie ma ani na etykietach, ani tu, w moim dzisiejszym wpisie.

A wspominałem już dzisiaj o poziomie zawartości alkoholu w tutejszych piwach? Przecież tak to można pić!

Cairngorm Gold – lekki lager o bardzo wyrazistym, słodowym smaku i bardzo subtelnym akcencie chmielowym. Chmiele tradycyjne – Saaz i Styrian Golding (wyjątkowo podane na etykiecie). Piękny, pełny smak, zupełnie nie jak lager. A w każdym razie nie koncernowy lager. Pyszne piwo. Aż dziw, że na Wyspach potrafią zrobić dobrego lagera. Wychodzi na to, że potrafią. I to jak.
Kategoria: JESZCZE RAZ TO SAMO

Nessie’s Monster Mash – lekkie piwo górnej fermentacji o słodowym, nieznacznie orzechowym i kasztanowym odcieniu. Delikatnie chmielone tradycyjnym chmielem, z nieznaczną goryczką. Bardzo fajna rzecz, choć jak na ale brakuje mu trochę ciała. Tak czy owak, drugiego nie odmówię.
Kategoria: JESZCZE RAZ TO SAMO

Trade Winds IPA – leciutkie piwo w stylu IPA ze sporym wkładem pszenicznym w zasypie. W aromacie leciutko, z całym bukietem cytrusów, owoców egzotycznych i żywicy. Ale przyjemnie, lekko, orzeźwiająco. A smak… Gdyby tylko polscy kraftowcy potrafili tak skomponować te nowofalowe chmiele… Cudowne piwo. Są tutaj te cytrusy, jest żywica, są owoce egzotyczne. I to jakie wyraziste, niczym niezakłócone poszczególne akcenty! Te marakuje, grapefruity, dojrzałe mango… A poza tym, jest lekko, słodowo, jest harmonia, jest akcja na podniebieniu. Oj, ja chcę jeszcze i jeszcze.
Kategoria: CUD, MIÓD, MALINA

Black Gold – piwo w stylu szkockiego stouta. Zobaczmy więc. W aromacie mnóstwo akcentów palonych, czekoladowych, lukrecji, karmelu. W smaku natomiast – mimo niskiej zawartości alkoholu, czyli pewno niskiego ekstraktu – cudownie. Jest palony słód, karmel, kawa, prażone orzechy włoskie, jest wreszcie goryczka – taka trochę spalenizna, miła dla podniebienia, sympatyczna. Fajny, pełnokrwisty stout mimo niskich parametrów. A może dzięki nim?
Kategoria: JESZCZE RAZ TO SAMO

Po spróbowaniu tych czterech piwek, wszelkie dywagacje na temat polskiego kraftu byłyby kopaniem leżącego. Proszę zwrócić uwagę, bo ja sam nie wierzę co piszę. Najwyższa, nader rzadko stosowana przez mnie kategoria przypadła dzisiaj IPA. Przedstawicielowi gatunku, który dość skutecznie mi w Polsce zbrzydzono. Niech to starczy za cały komentarz.



piątek, 19 sierpnia 2016

Gekon szuka kumpli



522. Szemesz Sesyjne IPA (Browar Golem) 3,7%
523. Cajaneiro Session IPA z owocami caja (Kingpin) 4,7%
524. Little Molly Session IPA (Doctor Brew) 5%
525. The Green Gecko IPA No 2 (Hatherwood/Marston’s) 5%

Nie tak dawno narzekałem, że jedna z moich ulubionych sieci handlowych poczuła się już tak pewnie na rynku, że przestała się podlizywać klientom i potencjalnym klientom zjawiskowymi czasem (a już na pewno niebywałymi cenowo) ofertami piwa z różnych zakątków świata. Jakież było moje zdziwienie, kiedy jakiś tydzień temu wszedłem do Lidla w Mrągowie i zobaczyłem dopiero co ustawione zgrzewki i kartony z angielskim i szkockim piwem. A że byłem na wakacjach, to intensywność spożycia napojów miłych znajdowała się w górnej strefie stanów wysokich, więc jak znalazł. Nie żebym narzekał – pod oknem mojej kwatery w Mikołajkach miałem dwa sklepy z bardzo szeroką ofertą świeżusieńkich piwek z Kormorana w nadspodziewanie przystępnych cenach. Jednak Kormoran był, jest i będzie, a już takiego palca biskupa znowu możemy nie uświadczyć przez kolejny rok. Trzeba się więc nachłeptać.

Natychmiast w Internecie pojawiły się opinie znawców piwa, jakoby to piwa te niczego nie urywały, sprzedawane były w skandalicznych bezbarwnych butelkach, a w ogóle to co to jest, takie angielskie piwo… No i racja, niczego nie urywają, bo niby jak mają urywać? Oferta Lidla to najbardziej standardowy standard brytyjskich piw, żadne tam cymesy. Ot, takie ichnie Tyskie, Żywiec i Warka. I daj nam Boże, by nasze koncernowe sikacze tak smakowały, jak tamto. Ale fakt, niczego nie urywają specjalnie.

Wśród niedawnej oferty lidlowej moją uwagę przykuły dwa – lager Scottish Charger i IPA The Green Gecko No 2. Pierwsze od razu sobie odpuściłem – lager o zawartości alkoholu 9% to jednak spore nieporozumienie. A jeśli komuś opłaca się go sprowadzać z tej Szkocji do Polski i sprzedawać po 2,99 za puszkę, to ja nie jestem ciekaw jak smakuje. Odpuściłem. Natomiast gęba mi się uśmiechnęła na IPA. Przypomniałem sobie moją niedawną wizytę w Edynburgu i pierwsze-lepsze IPA, które sobie zaordynowałem do obiadu na Grassmarket. I ono smakowało! Odżyła nadzieja na to, że jednak gdzieś na świecie są piwowarzy, którzy wiedzą jak ma smakować IPA, potrafią wyważyć proporcje, dobrać składniki, z niczym nie przesadzić. No i jak zobaczyłem tego gekona w Lidlu, to poczułem chęć nieprzepartą. Jeszcze tego samego popołudnia widziałem, że Green Gecko daje radę. I znowu – nie żeby to był jakiś kosmiczny wynalazek. Nic z tych rzeczy. Po prostu, konkretnie przygotowane, przyzwoicie uwarzone piwo. Uwarzone przez kogoś, kto wie jak przyzwoite piwo ma smakować, ale niekoniecznie ma ambicję zdobycia piwnego szczytu świata tą akurat warką.

No dobra, pomarudził. Uznałem, że jedynym odpowiednim towarzystwem dla lidlowego gekona będą piwa w stylu session IPA – i to ze względu na zbliżoną zawartość alkoholu, jak i spodziewaną powściągliwość w chmieleniu. Dlatego też na stole dzisiaj pojawiły się piwa nie całkiem może z tej samej półki, żeby nie powiedzieć beczki, ale takie, które mogą dać obraz jak angielskie IPA ma się do naszych kraftowych wynalazków. Dobór jest znowu – jak zwykle u nas – przypadkowy. Na stole pojawiły się te session IPA, które akurat w ostatnim czasie były dostępne w sklepach, gdzie zwykle robimy zakupy. I zupełnie przypadkiem są to piwa robione przez browary, którym jeszcze nigdy nie udało się nas zachwycić. I to lekko powiedziane. Wyroby Doctor Brew omijam szerokim łukiem od pewnego czasu, gdyż zwyczajnie spośród próbowanych kilku w żadnym nie zobaczyłem dna szklanki. Za to zlew opił się do nieprzytomności. Kilka próbowanych dotąd piw od Kingpina pokazało (ale tylko mnie, jakoś piwowarzy Kingpina nie chcą tego zauważyć), że kombinowanie z dwoma tuzinami różnych składników – słodów, chmielów, dodatków – nie ma prawa wyjść na zdrowie piwu. Więc i tu z pewną taką nieśmiałością wrzuciłem do koszyka ichnie Cajaneiro. Co do Browaru Golem, to wypiłem dotąd może trzy ich piwa – i za żadnym razem nie zapiałem z zachwytu. Wyglądać to więc może na wielką antypolską, lewacką konspirację, mającą na celu wykazanie jacy słabi są polscy kraftowi piwowarzy. Jeśli komuś tak to wygląda, to niech sobie ma, co ja mu będę tłumaczył?

No i dobra, wszystko wyjaśnione, tak więc czas odkapslować i przelać przez spragnione gardło. Ale najpierw do szklanek. Mamy dzisiaj dość spory rozrzut jeśli chodzi o barwę piw. Najjaśniejsze jest Little Molly, a przy mętności wynikającej z braku filtracji, przypomina nieco z wyglądu piwa pszeniczne. Cajaneiro to już przyzwoity bursztyn IPA, Szemesz jest pół tonu ciemniejsze, a zupełnie ciemne, niemal mahoniowe jest Green Gecko. Również piana na gekonie jest beżowa, podczas gdy na pozostałych piwach biała lub bliska bieli. Piana na Szemesz niemal nie wystąpiła w ogóle, a w każdym razie zniknęła w kilka chwil po nalaniu piwa do szklanki. Pozostałe trzy pokryły się przyzwoitą i w miarę regularną pianą. Tę konkurencję wygrało Little Molly.

Dobra, Dość gadania. Wąchamy, pijemy.

Szemesz Sesyjne IPA Single Malt and Single Hop (10 Blg, IBU 50, pasteryzowane, niefiltrowane, chmiel Chinook, słód Wiedeński, warzone w Browarze Czarnków) – w aromacie ananas, mango, frezje i jaśmin. I mnóstwo karmelu. Z czasem karmel przechodzi w karton. Generalnie mało wyraziście, harmonii w tym żadnej. Rokuje słabo. Smak jest lekki, żeby nie powiedzieć wodnisty. Natychmiast pojawiają się zaskakująco agresywne nuty goryczki i kwasu chlebowego. Powiedzieć by można, że to nowofalowo nachmielony podpiwek. Akcenty kawy, karmelu, gdzieś może jedynie echo jakichś owoców. Goryczka rozbudowuje się i zostaje na dłużej. Piwo słabe, w kierunku kiepskie.
Ocena: DO ZLEWU

Cajaneiro Session IPA z owocami caja (11,5 Blg, pasteryzowane, niefiltrowane, warzone w Browarze Zarzecze) – w aromacie czarna herbata, białe grapefruity, nieco palonego zboża. Z czasem wychodzi bagienko. Płaskie to, zupełnie bez polotu. Smak jest pełny, owocowo-słodki, goryczka zdecydowanie lepiej dobrana niż w poprzednim piwie – robi swoje, okopuje się na flankach ale jakoś specjalnie nie dominuje. Smak bez porównania lepszy niż to, co sugerować mógłby aromat. Gdzieś w tle rzeczywiście pojawia się jakiś nieznany mi akcent owocowy – pewno to ten śliwiec mombin (aka caja), którego osobiście poznać nie było mi nigdy dane. Nieźle złożone, w miarę zbalansowane w smaku piwo. Trochę za dużo goryczy, która z czasem oblepia podniebienie i zalega tam nieprzyjemnie, ale poza tym, nie jest źle.
Ocena: JAKOŚ JE ZMĘCZĘ

Little Molly Session IPA (12 Blg, IBU 50, niepasteryzowane, niefiltrowane, warzone w Browarze Bartek) – w aromacie trochę żywicy, mnóstwo intensywnych grapefruitów, nutka mokrej szmaty na zmywaku. Z czasem szmata się ulatnia, a pozostaje głównie dość przyjemny aromat cytrusów i odrobina ananasa. Może nie będzie źle? Smak jest lekki, orzeźwiający, bardzo przyzwoity. Jest w nim bardzo przyjemna łagodność słodowo-owocowa, tylko subtelnie, naprawdę delikatnie skontrowana bardzo wyważoną, żywiczną goryczką. No fajne piwo, naprawdę.
Ocena: JESZCZE RAZ TO SAMO

The Green Gecko IPA No. 2 (13 Blg, pasteryzowane) – w porównaniu z poprzednimi piwami, niemal nie czuć w nim chmielenia. Jest tu sporo słodu, mnóstwo karmelu, rodzynek. Jest guma arabska, jest kalarepa. Odrobina kawy. Delikatne akcenty skórek cytrusowych. Smak jest pełny, pozbawiony goryczkowego szaleństwa, karmelowo-słodowo-kawowy. Czysta kraina łagodności w ciepłych, beżowo-brązowych odcieniach. Jest tu też wanilia, kolendra, miśki Haribo, coca-cola, zielone jabłka.
Ocena: JESZCZE RAZ TO SAMO

Ranking, znowu dzisiaj jednogłośny:

1. Little Molly
2. The Green Gecko
3. Cajaneiro
4. Szemesz

No i gdyby mi ktoś powiedział, że ja kiedyś pochwalę piwo Doctora Brew… Co też człowiekowi po stole chodzi i do szklanek się wlewa! Uczciwie i bez uprzedzeń powiedzieć trzeba, że Little Molly naprawdę zasłużyło sobie na najwyższe pochwały. Gekon dał radę, jak się spodziewano. Pozostałe dwa nie zaskoczyły jakoś specjalnie. Tak czy owak, lecę do Intermarche, może tam jeszcze znajdzie się chociaż jedna butelka Little Molly.


czwartek, 14 lipca 2016

Ale fajne to Tesco. Najfajniejsze.



488. Tesco Finest Lager 5,2%
489. Tesco Finest Wheat 5%
490. Tesco Finest Ale 5,2%
491. Tesco Finest Stout 4,8%
492. Tesco Finest Porter 5,3%
493. Tesco Finest IPA 5,8%

Takie czasy przyszły, że ręce pełne roboty, na nic czasu nie ma, kolejka wpisów na blog czekających na publikację już dawno dwucyfrowa… A tymczasem znalazłem coś, przed czym ludzie sami się nie ostrzegą, trzeba działać.

Natknąłem się jakiś czas temu w miejscowym Tesco na taką oto ofertę. Seria Tesco finest, sześć różnych piw, stoją i czekają by ich spróbować. Natychmiast pojawiła się nadzieja, że skoro Tesco, i że takie finest, to być może są to piwa uwarzone gdzieś w jakimś browarze na Wyspach, że może będzie coś dobrego wreszcie, że może… Niedawna wyprawa do Szkocji i rozkoszowanie się tamtejszymi piwkami utwierdziło mnie tylko w przekonaniu, że są na świecie miejsca, gdzie nawet nowofalowe gatunki piw potrafią uwarzyć dobrze, że nawet IPA potrafi smakować. A nie jak, nie przymierzając, jakiś HedgeHog czy Pinta. Wrzuciłem więc natychmiast do koszyka po jednym. I całe szczęście, że tylko po jednym. Oj, czuwała nade mną Opatrzność we własnej osobie!

Przynoszę to coś do domu, cały dumny, zapraszam panią mą na degustację. A co, właśnie tak, degustować będziemy. Nie smakować, próbować, pić, tylko właśnie wreszcie degustować. No i nalewam.

Generalnie piana słaba, miejscami prawie jej nie ma. Jedynie niezła, choć nie imponująca, na Ale. Nie o pianę w piwie wszak chodzi, czepiać się nie będziemy. Trochę niepokoi fakt, że nawet na Wheat ilość piany jest śladowa. Tak samo na Porterze i IPA. Cóż, widać takie to piwka. Na bitterach w UK też się za bardzo nic nie pieni, a potrafią dać dużo radości. Wszystkie ewidentnie niefiltrowane. Ewidentnie. Zachęca miły oku (i podniebieniu) poziom zawartości alkoholu. Takie piwka w okolicach piątki, czasem nawet niżej, to ja poproszę.

Ale, ale, zaglądam ja wreszcie na etykiety i kontretykiety (powtarzam sobie zawsze, że powinienem brać ze sobą na zakupy okulary do czytania, a nie z kotem w worku raz po raz do domu wracać!) i co ja tam widzę? Po pierwsze, wszystkie sześć chmielonych jest ni mniej, ni więcej, a czeskim chmielem. Nawet IPA? No dobra, może sobie wyhodowali jakieś citry i inne mozaiki, czemu nie? Większe zaskoczenie czeka mnie na kontretykietach. Ano stoi tam jak byk, że wszystkie dzisiejsze piwka warzone były na Słowacji. Nie podano browaru, miasta, adresu, telefonu, czy maila. Na Słowacji. Nie na Wyspach. Nawet nie nad morzem, jak się okazuje. Nie podano żadnych innych informacji – ani o ekstrakcie, ani IBU, ani o rodzajach chmielu. Poza tym, że czeskie, naturalnie. No dobra, pijmy. O przepraszam, degustujmy.

Aha, jako że sześć zupełnie różnych piw, to tylko je sobie ocenimy (w skali 1-5), a w żadne rankingi bawić się nie będziemy. Bo niby jak?

Lager (pasteryzowane, niefiltrowane, wyprodukowano na Słowacji) – pachnie jak klasyczny lager, głównie słodowo, ma może trochę więcej ciała ze względu na brak filtracji. Z chmielem też słabo, przynajmniej w aromacie. Ten jest generalnie bez większego wyrazu. W smaku Zaskakująco pełne ciała, jak na lager. Sporo goryczki. Całość rozchwiana, słodko-gorzka, nieuporządkowana.
Ocena: 2/5 – głównie za to ciało

Wheat (pasteryzowane, niefiltrowane, wyprodukowano na Słowacji)  – w aromacie bananowo, drożdżowo, melonowo, cytrusowo. Szału nie ma, typowy pszeniczniak. W smaku lekko i orzeźwiająco. Całkiem fajna pszeniczna baza, bananowe akcenty (choć trochę sztuczne, jak z żelków bananowych), ale za chwilę pojawia się kwaśność na granicy goryczy, jak witamina C, którą za długo na języku trzymano.
Ocena: 2,5/5

Ale (pasteryzowane, niefiltrowane, wyprodukowano na Słowacji) – w aromacie słód przede wszystkim, kolendra, majeranek, odrobina chmielu cytrusowo-żywicznego, ale tak delikatnie, w tle. Pachnie jak typowe English ale. W smaku pełne, najpierw słodowo-owocowe, ale natychmiast złamane bardzo nieprzyjemną, zalegającą goryczą, która ostatecznie dominuje wszystko. Słabe piwo, bardzo słabe piwo.
Ocena: 1/5

Stout (pasteryzowane, niefiltrowane, z dodatkiem kawy, 7 rodzajów słodów, wyprodukowano na Słowacji) – w aromacie kawa i czekolada. Jest bardzo słodko, jak przesłodzona, lurowata kawa na dworcu. Trochę akcentów palonych, odrobina karmelu. Tytoń i coca-cola. W smaku zaskakująco lekkie i słodkie. Mdląco wręcz słodkie. Akcenty kawowe, czekoladowe (gorzka czekolada). Karmel. Mnóstwo karmelu. Słabo, jednowymiarowo, monotonnie.
Ocena: 2/5

Porter (pasteryzowane, niefiltrowane, wyprodukowano na Słowacji) – aromat bardzo łagodny, kolowy, lekko kawowy, trochę czarnego bzu, bawarka. Smak bardzo rozczarowuje – kawowo-kwaskowy, jak podłej jakości kawa rozpuszczalna. I popiół tytoniowy. Płaski, nudny. Na koniec kwaśność łączy się z jakimś echem goryczy i to tak sobie siedzi w pysku i psuje wrażenie.
Ocena: 1/5

IPA (pasteryzowane, niefiltrowane, wyprodukowano na Słowacji) – początkowo pachnie jak wzorzec IPA z Sevres – bardzo ładne chmiele cytrusowo-żywiczne. Żadnych przegięć, żadnego walenia po nozdrzach. Pod spodem jednak jest niewiele ciała, więc jak już się ulotnią te najbardziej lotne aromaty chmielowe, a robią to dość szybko, pod spodem jest spore nic. W najlepszym razie trochę podgniłych owoców, głównie brzoskwiń. Smak pełny, dość ciężki, owocowy. Plus nadciągająca chwilę po przełknięciu goryczka grapefruitowo-żywiczna. A przy drugim łyku ta goryczka już sforuje się na pierwszy plan, a potem już zalega i nie pozwala cieszyć się niczym. Piwo tragiczne.
Ocena: 1/5

I co tu dużo mówić. Nie kupujcie tego. Nie dajcie się nabrać na „finest”. Sam, głupi, powinienem był wiedzieć. A tak, mądry po szkodzie. Całe szczęście, że jakoś strasznie drogie to piwo nie było. W promocji po 3,49 zł za butelkę. Jak promocja się skończyła, cena podskoczyła do 3,99 zł. Nawet za pół tej ceny nie warto.