Pokazywanie postów oznaczonych etykietą hedgehog. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą hedgehog. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 12 grudnia 2016

Apowych poszukiwań ciąg dalszy



----. Amber APA (Browar Amber) 5,2%
590. HedgeHog Rye American Pale Ale (PiwoWarownia) 5%
----. The Dealer (Brokreacja) 4,7%
591. Igraszki Palczatki APA (Browar Bednary) 4,6%

Ostatni wpis zakończył się żałosnym westchnieniem, że mamy jeszcze trzy butelki piwa w stylu APA, no i prędzej czy później trzeba będzie coś z nimi zrobić. Postanowiliśmy dokupić czwarte, ale takie, o którym wiemy, że nawet jeśli pozostałe trzy wylądują w zlewie, to chociaż to jedno da naszym kubasom choć trochę radochy. No i poszliśmy do Tesco kupić butelkę Amber APA, jednego z lepszych piw w tym stylu (czy w ogóle piw chmielonych nowofalowo) robionych w Polsce, na które zdarzyło się nam natknąć. A że jest ono właściwie powszechnie dostępne, jest to właściwie ideał.

Nie potrafię powiedzieć jak to się stało, że na stole znalazła się butelka The Dealer z Brokreacji. Piwo to występowało już u nas i jakoś wielkiego wrażenia nie zrobiło. No nic, skoro jest, to go nie wylejemy nie dawszy mu wcześniej szansy. A że piwa kraftowe odznaczają się sporą nieprzewidywalnością, być może piwowarzy Brokreacji coś z tą recepturą zrobili, może jest lepiej niż było? Nie wolno nikogo skreślać. Wszak nawet Pinta dostaje u nas raz po raz kolejną szansę. Że o piwach z serii HedgeHog nie wspomnę. Mimo beznadziejnych not, jakie dostawały u nas (i nie tylko u nas; normalni hopheadzi to w ogóle nie chcą na to patrzeć), nie tak dawno zaprosiliśmy do szklanki amerykański weizen z tej serii – i okazało się, że rozwalił system. Przynajmniej tego dnia, w tamtym zestawieniu. Dlaczego więc APA z dodatkiem żyta nie miałoby dokonać podobnej sztuki?

Jest dzisiaj w zestawie piwo o intrygującej nazwie Igraszki Palczatki. Browar Bednary, odpowiedzialny za to piwo, nie pojawił się chyba jeszcze u nas nigdy. Przynajmniej nie w zapiskach. A że trzeba regularnie próbować czegoś nowego, dzisiaj stawiamy na Igraszki, Bednary i pub Piwna Stopa, w kooperacji z którym powstały Igraszki.

Dość gadania, lejemy. Wszystkie cztery pokryły się poprawną pianą, w miarę trwałą, oblepiającą ścianki szklanek, przyjemną. Wszystkie ewidentnie są niefiltrowane.

Igraszki Palczatki American Pale Ale (12,5 Blg, pasteryzowane, niefiltrowane, warzone w kooperacji z pubem Piwna Stopa z Poznania) – ma dość sympatyczny aromat, poukładany, a w nim grapefruit, miła dla powonienia pomarańcza, odrobina marcepanu, z egzotyczno-owocowym tłem. Oprócz owoców egzotycznych, w tle siedzi bardzo wyraźne dość przyjemne zboże, słód. Nie podano na etykiecie jakie słody znalazły się w zasypie, ale pachnie tu trochę żytem. Z czasem słód wychodzi na pierwszy plan, a pojawiają się też akcenty lakieru do drewna, ale też lekkie cytrusowe aromaty – mandarynka, limonka. Aromat fajny, przyzwoicie ułożony, apetyczny.
Smak sympatycznie pełny, owocowy, zbożowy. Akcenty dżemu truskawkowego, brzoskwinie, mandarynka, limonka, słonecznik, trochę żyta – niech mnie licho, jeśli tam nie ma żyta w zasypie. Grapefruitowa w naturze goryczka pojawia się dopiero po chwili, nie zalega, nie przeszkadza, za to skutecznie kontruje słodycz owoców i słodu. Bardzo fajne piwo.
Kategoria: JESZCZE RAZ TO SAMO

The Dealer American Pale Ale (12 Blg, IBU 30, pasteryzowane, niefiltrowane, warzone w Szczyrzyckim Browarze Cystersów „Gryf”) – w aromacie, poza obowiązkowym grapefruitem, fajna papaja, granat, płatki owsiane (zadeklarowane również na etykiecie), ogólnie wyraźna zbożowość, suszona żurawina, żywica, wosk i miód. Z czasem miodu jest coraz więcej. Aromat zaskakująco – szczególnie po poprzednich doświadczeniach z The Dealer – przyjemny i smakowity. Ewidentnie, chmielowa mieszanka wykorzystywana do chmielenia tego piwa jest zmienna. Dokładnie tak, jak deklaruje producent. Zobaczymy co w smaku.
Smak lekki, ale nie wodnisty. Jest w nim miód, są dojrzałe, choć lekkie owoce, mandarynki, papierówki, mango, jest wyraźna zbożowość. Goryczka lekka, nieprzesadzona, nieco ziołowa. Bardzo miłe zaskoczenie, naprawdę.
Kategoria: JESZCZE RAZ TO SAMO

HedgeHog Rye American Pale Ale (12 Blg, pasteryzowane, niefiltrowane) – w aromacie toffi, rum, słód, wymiociny niemowlęcia. Te wymiociny to pewno właśnie ten obiecywany żytni akcent. I tyle. Niewiele, płasko i mało przyjemnie. Sprawdźmy smak.
Smak jest zaskakująco lekki, niemal wodnisty. A w nim sporo akcentów zbożowych (głównie żytnich), Jedynie echo jakichś trudnych do określenia owoców, głównie zielonych jabłek, za to mnóstwo nieprzyjemnej, grapefruitowo-ziołowej, wręcz piołunowej goryczki. Niefajne, nieprzyjemne, nie będziemy go kończyć.
Kategoria: DO ZLEWU

Amber APA (12,1 Blg, IBU 35, pasteryzowane, niefiltrowane) – w aromacie mnóstwo zboża, słodu, trochę czarnej herbaty, sporo cytrusów, owoc czarnego bzu, bardzo delikatny, wycofany akcent żywicy sosnowej, odrobina owoców egzotycznych. Przyjemny, zachęcający aromat. Oszczędny, nienachlany, fajny.
Smak pełny, że aż go kroić można. Pełny akcentów owocowych – mango, papaja, mandarynki. Do tego akcenty miodowe, roślinno-ziołowe, nieco żywicy, odrobina toffi. Goryczki jest niewiele, zwyczajnie w sam raz – by się słodycz nie rozpanoszyła na podniebieniu, ale by nie zdominować, nie zagubić całej reszty smaku. Ewidentnie w Browarze Amber opanowali posługiwanie się amerykańskimi chmielami. Jak nigdzie indziej między Odrą a Bugiem.
Kategoria: JESZCZE RAZ TO SAMO

Dzisiejszy ranking, jednogłośny:

1. Igraszki Palczatki
2. Amber APA
3. The Dealer
4. HedgeHog

Ustalenie pierwszej trójki nie było takie łatwe – każde z trzech piw mogłoby równie dobrze stanąć na najwyższym stopniu podium. Było sporo siorbania, cmokania, mlaskania. Wreszcie jednogłośnie uznaliśmy, że jest tak, jak powyżej. Nie ma cienia wątpliwości co do czwartego miejsca HedgeHoga.

Trzeba odnotować dwa zaskoczenia. Pozytywne zaskoczenia. Po pierwsze, Igraszki Palczatki – bardzo miłe dla nosa i podniebienia piwko. Do tego stopnia, że ostatecznie pokonało naszego faworyta, Amber APA, o którym myśleliśmy, że w tej kategorii jest nie do pokonania. Drugim zaskoczeniem – nie mniej pozytywnym – jest zdecydowana poprawa jakości brokreacyjnego The Dealer. To już nie jest powalające goryczą, płaskie i nieprzemyślane piwo. Tam bardzo wyraźnie dzieje się dużo więcej, a kompozycja chmieli poszła o co najmniej klasę w górę. Do APA jednak tak szybko chyba nie wrócimy. Ani tego, ani żadnego innego.


poniedziałek, 19 września 2016

I znowu pszenica po amerykańsku (cz. 2)




551. HedgeHog American Weizen (Brokreacja) 4,9%
552. Pony Express American Wheat (Faktoria) 5,7%
553. Topaz American Wiezen (Inne Beczki) 4,8%
554. Summer Memories American Wheat (Fabryka Piwa) 5,2%

Kontynuujemy przygodę z amerykańską pszenicą. Wbrew zapowiedzi, mamy dzisiaj cztery, a nie tylko trzy piwa, przy czyn dwa z nich to American weizen, czyli klasyczny bawarski styl nachmielony po amerykańsku, a dwa pozostałe to American wheat, czyli piwa bardziej zorientowane na chmiel, goryczkę. Powtarzać wątpliwości na ich temat nie będziemy, bo po co.

Mamy dzisiaj na stole piwo z serii HedgeHog – mimo zaklinania się niegdyś, że nigdy więcej HedgeHoga na naszym stole. Oto okazuje się, że wbrew temu, co sobie myśleliśmy, piwa z tej serii nie robi tylko nasz ulubiony browar kraftowy Kraftwerk. Co więcej, HedgeHog American Weizen już nam wpadło w szklanki – i zrobiło całkiem przyzwoite wrażenie. Czemu więc nie zestawić go z paroma innymi? No dobra, lejemy.

Przyzwoicie, jak na pszeniczne piwo przystało, spieniły się tylko Summer Memories i Topaz. Te dwa również klasycznie oblepiają ścianki szklanek. Piana na HedgeHog i Pony Express była minimalna i niemal natychmiast zredukowała się niemal do zera. Wszystkie cztery piwa już na pierwszy rzut oka wyglądają na piwa niefiltrowane, wszystkie mają niemal tę samą barwę, plus/minus pół odcienia. Najjaśniejsze jest Topaz, najciemniejsze Pony Express.

HedgeHog American Weizen (12 Blg, IBU 20, pasteryzowane, niefiltrowane, warzone w Szczyrzyckim Browarze Cystersów „Gryf”) – w pierwszym rzucie aromaty cytrusowe, ale jest też melon, zielone jabłko, odrobina wosku, żywicy. Z czasem akcenty cytrusowo-żywiczne ustępują, pojawia się banan i cała reszta nutek klasycznych dla pszenicznego piwa. Zaskakująco miły i uporządkowany ten aromat. Smak jest znowu klasycznie pszeniczny przede wszystkim, choć od samego początku flanki obstawia cytrusowa goryczka. Jednak nie kłóci się tu ona z niczym, niczemu nie przeszkadza. Mogłoby jej nie być i piwo by na tym zyskało, ale i tak dość harmonijnie układa się z cała resztą. Myślałem, że nigdy tego nie powiem, ale w serii HedgeHog trafiło się całkiem przyzwoite piwo.
Ocena: JESZCZE RAZ TO SAMO

Pony Express American Wheat (13,1 Blg, IBU 29, pasteryzowane, niefiltrowane, warzone w PPHU Jarmand Marianna Kacprzak) – w aromacie powidła truskawkowe, jeżyny i pasta do podłóg, oraz pigwowce. Gumowy materac dmuchany. Aromat mało przyjemny, chaotyczny. Aromat owoców podchodzi pod owoce zepsute, lekko podgniłe. Słabo, mało obiecująco. Smak jest wodnisty, syntetycznie owocowy z mało przyjemną, dość agresywną goryczką. Jest tu też ta materacowa gumowatość, ble!
Ocena: JAKOŚ JE ZMĘCZĘ

Topaz American Weizen (12 Blg, pasteryzowane, niefiltrowane, warzone w Browarze Zodiak) – aromat rześki, a w nim świeży grapefruit, malina, herbata czarna z sokiem malinowym, jagody, kredki świecowe. Żelki Maynard’s Wine Gums, w syntetykę te owoce niebezpiecznie wpadają. W sumie ani to fajne ani niefajne – nie ma czym się zachwycić, ale też nie ma za co zganić. Zobaczymy co nam powie smak. A w smaku jest malinowo, cukierkowo (skittles?) i jest goryczka. Znowu intensywna, jak na piwo pszeniczne, znowu mało dopasowana w charakterze do reszty tego piwa. Duże wysycenie przeszkadza trochę w smakowaniu. Na samym końcu akcent gorzkich migdałów.
Ocena: JAKOŚ JE ZMĘCZĘ

Summer Memories American Wheat (12 Blg, IBU 28, pasteryzowane, niefiltrowane) – w aromacie karmel, wanilia, fasolki wszystkich smaków, toffi. Znowu syntetycznie i mało zachęcająco. Z czasem toffi zaczyna dominować aromat. Pojawiają się akcenty tytoniu. Smak ma najpełniejszy, najmniej wodnisty z próbowanych dzisiaj piw. W nim akcenty orzechów włoskich, jeżyn, wiórków kokosowych. Odrobina akcentów tytoniowych. No i jest ta goryczka, która – podobnie jak w dwóch poprzednich piwach – nijak nie pasuje do charakteru piwa pszenicznego. No za cholerę nie. Szkoda, bo psuje to całkiem przyzwoite, fajne piwo. I to psuje je do tego stopnia, że zaczynamy debatować czy to jest ciągle „jeszcze raz to samo”, czy może jednak „jakoś je zmęczę”.
Ocena: JAKOŚ JE ZMĘCZĘ

Ranking dzisiaj jest jednogłośny:

1. HedgeHog
2. Summer Memories
3. Topaz
4. Pony Factory

I chyba zrobimy sobie przerwę w popijaniu amerykańskiego piwa pszenicznego – czy w tym, czy tamtym stylu. Szkoda pary, lepiej sięgnąć po przyzwoity weizen albo klasycznego witbiera. I tego będziemy się trzymać.


piątek, 18 grudnia 2015

APA i coś jeszcze. No i król chyba jednak jest goły.



378. Ratownicze APA (Spółdzielnia Socjalna Dalba) 5,5%
379. Nokota APA (Browar Rzemieślniczy Roch) 5%
380. Złotostockie (Browar Rebelia) 6,1%
381. HedgeHog American Pale Ale (Kraftwerk) 5,5%
382. Atlantik-Ale (Störtebeker) 5,1%

W ramach pozbywania się zapasów piwa z browarów rzemieślniczych – piwa najczęściej nieudanego, nietrafionego, czasem wręcz obrzydliwego – z zamiarem stanowczego ograniczenia kontaktu z czymś, co pić się nie da, dzisiaj na tapetę idą piwa w stylu American Pale Ale. A w każdym razie, trzy z nich deklarują się na etykiecie jako właśnie przedstawiciele tego stylu. Złotostockie jest bardzo tajemnicze jeśli chodzi o przynależność gatunkową. Smakowane jakiś czas temu, tak bardzo przypominało Frankensteina z tego samego browaru, że pomylić by się można. Zakładamy jednak, że w tym towarzystwie nie będzie jakoś specjalnie odstawało.

Bardzo liczymy na to, że charakterystyka stylu – przede wszystkim, niższa goryczkowość niż w AIPA – otworzy drogę do większej złożoności, bardziej pełnego smaku, mniej zdominowane przez te wszystkie Citry, Mosaiki i inne Cascady. Przynajmniej to nam obiecuje BJCP. Mamy zwyczajnie nadzieję na miłe popijanie i delektowanie się smakiem. Okaże się też na ile piwowarzy radzą sobie z zestawianiem zasypu i warzeniem. Bo chmielić bez umiaru, to każdy potrafi.

Do zestawu w ostatniej chwili dołączyło piwo, o którego przynależności gatunkowej też niewiele wiadomo, mianowicie Atlantik-Ale z niemieckiego browaru Störtebeker. Przywiezione dosłownie przed chwilą z Görlitz i zupełnie nam dotąd nieznane, na etykiecie informuje o górnej fermentacji, byciu ale’em, oraz chmieleniu m.in. amerykańskimi chmielami Cascade, Amarillo i Citrą. Nie ma ani słowa o IBU, filtrowaniu, pasteryzowaniu, itp. Termin ważności ma do maja 2016, więc założyć należy, że pasteryzowane było, bo na pierwszy rzut oka widać, że nie ma mowy o żadnej filtracji. Już po nalaniu do szklanki okazuje się że wyraźnie odstaje od pozostałych piw barwą – jest jasne, słomkowe, bliżej mu z wyglądu do piwa pszenicznego niż do typowego ale’a. Jak widać, Niemcy wrzucili tu nieco więcej słodu pszenicznego (choć większość to zdecydowanie jęczmień) i postanowili stronić od ciemnych słodów jęczmiennych na rzecz jaśniejszych. Pozostałe piwa są ciemnobursztynowe, najciemniejsze spośród nich jest Złotostockie. Wszystkie wyraźnie niefiltrowane. Piana wszędzie obfita, gęsta, naturalna, osadzająca się na ściankach szklanek. Niekoniecznie zbyt trwała, za wyjątkiem Ratowniczego, gdzie trzyma się dzielnie najdłużej.

Ratownicze APA (13 Blg, IBU 35, niepasteryzowane, niefiltrowane) – w aromacie cytrusy (nie da się ukryć, że to chmiele amerykańskie), jednak bardziej w stronę pomarańczy, lekko octowy, wyraźnie czuć słód. Aromat przyjemny, raczej zrównoważony.  Po chwili ujawnia się akcent brzoskwini, lekki powiew kartonu. W smaku jest lekkie, bardzo mało treściwe. Akcenty jabłek, brzoskwiń, przykryte cytrusową goryczą, która zalega i już tak sobie leży. Nieśmiałe nutki pieprzowe. Po paru chwilach całość się układa dużo lepiej (czyżbyśmy za bardzo je schłodzili?), do całości dochodzi przyjemny akcent sosnowy. Nie jest tak źle, jak się początkowo wydawało.

Nokota APA (13 Blg, IBU 45, niepasteryzowane, niefiltrowane)  – w aromacie grapefruit, wyraźny ekstrakt z białych błonek. Jest słód, ale ledwo sobie radzi z ujawnieniem się, przyklepany bezlitośnie przez grapefruitowy chmiel. Po paru chwilach przeradza się to w akcenty galaretki cytrynowej w cukrze. W smaku jest dość przyjemnie, słodowo i owocowo. Smak jest w miarę pełny, wyrazisty. Nad wszystkim jednak zalega chmura chmielowej, zalegającej goryczy. I psuje wszystko. Z czasem pojawiają się – w sumie wcale nie nieprzyjemne – akcenty gorzkawej skórki śliwek, plus lekka żywiczność właśnie śliwy. Takie coś, co wypływa spod kory, zastyga, a dzieciaki ssą to pasjami. I tyle dobrego. Stosunkowo dobrego.

Złotostockie (15 Blg, niepasteryzowane, niefiltrowane, refermentowane w butelce, żywe, warzone w Browarach Regionalnych Wąsosz) – aromat bardzo słodki, sporo akcentów miodu, żywica, skondensowane słodkie mleko. Po paru chwilach słodkie akcenty gdzieś uciekają, pozostaje miód, odrobina akcentów lipowych. I grapefruit z żywicą. Czyli to, o co chodzi niektórym. W smaku jest pełne, miodowo-słodowe, karmelowe. Baza jest wyraźnie słodka, miodowo-karmelowa słodycz jest wręcz intensywna. Tutaj jednak charakterystyczna gorycz amerykańskich chmielów niejako dokłada się do całości, do przechodzącej w gorycz słodyczy miodowej, niczego nie kontrując. Na koniec gorycz staje się wszechobecna i obezwładniająca. Całość chaotyczna, rozbałaganiona. Niefajna.

HedgeHog APA (12 Blg, IBU 40, pasteryzowane, niefiltrowane, warzone w Browarach Regionalnych Wąsosz) pachnie słodką kawą z mlekiem, likierem kawowym (Bailey’s), toffi – całość jednak lekko skisła. Wrażenie kiszonki potęguje się z każdą chwilą. W smaku jest… nieświeże, jakieś nadpsute, zatęchłe. Są tam akcenty cukierków Werter’s, jest jakaś słodowość, karmel. Ale jest też wszechobecny chmiel. Amerykański chmiel. A na dodatek chyba z dostawy, która listonoszowi wpadła w błoto. Obrzydliwy.

Atlantik-Ale (11,4 Blg) – aromat bardzo delikatny, akcenty woskowe, lekko pszeniczne, cytrusowe. Wyraźnie da się wyczuć obecność amerykańskich chmielów, jednak jest ona tutaj umiejętnie wkomponowana w niezbyt może porywającą, ale harmonijną całość. W smaku jest pełne, słodowe, owocowe, najlepiej – jak dotąd – poukładane z chmielowymi akcentami cytrusa i żywicy. Goryczka jest tu goryczką, kontruje słodycz słodowej bazy, nie zalega, a przyjemnie ożywia całą kompozycję. Jedno z lepszych piw chmielonych po amerykańsku, jakich dotąd próbowałem.

Generalnie, poza Atlantik-Ale i być może trochę Ratowniczym – wrażenie picia tego, co wyżęto ze ścierki do podłogi, a co dla smaku doprawiono najlepszym na rynku, amerykańskim koncentratem chmielowym. Jeśli przypomnieć sobie co napisano na samym początku, nienajlepiej świadczy to o naszych piwowarach rzemieślniczych. A może to „rzemieślniczy” to nadużycie? Może trzeba ich określać mianem „czeladniczych”? Kto wie, może się kiedyś nauczą, nie należy tracić nadziei. Ciekawe dlaczego Niemcom udało się skomponować amerykańskie chmiele w coś więcej niż grapefruitowe popłuczyny. Może u nich tam piwo warzą ludzie, którzy potrafią to robić. Cholera, kto wie?...

Ranking dzisiejszy to złoto dla Atlantik-Ale. Na drugim Ratownicze. Na podium jeszcze znalazło się u mnie Nokota. Złotostockie poza podium, a tyły zabezpiecza HedgeHog. Choć, szczerze mówiąc, od trzeciego miejsca to już wszystko jedno. Kwestia tylko poziomu obrzydzenia.

U najlepszej z żon, ranking bardzo podobny, jedynie HedgeHog u niej wyskoczył dwa miejsca wyżej, na najniższy stopień podium. Kolejność wszystkich pozostałych taka sama – Atlantik-Ale, Ratownicze, HedgeHog, Nokota, Złotostockie.

Skończyło się to tak, że 2/3 zawartości szklanek trzech piw wylądowało w zlewie. Ot, i APA

czwartek, 3 grudnia 2015

Stout co się zowie - chyba jeszcze nie dzisiaj...



361. Stout Cieszyński (Browar Zamkowy Cieszyn) 6,2%
362. HedgeHog Stout (Browar Kraftwerk) 5,1%
363. Brok Extra Stout (Van Pur) 6,5%
364. Wrężel Stout Owsiany (Wrężel) 5,5%
365. Night Wolf Whisky Stout (Browar Szpunt) 5,9%

Po krótkiej przerwie spowodowanej skupieniem się na innych, nieco bardziej szlachetnych – a już zdecydowanie na pewno droższych – napitkach, Piwkowie wracają by w dalszym ciągu niestrudzenie poszukiwać czegoś, co da się wypić, a jest dostępne tu i ówdzie, w okolicach zasięgu ręki. A żeby zmiana z tamtego na to nie spowodowała zbyt wielkiego szoku, dzisiejszy zestaw zbudowany został wokół Night Wolf Whisky Stout z Browaru Szpunt. Jak się dowiedziałem od samych piwowarów, związek tego piwa z whisky jest dość luźny, bo polega na wykorzystaniu w zasypie pewnej części słodu jęczmiennego poddanego procesowi suszenia nad dymem torfowym, jak to się robi w przypadku whisky. Wydaje mi się jednak, że słowo „whisky” użyte jest tutaj trochę na wyrost i służyć ma jedynie jako swego rodzaju chwyt marketingowy. Równie dobrze można by każdy napój robiony na bazie wody nazwać podobnie. Wszak whisky – ta prawdziwa, ze Szkocji, destylowana i leżakowana w dębowych beczkach – robiona jest w dużej mierze właśnie z wody. Zresztą, żeby już się nie wyzłośliwiać po próżnicy, wypiłem w życiu kilka whisky, wypiłem trochę piwa. Naprawdę. Wypiłem też trochę piwa, które w ten czy inny sposób było wytwarzane gdzieś obok whisky, np. dojrzewało w dębowych beczkach, które wcześniej służyły do maturacji szkockiej wódy na myszach. Ba, piłem – i to właściwie niemało, jakby zebrać wszystko do kupy – piwo, które za chwilę miało zostać poddane destylacji, by stworzyć to, z czego ostatecznie miała powstać whisky. Tak, prosto z kadzi fermentacyjnej w destylarni. I z tych wszystkich doświadczeń wynika mi niezbicie, że zestawienie piwa i whisky nigdy nie wychodzi dobrze. Piwo robi się z innego gatunku jęczmienia, do fermentacji używa innych drożdży, inaczej prowadzi się fermentację, inne efekty stawia się sobie za cel. I zestawienie piwnej charakterystyki aromatyczno-smakowej z tą łiskową to trochę tak, jak założyć na siebie ubrania w dwóch gryzących się odcieniach tego samego koloru. Tak, dla przykładu, cynobrowy płaszcz i karmazynowy kapelusz. Niby i jedno i drugie jest odcieniem czerwieni, ale za cholerę do siebie nie chcą pasować. Niby i piwo i whisky robi się z wody, jęczmienia i drożdży, ale gryzą się gdy je zestawić ze sobą.

Tak czy inaczej, trudno wyrokować zanim człowiek dzioba w tym nocnym wilku nie umoczy. A żeby było równie ciemno, równie stoutowo, do wilczego towarzystwa dorzuciliśmy Stout Cieszyński z Browaru Zamkowego w Cieszynie, kolejny wynalazek Browaru Kraftwerk (warzony w Wąsoszu), mianowicie stout z serii HedgeHog. Sądząc po buńczucznych tekstach na jego etykiecie, jeśli nie piłeś HedgeHoga, nie wiesz jak smakuje piwo. Ja nie piłem jeszcze, więc chętnie się przekonam. Do tego – w ramach eksperymentu – jedna z nowych propozycji Van Pur, czyli Brok Extra Stout. Spójrzmy prawdzie w oczy, tutaj nie spodziewamy się wiele dobrego. Ale chętnie damy się pozytywnie zaskoczyć. No i na koniec Stout Owsiany z Browaru Wrężel, który miewa u nas – browar, nie stout – wzloty i upadki, więc zupełnie nie wiadomo czego się spodziewać. Nalejmy, spróbujmy…

Jeśli chodzi o pianę, to prawie nie było jej na Wrężelu, błyskawicznie zniknęła na Broku i HedgeHogu. Dość przyzwoicie trzymała się (ciemnobeżowa w barwie) na Stoucie Cieszyńskim, a najtrwalsza była na Night Wolfie (jasnobeżowa). Bąbelki osadzające się od wewnątrz na ściankach szklanki z HedgeHogiem nasuwają raczej skojarzenia z coca-colą, a nie z piwem, ale nic to, w dalszym ciągu staramy się unikać uprzedzeń. Wąchamy, pijemy…

Stout Cieszyński (14 Blg, pasteryzowane) w aromacie ma gorzką czekoladę, krem czekoladowo-kawowy do smarowania pieczywa, lekki akcent miodowy, palony słód, karmel. Z czasem uwypukla się aromat zboża, pojawia się akcent ciemnego chleba, wręcz pumpernikla. W smaku jest kawowo, lekko kwaskowo. Taka dobra, mocna kawa zalewajka, parzona przez dziadka. Na koniec pojawia się goryczka, która jest tu dość ładnie ułożona, nie tłumi niczego, nie dominuje.

HedgeHog Stout (11 Blg, IBU 25, pasteryzowane, niefiltrowane, warzone w Browarach Regionalnych Wąsosz) pachnie mokrymi liśćmi jesienią, kawą, czekoladą, aromat jednak jest bardzo niemrawy, mdły, popłuczynowy. Z czasem… nie dzieje się nic nowego. Jest może jeszcze bardziej płasko i mdło. Pierwszy łyk HedgeHoga sprawia, że człowiek żałuje, że w ogóle sięgnął po to piwo. Smakuje to jak woda, którą spłukano szklankę po kawie – taką w peerelowskiej kawiarni – a zupełnie przypadkiem pani, która poprzednio piła z tej szklanki, zostawiła na jej brzegu resztki pomadki do ust o smaku grapefruitowym. Byłby to mniej więcej poziom siły i wyrazistości akcentów smakowych tego czegoś. Gdzieś na finiszu znaleźć jeszcze można akcenty skorupek na spalonych w ognisku ziemniakach. To chyba robi tu za goryczkę. Poza tą pomadką grapefruitową. Na koniec cytat z etykiety: „Piwa HedgeHog to gwarancja ostrych doznań. Zawsze najeżone głębią smaków i aromatów (…)”. Tego właściwie nie chce się nawet komentować. Bo co tu można powiedzieć? Jak pomyślę, że ciągle w piwnicy stoją jeszcze ze cztery piwa firmowane przez Browar Kraftwerk…

Brok Extra Stout (15,1 Blg, pasteryzowane) pachnie jak zawartość pieluszki półrocznego niemowlęcia (a wiemy co mówimy, akurat to doznanie olfaktoryczne ciągle jest świeże w naszej pamięci). I już. Ostre nuty mleka przepuszczonego przez układ trawienny niemowlęcia zabijają wszystko inne, co tam ewentualnie mogło się przytrafić. Kiedy już, po paru chwilach, kupka dziecięca wyparowała, okazało się, że nie przesłaniała niczego. Brok nie pachnie. Chyba, że wszystkie cudowne aromaty uleciały wraz z zawartością pampersa. W smaku jest to jakiś karmelowy napój typu garaż-cola – słodko-kwaśny, bez głębszego wyrazu i bez treści. Chyba, że tak właśnie smakuje zawartość tej pieluszki, ale tego doświadczenia niestety nie mamy. Słodycz jest kleista i zalegająca. Gdzieś tam próbuje coś zadziałać jakaś astmatyczna goryczka, ale ani ona piękna, ani skuteczna. Obrzydlistwo pierwszej wody, czego jakoś nie chce zmienić zapewnienie z etykiety, że piwo ma „excellent taste”, że jest to „premium quality beer”, oraz że uwarzono je zgodnie ze „special recipe”.

Wrężel Stout Owsiany (14 Blg, IBU 30, pasteryzowane, niefiltrowane) ma w aromacie czystą, szlachetną kawę, palony słód, Coca-Colę, a przynajmniej taki karmel, jaki wykorzystuje się do produkcji najpopularniejszego napoju świata. No i płatki owsiane, rzecz jasna.  Aromat przyjemny, elegancko ułożony. W smaku jest również kawowo-czekoladowo plus nutki owsiane. Lekko, delikatnie, gładko, kremowo. Goryczka atakuje od samego początku, ale nie ma za bardzo czego tam kontrować, bo całość jest stosunkowo wytrawna i lekka. Niewiele dzieje się na podniebieniu, niestety, ale nie ma też specjalnie na co narzekać. Piwo harmonijne, przyjemne.

Night Wolf Whisky Stout (14,9 Blg, IBU 40, pasteryzowane, niefiltrowane, warzone w Browarze Koreb) – wnętrze stadniny koni – zespół akcentów zużytego siana, świeżego owsa, spoconej sierści końskiej, skórzanej uprzęży, uleżałych, nieco skwaśniałych i zwietrzałych końskich pączków. Plus odrobina kamfory, kredek świecowych, zszarzałej od międolenia plasteliny. Nie wiem jeszcze czy ten aromat – zdecydowanie niemający niczego wspólnego z whisky – podoba mi się, czy nie. Jest bardzo nietypowy, a kolejne odsłony Night Wolfa pokażą czy na plus, czy na minus. Tak czy owak, jest to przedziwne zjawisko. Obojętnie przejść obok się nie da. Po paru chwilach pojawia się nieśmiały akcent kawy. W smaku pełne, owsiane, kawowo-mleczne. A kawa (ta z mlekiem) jest zbożowa. Bardzo gładkie, delikatne. Lekko kwaskowe, choć przede wszystkim słodkie. Akcenty zboża, terpentyny. Jest wreszcie ten poszukiwany od samego początku dym torfowy – podobne akcenty znaleźć można w whisky z wyspy Islay, a komu zdarzyło się żuć suszony nad dymem torfowym słód jęczmienny, tego smaku nie zapomni do końca życia. Pojawia się tylko pytanie czy te akcenty mają co robić akurat w piwie. Moim zdaniem niekoniecznie, ale tu pewno będzie tyle opinii, ilu opiniodawców.

Tradycyjny ranking wygrywa dziś u mnie Night Wolf. Mimo wszystkich zastrzeżeń. Może za odwołanie do torfowych sentymentów, może za to, że ma najwięcej do zaoferowania, może za swoje udziwnienie. Żeby nie było, że jestem taka konserwa. Warto go spróbować, niezależnie od werdyktu. Na drugim miejscu plasuje się Wrężel, a brąz przypada Cieszyńskiemu. HedgeHog i Brok prezentują bardzo podobny poziom pomyjkowatości, przy czym szala odrazy przechyla się nieznacznie w stronę Broka. Tak więc, na czwartym jest HedgeHog, na piątym Brok. I apel wewnętrzny do samego siebie, by już nigdy nie kupować Kraftwerka. Wykończyć jak najszybciej to, co stoi jeszcze w piwnicy i zapomnieć o ich istnieniu.

Konsultacja ocen z najlepszą z degustacyjnych towarzyszek przebiega według znanego już wzorca – ranking jest z grubsza taki sam, tylko jedno piwo przesuwa się w rankingu w tę czy tamtą stronę. Dzisiaj u konkurencji wygrywa Wrężel, drugie jest Cieszyńskie, a trzeci Night Wolf. Miejsca HedgeHoga i Broka – bez zmian. I to błagalne spojrzenie – napijmy się wreszcie dobrego piwa…