Pokazywanie postów oznaczonych etykietą browar wąsosz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą browar wąsosz. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 23 października 2016

I znowu po robocie poszedłem do Po Robocie




[Tekst powstał odrobinę ponad tydzień temu, ale jakoś się nie złożyło...]

564. Sticklebract Singiel (Browar Maryensztadt) 5,5%
565. Hopsbant Fresh IPA (Browar Birbant) 6,7%
566. Piwo Ryżowe (Browar Wąsosz) 3,5%

Dzisiaj druga, nieco już skromniejsza odsłona zakupów w niedawno otwartym w Świdnicy sklepie Po Robocie (ul. Westerplatte 9, Świdnica). Tym razem piwka, o których nie miałem zielonego pojęcia, sięgając po nie na półkę. Podobnie jak poprzednio, nie mają one żadnego wspólnego mianownika, są przedstawicielkami trzech różnych stylów piwnych. Wszystkie trzy pochodzą z browarów kraftowych, co już na samym początku każe mi drżeć o przebieg dzisiejszego wieczoru. Na wszelki wypadek mam w lodówce ze dwie butelki Żywego z Browaru Amber, więc w razie potrzeby będzie można sięgnąć po coś sprawdzonego.

A dlaczego te, a nie inne piwka? Ano różnie. W przypadku Piwa Ryżowego z Browaru Wąsosz, zaintrygowała mnie najpierw etykieta, a potem informacje z tej etykiety – że tylko 9 Blg, że jedynie 3,5% vol., że z ryżem, wreszcie że to z Wąsosza. Wąsosz miewał w ofercie całkiem przyzwoite piwa, więc czemu nie dać szansę temu?

Sticklebract Singiel najpierw przyciągnęło moją uwagę mdłą, zupełnie nie rzucającą się w oczy kolorystyką, potem faktem, że jest to piwo zrobione na jednym słodzie i jednym tylko rodzaju chmielu. No a potem doczytałem skład, gdzie podano „słodY jęczmiennE”. Zgłupiałem, ale było już za późno, piwo już stało na ladzie i czekało na skasowanie. Poza tym, nie przypominam sobie kiedy ostatnio piłem coś z Browaru Maryensztadt, więc o taką decyzję było tym łatwiej. Swoją drogą, ciągle nie wiem czy tam były słody, czy tylko był tam słód.

Wreszcie Hopsbant Fresh IPA z Browaru Birbant. Tu chyba też zaczęło się od etykiety – trochę psychodelicznej, trochę przywodzącej na myśl beatlesowskie bazgroły z czasów Magical Mystery Tour. No i chyba złapali mnie tym „fresh”. Ja lubię jak jest świeżo i przyjemnie. Jakoś nawet te trzy niosące często zgrozę literki IPA nawet mnie nie odstraszyły tym razem. Zobaczymy co tam u Birbanta. Tam też dawno nie zaglądaliśmy.

Kapsle z głów, lejemy. Na wszystkich trzech poprawna piana drobnopęcherzykowa, zredukowana do cienkiej warstwy po kilku minutach. Najchętniej oblepia ścianki szklanki w przypadku Sticklebract Singiel. Jeśli chodzi o barwę, mamy dziś dość szeroki zakres – od bursztynowego Stickelbact Singiel, przez złote Hopsbant do słomkowego Ryżowego. Wszystkie trzy deklarują, że są niefiltrowane, jednak ten fakt jakoś specjalnie nie rzuca się w oczy w szklankach.

Sticklebract Singiel (13 Blg, pasteryzowane, niefiltrowane) – w aromacie cytrusy (głównie skórka pomarańczowa) i żywica, świeże siano, marakuja, dojrzałe brzoskwinie, zboże. Po chwili pojawia się gryka. Aromat robi się coraz bardziej przyjemny. Być może za krótko czekaliśmy po wyjęciu go z lodówki. I rzeczywiście – jeszcze kilka chwil i pojawia się więcej fajnego. Na przykład, melasowa, ciepła, przyjemna słodycz. Fajnie, smacznie pachnie to piwko. Cza go w dziób.
W smaku natychmiast uderza chmiel, pojawia się goryczka. Chyba zbyt intensywna i zbyt jednowymiarowa. Dopiero po chwili do głosu dochodzi zboże i odrobina ciężkich owoców egzotycznych. I tyle. Żadnej finezji, żadnego polotu. Ot, gorzkie piwo. Ani fajne, ani niefajne. Totalnie nijakie.
Kategoria: JAKOŚ JE ZMĘCZĘ

Hopsbant Fresh IPA (16,5 Blg, IBU 80, pasteryzowane, niefiltrowane, warzone w Browarze Zarzecze) – skórka grapefruitowa plus albedo tegoż przesłaniają wszystko, co mogłoby się tam jeszcze w aromacie zadziać. Spod spodu próbują wychynąć ciężkie, soczyste owoce egzotyczne i trochę tymianku. Ale nie mają łatwego zadania. Grapefruit zatłukł wszystko. Dopiero po jakiejś chwili zaczyna pojawiać się akcent zboża, odrobina żywicy, robi się mniej nieprzyjemnie. Akcent pieczonego korzenia pietruszki. Skorupki krewetek smażonych w całości na oliwie z oliwek. Ciągle jednak aromat nie zachęca. Nic to, nie damy się, posmakujemy. Ważne, że już nie odrzuca.
W smaku jest zaskakująco dobrze. Jest całe mnóstwo akcentów owocowych, takich egzotycznych owoców – i kandyzowanych i świeżych. Plus świeży słonecznik. No i wychodzi po chwili zboże. Goryczka zupełnie nie przeszkadza, nie ma jej za dużo, nie ma jej za mało. Cholera, kto by się spodziewał po aromacie, że tak będzie smakowało! Odszczekuję wszelkie malkontenctwo wyrażone przy analizie aromatu. Dobre piwo, bardzo dobre piwo.
Kategoria: JESZCZE RAZ TO SAMO

Piwo Ryżowe (9 Blg, pasteryzowane, niefiltrowane) – w aromacie przede wszystkim jaśminowe mydło toaletowe, guma balonowa, kwiatowa woda toaletowa mojej babci. Zapach bardzo przyjemny, miły. Ale nie jeśli ja mam coś takiego pić. Ucieszyłbym się gdyby tak pachniała toaleta w PKP, ale nie piwo, do diaska. Po kilku chwilach pojawia się nieco bardziej przyjemny (konsumpcyjnie przyjemny) aromat grapefruita. Czekamy dalej, ale w aromacie nie robi się wiele lepiej. Ciągle mamy do czynienia z zestawem perfumowo-kwiatowo-toaletowym. Całe szczęście, że ta toaleta czysta się wydaje. Spróbujmy jednak.
Smak ma bardzo lekki, delikatny, jednak zdecydowanie nie wodnisty, jak można by oczekiwać po tak niskiej zawartości ekstraktu. Zaskakująco dobry. Nutki cytrusowe, głównie pomarańcza (owoc, nie skórka), może jakieś rozwodnione mango. Da się wreszcie wyczuć ten ryż. Taki jaśminowy ten ryż, kwiatowy. Nie jest źle, smak nadrabia za nieszczęsny aromat. I to nadrabia z nawiązką. Lekkie, delikatne, orzeźwiające, a przede wszystkim nietuzinkowe piwo. No i chmielenie w sam raz – goryczka świetnie kontruje wszelkie słodycze. Jest fajnie.
Kategoria: JESZCZE RAZ TO SAMO

No i takie doświadczenie. Dwa piwa (Ryżowe i Hopsbant) mają ewidentny problem z aromatem. Mydlane akcenty Ryżowego i grapefruitowa domina w Hopsbancie jakoś nie zachęcały do niesienia piwa do ust. A tu bach – takie zaskoczenie. I w jednym i w drugim. Za to ten Sticklebract to jakaś pomyłka. Zdecydowanie pomyłka. Chyba jednak trzeba trochę pokombinować, pozestawiać, proporcje dobrać, żeby dobre piwo uwarzyć. Byle nie przekombinować

Dzisiaj żadnego rankingu nie ma – bo i niby jak? A które z tych trzech najchętniej jeszcze raz kupię? Pewno w lecie chętniej sięgnę po Ryżowe, a po Hopsbanta w porę bardziej ponurą i zimną. Ale trudno powiedzieć. Zbyt różne to piwa, by je zestawiać.

Przypomnę tylko jeszcze mieszkańcom Świdnicy i okolicy (ha! rym!), że piwek dostatek znajdą w zaprzyjaźnionym Po Robocie na ul. Westerplatte 9, co serdecznie polecam.

Jezus, Maria! Sam tam dawno nie byłem, a weekend tuż, tuż. Właściwie już.


czwartek, 11 lutego 2016

I znowu się nam postouciło



446. Sean Dry Stout (Browar Wąsosz) 5%
447. Tenczynek Imperial Stout (Browar Tenczynek) 9%
448. Mała Czarna Cream Stout (Browar Dukla) 4,8%

Z obserwacji tego, co dzieje się w piwnej blogosferze, na stronach i fanpejdżach browarów i tzw. browarów, można wyciągnąć wniosek, że wyznawcy rewolucji piwnej w Polsce, niestrudzeni w poszukiwaniach coraz to nowych, coraz to innych, coraz to bardziej wymyślnych piw, już dawno przestali zwracać uwagę na pierwsze-lepsze IPA, sztandarowe wszak piwo wspomnianego kultu, a znaleźli sobie nowy obiekt westchnień. Otóż okazuje się, że stout, a najlepiej jak będzie to Imperial Stout (duże litery z szacunku dla gatunku, zaznaczam również, że pisząc te słowa klęczałem przed komputerem z należytą rewerencją) to od jakiegoś czasu jest to. Zupełnie jak niegdyś Coca-Cola. Nie może być inaczej, wszak piwo to spełnia kilka kluczowych kryteriów, czyniących zeń obiekt pożądania większości piwoszy-smakoszy. Po pierwsze, Imperial Stout ma z definicji bardzo wyraziste akcenty aromatyczno-smakowe – goryczka w nim pochodzi nie tylko od zastosowanego w procesie warzenia chmielu, ale wywodzi się również z zastosowania palonego, z natury gorzkiego słodu w zasypie. A przecież im bardziej gorzko, tym lepiej, bo przeciętny wyznawca rewolucji nie będzie sobie zadawał trudu, by doszukiwać się niuansów smakowych w piwach dobrych, starannie zestawionych, prawidłowo uwarzonych i nachmielonych. Nie, rewolucjonista potrzebuje silnych wrażeń, a Imperial Stout je zapewnia. Po drugie, Imperial Stout (zwany czasem Russian Imperial Stout, nazwa z lubością skracana do RIS – umiejętność skracania i jego częstotliwość rośnie wraz z rewolucyjnym zaawansowaniem rewolucjonisty) daje w czapę! Zawartość alkoholu w Imperial Stout oscyluje nawet w okolicach wartości dwucyfrowych, a przecież o to chodzi, żeby piwo poczuć nie tylko na kubkach smakowych. Po to się piwo pije, by się co nieco sponiewierać, nieprawdaż? Jasne, że nieprawda! Nikt się do tego nie przyzna, przecież my tu w sprawie smaku, my degustujemy, prowadzimy poszukiwania, odkrywamy nowe akcenty, aromaty… I nic to, że współcześnie nie ma śladu uzasadnienia dla tak wysokiej zawartości alkoholu – piwo nie spędza już długiego czasu na statkach, którymi wożone było z Anglii do Rosji, więc nie trzeba go dodatkowo konserwować wysoką zawartością alkoholu. Również spożywanie tego piwa w nieco bardziej surowym niż brytyjski klimacie nie jest uzasadnieniem dla wysokiej mocy trunku. Tę sprawę współcześnie załatwia centralne ogrzewanie. Naprawdę.

Dzisiaj u nas trzy stouty, trzy różne wariacje na temat gatunku. Mamy na stole kolejne piwo z wąsem z Browaru Wąsosz, a mianowicie Sean Dry Stout. Mamy Małą Czarną Cream Stout (czyli z dodatkiem laktozy, czasem określane mianem milk stout) z Browaru Dukla. Mamy wreszcie Imperial Stout (a co!) z Tenczynka. Wąsosz rzadko kiedy zawodzi, Dukla jak dotąd zachowywała się poprawnie, natomiast w przypadku Tenczynka na wiele nie liczymy. Ucieszymy się więc na pozytywne zaskoczenie. Jeśli nam Tenczynek takowe zechce zgotować, rzecz jasna.

Przy okazji, nie żebym się czepiał jakoś specjalnie, ale jednolita szata graficzna etykiet wąsatych piw z Wąsosza może niekoniecznie jest dobrym pomysłem. Naprawdę nie wiem ile razy przechodziłem koło półki, na której stało sobie grzecznie Sean, i nie zauważyłem, że jest tam jakieś piwo, którego jeszcze nie piłem. One na pierwszy rzut oka – szczególnie z odległości klient-półka – wyglądają bardzo podobnie. Albo to ja jestem ślepy, czego nie wykluczam.

Nalewamy. Piana – poza Tenczynkiem, na którym utrzymała się w miarę długo – zredukowała się do cienkiej warstwy, składającej się głównie z drobnych pęcherzyków. Na Wąsoszu dość szybko uległa poszarpaniu i zostawiła sporą część powierzchni piwa bez przykrycia. Wszędzie co najmniej beżowa, na Małej Czarnej – zwyczajnie brązowa. Wszystkie trzy piwa są ciemnobrązowe, niemal czarne, nieprzejrzyste.

Sean Dry Stout (13 Blg, IBU 25, pasteryzowane) – pachnie gotowaną ciecierzycą, krówkami i kiepskiej jakości serem żółtym, lekko wędzonym, trochę palonego zboża. Akcenty sera z czasem łagodnieją i rozpływają się wśród kawowej paloności. Smak dość lekki, kawowo-zbożowy, z przyjemną nutką spalenizny i bardzo subtelną, jednak wyraźnie wyczuwalną goryczką – i tą paloną i tą chmielową. Nasycenie na przyzwoitym poziomie. Bardzo przyjemne piwo.

Tenczynek Imperial Stout (24 Blg, niefiltrowane) – w aromacie kawa, syrop na kaszel, czekolada, ciężki, kremowy  tort czekoladowy na wskroś przesączony alkoholem. W smaku ciężkie, zalegająco słodkie, z akcentami prażonego miodu, karmelizowanego cukru. Słodki, ciężki syrop migdałowy. Akcenty kwaśne z każdym łykiem coraz mocniejsze i coraz mniej przyjemne. I wszechobecny alkohol. Kiepski, gorzałkowaty. Plus gorycz – niefajna, ciężka, zalegająca w przełyku gorycz guajazylu. Wysoki poziom obleśności.

Mała Czarna Cream Stout (14 Blg, niepasteryzowane, niefiltrowane) – aromat najbardziej kawowy spośród dzisiejszych zawodników, nutki gumy, jak stary dmuchany materac, który jednak dość szybko się ulatnia i nie doskwiera, akcenty palone. W smaku kawa i migdały – coś jak kawa z amaretto. Smak gładki, delikatny, wręcz kremowy. Lekka kwaskowość, odrobina spalenizny, gorzka, wytrawna czekolada, goryczka. Może trochę za sucho, za wytrawnie, za gorzko, choć piwo ewidentnie ma potencjał.

No i się wypiło, no i trzeba by jakoś ocenić, w ranking ustawić – przy zastrzeżeniu (dla rewolucyjnych ortodoksów), że to trzy różne wersje, że porównywanie wprost nie ma większego sensu, ale że przecież to nie zawody w łyżwiarstwie szybkim, gdzie jedna tysięczna sekundy robi różnicę, więc luz wrzucamy. Oto i dzisiejszy ranking, czyli po które z opisywanych dzisiaj piw najchętniej sięgnąłbym po raz drugi:

1. Sean Dry Stout
2. Mała Czarna Cream Stout
3. Tenczynek Imperial Stout

I stało się, że RIS z gracją omył ścianki zlewu w naszej kuchni. Nie daliśmy rady wypić tego czegoś do końca. Co nie znaczy, że na świecie nie istnieją dobre RISy. Tenczynek Imperial Stout po prostu nie jest jednym z nich. Ale to chyba dla nikogo nie jest wielkim odkryciem.

Aha, powyższy ranking jest absolutnie jednogłośny.