Pokazywanie postów oznaczonych etykietą american weizen. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą american weizen. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 19 września 2016

I znowu pszenica po amerykańsku (cz. 2)




551. HedgeHog American Weizen (Brokreacja) 4,9%
552. Pony Express American Wheat (Faktoria) 5,7%
553. Topaz American Wiezen (Inne Beczki) 4,8%
554. Summer Memories American Wheat (Fabryka Piwa) 5,2%

Kontynuujemy przygodę z amerykańską pszenicą. Wbrew zapowiedzi, mamy dzisiaj cztery, a nie tylko trzy piwa, przy czyn dwa z nich to American weizen, czyli klasyczny bawarski styl nachmielony po amerykańsku, a dwa pozostałe to American wheat, czyli piwa bardziej zorientowane na chmiel, goryczkę. Powtarzać wątpliwości na ich temat nie będziemy, bo po co.

Mamy dzisiaj na stole piwo z serii HedgeHog – mimo zaklinania się niegdyś, że nigdy więcej HedgeHoga na naszym stole. Oto okazuje się, że wbrew temu, co sobie myśleliśmy, piwa z tej serii nie robi tylko nasz ulubiony browar kraftowy Kraftwerk. Co więcej, HedgeHog American Weizen już nam wpadło w szklanki – i zrobiło całkiem przyzwoite wrażenie. Czemu więc nie zestawić go z paroma innymi? No dobra, lejemy.

Przyzwoicie, jak na pszeniczne piwo przystało, spieniły się tylko Summer Memories i Topaz. Te dwa również klasycznie oblepiają ścianki szklanek. Piana na HedgeHog i Pony Express była minimalna i niemal natychmiast zredukowała się niemal do zera. Wszystkie cztery piwa już na pierwszy rzut oka wyglądają na piwa niefiltrowane, wszystkie mają niemal tę samą barwę, plus/minus pół odcienia. Najjaśniejsze jest Topaz, najciemniejsze Pony Express.

HedgeHog American Weizen (12 Blg, IBU 20, pasteryzowane, niefiltrowane, warzone w Szczyrzyckim Browarze Cystersów „Gryf”) – w pierwszym rzucie aromaty cytrusowe, ale jest też melon, zielone jabłko, odrobina wosku, żywicy. Z czasem akcenty cytrusowo-żywiczne ustępują, pojawia się banan i cała reszta nutek klasycznych dla pszenicznego piwa. Zaskakująco miły i uporządkowany ten aromat. Smak jest znowu klasycznie pszeniczny przede wszystkim, choć od samego początku flanki obstawia cytrusowa goryczka. Jednak nie kłóci się tu ona z niczym, niczemu nie przeszkadza. Mogłoby jej nie być i piwo by na tym zyskało, ale i tak dość harmonijnie układa się z cała resztą. Myślałem, że nigdy tego nie powiem, ale w serii HedgeHog trafiło się całkiem przyzwoite piwo.
Ocena: JESZCZE RAZ TO SAMO

Pony Express American Wheat (13,1 Blg, IBU 29, pasteryzowane, niefiltrowane, warzone w PPHU Jarmand Marianna Kacprzak) – w aromacie powidła truskawkowe, jeżyny i pasta do podłóg, oraz pigwowce. Gumowy materac dmuchany. Aromat mało przyjemny, chaotyczny. Aromat owoców podchodzi pod owoce zepsute, lekko podgniłe. Słabo, mało obiecująco. Smak jest wodnisty, syntetycznie owocowy z mało przyjemną, dość agresywną goryczką. Jest tu też ta materacowa gumowatość, ble!
Ocena: JAKOŚ JE ZMĘCZĘ

Topaz American Weizen (12 Blg, pasteryzowane, niefiltrowane, warzone w Browarze Zodiak) – aromat rześki, a w nim świeży grapefruit, malina, herbata czarna z sokiem malinowym, jagody, kredki świecowe. Żelki Maynard’s Wine Gums, w syntetykę te owoce niebezpiecznie wpadają. W sumie ani to fajne ani niefajne – nie ma czym się zachwycić, ale też nie ma za co zganić. Zobaczymy co nam powie smak. A w smaku jest malinowo, cukierkowo (skittles?) i jest goryczka. Znowu intensywna, jak na piwo pszeniczne, znowu mało dopasowana w charakterze do reszty tego piwa. Duże wysycenie przeszkadza trochę w smakowaniu. Na samym końcu akcent gorzkich migdałów.
Ocena: JAKOŚ JE ZMĘCZĘ

Summer Memories American Wheat (12 Blg, IBU 28, pasteryzowane, niefiltrowane) – w aromacie karmel, wanilia, fasolki wszystkich smaków, toffi. Znowu syntetycznie i mało zachęcająco. Z czasem toffi zaczyna dominować aromat. Pojawiają się akcenty tytoniu. Smak ma najpełniejszy, najmniej wodnisty z próbowanych dzisiaj piw. W nim akcenty orzechów włoskich, jeżyn, wiórków kokosowych. Odrobina akcentów tytoniowych. No i jest ta goryczka, która – podobnie jak w dwóch poprzednich piwach – nijak nie pasuje do charakteru piwa pszenicznego. No za cholerę nie. Szkoda, bo psuje to całkiem przyzwoite, fajne piwo. I to psuje je do tego stopnia, że zaczynamy debatować czy to jest ciągle „jeszcze raz to samo”, czy może jednak „jakoś je zmęczę”.
Ocena: JAKOŚ JE ZMĘCZĘ

Ranking dzisiaj jest jednogłośny:

1. HedgeHog
2. Summer Memories
3. Topaz
4. Pony Factory

I chyba zrobimy sobie przerwę w popijaniu amerykańskiego piwa pszenicznego – czy w tym, czy tamtym stylu. Szkoda pary, lepiej sięgnąć po przyzwoity weizen albo klasycznego witbiera. I tego będziemy się trzymać.


czwartek, 15 września 2016

I znowu pszenica po amerykańsku (cz. 1)



549. The Farmer (Brokreacja) 5%
550. Młynarz (Browar Profesja) 4,3%
551. Córka Młynarza (PiwoWarownia) 4,8%

Zjawiskiem niezmiennie mnie intrygującym jest przemożna potrzeba, nieujarzmiona wręcz rządza niektórych, zbyt licznych niestety piwowarów, by na siłę ulepszać to, co z natury jest dobre i wystarczy tego nie spieprzyć. Innymi słowy, jak to jest, że z gruntu smaczne gatunki piwne na siłę trzeba dodatkowo „ulepszać”, pakując w nie tzw. nowofalowe gatunki chmielu? Klasycznym przykładem jest klasyczne piwo pszeniczne, weizen, jak niektórzy wolą. Są dwie możliwości, nasuwają mi się dwa wytłumaczenia – wcale jedno drugiego nie wykluczające. Albo (1) warzenie piwa pszenicznego jest tak trudne, a efekty osiągane przez domorosłych piwowarów spod kraftowej bandery (bardziej piratów przypominają w swej masie, stąd bandera – wyjaśnienie dla purystów językowych) są tak poślednie, że braki trzeba zaćmić czym wielkim, potężnym, zniewalającym. Niech na efekty tych żałosnych prób zajdzie cień czegoś bardziej wyrazistego. Może być też jednak tak, że (2) w swym szale twórczym zwyczajnie nie widzą kakofonii smaków, jaką produkują nagminnie, z uporem godnym lepszej sprawy. Nie widzą, bo albo nie chcą widzieć, gnani wizją odkrycia nowych lądów aromatyczno-smakowych, nie wierząc w dokładność map wszelakich i relacji tych, którzy już przez stulecia te fale prują. Albo nie są w stanie zobaczyć. Smakując niektóre wytwory takiego, na przykład, tzw. browaru Rebelia z Kamieńca Ząbkowickiego (pierwszy, który przyszedł mi do głowy, nie że mam coś przeciwko temu browarowi, czego nie miałbym przeciwko kilkunastu innym), trudno uwierzyć, że ktoś, kto warzył to piwo nie przeszedł w ostatnim, bieżącym wcieleniu amputacji wszelkich kubków smakowych znanych współczesnej anatomii i medycynie. Albo na wszelki wypadek zabutelkował bez smakowania, chciał sobie oszczędzić cierpień.

Podsumowując powyższe – po jakiego diabła wrzucać amerykańskie chmiele do łagodnego, orzeźwiającego, z natury pełnego smaku piwa pszenicznego? Że niby lepiej będzie? Nie będzie! Że inaczej? Jasne, złamany nos i królicza warga też wyglądają inaczej niż norma – nie znaczy to, że lepiej.

Mamy aktualnie na tapecie sześć piw, które – z grubsza rzecz biorąc – są wariacjami na temat stylu weizen, ale ulepszono je za pomocą dodatku nowofalowych odmian chmielu. Piszę „nowofalowych”, bo niekoniecznie muszą to być chmiele amerykańskie. Bywają nowozelandzkie, australijskie, sam diabeł wie jakie. Te, które użyte w niewłaściwych proporcjach (czyt. w zbyt dużych ilościach głównie) pachną i smakują obleśną goryczą grapefruitowego albedo, żywicy, a w najlepszym razie podgniłych owoców egzotycznych. Albo wszystkimi trzema na raz.

Wylawszy jad i żółć w powyższych akapitach, mogę z czystym sumieniem powiedzieć teraz, że niezależnie od tego powyżej staram się, robię co mogę, wspinam się na wyżyny wysiłku – by w tych kombinacjach aromatyczno-smakowych znaleźć coś pozytywnego, nie odrzucać ich na dzień dobry, łudzić się nadzieją, że wreszcie trafię na takie piwo (a były już takie przypadki!), gdzie ta chmielowa nowofalowość rzeczywiście stworzy nową, dobrą jakość, nie odrzuci od szklanki, do zlewu zawartości wylać nie każe.

Wspomniane sześć „amerykańskich” piw pszenicznych rozbiliśmy sobie na dwa wieczory, wychodząc z założenia, że sześć piw na raz to odrobinę za dużo – i jakościowo i objętościowo – na jedno posiedzenie. Robiliśmy już takie sesje i wcale się nam nie podobały. A szczególnie następnego dnia rano. A szczególnie jeśli ten następny poranek był początkiem kolejnego dnia pracy. Tak więc dzisiaj stawiamy na stole trzy piwa, wszystkie trzy z tzw. browarów kraftowych. Pierwszym jest The Farmer z Brokreacji – browaru, na którego temat mamy bardzo ambiwalentne odczucia. Z jednej strony, bywało nieźle, a z drugiej bywało tragicznie, niewytłumaczalnie, koślawo, karykaturowato. Smakowo, znaczy. Drugie piwo to Młynarz z wrocławskiego Browaru Profesja, o którym można by powiedzieć dokładnie to samo, co o Brokreacji. A już tego kretyńskiego określenia dymionego torfem piwa jako Islay Ale to im nie wybaczę – ale wyjaśnienie wymagałoby wykładu na temat geografii Szkocji, regionalizacji produkcji whisky, a przede wszystkim, geologii pokładów torfu (torf torfowi nie równy, panowie Profesjonaliści, nawet w obrębie tak niewielkiego kraju, jak Szkocja, a o zakład idę, że Wasz słód torfem z Islay wędzony nie był). Ale to chyba ich trochę przerasta, więc niech sobie mają. Islay Ale, pfff… No i na koniec, Córka Młynarza z PiwoWarowni, o której jakoś się nie damy rady wypowiedzieć, bośmy od nich może tylko ze dwa piwa pili. Za mało, by wyrobić sobie opinię.

W obrębie dzisiejszej trójki mamy dwie pary. Oto dwa piwa mają w nazwie odniesienia do młynarza – Młynarz i Córka Młynarza to ani chybi rodzina, i to dość bliska. Chyba że to córka innego młynarza. Z kolei The Farmer i Córka Młynarza uwarzone zostały w tym samym browarze, Szczyrzyckim Browarze Cystersów „Gryf”. Ciekawe czy będą tu jakieś podobieństwa.

Przestajemy marudzić, dociekać, rozwodzić się – i nalewamy. Trzy kapsle zeskakują z szyjek, te wędrują nad szklanki, przechył – i już się leje. A jak się leje, to się pieni. Wiadomo – pszeniczne! Tymczasem…  Piana niemal nie pojawiła się na Farmerze, a te niewielkie ilości, które jednak pokryły powierzchnię piwa, dość szybko zredukowały się niemal do zera. Za to piękna, gęsta piana pojawiła się na Młynarzu. Podobnie na Córce Młynarza, choć tu nieco mniej jej było. Młynarzowa piana była najtrwalsza, choć niewiele ustępowała jej Córka Młynarza. Wszystkie piwa na pierwszy rzut oka niefiltrowane.

The Farmer American Wheat (12 Blg, IBU 40, pasteryzowane, niefiltrowane, warzone w Szczyrzyckim Browarze Cystersów „Gryf”) – w aromacie fajna pszenica, sporo tego zboża, przyjemnie uzupełniona amerykańskim chmieleniem; ani go tu za dużo, ani za mało. Są tu owoce egzotyczne, są cytrusy, są morele, czarna herbata, jest trochę drożdży, jest trochę zielska. Pachnie zachęcająco, obiecująco. Z czasem pojawiają się też akcenty toffi. W smaku jest nieźle – owoce, pszenica, drożdże. Nad wszystkim wisi dość nienachlana, zaskakująco przyjemna goryczka o ewidentnie amerykańskiej proweniencji, wyraźnie grapefruitowa. Po jakimś czasie pojawiają się akcenty orzechowe. Całość skomponowana zgrabnie i przyjemnie.
Ocena: JESZCZE RAZ TO SAMO

Młynarz American Wheat (12,5 Blg, IBU 47, niepasteryzowane, niefiltrowane) – w aromacie wyraźnie bardziej ziołowo, kolendrowo, lekko cytrusowo, w sumie przyjemnie. Plus obowiązkowe akcenty pszenicznego piwa – pszenica, drożdże. W smaku jest bardzo fajnie – mnóstwo owoców, których akcenty układają się grzecznie warstwowo i przeplatają się z nutkami ziołowymi. Nad nimi unosi się znowu ewidentnie amerykańskie chmielenie, głównie w postaci gorzkiej pomarańczy. Owocowe w charakterze akcenty goryczki bardzo zgrabnie wkomponowują się w owocowe akcenty bazy – i jest naprawdę fajnie. Goryczka być może w pewnym momencie zaczyna przeszkadzać, jest jej ociupinkę za dużo, ale nie na tyle, by zdyskwalifikować piwo i kazać mi pędzić z nim do zlewu.
Ocena: JESZCZE RAZ TO SAMO

Córka Młynarza American Wheat (12 Blg, IBU 35, pasteryzowane, niefiltrowane, warzone w Szczyrzyckim Browarze Cystersów „Gryf”) – aromat ma najmniej wyrazisty spośród dzisiejszej trójki, najbardziej wytrawny, najlżejszy. Jest tu odrobina świeżego siana, jest trochę cytrusów. Gdzieś w głębi trochę dojrzałych brzoskwiń. Smak jest dość wodnisty, rozczarowujący. Gdzieś się zawieruszył charakter piwa pszenicznego, a została tylko goryczka – z każdym łykiem mniej przyjemna. Są tam jakieś nieśmiałe akcenty owocowe, ale generalnie rozczarowuje.
Ocena: JAKOŚ JE ZMĘCZĘ

No i czas ustawić je w jakiejś kolejności, zdecydować po które chciałoby się sięgnąć ponownie, a po które niekoniecznie. I tu pojawia się problem. Dwa z nich wydają się walczyć o palmę pierwszeństwa, podczas gdy jedno zdecydowanie będzie musiało dzisiaj zadowolić się brązem. I obydwoje mamy ten problem. Musimy się chyba jeszcze napić…

No dobrze, decyzje zapadły. Piwo, które wygrało u mnie, wygrało rzutem na taśmę przemiłym akcentem owocowej słodyczy, który pojawił się dopiero pod sam koniec, gdy piwa zdążyły się nieco ogrzać. Oto mój ranking, ale podkreślam, że miejsca pierwsze i drugie dzieli jedynie włos tej owocowej nutki.

1. Młynarz
2. The Farmer
3. Córka Młynarza

Pytam współbiesiadniczkę co ona o tych piwkach powie, jak ona je poukłada. A ona mi, że ten Farmer jej bardziej odpowiada. A poza tym, zgadza się ze mną. No i dyskutuj tu z kobietą…

Co ciekawe, rzecz dostrzeżona dopiero pod koniec wieczora. Po wszystkich tych narzekaniach na wstępie, po tym sarkaniu na ilość amerykańskiego chmielu, wyżyłowane poza granice rozsądku IBU – okazało się, że znowu nie ilość, a jakość ma znaczenie. Patrząc na parametry smakowanych dzisiaj piw, to właśnie to o najniższej deklarowanej goryczy (IBU) zajęło bezapelacyjnie ostatnie miejsce. Czyli ewidentnie musi chodzić o coś innego. Być może o jakość tych chmielowych granulatów, które stosują nasi piwowarzy (nie wiem jak wyglądają źródła zaopatrzenia), a być może właśnie o umiejętność ich skomponowania – i to zarówno różnych odmian chmielu ze sobą, jak i całej tej chmielowej „czapy” z częścią zasadniczą, czyli zasypem i drożdżami. A pewno i jakość pozostałych składników – w tym wody – wpływa na ostateczny efekt. Wychodzi na to, że warzenie piwa nie jest tak prostą sprawą, jak mogłoby się wydawać. Co pod rozwagę wszystkich potencjalnych kraftowców dać pragniemy.

czwartek, 26 listopada 2015

American Weizen czy White IPA – oto jest pytanie



357. American Weizen (Birbant) 4,8%
358. Piotrek z Bagien White IPA (Jan Olbracht) 6%
359. Nigami White IPA (Browar Szpunt) 5,9%
360. Uzi White IPA (Kraftwerk) 5,2%

W okolicach naszej lodówki, dziwnym trafem nagromadziło się trochę kraftowych wynalazków, których – jako się rzekło kilka odcinków temu – chcemy się wreszcie pozbyć. Raz na zawsze. Bez większego entuzjazmu siadamy dziś do pszenicznych wariacji na temat amerykańskiego chmielu. Czy odwrotnie. No i oczywiście, American weizen to nie tak całkiem white IPA, ale co mieliśmy zrobić z tym Birbantem? Szczególnie, że niedawno smakowane Saison Curry Wurst od Birbanta bardzo się nam spodobało.

Poza wspomnianym American Weizen od Birbanta, w szranki staje dzisiaj Piotrek z Bagien White IPA z Browaru Rzemieślniczego Jan Olbracht, warzone w ramach Kuźni Piwowarów, Nigami White IPA z Browaru Szpunt, oraz Uzi White IPA z Browaru Kraftwerk. Co prawda, staramy się podchodzić do smakowanych piw z otwartą głową, ciągle (być może naiwnie) wierząc, że wreszcie natkniemy się na jakąś perełkę, ale do serii Piotrek z Bagien już raczej straciliśmy cierpliwość. Bodaj wszystkie smakowane dotąd Piotrki były rozchwiane w aromacie i smaku, nachalne, nieprzyjemne i najczęściej lądowały ostatecznie w zlewie. Dlatego do dzisiejszego Piotrka już niestety podchodzimy z rezerwą. Podobnie ma się rzecz z wyrobami spod szyldu Kraftwerk. Już tyle razy płukaliśmy nimi kolanko ściekowe w kuchni, że właściwie czystą naiwnością można nazwać fakt, że Uzi znalazło się na stole. A może wynikło to tylko i wyłącznie z faktu, że coraz mniej ludzi chce to kupować, w związku z czym wyroby Kraftwerka coraz bardziej zalegają na półkach w miejscowym Tesco, co nasz opór na kraftwerkowanie wystawia na wielokrotne próby podczas kolejnych zakupów. Kilka razy przechodziłem obok Uzi z silnym postanowieniem, że nie, tym razem nie włożę go do koszyka. Aż przyszedł ten moment, kiedy stwierdziłem, a co mi tam… Na koniec Nigami White IPA, o którym nie wiemy nic. Poza tym, że sama nazwa każe zachować ostrożność („nigami” to po japońsku „gorzki smak”), a szata graficzna etykiety jest totalnie nie z naszej bajki. Nawet wizerunek Godzilli jest jakiś lewy. W ewentualne konotacje z manga/anime – jeśli takie istnieją – nawet nie chce mi się próbować wchodzić. Reasumując, naprawdę niewiele sobie obiecujemy po dzisiejszym wieczorze, ale przecież nie oddamy tego starcia walkowerem. Nalewamy!

Wszystkie piwa mają mniej więcej tę samą, charakterystyczną dla piw pszenicznych barwę słomy. Wszystkie są niefiltrowane, jednak najbardziej rzuca się to w oczy w przypadku American Weizen, co wydaje się naturalne, jeśli wziąć pod uwagę charakterystykę gatunku hefe-weissbier, wariacją na temat którego jest właśnie to piwo. Piana złożona z najdrobniejszych pęcherzyków, najtrwalsza tworzy się na American Weizen i Piotrku z Bagien. Nigami i Uzi cieszyły się dość mizerną pianą tylko przez kilka pierwszych chwil po nalaniu. Potem już została tylko cienka, poszarpana warstwa drobnych i średnich bąbelków unoszących się na powierzchni piwa.

American Weizen (11,5 Blg, IBU 30, pasteryzowane, niefiltrowane, warzone w Browarze Zarzecze) – w aromacie grapefruit (cóż by innego!), przepocona koszulka budowlańca, odrobina mniej agresywnych cytrusów, pszenica, drożdże, trochę bananów. W smaku lekko, ale nie wodniście. Przede wszystkim grapefruitowa goryczka, ale – i to jest nowość – ustępuje ona po chwili, by zrobić miejsce bardzo przyjemnemu słodowi, pewnej kwaskowości, bananom (również w teksturze – jest jakby odrobinę mączniaste na podniebieniu). Bardzo pozytywne zaskoczenie. Nie żebym zaraz leciał cały karton kupić, ale nie obrażę się jak ktoś mnie poczęstuje birbantowym American Weizenem.

Piotrek z Bagien White IPA (14 Blg, IBU 45, pasteryzowane, niefiltrowane, warzone w ramach Kuźni
Piwowarów) – w aromacie ananas i brzoskwinia, budyń owocowy. Bardzo przyjemny zapach, wcale nie zepsuty amerykańskim chmielem, widocznie użytym z umiarem (wreszcie!). W smaku pierwsze wrażenie jest ananasowe, ale ten ananas – niestety – dość szybko przechodzi w grapefruit, który przy akompaniamencie kolendry i mięty – generalnie ziół (jest tam też lubczyk, szałwia, a może nawet piołun) – natychmiast robi się obrzydliwie gorzki. Gorzki i cierpki. Ta ściągająca policzki od środka gorycz zostaje na podniebieniu długo. Stanowczo zbyt długo. Słabo. Ale to nic nowego w przypadku Piotrków z Bagien, niestety.

Nigami White IPA (14,9 Blg, IBU 55, pasteryzowane, niefiltrowane, warzone w Browarze Korab) ma w aromacie na pierwszym planie skórkę pomarańczową, grapefruit, pszenicę, kolendrę – zaskoczenia wielkiego nie ma. Zaskoczeniem – miłym – jest brak dominacji grapefruitowych akcentów chmielu amerykańskiego nad całą resztą. Aromat jest przyjazny nozdrzom, przyjemny, ułożony. W smaku jest dość gładko i słodko, zbożowo, kolendrowo. Zaskakująco przyjemnie. Wydać się może, że wreszcie trafiliśmy na piwowarów, którzy potrafią z sensem i z umiarem zastosować amerykańskie chmiele (wykorzystane tu zostały chmiele Citra, Cascade i Centennial). Robią one za goryczkę – nie gorycz – bardzo przyjemnie kontrują słodycz słodu i skórki słodkiej pomarańczy. Bardzo sympatyczna rzecz. A jeśli pisze to zdeklarowany malkontent amerykańsko-chmielowy, to wielki szacun, Panowie Szpuntowcy. Z nazwą chyba jednak nie wyszło – to piwo wcale nie jest gorzkie. Ale to akurat jest jego zaleta.

Uzi White IPA (14 Blg, pasteryzowane, niefiltrowane, warzone w Browarach Regionalnych Wąsosz) – w aromacie odrobina grapefruita, trochę rumianku, ale głównie karton – szary, nijaki aromat. W smaku jest słodowo, grapefruitowo, ryżowo, karmelowo (!), ziołowo-goryczkowo. Mimo iż smak Uzi jest dość płaski i jednowymiarowy, jest to całkiem przyjemnie zachowujące się na podniebieniu piwo. Nie zraża do siebie kubków, a to krok we właściwym kierunku.

Czas na ranking. Wygrywa – jednogłośnie, bezapelacyjnie i o kilka długości – Nigami. Bardzo fajne piwo, jedno z lepszych IPA, jakie piłem. Na drugim miejscu American Weizen od Birbanta. Na trzecim Uzi, głównie za ewolucję na podniebieniu, za złożoność i harmonię – mimo użycia amerykańskich chmielów. Poza podium ląduje Piotrek z Bagien. Jest bezlitośnie najsłabsze w tej stawce, ale też jest po prostu nieprzyjemnym, niezrównoważonym, zupełnie rozbieganym po podniebieniu napitkiem.

Najlepsza z żon twierdzi natomiast, że owszem, wygrywa (zdecydowanie) Nigami, ale na drugim miejscu jest Uzi. Na trzecim American Weizen, a na końcu Piotrek z Bagien. I niech jej będzie.

środa, 21 października 2015

Łolaboga, amerykańska pszenica!




288. Pinky American Wheat (Browar Brodacz) 5,2%
289. Łan Wheat American Wheat (Reden) 4,8%
290. Albert American Weizen (Wąsosz) 4,9%
291. Młynarz American Wheat (Browar Profesja) 4,2%


Po sukcesach amerykańskich chmielów w psuciu smaku przyzwoitego piwa (poprzedni wpis, belgijskie wity), postanowiliśmy sprawdzić czy nadają się one równie dobrze do psucia innych gatunków piwa. A może jednak istnieje gdzieś między Odrą a Bugiem jakiś piwowar, który wie jak ich użyć z należytym umiarem, zestawić z pozostałymi składnikami i zrobić przyzwoite, smaczne piwo. Okazało się, że spośród dostępnych nam piw, jedynie browary kraftowe porywają się na takie przedsięwzięcia. Stąd też dzisiaj cztey polskie piwa, wszystkie z kraftowych browarów, od rewolucjonistów piwnych. Zobaczmy ile warte jest takie zestawienie – pszenica, amerykański chmiel, kraft. W szranki stanęły dzisiaj piwa w stylu mniej więcej weissbier, czyli z natury pyszne, słodkie, orzeźwiające, owocowe i lekkie, jednak dla odmiany chmielone amerykańskimi, tak modnymi dziś odmianami chmielu. Doświadczenie wskazuje, że nie same chmiele są problemem. Jeśli stosowane umiejętnie, z umiarem, potrafią nadać piwu nową jakość. Jeśli stosowane w nadmiarze, źle skomponowane z resztą składników, potrafią mieć katastrofalny wpływ na ostateczny efekt. Zobaczmy.


Wszystkie pieniły się poprawnie, przy czym najbardziej Łan Wheat, a najmniej Albert. Wszędzie była to piana w miarę trwała – nawet po nieuchronnej redukcji, każde z piw pokryte było cienką warstwą piany, a ścianki były grzecznie pooblepiane jej resztkami. Wszystkie są niefiltrowane, więc zawartość szklanek jest mętna. Albert i Łan Wheat mają barwę o odcień ciemniejszą od pozostałych, choć wszystko odbywa się w granicach barwy charakterystycznej dla jasnych piw pszenicznych – słomkowej.

Młynarz (11,5 Blg, IBU 47, niefiltrowane, niepasteryzowane) pachnie grapefruitem (co za zaskoczenie!), przechodzącym w aromat proszku do szorowania zlewów. Jeśli coś jeszcze w tym aromacie jest, to schowało się skutecznie, lub wyszorowane zostało. Po chwili, wraz z nieznacznym wzrostem temperatury, pojawił się również aromat palonej gumy, choć przyznać trzeba, że chemiczno-grapefruitowa czapa złagodniała nieco. W smaku Młynarz jest wodnisty, grapefruitowo-gorzki, blaszany, ziołowy, piołunowy. Goryczka zalega na podniebieniu i nie pozwala cieszyć żadnymi innymi akcentami.

Albert (12,8 Blg, pasteryzowane, niefiltrowane) pachnie brzoskwinią, ma nutki kwiatowe, ma również nieśmiałe akcenty świeżo krojonej kapusty. Po chwili pojawiają się również akcenty pszenicy, więc wszystko jest OK. Pachnie sympatycznie. W smaku jest wyraźnie pszeniczne, delikatnie cytrusowe (akcenty raczej słodkich cytrusów i ich skórek) oraz owocowe – brzoskwiniowe i truskawkowe. Goryczka jest z gatunku delikatnych i okiełznanych.

Łan Wheat (12 Blg, IBU 23, niefiltrowane, niepasteryzowane) w aromacie ma przede wszystkim nutki grapefruitowe, choć zdecydowanie delikatniejsze i bardziej w stronę słodkiego grapefruita niż Młynarz. Aromat cytrusowy jest na tyle silny, że trudno wyczuć pod nim cokolwiek innego. W smaku jest lekko, orzeźwiająco. Da się wyczuć pszeniczną bazę, akcenty owocowe, w których smakowaniu nie przeszkadza już tak bardzo grapefruitowo-ziołowa goryczka, która trzyma straż tylną.

Pinky (12,5 Blg, IBU 25, niefiltrowane, niepasteryzowane) ma w aromacie nutki grapefruita, ale też innych owoców tropikalnych, głównie kandyzowanego ananasa i truskawek. Lekkie akcenty czarnej herbaty. Na podniebieniu jest lekkie, na granicy wodnistości. Smaku w nim nie przewidziano najwidoczniej, albo z sobie tylko znanych powodów postanowił się nie ujawnić. Chyba, że smakiem nazwiemy atakującą podniebienie bezlitośnie gorycz – jakąś taką grapefruitowo-woskowo-ziołową gorycz, która zalega na podniebieniu i nie pozostawia miejsca na nic innego. No dobrze, jak się dobrze wsłuchać, to da się znaleźć akcenty pszenicy i truskawki z kompotu. Ale trzeba się postarać.

Wygrywa Albert. Bezapelacyjnie, o kilka długości. Jako jedyne smakowane dzisiaj piwo nie przypomina rozwodnionego wywaru ze skórek grapefruita, a wręcz przeciwnie, jest piwem smacznym.  Smacznym, w sensie posiadającym smak. Jedynym z całej czwórki, które zwycięsko wyszło z próby amerykańskiego chmielowego ognia – umiar, kompozycja. Na drugim miejscu jest Pinky. Były propozycje, żeby nie przyznawać trzeciego miejsca, jednak zamiast tego, przeprowadzono dogrywkę-dopitkę. Dopitkę tego, co miało ewentualnie w zlewie wylądować. Werdykt jest taki, że trzecie miejsce przyznano Łan Wheat, a stawkę zamyka Młynarz. Choć powiedzieć trzeba, że bardzo depczą sobie po piętach.