Pokazywanie postów oznaczonych etykietą browar rebelia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą browar rebelia. Pokaż wszystkie posty

piątek, 18 grudnia 2015

APA i coś jeszcze. No i król chyba jednak jest goły.



378. Ratownicze APA (Spółdzielnia Socjalna Dalba) 5,5%
379. Nokota APA (Browar Rzemieślniczy Roch) 5%
380. Złotostockie (Browar Rebelia) 6,1%
381. HedgeHog American Pale Ale (Kraftwerk) 5,5%
382. Atlantik-Ale (Störtebeker) 5,1%

W ramach pozbywania się zapasów piwa z browarów rzemieślniczych – piwa najczęściej nieudanego, nietrafionego, czasem wręcz obrzydliwego – z zamiarem stanowczego ograniczenia kontaktu z czymś, co pić się nie da, dzisiaj na tapetę idą piwa w stylu American Pale Ale. A w każdym razie, trzy z nich deklarują się na etykiecie jako właśnie przedstawiciele tego stylu. Złotostockie jest bardzo tajemnicze jeśli chodzi o przynależność gatunkową. Smakowane jakiś czas temu, tak bardzo przypominało Frankensteina z tego samego browaru, że pomylić by się można. Zakładamy jednak, że w tym towarzystwie nie będzie jakoś specjalnie odstawało.

Bardzo liczymy na to, że charakterystyka stylu – przede wszystkim, niższa goryczkowość niż w AIPA – otworzy drogę do większej złożoności, bardziej pełnego smaku, mniej zdominowane przez te wszystkie Citry, Mosaiki i inne Cascady. Przynajmniej to nam obiecuje BJCP. Mamy zwyczajnie nadzieję na miłe popijanie i delektowanie się smakiem. Okaże się też na ile piwowarzy radzą sobie z zestawianiem zasypu i warzeniem. Bo chmielić bez umiaru, to każdy potrafi.

Do zestawu w ostatniej chwili dołączyło piwo, o którego przynależności gatunkowej też niewiele wiadomo, mianowicie Atlantik-Ale z niemieckiego browaru Störtebeker. Przywiezione dosłownie przed chwilą z Görlitz i zupełnie nam dotąd nieznane, na etykiecie informuje o górnej fermentacji, byciu ale’em, oraz chmieleniu m.in. amerykańskimi chmielami Cascade, Amarillo i Citrą. Nie ma ani słowa o IBU, filtrowaniu, pasteryzowaniu, itp. Termin ważności ma do maja 2016, więc założyć należy, że pasteryzowane było, bo na pierwszy rzut oka widać, że nie ma mowy o żadnej filtracji. Już po nalaniu do szklanki okazuje się że wyraźnie odstaje od pozostałych piw barwą – jest jasne, słomkowe, bliżej mu z wyglądu do piwa pszenicznego niż do typowego ale’a. Jak widać, Niemcy wrzucili tu nieco więcej słodu pszenicznego (choć większość to zdecydowanie jęczmień) i postanowili stronić od ciemnych słodów jęczmiennych na rzecz jaśniejszych. Pozostałe piwa są ciemnobursztynowe, najciemniejsze spośród nich jest Złotostockie. Wszystkie wyraźnie niefiltrowane. Piana wszędzie obfita, gęsta, naturalna, osadzająca się na ściankach szklanek. Niekoniecznie zbyt trwała, za wyjątkiem Ratowniczego, gdzie trzyma się dzielnie najdłużej.

Ratownicze APA (13 Blg, IBU 35, niepasteryzowane, niefiltrowane) – w aromacie cytrusy (nie da się ukryć, że to chmiele amerykańskie), jednak bardziej w stronę pomarańczy, lekko octowy, wyraźnie czuć słód. Aromat przyjemny, raczej zrównoważony.  Po chwili ujawnia się akcent brzoskwini, lekki powiew kartonu. W smaku jest lekkie, bardzo mało treściwe. Akcenty jabłek, brzoskwiń, przykryte cytrusową goryczą, która zalega i już tak sobie leży. Nieśmiałe nutki pieprzowe. Po paru chwilach całość się układa dużo lepiej (czyżbyśmy za bardzo je schłodzili?), do całości dochodzi przyjemny akcent sosnowy. Nie jest tak źle, jak się początkowo wydawało.

Nokota APA (13 Blg, IBU 45, niepasteryzowane, niefiltrowane)  – w aromacie grapefruit, wyraźny ekstrakt z białych błonek. Jest słód, ale ledwo sobie radzi z ujawnieniem się, przyklepany bezlitośnie przez grapefruitowy chmiel. Po paru chwilach przeradza się to w akcenty galaretki cytrynowej w cukrze. W smaku jest dość przyjemnie, słodowo i owocowo. Smak jest w miarę pełny, wyrazisty. Nad wszystkim jednak zalega chmura chmielowej, zalegającej goryczy. I psuje wszystko. Z czasem pojawiają się – w sumie wcale nie nieprzyjemne – akcenty gorzkawej skórki śliwek, plus lekka żywiczność właśnie śliwy. Takie coś, co wypływa spod kory, zastyga, a dzieciaki ssą to pasjami. I tyle dobrego. Stosunkowo dobrego.

Złotostockie (15 Blg, niepasteryzowane, niefiltrowane, refermentowane w butelce, żywe, warzone w Browarach Regionalnych Wąsosz) – aromat bardzo słodki, sporo akcentów miodu, żywica, skondensowane słodkie mleko. Po paru chwilach słodkie akcenty gdzieś uciekają, pozostaje miód, odrobina akcentów lipowych. I grapefruit z żywicą. Czyli to, o co chodzi niektórym. W smaku jest pełne, miodowo-słodowe, karmelowe. Baza jest wyraźnie słodka, miodowo-karmelowa słodycz jest wręcz intensywna. Tutaj jednak charakterystyczna gorycz amerykańskich chmielów niejako dokłada się do całości, do przechodzącej w gorycz słodyczy miodowej, niczego nie kontrując. Na koniec gorycz staje się wszechobecna i obezwładniająca. Całość chaotyczna, rozbałaganiona. Niefajna.

HedgeHog APA (12 Blg, IBU 40, pasteryzowane, niefiltrowane, warzone w Browarach Regionalnych Wąsosz) pachnie słodką kawą z mlekiem, likierem kawowym (Bailey’s), toffi – całość jednak lekko skisła. Wrażenie kiszonki potęguje się z każdą chwilą. W smaku jest… nieświeże, jakieś nadpsute, zatęchłe. Są tam akcenty cukierków Werter’s, jest jakaś słodowość, karmel. Ale jest też wszechobecny chmiel. Amerykański chmiel. A na dodatek chyba z dostawy, która listonoszowi wpadła w błoto. Obrzydliwy.

Atlantik-Ale (11,4 Blg) – aromat bardzo delikatny, akcenty woskowe, lekko pszeniczne, cytrusowe. Wyraźnie da się wyczuć obecność amerykańskich chmielów, jednak jest ona tutaj umiejętnie wkomponowana w niezbyt może porywającą, ale harmonijną całość. W smaku jest pełne, słodowe, owocowe, najlepiej – jak dotąd – poukładane z chmielowymi akcentami cytrusa i żywicy. Goryczka jest tu goryczką, kontruje słodycz słodowej bazy, nie zalega, a przyjemnie ożywia całą kompozycję. Jedno z lepszych piw chmielonych po amerykańsku, jakich dotąd próbowałem.

Generalnie, poza Atlantik-Ale i być może trochę Ratowniczym – wrażenie picia tego, co wyżęto ze ścierki do podłogi, a co dla smaku doprawiono najlepszym na rynku, amerykańskim koncentratem chmielowym. Jeśli przypomnieć sobie co napisano na samym początku, nienajlepiej świadczy to o naszych piwowarach rzemieślniczych. A może to „rzemieślniczy” to nadużycie? Może trzeba ich określać mianem „czeladniczych”? Kto wie, może się kiedyś nauczą, nie należy tracić nadziei. Ciekawe dlaczego Niemcom udało się skomponować amerykańskie chmiele w coś więcej niż grapefruitowe popłuczyny. Może u nich tam piwo warzą ludzie, którzy potrafią to robić. Cholera, kto wie?...

Ranking dzisiejszy to złoto dla Atlantik-Ale. Na drugim Ratownicze. Na podium jeszcze znalazło się u mnie Nokota. Złotostockie poza podium, a tyły zabezpiecza HedgeHog. Choć, szczerze mówiąc, od trzeciego miejsca to już wszystko jedno. Kwestia tylko poziomu obrzydzenia.

U najlepszej z żon, ranking bardzo podobny, jedynie HedgeHog u niej wyskoczył dwa miejsca wyżej, na najniższy stopień podium. Kolejność wszystkich pozostałych taka sama – Atlantik-Ale, Ratownicze, HedgeHog, Nokota, Złotostockie.

Skończyło się to tak, że 2/3 zawartości szklanek trzech piw wylądowało w zlewie. Ot, i APA

niedziela, 6 grudnia 2015

Assorted IPA



369. Wrężel East Coast IPA (Browar Wrężel) 6,8%
370. Brok IPA (Van Pur) 6%
371. Piotrek z Bagien Black IPA (Browar Rzemieślniczy Jan Olbracht) 6%
372. Frankenstein (Browar Rebelia) 6,1%
373. Lost Weekend Rye India Black Ale (Browar Raduga) 6,5%

To już chyba ostatnie butelki IPA zalegające w naszej piwnicy. Chyba że ku własnemu przerażeniu odkryję jeszcze ze dwa kartony jakiejś Pinty, Redena, czy Kraftwerku w trakcie przedświątecznych porządków. Sama myśl jest tak paraliżująca, że natychmiast postanawiam kontynuować wieloletnią tradycję i w tym roku również nie sprzątać w piwnicy. Tak czy inaczej, wymiatanie zapasów oznacza różne odmiany, różne wcielenia gatunku India Pale Ale obok siebie na naszym stole.

I tak, do szklanek nalewam dziś East Coast IPA z Browaru Wrężel, przedziwne India Pale Ale rzucone ostatnio na rynek przez Van Pur, czyli Brok IPA, kolejnego Piotrka z Bagien z Browaru Rzemieślniczego Jan Olbracht – tym razem jest to Black IPA. Ciekawi nas bardzo Frankenstein z browaru Rebelia w Ząbkowicach Śląskich. Tradycyjnie kibicujemy lokalnym, dolnośląskim inicjatywom, a więc i Rebelii. Z drugiej strony, nie darzymy zbyt wielką estymą browarów kontraktowych, więc jakieś rozdarcie wewnętrzne nam się kroi. Pal go sześć, niech się broni samo piwo. Wiele obiecujemy sobie po kolejnym piwie pochodzącym z Browaru Raduga (też kontraktowiec wszak!), który jeszcze chyba nigdy jakoś boleśnie nas nie zawiódł. Nawet jak ładował w swoje piwo tzw. nowofalowe chmiele.

Przy okazji, być może nie wszyscy wiedzą, że Ząbkowice Śląskie, z których pochodzi Rebelia, to po niemiecku (a przecież jeszcze do 1945 roku było to niemieckie miasteczko) właśnie Frankenstein. Pewno stąd inspiracja nazwy piwa ząbkowickich rebeliantów. To tak gwoli wyjaśnienia, oświecenia, wymądrzania się. Z grafomańskich efektów twórczości literackiej chłopaków z Ząbkowic nie będę się nabijał. No nie będę. Jeśli mogę coś poradzić, to następnym razem skonsultujcie tekst z kimś, kto ma choć trochę ogłady literackiej i zna zasady ortografii i interpunkcji. A może wczytajcie się w dzieła owych dawnych kronikarzy, z których zapisków udało Wam się „odnaleźć ów przepis, dzięki któremu pijesz owy trunek.”

Nalane do szklanek, Lost Weekend i Piotrek z Bagien są bardzo ciemne, niemal czarne. Zgodnie z deklaracją. Frankenstein ma barwę ciemnego bursztynu i jest ewidentnie niefiltrowane, mętne. Brok jest jasnobursztynowe, a Wrężel – najjaśniejsze w zestawie, ciemnosłomkowe.

Piana wszędzie poprawna, naturalna. Najmniej trwała i z największą ilością średnich pęcherzyków na Frankensteinie, najbardziej obfita i trwała na Wrężelu. Poza dwoma ciemnymi piwami (Lost Weekend i Piotrek z Bagien), gdzie jest ona barwy beżowej, piana jest biała, a w najlepszym razie barwy delikatnego ecru.

Wrężel East Coast IPA (16,5 Blg, IBU 70, pasteryzowane, niefiltrowane, warzone w Browarze Zarzecze) pachnie przede wszystkim cytrusami, przez które przebija się słód i karmel. Są tam też owoce tropikalne (jakieś mango?), lekka żywica. Truskawki z kompotu. Jak na IPA, aromat jest łagodny, ułożony i przyjemny. W smaku na pierwszym planie intensywna grapefruitowa goryczka, która początkowo przesłania wszystko i na chwilę paraliżuje kubki smakowe. Jak już chłopaki dojdą do siebie, zaczynają dostrzegać trochę więcej – jest tam trochę słodu, są owoce – znowu te truskawki, trochę kandyzowanych owoców tropikalnych. Co z tego, jeśli żywiczno-grapefruitowa gorycz (już nie goryczka) zalega na podniebieniu i z każdym łykiem coraz bardziej przeszkadza cieszyć się smakiem piwa. Jezus, Maria, wywar z chmielu sobie zgotujcie i pijcie do woli, natomiast przed warzeniem piwa sprawdźcie w słowniku znaczenie słowa „umiar”, panowie piwowarzy. Koniec końców, obrzydliwe piwo. Na pewno nie zostanie dopite do końca.

Brok IPA (13,7 Blg, pasteryzowane) aromat ma zdecydowanie mniej intensywny, mniej wyrazisty niż Wrężel. I całe szczęście, bo w nim jakaś mdła rabatka kwiatowa, jakieś bagienko, jest trochę stęchłego słodu, coś próbują robić chmiele, ale też chyba zdążyły zwietrzeć zanim trafiły do tego piwa. I jakaś sałatka warzywna minus majonez. Głównie bezlitośnie rozgotowana marchewka. Aromatyczna kicha. A co z jego smakiem? Po przechmielonym Wrężelu, zupełnie bezpłciowe Brok IPA smakuje jak ambrozja. Ale tylko pierwszy łyk, tylko spłukanie tamtego świństwa sprawia jakąkolwiek radość w tym kolejnym produkcie piwopodobnym dzisiejszego wieczoru. Już na drugi łyk, w smaku jest to samo, co w aromacie – jakieś zwietrzałe słody (tego akurat jest sporo), nieprzyjemny karmel, zero życia, zero radości. Wielkie nic. Szklanka wręcz krzyczy do mnie: „Nie pij ze mnie więcej!” Ręka omdlewa gdy ją po nie wyciągam. Zatoki nosowe zalewają się płynem, który tylko Nasodren mógłby usunąć (a Nasodrenu jak na lekarstwo), i nie pozwalają brukać powonienia tym czymś. Jezu, niech ktoś wreszcie zrobi dobre piwo! Marne szanse by tym kimś był Van Pur. Dyskwalifikacja.

Piotrek z Bagien Black IPA (15 Blg, pasteryzowane, niefiltrowane) w aromacie ma przede wszystkim nutki żywiczne, taką świeżą żywicę sosnowa, grapefruit, palony słód, generalnie spalenizna, lukrecja, kandyzowane owoce tropikalne. Pachnie harmonijnie, przyjemnie, wielowarstwowo. Zapowiada się ciekawie. Smak jest pełny, początkowo przyjemny, obiecujący. Akcenty palonego słodu, kawy, gorzkiej czekolady, lukrecji. I co? I to wszystko? Ach nie, jest jeszcze grapefruitowa goryczka, błąkająca się po podniebieniu trochę bez pomysłu na siebie i bez ochoty na twórczą interakcję z pozostałymi akcentami. W pewnym momencie, tylko na chwilę, walnęło jodyną. Kurcze, słabo, kiepsko, nieprzyjemnie. Na koniec zwyczajnie cierpko. Aż strach pomyśleć jaka była konkurencja na tym poznańskim konkursie nie tak dawno, gdzie zdobyło ono brązowy medal…

Frankenstein (15 Blg, IBU 80, pasteryzowane, niefiltrowane, warzone w Browarach Regionalnych Wąsosz) pachnie słodowo, ciężko, karmelowo. Cytrusowo-żywiczne akcenty chmielu nie dominują, jak można by się spodziewać po IBU 80, ale też jakoś nie potrafią się wkomponować w całość. Nie, nie ma tu poszukiwanej przeze mnie harmonii, ładu. Jest chaotycznie narzucana paleta akcentów, z których żaden nie wie po co się tu znalazł i dlaczego akurat w tym towarzystwie. I z żadnym z pozostałych nie jest mu po drodze. Słabo, choć bywało gorzej. W smaku jest karmelowo. Ciężko karmelowo. Aż trudno się domyślić, że ta słodycz do zasługa słodu. Czy też słodów. Zbożowości tu jak na lekarstwo. Na ten karmel nakłada się żywiczno-grapefruitowa goryczka. I już, po zabawie. No dobra, jakieś owoce, jakby marmolada wieloowocowa. Słodycz – i karmel i owoce – robi się dość szybko klejąca, siedzi z tyłu podniebienia, a po niej skaczą te grapefruity i żywica. No naprawdę… Chciałoby się wreszcie zachwycić którymś, a tu ni cholery, nie dzisiaj, kolego. OK, jest to piwo, które nie odstrasza, nie jest to nawet piwo, o którym chciałoby się szybko zapomnieć. Ale pamiętać o nim też się nie chce. Bo i po co?

Lost Weekend Rye India Black Ale (IBU 70, pasteryzowane, niefiltrowane, warzone w PPHU Jamard Marianna Kacprzak) ma w aromacie słód, karmel, czekoladę, żywicę, kawę rozpuszczalną, melasę, cytrusy grapefruitopodobne. Aromat jest intensywny, obiecująco poukładany. W smaku jest żyto, jest spalenizna, jest  żywica, jest gorzka czekolada. I kawa. I to wszystko jest gorzkie. I to wszystko wcale nie chce być przyjemnie gorzkie. Jest po prostu gorzkie. Ostatnim wysiłkiem woli doszukać się można jakiegoś słodu, jakiejś przyzwoitej bazy smakowej. Kolejne piwo biorące udział w wyścigu o wysokie IBU, o zniszczenie kubków smakowych piwoszy, o tanie wrażenie, niską satysfakcję. Nie podoba mi się. O, Buddo (czas najwyższy chyba bóstwo zmienić w wykrzyknikach), nie ma dzisiaj nic, co by zrobiło dobre wrażenie. Jak tu żyć?

Trzeba by je jakoś ustawić w kolejności, wykazać się umiejętnością oceny… Co oznacza, że muszę wziąć jeszcze co najmniej po jednym łyku. The nightmare continues… Dobra, będę dzielny. Przy wszystkich zastrzeżeniach, o których wyżej, wygrywa Frankenstein. Na drugim plasuje się Piotrek z Bagien. Trzecie jest Wrężel East Coast IPA. Poza podium ląduje Lost Weekend – to chyba pierwsza u nas tak niska pozycja piwa z browaru Raduga, pierwsze spore rozczarowanie. Brok IPA w ogóle nie kwalifikuje się do jakiejkolwiek oceny. Dzisiaj żadnych protokołów rozbieżności, żadnych sporów.


poniedziałek, 12 października 2015

Polska - Irlandia 2:1



Pięciu zawodników przedstawionych na zdjęciu wspomagało nas wczoraj podczas śledzenia – z zapartym tchem – kolejnej odsłony dramatu polskiej reprezentacji narodowej w piłkę nożną. A że przeprowadzka, rozsypka, kartony, to i niezainstalowana telewizja, a pilot, za pomocą którego można by przestroić radio, też został uznany za zaginionego, tak więc poczynania naszej jedenastki śledziliśmy w internecie, w serwisie BBC Live. No i omal nie poświęciłem kolejnej ofiary – nie wierząc w mechanizm automatycznego odświeżania strony, waliłem w klawisz F5 tak, że niemal oddzielił się od klawiatury i jeszcze trochę, a stworzyłby autonomiczny oddział protestu przeciwko przemocy.

Wracając jednak do naszych pięciu zawodników ze zdjęcia. Naturalnie, w atmosferze emocji sportowych nie było mowy o jakiejś głębszej analizie popijanych piwek. Nie to, zresztą, było naszym zamiarem. Nasunęło się jednak szereg refleksji, na które być może nie ma zwykle czasu podczas bardziej dogłębnej rozbiórki tego, co na podniebieniu.

Przede wszystkim, Warmińskie Rewolucje. Co prawda, piwo to było już tutaj omawiane i poległo w konkurencji z paroma innymi, ale… Być może lepsza warka, być może w Kormoranie nie zasypiają gruszek w popiele, być może rzeczywiście się starają, być może to ta pasja, o której mowa na butelce. Cokolwiek by nie było, jest to piwo, na które czekałem – robione w browarze regionalnym, nie w żadnym koncernie czy przez jakąś efemeryczną lotną brygadę zwaną browarem (!) kontraktowym. Daje nadzieję, że będzie dostępne w miarę regularnie, przynajmniej tam, gdzie jest warzone. Jest to lager. Lager, który udowadnia, że nie trzeba czarować, spinać się i dziwaczyć, żeby zrobić dobre piwo. Piwo dolnej fermentacji, o smaku czystym, orzeźwiającym, chmielone lokalnymi, polskimi chmielami. I o to chodzi! Osobiście uważam, że to jest przyszłość polskiego browarnictwa. Nie jakieś tam nadęte kraftowe rewolucje, tylko dobre, staranne, regionalne rzemiosło.

Przewinęła się nam przez lodówkę również nowość z Żywca, a mianowicie wypuszczone niedawno na rynek Saison. I tu bardzo pozytywne zaskoczenie. To już któraś z kolei wysuszona butelka – i podoba się jak za pierwszym razem. Za długo żyję na tym świecie, żeby uwierzyć w całą tę historię o tym, jakoby to konsumenci rzeczywiście mieli wpływ w głosowaniu na styl piwa, który ma być warzony przez Grupę Żywiec. Mam wrażenie, że Żywiec odrobił bolesną lekcję z APA. APA miała pewną podstawową wadę marketingową – poza tym, że była/jest słabym piwem po prostu – mianowicie zbyt łatwo znaleźć na rynku odpowiedniki, dostępnych jest zbyt wiele piw o podobnym charakterze, zbyt łatwe i oczywiste jest porównanie z konkurencją, nawet jeśli to kraftowe pchły przy koncernowym słoniu. I w większości przypadków wypada na niekorzyść Żywca. Grupa Żywiec potrzebowała piwa, które będzie wyjątkowe, z którego profilem konsumenci są słabiej zaznajomieni, którego charakterystyka jest na tyle otwarta i pojemna, by uzasadnić ewentualne odstępstwa. Słowem, które będzie bezkonkurencyjne. Saison w dużej mierze spełnia te kryteria. Jeśli jeszcze dorzucić do niego gorzką skórkę curacao, by zepchnąć je w stronę tak popularnego wśród wyznawców kraftu stylu amerykańskiego, a może nawet podchmielić – przynajmniej częściowo – jakimś amerykańskim chmielem (tylko ja go tam czuję?), to wielbiciele kraftu są kupieni. Sprytnie i bezlitośnie.



Ciekawostką jest Browning, piwo w stylu Belgian IPA firmowane przez browar kontraktowy Kraftwerk. Eleganckie, z nienatarczywymi akcentami chmieli amerykańskich, ale też całą masą innych nutek aromatyczno-smakowych. Czyżbym miał zmienić zdanie na temat wyrobów kraftowych? A może po prostu piwowarzy z Kraftwerk staranniej się tym razem przyłożyli – i do doboru dobrych jakościowo surowców, i do samego procesu warzenia piwa? Może im też już znudziły się piwa, w których czuć tylko i wyłącznie amerykańską goryczkę? Tak czy inaczej, piwo wyszło im przednie. Jeszcze niech teraz zainwestują w sprzęt i otworzą prawdziwy browar, w którym sami będą warzyć swoje piwo. Wszystkim to wyjdzie na zdrowie.

Wielkokoncernowe Książęce Burgundowe łyknąłem przelotnie tylko. Za mało, by się wypowiedzieć szerzej, jednak ono też gęby nie wykręciło, kubków smakowych nie zmasakrowało. Wydaje się być przyzwoitym piwem i być może warto mu się przyjrzeć bliżej przy najbliższej okazji. Złotostockie natomiast, z kontraktowego browaru Rebelia z Ząbkowic Śląskich, zaprezentowało w doskonałej formie wszystko to, z czego ewidentnie wyrósł już Kraftwerk. Co prawda, etykieta i konkretykieta milczą na temat prezentowanego przez piwo stylu – co osobiście bardzo cenię, piwo ma wszak smakować, a nie epatować skomplikowanym i egzotycznymi nazwami – ale do dobrego piwa jest mu pewno mniej więcej tak daleko, jak Tyskiemu Klasycznemu. Jego smak podsuwa wyobraźni obrazy pani ze zmiotką, ganiającej po hali magazynu chmielów amerykańskich, zmiatającej wszystko, co się rozsypało i wrzucającej do kadzi z warzonym właśnie piwem. Bez baczenia na jakość sypanego chmielu (czy jego ekstraktu), bez umiaru, bez troski o cokolwiek innego niż czystość podłogi. Efektem jest piwo chaotyczne, przechmielone, obrzydliwe.

Tak więc, jeden wieczór przyniósł trzy zachwyty, i to po równo – jeden koncernowy, jeden regionalny, jeden kraftowy. I zdecydowaną niechęć. Tym razem do kolejnego krafciaka. Do poszczególnych piw jeszcze wrócimy przy okazji naszych tradycyjnych porównań, ale jakoś tak ulało mi się już dziś, na świeżo. Nie chciałem żeby się przeterminowało.