Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kraftwerk. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kraftwerk. Pokaż wszystkie posty

środa, 16 marca 2016

Były sobie ipy trzy



456. The Butcher Red IPA (Brokreacja) 7%
457. Skarbek Single Hop Citra Pale Ale (Kraftwerk) 5,1%
458. Aborygen (Browar Tenczynek) 5,9%

Ogromne zaległości mamy. Opisywany dziś wieczór z ipami odbył się jeszcze w pierwszej połowie lutego. Zaganiany jestem…

Dzisiaj trzy piwa z trzech różnych odmianach gatunku IPA. Tak się złożyło, że leżały w piwnicy, żadne nie miało bardziej odpowiedniego towarzystwa, a jakoś coraz mniej chce mi się poszukiwać dobrych piw robionych przez polskie browary kraftowe. I dawać im zarobić. Jeszcze niedawno myślałem, że kupując ich piwa w jakimś tam stopniu wspieram ich rozwój, że z każdą kolejną warką będą dzięki temu lepsi, choć o krok zbliżą się do opanowania tej magicznej umiejętności – warzenia dobrego piwa. Okazuje się, że niekoniecznie. Te z nich, które robią przyzwoite piwa, robią je w dalszym ciągu, a te, które ewidentnie nie mają o warzeniu zielonego pojęcia, równie ewidentnie zapuściły korzenie tam, gdzie były dotąd. Tylko krzyczą o swojej wielkości coraz głośniej i ściemniają coraz to nowe rzesze naiwnej młodzieży. I naprawdę coraz mniej chce się sobie głowę nimi zawracać.

W związku z powyższym, dzisiejsze porównanie jest zupełnie „z czapy” – trzy zupełnie różne wariacje stylu IPA, trzy różne wariacje browarnicze. Mamy dziś West Coast Red IPA z Brokreacji, browaru robiącego zwykle – przynajmniej w moim doświadczeniu – piwa przyzwoite, nawet jeśli nie opanowali jeszcze umiaru w stosowaniu amerykańskiego chmielu. Obok staje Skarbek – Single Hop Citra IPA z browaru, który podpadł mi już tyle razy, że tylko fakt dostępności ich piw w lokalnym Tesco usprawiedliwia jego obecność na naszym stole. Przy okazji, Skarbek określa się jako Single Hop, a w składzie podano aż cztery rodzaje chmielu. Nie sądziłem, że w drugim dziesięcioleciu XXI wieku ciągle jeszcze wśród rodaków tak słabo ze znajomością angielskiego. I niech mi nikt nie tłumaczy, że co innego chmielenie na goryczkę, a co innego na aromat. Ten singiel poligamistą jest i basta. Trzecie piwo to Australian IPA z Browaru Tenczynek – browaru regionalnego, który jakoś dotąd niczym wiekopomnym się nie wykazał, ale na plus trzeba mu zapisać, że zachowuje się jak na grzeczny, dobrze wychowany browar przystało. Nie wydziwia z tysiącem różnych stylów – czyli jest szansa, że kiedyś wreszcie opanują te kilka, które warzą – a przede wszystkim, istnieje fizycznie, sam warzy swoje piwa, a przy okazji ponosi wszelkie ryzyka związane z zatrudnieniem pracowników, utrzymaniem budynków, urządzeń, płaci podatek od nieruchomości, itp. Za to – szacun. Nawet jeśli już za nic więcej.

Jeśli wykładnikiem jakości piwa miałaby być piana, to Skarbek przegrało konkurencję już w przedbiegach. Podczas nalewania do szklanki pokryło się mało imponującą, głównie średniopęcherzykową pianą, która dość szybko opadła, uległa poszarpaniu i właściwie niemal całkowicie zanikła. Nieco lepiej wygląda sytuacja na Rzeźniku – tutaj piana wyglądała bardziej naturalnie, była bardziej obfita i mimo redukcji, pozostawiła cienką warstwę na powierzchni piwa, jak i apetyczne ślady na ściankach szklanki. Z tematem piany najlepiej poradził sobie Aborygen, na którym piana była obfita, w dużym stopniu drobnopęcherzykowa, a opadając utworzyła wymyślne esy-floresy na ścianach szklanki. No i pozostała długo na powierzchni piwa.

Jeśli chodzi o barwę, to Skarbek w pełni zasłużyło na miano Pale Ale – ma barwę jasnobursztynową, typową dla tego rodzaju piwa. Aborygen jest nieco ciemniejsze, a Butcher – mimo iż deklaruje się jako Red IPA – ma barwę brązową, jedynie z nieznacznymi rubinowymi przebłyskami. Wszystkie trzy deklarują się na etykietach jako piwa niefiltrowane, ale szczerze mówiąc, jakoś ten brak filtracji nie rzuca się w oczy po nalaniu do szklanek. Wszystkie trzy są raczej klarowne i przejrzyste. Naturalnie, daleko im do klarowności koncernowych lagerów, ale też i o jakimś zauważalnym zmętnieniu też nie ma co mówić.

The Butcher West Coast Red IPA (16 Blg, IBU 75, chmiele Tomahawk, Citra, Simcoe i Amarillo (trzy ostatnie na zimno), niepasteryzowane, niefiltrowane, warzone w Szczyrzyckim Browarze Cystersów „Gryf”) – nad gęstą od aromatycznego bogactwa owocową bazą słodową (owoce egzotyczne – mango, kandyzowana papaja) i karmelową unoszą się żywiczno-grapefruitowe akcenty chmielu. Jakby siedzieć w lesie i grapefruita obierać. Uzupełnia to trochę ziela – kolendra i tymianek. Pachnie obiecująco. Smak jest pełny, bogaty, wyraźnie czuć owocowo-słodową bazę, są tu owoce egzotyczne, obiecane przez aromat, jest trochę akcentów ziołowych, jest wreszcie grapefruit i żywica. Może trochę zbyt intensywne te chmielowe, gorzkie akcenty. Szkoda, bo baza słodowa wygląda na ciekawą, obiecującą. Gorycz z każdym łykiem coraz bardziej zalega w gardle, coraz bardziej przeszkadza. Cóż, widocznie tak chcieli piwowarzy z Brokreacji. A mogli zrobić naprawdę dobre piwo.

Skarbek Single Hop Citra IPA (12 Blg, pasteryzowane, niefiltrowane, chmiele Citra, Ahtanum, Simcoe, Columbus, warzone w Browarach Regionalnych Wąsosz) – w aromacie grapefruit jest zdecydowanie wyraźniejszy, mniej akcentów żywicznych, kolendra i ananas. Aromat jest generalnie lżejszy, mniej obiecujący niż u rzeźnika. Im wyższa temperatura piwa w szklance, tym bardziej wyraźnie karmelowy. Odrobina słodu, nut czystych, zbożowych. Niewiele się tam dzieje, zaskoczenia nie ma. W smaku jest przyjemnie lekkie, choć na pewno nie wodniste. Jest tam słód, jakieś nieśmiałe akcenty owocowe, głównie słodkie cytrusy. I już. Płasko, nudą wieje. A potem znowu nie dzieje się nic. Goryczka nie jest jakoś specjalnie dominująca, i chciałoby się powiedzieć, że harmonijnie komponuje się z resztą akcentów smakowych. Tyle, że tej reszty jest tak bardzo niewiele.

Aborygen Australian IPA (15 Blg, pasteryzowane, niefiltrowane, chmiele Magnum, Galaxy, Topaz) – w aromacie lekko podgniłe pomarańcze i bardzo wyraźny kandyzowany ananas. Pod warstwą akcentów chmielowych da się wyraźnie wyczuć słodową, owocową bazę oraz lekki akcent pszeniczny. W smaku jest płasko, nieciekawie. Jest sobie słód, są jakieś nieśmiałe akcenty owocowe – słodkie pomarańcze, jak nic – ale wisi nad tym wszystkim jakiś totalny chaos chmielowy. Ni to grapefruity, ni to zioła. Określić się tego nie da inaczej, jak jakiś gorzki brud smakowy, organoleptyczny odpowiednik szumów i trzasków w analogowym zapisie dźwięku – nikomu to niepotrzebne, nikt nie wie po co, nikt nie potrafi sobie z tym poradzić, nawet laboratorium Dolby, jak się dobrze temu przyjrzeć.

Siedzimy tu nad tymi piwkami, sączymy, cmokamy, doszukujemy się… I na usta ciśnie się – Boże, co za syf! Było iść do tej piwnicy, było to wyciągać? Przepraszam, może za wyjątkiem Rzeźnika, który przejawia pewne znamiona przyzwoitego piwa, jednak pozostałe dwa to już bluźnierstwo w czystej postaci. Nazywa się piwo, a smakuje jak… coś nader niesmacznego. Jeśli już trzeba sporządzić ranking, to wygląda on następująco:

1. The Butcher
2. –
3. Skarbek
4. Aborygen

I niech ktoś sprzątnie te niedopitki, błagam.


sobota, 9 stycznia 2016

Ameryka kontra Belgia w konkurencji IPA na kraftowo



405. The Alchemist East Coast AIPA (Brokreacja) 6,4%
406. HedgeHog AIPA (Kraftwerk) 5,8%
407. Browning Belgian IPA (Kraftwerk) 6%
408. Opactwo Olbrachta Belgian IPA (Jan Olbracht Browar Rzemieślniczy) 7%

Wybrałem się do piwnicy poszukać czegoś do wypicia na wieczór. No i chyba zbyt dokładnie szukałem, bo dokopałem się do zapasów piw kraftowych, którym wkrótce upłynie termin przydatności do spożycia. A przecież – powołując się na klasyków – skoro zapłacone, to wypić trzeba. Dość trudno było zestawić jakąś sensowną stawkę, więc padło na cztery IPA, z czego dwa piwa to American IPA, a dwa to Belgian IPA. Kraftowe IPA – aż strach pomyśleć, że takie cymesy mogłyby się zmarnować.

No bo jeśli przeczytać co ma na etykiecie napisany taki HedgeHog –  cytuję w całości, bo taka literatura nie może ulec zapomnieniu: „HedgeHog American India Pale Ale to ikona piwnej rewolucji. Jasne piwo górnej fermentacji z charakterystyczną wysoką goryczką oraz eksplozją aromatu cytrusów oraz żywicy. Feria [zachowuję pisownię oryginalną] nut kwiatowych oraz perfum. Imperialna propozycja dla prawdziwych koneserów poszukujących wyrazistych smaków.” – to człowiek od razu do szafy biegnie po garnitur i krawat. Tak w dżinsach tego przecież pić nie wypada.

Dzisiejsze piwa zestawione zostały dość beztrosko, gdyż przypuszczam, że słuszna dawka amerykańskich chmielów zabije wszelkie inne akcenty aromatyczno smakowe, więc w gruncie rzeczy nie ma znaczenia co było tym czymś chmielone. Na dobrą sprawę, mogłem do stawki dorzucić jakiś American Lager, a nawet American Weizen, a różnicy za bardzo by nie było. Jestem uprzedzony? Wydaję wyrok przed spróbowaniem? Nie, raczej nastawiam się tak, by ewentualnie dać się miło zaskoczyć. Na co ciągle, niezmiennie liczę.

Kłamię trochę mówiąc, że wszystkie cztery dzisiejsze piwa to starocie na granicy terminu przydatności do spożycia. Otóż nie. Dałem się ostatnio skusić ofercie dwóch browarów kraftowych, których piw jeszcze nigdy nie piłem. W nadziei, że może jednak, może tym razem. Mowa o Brokreacji, której Alchemika właśnie za chwilę naleję do szklanki, oraz Trzech Kumpli, którego kilka piw czeka cierpliwie w piwnicy na swoją kolej. I wiecie co? Skusiłem się na nie, zapominając o swoim postanowieniu, że dość piw kraftowych, ze względu na… no, przede wszystkim ze względu na to, że ich piw jeszcze nie piłem, to jasne. Ale także ze względu na szatę graficzną etykiet. Zwykle nie wypowiadam się na ten temat, bo co ja się tam znam, ale tym razem trzeba zrobić wyjątek. Trzech Kumpli szczególnie ujęło mnie naprawdę świetną, wysmakowaną i konsekwentną szatą graficzną. Brokreacja – fajnymi rysunkami. I nie będę im wypominał, marudził, że dlaczego Alchemist, Lumberjack, czy Butcher, czemu nie swojski Rzeźnik, Drwal, czy Alchemik. Już mi się nie chce. Nie wspominając o tym, że akurat ta ostatnia nazwa – Alchemik – mogłaby zbyt niebezpiecznie kojarzyć się z twórczością pewnego nader poczytnego pisarza pochodzenia brazylijskiego, więc rozgrzeszam tę rozpanoszoną angielszczyznę.

Dość gadania, kapsle z głów, nalewam.

Jeśli chodzi o pianę, to HedgeHog nie zna takiego zjawiska. Pojawia się na jego powierzchni trochę dość grubych bąbelków, ale zdecydowanie pianą tego nazwać się nie da. Poza tym, zanika tak szybko, że nie ma w ogóle o czym mówić. Nienajlepiej w tej kwestii jest również w Alchemiku, a właściwie na jego powierzchni. Tutaj, co prawda, podczas nalewania pojawia się dość sympatyczna piana ze sporym udziałem średniej wielkości pęcherzyków, ale i ona zanika dość szybko, pozostawiając na powierzchni piwa co najwyżej wspomnienie piany. Przyzwoicie zachowują się nasi polscy Belgowie – zarówno Opactwo Olbrachta, jak i Browning, pokryły się pianą w zdecydowanej większości drobnopęcherzykową, i piana ta pozostała z nami przez dłuższy czas, mimo wyraźnej redukcji.

Raz po raz rzucam okiem na etykiety, na szklanki, czytam sobie i patrzę. No i czytam, że Opactwo Olbrachta jest „ciemnym belgijskim piwem”, podczas gdy Browning to „piwo jasne”. Patrzę na szklanki, no i za żadne skarby nie chce mi się to zgodzić. „Jasny” Browning jest wyraźnie, o co najmniej cały jeden ton ciemniejsze od „ciemnego” Opactwa! Cholera, ja się jednak nie znam na piwie. Albo ślepy jestem, czy coś.

The Alchemist East Coast AIPA (16 Blg, IBU 85, niepasteryzowane, niefiltrowane) – w aromacie wszechobecne cytrusy (głównie albedo grapefruita) i żywica, plus jakiś zielony akcent, jakby rukola. Spod tego wszystkiego dzielnie próbuje przebić się aromat słodu, może jakichś owoców, ale przychodzi mu to z niemałym trudem. W smaku jest – zgodnie z przewidywaniami – mnóstwo cytrusowej goryczki, ale wystąpiło też to, na co miałem po cichu nadzieję. W swoim gatunku jest to przyjemne piwo. Nie wiem czy ekstrakty chmielowe były dobrej jakości, czy umiejętnie je zestawiono, czy jaki diabeł, ale goryczka nie zalega. Jest goryczką, nie goryczą. Spod niej bez większych problemów da się wyczuć bazę słodową, całe mnóstwo bardzo przyjemnej, owocowej słodyczy. Całość jest naprawdę fajnie skomponowana, grzecznie poukładana. I o ile na pewno Alchemik nie zostanie zaraz moim ulubionym piwem, to jest naprawdę ciekawą ofertą dla szukających mocnych chmielowych wrażeń. Wielki plus i niemałe zaskoczenie.

HedgeHog American IPA (14 Blg, IBU 70, pasteryzowane, niefiltrowane, warzone w Browarach Regionalnych Wąsosz) – wbrew buńczucznym zapowiedziom z etykiety, HedgeHog nawet zapachnieć nie potrafi. I niechby nawet zapachniał znienawidzonym przeze mnie ekstraktem z amerykańskich chmielów, mnie to nie musi się podobać, ale niech ma ten obiecywany aromat. Są tacy, co to lubią. Ale nie, tutaj co najwyżej doszukać się można zapachu wody, którą płukano miskę, w której te chmiele były przechowywane. Plus stare, podgniwające zboże, zbierane podczas żniw trzy lata temu i zapomniane na strychu. No i trochę miodu rzepakowego. Strasznie nieprzyjemne coś, ten aromat HedgeHoga. W smaku jest tak nijakie, jak w aromacie. Smakuje przede wszystkim brudną wodą. W tej wodzie da się dostrzec jakieś akcenty zbożowe, sporo grapefruita (albedo), jakichś nawet owoców. Ale są to akcenty bardzo mało wyraziste, bardzo niepoukładane, bardzo nieprzyjemne. Słowem, pomyje.

Browning Belgian IPA (14 Blg, pasteryzowane, niefiltrowane, warzone w Browarze Rzemieślniczym Jan Olbracht) ma bardzo łagodny, nieśmiały wręcz aromat. Są w nim bardzo łagodne cytrusy – wcale nie grapefruity – coś jakby mieszanka mandarynek i kumkwatów. Odrobina jeżyny.  W smaku jest tak trochę belgijskie, trzeba mu to przyznać. Słodowa baza, gdzieś tam echa karmelu, żywicy. Odrobina owoców, głównie brzoskwini. Trochę grapefruitowych w charakterze cytrusów. Wszystko jednak totalnie nijakie. Piwo nie ma żadnego pomysłu na siebie.

Opactwo Olbrachta Belgian IPA (16,5 Blg, pasteryzowane, niefiltrowane) – w aromacie dominują akcenty korzenne – cynamon, gałka muszkatołowa, goździki. Odrobina drożdży, marmolada wieloowocowa, truskawki. Jedynie echo cytrusów. Przyjemny, obiecujący aromat. W smaku jest przyjemnie owocowe, zbożowe. Dopiero w smaku pojawiają się obiecywane przez amerykańskie chmiele cytrusy i żywiczne akcenty. Dość trudno tu doszukać się z kolei akcentów korzennych. Chmielowa gorycz dominuje coraz bardziej i zaczyna zalegać na podniebieniu. Nie jest jednak źle, pijałem zdecydowanie gorsze IPA.

No i teraz tak – mamy dwa wyraźnie różne gatunki piwa. Jednak różne, mimo obaw ze wstępu. To już wersja oficjalna. Jeśli spróbować je ocenić w poszczególnych kategoriach, to wśród AIPA nie ma w ogóle o czym mówić. Jest Alchemist, a potem lata świetlne najczystszej nicości.  Potem dopiero pojawia się HedgeHog. Właściwie to leci do zlewu. Wśród BIPA, wygrywa zdecydowanie Opactwo Olbrachta, za nim gdzieś o kilka długości Browning. Gdybym jednak spośród dzisiejszych czterech piw miał wybrać to, po które najchętniej sięgnę drugi raz, niezależnie od gatunku, to wygrywa Alchemist. Tak, wygrywa AIPA. Zaskoczenie dla mnie samego. Na drugim miejscu będzie Opactwo Olbrachta, na trzecim Browning. HedgeHog nie załapał się na podium. Jest tak daleko za pozostałymi, że tego podium nawet nie widzi z miejsca, w którym się znajduje.

Werdykt znowu jest jednogłośny. Zaczynam się martwić o swój stan, cholera.



piątek, 18 grudnia 2015

APA i coś jeszcze. No i król chyba jednak jest goły.



378. Ratownicze APA (Spółdzielnia Socjalna Dalba) 5,5%
379. Nokota APA (Browar Rzemieślniczy Roch) 5%
380. Złotostockie (Browar Rebelia) 6,1%
381. HedgeHog American Pale Ale (Kraftwerk) 5,5%
382. Atlantik-Ale (Störtebeker) 5,1%

W ramach pozbywania się zapasów piwa z browarów rzemieślniczych – piwa najczęściej nieudanego, nietrafionego, czasem wręcz obrzydliwego – z zamiarem stanowczego ograniczenia kontaktu z czymś, co pić się nie da, dzisiaj na tapetę idą piwa w stylu American Pale Ale. A w każdym razie, trzy z nich deklarują się na etykiecie jako właśnie przedstawiciele tego stylu. Złotostockie jest bardzo tajemnicze jeśli chodzi o przynależność gatunkową. Smakowane jakiś czas temu, tak bardzo przypominało Frankensteina z tego samego browaru, że pomylić by się można. Zakładamy jednak, że w tym towarzystwie nie będzie jakoś specjalnie odstawało.

Bardzo liczymy na to, że charakterystyka stylu – przede wszystkim, niższa goryczkowość niż w AIPA – otworzy drogę do większej złożoności, bardziej pełnego smaku, mniej zdominowane przez te wszystkie Citry, Mosaiki i inne Cascady. Przynajmniej to nam obiecuje BJCP. Mamy zwyczajnie nadzieję na miłe popijanie i delektowanie się smakiem. Okaże się też na ile piwowarzy radzą sobie z zestawianiem zasypu i warzeniem. Bo chmielić bez umiaru, to każdy potrafi.

Do zestawu w ostatniej chwili dołączyło piwo, o którego przynależności gatunkowej też niewiele wiadomo, mianowicie Atlantik-Ale z niemieckiego browaru Störtebeker. Przywiezione dosłownie przed chwilą z Görlitz i zupełnie nam dotąd nieznane, na etykiecie informuje o górnej fermentacji, byciu ale’em, oraz chmieleniu m.in. amerykańskimi chmielami Cascade, Amarillo i Citrą. Nie ma ani słowa o IBU, filtrowaniu, pasteryzowaniu, itp. Termin ważności ma do maja 2016, więc założyć należy, że pasteryzowane było, bo na pierwszy rzut oka widać, że nie ma mowy o żadnej filtracji. Już po nalaniu do szklanki okazuje się że wyraźnie odstaje od pozostałych piw barwą – jest jasne, słomkowe, bliżej mu z wyglądu do piwa pszenicznego niż do typowego ale’a. Jak widać, Niemcy wrzucili tu nieco więcej słodu pszenicznego (choć większość to zdecydowanie jęczmień) i postanowili stronić od ciemnych słodów jęczmiennych na rzecz jaśniejszych. Pozostałe piwa są ciemnobursztynowe, najciemniejsze spośród nich jest Złotostockie. Wszystkie wyraźnie niefiltrowane. Piana wszędzie obfita, gęsta, naturalna, osadzająca się na ściankach szklanek. Niekoniecznie zbyt trwała, za wyjątkiem Ratowniczego, gdzie trzyma się dzielnie najdłużej.

Ratownicze APA (13 Blg, IBU 35, niepasteryzowane, niefiltrowane) – w aromacie cytrusy (nie da się ukryć, że to chmiele amerykańskie), jednak bardziej w stronę pomarańczy, lekko octowy, wyraźnie czuć słód. Aromat przyjemny, raczej zrównoważony.  Po chwili ujawnia się akcent brzoskwini, lekki powiew kartonu. W smaku jest lekkie, bardzo mało treściwe. Akcenty jabłek, brzoskwiń, przykryte cytrusową goryczą, która zalega i już tak sobie leży. Nieśmiałe nutki pieprzowe. Po paru chwilach całość się układa dużo lepiej (czyżbyśmy za bardzo je schłodzili?), do całości dochodzi przyjemny akcent sosnowy. Nie jest tak źle, jak się początkowo wydawało.

Nokota APA (13 Blg, IBU 45, niepasteryzowane, niefiltrowane)  – w aromacie grapefruit, wyraźny ekstrakt z białych błonek. Jest słód, ale ledwo sobie radzi z ujawnieniem się, przyklepany bezlitośnie przez grapefruitowy chmiel. Po paru chwilach przeradza się to w akcenty galaretki cytrynowej w cukrze. W smaku jest dość przyjemnie, słodowo i owocowo. Smak jest w miarę pełny, wyrazisty. Nad wszystkim jednak zalega chmura chmielowej, zalegającej goryczy. I psuje wszystko. Z czasem pojawiają się – w sumie wcale nie nieprzyjemne – akcenty gorzkawej skórki śliwek, plus lekka żywiczność właśnie śliwy. Takie coś, co wypływa spod kory, zastyga, a dzieciaki ssą to pasjami. I tyle dobrego. Stosunkowo dobrego.

Złotostockie (15 Blg, niepasteryzowane, niefiltrowane, refermentowane w butelce, żywe, warzone w Browarach Regionalnych Wąsosz) – aromat bardzo słodki, sporo akcentów miodu, żywica, skondensowane słodkie mleko. Po paru chwilach słodkie akcenty gdzieś uciekają, pozostaje miód, odrobina akcentów lipowych. I grapefruit z żywicą. Czyli to, o co chodzi niektórym. W smaku jest pełne, miodowo-słodowe, karmelowe. Baza jest wyraźnie słodka, miodowo-karmelowa słodycz jest wręcz intensywna. Tutaj jednak charakterystyczna gorycz amerykańskich chmielów niejako dokłada się do całości, do przechodzącej w gorycz słodyczy miodowej, niczego nie kontrując. Na koniec gorycz staje się wszechobecna i obezwładniająca. Całość chaotyczna, rozbałaganiona. Niefajna.

HedgeHog APA (12 Blg, IBU 40, pasteryzowane, niefiltrowane, warzone w Browarach Regionalnych Wąsosz) pachnie słodką kawą z mlekiem, likierem kawowym (Bailey’s), toffi – całość jednak lekko skisła. Wrażenie kiszonki potęguje się z każdą chwilą. W smaku jest… nieświeże, jakieś nadpsute, zatęchłe. Są tam akcenty cukierków Werter’s, jest jakaś słodowość, karmel. Ale jest też wszechobecny chmiel. Amerykański chmiel. A na dodatek chyba z dostawy, która listonoszowi wpadła w błoto. Obrzydliwy.

Atlantik-Ale (11,4 Blg) – aromat bardzo delikatny, akcenty woskowe, lekko pszeniczne, cytrusowe. Wyraźnie da się wyczuć obecność amerykańskich chmielów, jednak jest ona tutaj umiejętnie wkomponowana w niezbyt może porywającą, ale harmonijną całość. W smaku jest pełne, słodowe, owocowe, najlepiej – jak dotąd – poukładane z chmielowymi akcentami cytrusa i żywicy. Goryczka jest tu goryczką, kontruje słodycz słodowej bazy, nie zalega, a przyjemnie ożywia całą kompozycję. Jedno z lepszych piw chmielonych po amerykańsku, jakich dotąd próbowałem.

Generalnie, poza Atlantik-Ale i być może trochę Ratowniczym – wrażenie picia tego, co wyżęto ze ścierki do podłogi, a co dla smaku doprawiono najlepszym na rynku, amerykańskim koncentratem chmielowym. Jeśli przypomnieć sobie co napisano na samym początku, nienajlepiej świadczy to o naszych piwowarach rzemieślniczych. A może to „rzemieślniczy” to nadużycie? Może trzeba ich określać mianem „czeladniczych”? Kto wie, może się kiedyś nauczą, nie należy tracić nadziei. Ciekawe dlaczego Niemcom udało się skomponować amerykańskie chmiele w coś więcej niż grapefruitowe popłuczyny. Może u nich tam piwo warzą ludzie, którzy potrafią to robić. Cholera, kto wie?...

Ranking dzisiejszy to złoto dla Atlantik-Ale. Na drugim Ratownicze. Na podium jeszcze znalazło się u mnie Nokota. Złotostockie poza podium, a tyły zabezpiecza HedgeHog. Choć, szczerze mówiąc, od trzeciego miejsca to już wszystko jedno. Kwestia tylko poziomu obrzydzenia.

U najlepszej z żon, ranking bardzo podobny, jedynie HedgeHog u niej wyskoczył dwa miejsca wyżej, na najniższy stopień podium. Kolejność wszystkich pozostałych taka sama – Atlantik-Ale, Ratownicze, HedgeHog, Nokota, Złotostockie.

Skończyło się to tak, że 2/3 zawartości szklanek trzech piw wylądowało w zlewie. Ot, i APA

czwartek, 3 grudnia 2015

Stout co się zowie - chyba jeszcze nie dzisiaj...



361. Stout Cieszyński (Browar Zamkowy Cieszyn) 6,2%
362. HedgeHog Stout (Browar Kraftwerk) 5,1%
363. Brok Extra Stout (Van Pur) 6,5%
364. Wrężel Stout Owsiany (Wrężel) 5,5%
365. Night Wolf Whisky Stout (Browar Szpunt) 5,9%

Po krótkiej przerwie spowodowanej skupieniem się na innych, nieco bardziej szlachetnych – a już zdecydowanie na pewno droższych – napitkach, Piwkowie wracają by w dalszym ciągu niestrudzenie poszukiwać czegoś, co da się wypić, a jest dostępne tu i ówdzie, w okolicach zasięgu ręki. A żeby zmiana z tamtego na to nie spowodowała zbyt wielkiego szoku, dzisiejszy zestaw zbudowany został wokół Night Wolf Whisky Stout z Browaru Szpunt. Jak się dowiedziałem od samych piwowarów, związek tego piwa z whisky jest dość luźny, bo polega na wykorzystaniu w zasypie pewnej części słodu jęczmiennego poddanego procesowi suszenia nad dymem torfowym, jak to się robi w przypadku whisky. Wydaje mi się jednak, że słowo „whisky” użyte jest tutaj trochę na wyrost i służyć ma jedynie jako swego rodzaju chwyt marketingowy. Równie dobrze można by każdy napój robiony na bazie wody nazwać podobnie. Wszak whisky – ta prawdziwa, ze Szkocji, destylowana i leżakowana w dębowych beczkach – robiona jest w dużej mierze właśnie z wody. Zresztą, żeby już się nie wyzłośliwiać po próżnicy, wypiłem w życiu kilka whisky, wypiłem trochę piwa. Naprawdę. Wypiłem też trochę piwa, które w ten czy inny sposób było wytwarzane gdzieś obok whisky, np. dojrzewało w dębowych beczkach, które wcześniej służyły do maturacji szkockiej wódy na myszach. Ba, piłem – i to właściwie niemało, jakby zebrać wszystko do kupy – piwo, które za chwilę miało zostać poddane destylacji, by stworzyć to, z czego ostatecznie miała powstać whisky. Tak, prosto z kadzi fermentacyjnej w destylarni. I z tych wszystkich doświadczeń wynika mi niezbicie, że zestawienie piwa i whisky nigdy nie wychodzi dobrze. Piwo robi się z innego gatunku jęczmienia, do fermentacji używa innych drożdży, inaczej prowadzi się fermentację, inne efekty stawia się sobie za cel. I zestawienie piwnej charakterystyki aromatyczno-smakowej z tą łiskową to trochę tak, jak założyć na siebie ubrania w dwóch gryzących się odcieniach tego samego koloru. Tak, dla przykładu, cynobrowy płaszcz i karmazynowy kapelusz. Niby i jedno i drugie jest odcieniem czerwieni, ale za cholerę do siebie nie chcą pasować. Niby i piwo i whisky robi się z wody, jęczmienia i drożdży, ale gryzą się gdy je zestawić ze sobą.

Tak czy inaczej, trudno wyrokować zanim człowiek dzioba w tym nocnym wilku nie umoczy. A żeby było równie ciemno, równie stoutowo, do wilczego towarzystwa dorzuciliśmy Stout Cieszyński z Browaru Zamkowego w Cieszynie, kolejny wynalazek Browaru Kraftwerk (warzony w Wąsoszu), mianowicie stout z serii HedgeHog. Sądząc po buńczucznych tekstach na jego etykiecie, jeśli nie piłeś HedgeHoga, nie wiesz jak smakuje piwo. Ja nie piłem jeszcze, więc chętnie się przekonam. Do tego – w ramach eksperymentu – jedna z nowych propozycji Van Pur, czyli Brok Extra Stout. Spójrzmy prawdzie w oczy, tutaj nie spodziewamy się wiele dobrego. Ale chętnie damy się pozytywnie zaskoczyć. No i na koniec Stout Owsiany z Browaru Wrężel, który miewa u nas – browar, nie stout – wzloty i upadki, więc zupełnie nie wiadomo czego się spodziewać. Nalejmy, spróbujmy…

Jeśli chodzi o pianę, to prawie nie było jej na Wrężelu, błyskawicznie zniknęła na Broku i HedgeHogu. Dość przyzwoicie trzymała się (ciemnobeżowa w barwie) na Stoucie Cieszyńskim, a najtrwalsza była na Night Wolfie (jasnobeżowa). Bąbelki osadzające się od wewnątrz na ściankach szklanki z HedgeHogiem nasuwają raczej skojarzenia z coca-colą, a nie z piwem, ale nic to, w dalszym ciągu staramy się unikać uprzedzeń. Wąchamy, pijemy…

Stout Cieszyński (14 Blg, pasteryzowane) w aromacie ma gorzką czekoladę, krem czekoladowo-kawowy do smarowania pieczywa, lekki akcent miodowy, palony słód, karmel. Z czasem uwypukla się aromat zboża, pojawia się akcent ciemnego chleba, wręcz pumpernikla. W smaku jest kawowo, lekko kwaskowo. Taka dobra, mocna kawa zalewajka, parzona przez dziadka. Na koniec pojawia się goryczka, która jest tu dość ładnie ułożona, nie tłumi niczego, nie dominuje.

HedgeHog Stout (11 Blg, IBU 25, pasteryzowane, niefiltrowane, warzone w Browarach Regionalnych Wąsosz) pachnie mokrymi liśćmi jesienią, kawą, czekoladą, aromat jednak jest bardzo niemrawy, mdły, popłuczynowy. Z czasem… nie dzieje się nic nowego. Jest może jeszcze bardziej płasko i mdło. Pierwszy łyk HedgeHoga sprawia, że człowiek żałuje, że w ogóle sięgnął po to piwo. Smakuje to jak woda, którą spłukano szklankę po kawie – taką w peerelowskiej kawiarni – a zupełnie przypadkiem pani, która poprzednio piła z tej szklanki, zostawiła na jej brzegu resztki pomadki do ust o smaku grapefruitowym. Byłby to mniej więcej poziom siły i wyrazistości akcentów smakowych tego czegoś. Gdzieś na finiszu znaleźć jeszcze można akcenty skorupek na spalonych w ognisku ziemniakach. To chyba robi tu za goryczkę. Poza tą pomadką grapefruitową. Na koniec cytat z etykiety: „Piwa HedgeHog to gwarancja ostrych doznań. Zawsze najeżone głębią smaków i aromatów (…)”. Tego właściwie nie chce się nawet komentować. Bo co tu można powiedzieć? Jak pomyślę, że ciągle w piwnicy stoją jeszcze ze cztery piwa firmowane przez Browar Kraftwerk…

Brok Extra Stout (15,1 Blg, pasteryzowane) pachnie jak zawartość pieluszki półrocznego niemowlęcia (a wiemy co mówimy, akurat to doznanie olfaktoryczne ciągle jest świeże w naszej pamięci). I już. Ostre nuty mleka przepuszczonego przez układ trawienny niemowlęcia zabijają wszystko inne, co tam ewentualnie mogło się przytrafić. Kiedy już, po paru chwilach, kupka dziecięca wyparowała, okazało się, że nie przesłaniała niczego. Brok nie pachnie. Chyba, że wszystkie cudowne aromaty uleciały wraz z zawartością pampersa. W smaku jest to jakiś karmelowy napój typu garaż-cola – słodko-kwaśny, bez głębszego wyrazu i bez treści. Chyba, że tak właśnie smakuje zawartość tej pieluszki, ale tego doświadczenia niestety nie mamy. Słodycz jest kleista i zalegająca. Gdzieś tam próbuje coś zadziałać jakaś astmatyczna goryczka, ale ani ona piękna, ani skuteczna. Obrzydlistwo pierwszej wody, czego jakoś nie chce zmienić zapewnienie z etykiety, że piwo ma „excellent taste”, że jest to „premium quality beer”, oraz że uwarzono je zgodnie ze „special recipe”.

Wrężel Stout Owsiany (14 Blg, IBU 30, pasteryzowane, niefiltrowane) ma w aromacie czystą, szlachetną kawę, palony słód, Coca-Colę, a przynajmniej taki karmel, jaki wykorzystuje się do produkcji najpopularniejszego napoju świata. No i płatki owsiane, rzecz jasna.  Aromat przyjemny, elegancko ułożony. W smaku jest również kawowo-czekoladowo plus nutki owsiane. Lekko, delikatnie, gładko, kremowo. Goryczka atakuje od samego początku, ale nie ma za bardzo czego tam kontrować, bo całość jest stosunkowo wytrawna i lekka. Niewiele dzieje się na podniebieniu, niestety, ale nie ma też specjalnie na co narzekać. Piwo harmonijne, przyjemne.

Night Wolf Whisky Stout (14,9 Blg, IBU 40, pasteryzowane, niefiltrowane, warzone w Browarze Koreb) – wnętrze stadniny koni – zespół akcentów zużytego siana, świeżego owsa, spoconej sierści końskiej, skórzanej uprzęży, uleżałych, nieco skwaśniałych i zwietrzałych końskich pączków. Plus odrobina kamfory, kredek świecowych, zszarzałej od międolenia plasteliny. Nie wiem jeszcze czy ten aromat – zdecydowanie niemający niczego wspólnego z whisky – podoba mi się, czy nie. Jest bardzo nietypowy, a kolejne odsłony Night Wolfa pokażą czy na plus, czy na minus. Tak czy owak, jest to przedziwne zjawisko. Obojętnie przejść obok się nie da. Po paru chwilach pojawia się nieśmiały akcent kawy. W smaku pełne, owsiane, kawowo-mleczne. A kawa (ta z mlekiem) jest zbożowa. Bardzo gładkie, delikatne. Lekko kwaskowe, choć przede wszystkim słodkie. Akcenty zboża, terpentyny. Jest wreszcie ten poszukiwany od samego początku dym torfowy – podobne akcenty znaleźć można w whisky z wyspy Islay, a komu zdarzyło się żuć suszony nad dymem torfowym słód jęczmienny, tego smaku nie zapomni do końca życia. Pojawia się tylko pytanie czy te akcenty mają co robić akurat w piwie. Moim zdaniem niekoniecznie, ale tu pewno będzie tyle opinii, ilu opiniodawców.

Tradycyjny ranking wygrywa dziś u mnie Night Wolf. Mimo wszystkich zastrzeżeń. Może za odwołanie do torfowych sentymentów, może za to, że ma najwięcej do zaoferowania, może za swoje udziwnienie. Żeby nie było, że jestem taka konserwa. Warto go spróbować, niezależnie od werdyktu. Na drugim miejscu plasuje się Wrężel, a brąz przypada Cieszyńskiemu. HedgeHog i Brok prezentują bardzo podobny poziom pomyjkowatości, przy czym szala odrazy przechyla się nieznacznie w stronę Broka. Tak więc, na czwartym jest HedgeHog, na piątym Brok. I apel wewnętrzny do samego siebie, by już nigdy nie kupować Kraftwerka. Wykończyć jak najszybciej to, co stoi jeszcze w piwnicy i zapomnieć o ich istnieniu.

Konsultacja ocen z najlepszą z degustacyjnych towarzyszek przebiega według znanego już wzorca – ranking jest z grubsza taki sam, tylko jedno piwo przesuwa się w rankingu w tę czy tamtą stronę. Dzisiaj u konkurencji wygrywa Wrężel, drugie jest Cieszyńskie, a trzeci Night Wolf. Miejsca HedgeHoga i Broka – bez zmian. I to błagalne spojrzenie – napijmy się wreszcie dobrego piwa…