Pokazywanie postów oznaczonych etykietą browar zamkowy cieszyn. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą browar zamkowy cieszyn. Pokaż wszystkie posty

sobota, 31 grudnia 2016

Owocowe zakwasy



606. Maja (Browar Olimp) 4,9%
607. Malinowy Beret (Browar na Jurze) 3%
608. Różowa Pantera (Browar na Jurze) 5%
609. Fruit Wheat Cieszyński (Browar Zamkowy Cieszyn) 5,5%

Już tyle czasu minęło od letniego sezonu na owoce, tak bardzo doskwierają syntetyczne witaminy  do organizmu wprowadzane, że człowiekowi ckni się do tych krzaków obwieszonych świeżymi malinami, truskawkami, jagodami. A w sklepach jedynie sztucznie pędzone, z dalekich krajów sprowadzane, niesmaczne, drogie… Czas pocieszenia w piwie poszukać. Coby w nowy rok wejść z optymizmem na obliczu wymalowanym. A że człowiek na co dzień skwaszony chodzi, ideałem byłyby owoce na kwaśno w celu uniknięcia szoku witaminowo-fruktozowego. Takich właśnie piw szukaliśmy na półkach zaprzyjaźnionego sklepu Po Robocie. I takie właśnie postawiliśmy przed sobą na stole w przedostatni wieczór tego roku. No bo w Sylwestra to raczej wino i szampan. A właściwie cava. Czyli stoutowo raczej.

Pomysł na szukanie owoców w piwie poparł Browar Zamkowy Cieszyn, który uwarzył niedawno nowego Grand Championa Konkursu Piwowarów Domowych, a mianowicie Fruit Wheat Cieszyński – piwo ze sporą dozą pszenicy w zasypie i toną liofilizowanych truskawek na litr brzeczki. A może te proporcje były jednak trochę inne? Nieważne. Fruit Wheat znalazło się u nas na stole i tyle. AS przygnała je tu nasza ciekawość – ubiegłoroczny Grand Champion dał się lubić, choć reprezentował mało przez nas lubiany gatunek, czemu więc tegoroczny miałby być gorszy? Tym bardziej, że naczytaliśmy się w Internetach (a nawet nasłuchaliśmy) jaki to on słaby, jaki nierewelacyjny, jaki on tylko co najwyżej „OK”. A jeśli brać hopheadzka tak pisze/mówi, to znaczy, że piwo jest albo zupełnie do bani, albo jest całkiem niezłe.

Do towarzystwa dobraliśmy temu czempionowi dwa piwa z Browaru na Jurze – Malinowy Beret i Różową Panterę. Po pierwsze dlatego, że Browar na Jurze awansował ostatnio do grona naszych ulubionych (i chyba nawet przyjdzie niedługo czas, by dać drugą szansę tak bardzo zjechanej przez nas niegdyś Ju-Rajskiej Pomarańczy!), a smakowane niedawno Jurajskie Świąteczne przyprawiło nas o spazmy rozkoszy. A że akurat w ofercie były dwa owocowe piwa stamtąd, trudno o lepszą okazję by się przekonać co oni mają do powiedzenia w tym temacie.

Na koniec do zestawu doszlusowaliśmy Maję z Browaru Olimp, Sour Pale Ale z marakują. Ta marakuja trochę słabo pasuje nam do idei powrotu do letnich, rodzimych owoców, ale co tam, sztuka jest sztuka. Jest kwas, są owoce – mieści się w szerokich ramach konwencji dzisiejszego wieczoru, wszak dodatkowo amerykańskie chmiele owoców tam powinny dorzucić sporo, a że jest kwas i są owoce, to już powinno wystarczyć za kwalifikację do dzisiejszej stawki. No i sporo dobrego o Browarze Olimp słyszeliśmy, a chyba nie było dotąd okazji, by się z nim bliżej zapoznać. Chyba nie było. Chyba…

Podsumowując, mamy dziś na stole (1) Maję, piwo z Browaru Olimp, określające się na etykiecie jako Sour Pale Ale, warzone z dodatkiem marakui, chmielone Citrą, Magnatem, Cascade i Oktawią; (2) Malinowy Beret z Browaru na Jurze, piwo górnej fermentacji, zakwaszone bakteriami fermentacji mlekowej, warzone z udziałem świeżego rabarbaru, z dodatkiem soku z malin, chmielone Marynką, Hallertauer Tradition i Amarillo; (3) Różową Panterę z Browaru na Jurze, z dodatkiem soku z różowych grapefruitów i świeżego rozmarynu, chmielone amerykańskimi Columbus, Citrą, Cascade i Mosaic; oraz (4) Fruit Wheat Cieszyński, piwo górnej fermentacji, z dodatkiem liofilizowanych truskawek, chmielone chmielem Kazbek, zwycięzcę Konkursu Piwowarów Domowych 2016.

Ogromny plus dla Browaru na Jurze za niesranie się z informacjami o zawartości ekstraktu, gatunku piwa, czy poziomie IBU. Zawsze twierdziłem, że to nikomu niepotrzebne. Dobre piwo obroni się samo, kiepskiemu nie pomoże cała litania informacji na etykiecie. Tak trzymać. Oby tylko piwa były dobre, cholera.

Tak czy owak, siadamy do ostatniej – teraz już na pewno – sesji piwnej w tym roku, zdejmujemy kapsle, lejemy w szklanki, lejemy w pysk…

Już podczas nalewania do szklanek widać, że mamy dziś do czynienia z dziwolągami. Malinowy Beret jest… malinowy. W barwie, znaczy. Piana na nim słaba i nietrwała, dość szybko redukuje się do zera. Piana na Różowej Panterze też pożal się Boże. Fruit Wheat też jakieś różowe. Z wyglądu piwo najbardziej przypomina jedynie Maja – żadnych udziwnień, tylko nieco mętne, ciemnosłomkowe piwo.

Maja Sour Pale Ale (12 Blg, IBU 30, pasteryzowane, niefiltrowane, warzone w Browarze Bytów) – na pierwszy rzut nosa, wyraźnie czuć amerykańskie chmielenie, a więc owoce tropikalne, żywica, jest trochę agrestu, są też akcenty grzybów leśnych. I całe mnóstwo farby emulsyjnej. Wśród wspomnianych owoców tropikalnych jest też obiecywana na etykiecie marakuja, ale nie ma jej tu jakoś wyraźnie więcej niż w piwach chmielonych po amerykańsku, a warzonych bez dodatku owoców. Jakaś ściema, panie… Po raz kolejny mamy do czynienia z piwem, o którym trudno powiedzieć cokolwiek na podstawie aromatu. Może być dobrze, może być słabo. Zobaczymy, jak już sobie w gardła wlejemy. A więc wlewamy.
Smak jest trochę za bardzo wodnisty, za lekki. Zero ciała. A doznania smakowe? Człowiek ma wrażenie, że pije farbę emulsyjną z wiaderka. Bo się zapomniał podczas remontu i sięgnął nie po to naczynie. Jest tam odrobina sosnowości, żywicy, odrobina ziołowości. I jest trochę wody, w której moczono suszone grzyby przed wigilijnym kucharzeniem. Ani śladu owoców. Kolejne łyki, kolejne szanse. I kolejne fale farby emulsyjnej wlewanej do gardła. Ktoś przy stole (nie ja, a jest nas dwoje) powiedział, „to zwyczajnie jebie remontem”. Nie, zarzucamy wszelkie próby zrozumienia co artysta chciał przez to piwo powiedzieć. Wylewamy.
Kategoria: DO ZLEWU

Malinowy Beret (pasteryzowane, niefiltrowane) – w aromacie wyraźne maliny, a właściwie syrop malinowy, poza tym nieco mniej wyraźny, ale zdecydowanie obecny rabarbar. Tradycyjna oranżada. Czarna herbata z sokiem malinowym. Echo czarnych jagód. I tyle. Nie pachnie to na pewno jak piwo i właściwie piwa – jak dotąd – nie przypomina.
Smak jest malinowy, bardzo wyraźnie malinowy. I kwaśny. Kwaśny sokiem rabarbarowym głównie. I jakoś tak sympatycznie połączona jest ta malina i ten kwas. Są tam jeszcze jagody i białe porzeczki, również pięknie wkomponowane w całość. Pyszne, bardzo ciekawe piwo. Świetnie skomponowane smaki, które działają jak wehikuł czasu w płynie – pozwalają przenieść się choć na chwilę do smaków dzieciństwa, do wakacji u babci, gdzie się sporządzało sok malinowy, gdzie gryzło się zamoczony w cukrze rabarbar. I zaczynam się bać, że te sentymenty biorą górę nad wrażeniami stricte smakowymi. Tak czy inaczej, piwo doskonałe, tego nie można mu odmówić.
Kategoria: JESZCZE RAZ TO SAMO

Różowa Pantera (pasteryzowane, niefiltrowane) – w aromacie przyjemna, wyrazista sosna, bardzo wyraźny rozmaryn, grapferuit (sok, miąższ, nie skórka), trochę żywicy, w sumie powiew z lasu po selektywnej wycince – bo jest tu i igliwie i żywica. Plus cytryna i pomarańcza. Bardzo wyrazisty, przyjemny aromat.
Smak… Nalałem sobie w gębę, ustawiłem palce nad klawiszami, by pisać… I nie chce mi się. Sięgam po kolejny łyk. Co za piwo… Najpierw atak przebogatej słodyczy owoców egzotycznych, po chwili do głosu dochodzi rozmaryn i rozgania nieco tę słodycz. A już po kolejnej chwili z obydwu flanek atakuje grapefruit ze swoją delikatną goryczką i kwaskowością. I nie ma śladu po tej początkowej słodyczy. Dawno nie miałem w ustach piwa, które by tak doskonale, klasycznie wręcz pokazywało co można zrobić na podniebieniu odpowiednio ustawiając smakowych żołnierzy, gdzie w ustach dzieje się ewolucja trwająca dobrych kilkanaście sekund. A może dłużej. A potem zostaje już tylko posmak słodkiego grapefruita i odrobina ziołowości. Coś pięknego! Padł dzisiaj przy stole zarezerwowany dla zjawisk nadprzyrodzonych okrzyk „O k**wa, jakie piwo!” I to nie z ust faceta, jeśli to może o czymś świadczyć.
Kategoria: CUD, MIÓD, MALINA

Fruit Wheat Cieszyński (12,5 Blg, pasteryzowane, niefiltrowane) – w aromacie wyraźnie czuje się tu truskawki, i to fajnie się je czuje. Nie jest to aromat syntetyczny, bardziej jak truskawki z kompotu, z lekkim poziomkowym zacięciem. Poza tym, odrobina kolendry, nieco pszenicy, nutka sernika na zimno, odrobina drożdży. Czyli w sumie żadnego zaskoczenia. Całość przyjemnie lekka i zgrabnie skomponowana.
Smak lekki, wyraźnie truskawkowy, wyraźnie kwaskowy. Truskawki w smaku również wpadają w lekki odcień poziomkowy. Odrobina melona i niedojrzałych bananów. Może troszeczkę za bardzo wysycone, ale pije się je przyjemnie. Niewielką różnorodność, rozpiętość, jeśli chodzi o akcenty smakowe nadrabia szlachetną elegancją, wyrazistością. Szkoda, że smakowane w zimie, bo to piwo zdecydowanie nie na tę porę roku. Aż się prosi na letnie upały, wówczas robiłoby naprawdę dobrze. Tak czy owak, świetne piwo, choć zdecydowanie nie zachwyci zwolenników mocnego uderzenia w kubki smakowe.
Kategoria: JESZCZE RAZ TO SAMO

Czas by to podsumować, ustawić w jakiejś kolejności zachwytu – bo tak na to dzisiaj trzeba patrzeć. Podchodziliśmy do dzisiejszych piwek z dużą dozą sceptycyzmu. Teraz (tekst ten powstaje na żywo, jak w zdecydowanej większości przypadków) odbywa się dość ożywiona dyskusja na temat dzisiejszego rankingu. Co do pierwszego miejsca nie ma najmniejszych wątpliwości. Nie ma wątpliwości które piwo dzisiaj przegrywa z kretesem. Problemem okazuje się miejsce drugie i trzecie. Piękniejsza połowa naszego duetu rozpływa się w zachwytach nad Malinowym Beretem, ja z kolei uważam, że drugie miejsce należy się Fruit Wheat z Cieszyna. Ostatecznie nam tutaj o piwo chodzi, a Fruit Wheat jest zdecydowanie bliżej tego zjawiska. Jest bardziej złożone, bardziej szlachetne i eleganckie. Przyjdzie nam podpisać protokół rozbieżności.

Mój ranking wygląda dziś tak:

1. Różowa Pantera
2. Fruit Wheat
3. Malinowy Beret
4. Maja

Niewiasta jednak na drugim miejscu stawia Malinowy Beret, spychając Grand Championa na pozycję trzecią. Niech więc tak będzie. U niej niech tak będzie.

Składaliśmy już noworoczne życzenia przy okazji poprzedniego wpisu, prawda? Składamy je raz jeszcze. Niech się nam w tym Nowym 2017 Roku piwkuje jak najmilej! A i inne radości niech z drogi nam wszystkim nie schodzą. Do siego!


Wszystkie smakowane dzisiaj piwa kupione zostały w sklepie Po Robocie, ul. Westerplatte 9, Świdnica.

wtorek, 11 października 2016

Jubileuszowo ze szwestką




562. Porter Cieszyński (Browar Zamkowy Cieszyn) 9,8%
563. Porter Jubileuszowy ze Szwestką (Browar Zamkowy Cieszyn) 10,5%
---. Komes Porter Bałtycki (Browar Fortuna) 9%
---. Okocim Mistrzowski Porter (Browar Okocim) 8,9%

Dużo niedobrego powiedziano, a przede wszystkim napisano w ostatnim czasie na temat Porteru Jubileuszowego z Browaru Zamkowego Cieszyn – a to, że drogi, a to, że w Tesco sprzedają go po cenie niższej od hurtowej dla tzw. sklepów specjalistycznych, że to strzał w kolano browaru, a to wreszcie, że to kiepski porter. Szczególnie to ostatnie zwykle włącza mi tryb przymusu spróbowania. Bo jeśli wśród tzw. beergeeków, czy tam hopheadów, mówi się o piwie, że jest słabe, to istnieje wielka szansa, że faktycznie piwo jest dobre. Tym bardziej, jeśli mowa o piwie uwarzonym przez któryś z godnych zaufania browarów – Amber, Kormoran, czy właśnie Browar Zamkowy Cieszyn.

No i stało się, że w ręce wpadł mi Porter Jubileuszowy z Cieszyna. A że w piwnicy stały jeszcze trzy inne portery, nie trzeba było szukać pretekstu, by przelać je do pokali i sprawdzić jak to jest z tym Jubileuszowym. Tym bardziej, że rzeczywiście, cena jest z księżyca (59,99 zł za pół litra plus okolicznościowy pokal). No i nie można było nie zestawić tego wynalazku ze zwykłym porterem właśnie stamtąd, z tego samego browaru, zobaczyć czy rzeczywiście robią nas na szaro, czy rzeczywiście nie warto wydać sporej kasy za przywilej smakowania piwa z limitowanej edycji, z indywidualnie numerowanej butelki (10438 w naszym przypadku), i tak dalej. Jak przypomni mi się casus ubiegłorocznego Porteru Grudniowego od Ciechana, to aż boję się sprawdzać co tam jest w środku.

Dżentelmeni nie rozmawiają o pieniądzach, więc kwestię ceny tego porteru odłóżmy na bok i skupmy się na tym, co za nią otrzymaliśmy. Porter Jubileuszowy z Cieszyna zapakowany jest w elegancką tubę, już na pierwszy rzut oka zbyt wysoką, by miała zawierać tylko półlitrową butelkę. Po otwarciu okazuje się, że wewnątrz, starannie zabezpieczony gąbką, znajduje się również gustowny, okolicznościowy pokal. Sama butelka i etykieta stanowią jedno z bardziej eleganckich opakowań piwa, jakie miałem w ręku. Słowa uznania dla browaru za odpowiedni wybór firmy zajmującej się dizajnem.

Porter Jubileuszowy uwarzony został z okazji 170-lecia Browaru Zamkowego Cieszyn, leżakował 18 miesięcy zanim trafił do butelek. W jego recepturze znalazły się suszone śliwki, a podczas leżakowania wykorzystano wiórki dębowe z beczek po whisky.

 Żeby dopełnić obrazu sytuacji, pozostałe dzisiejsze portery sroce spod ogona nie wypadły. Poza Porterem Cieszyńskim, który ukazał się na rynku rok temu i chyba nie zdążył jeszcze zebrać żadnych znaczących nagród (chyba że się mylę), i Komes i Okocimski Porter Mistrzowski uhonorowane zostały wieloma nagrodami, w tym takimi dość prestiżowymi. Tak więc Porter Jubileuszowy ma dzisiaj poważną konkurencję.

No dobra, nalejmy, bo jestem ciekaw co tu się dzisiaj wydarzy. Komes i Porter z Okocimia już się przelewały nam przez podniebienia, zrobiły niezłe – o ile pamięć nie zawodzi – wrażenie. Choć co do porteru okocimskiego wydaje się, że niekoniecznie wybitne. Porteru Cieszyńskiego (tej podstawowej wersji) nie piliśmy jeszcze nigdy. Czas najwyższy nadrobić tę zaległość, wszak już kilka razy pisaliśmy tu, że Browar Zamkowy Cieszyn jest jednym z niewielu browarów w Polsce, które nie zawodzą, które naprawdę potrafią zrobić dobre piwo.

Piana – jak to na porterach – sporo jej początkowo, ale dość szybko opada i redukuje się do pojedynczej warstwy upakowanych jeden obok drugiego bąbelków. I to na wszystkich czterech. Jedynie Jubileuszowy zostawił jakieś ślady tego opadania na ściankach naczynia. Pierwszy plus dla Jubileuszowego. Wszystkie wydają się wręcz czarne, nieprzejrzyste, choć chyba gwoli ścisłości trzeba by je określić jako ciemnobrązowe. Bardzo ciemno.

Porter Cieszyński (22 Blg, pasteryzowane, niefiltrowane) – w aromacie słodka czarna kawa, trochę palonego słodu, karmel – i niewiele więcej. Aromat jest raczej płaski, mało złożony. Ale nie straszy, nie wali alkoholem, czego można by spodziewać się po sporej zawartości alkoholu. Zobaczymy jak będzie ze smakiem.
Smak pełen ciężkiej słodyczy, lekki akcent żelazisty (który za drugim i trzecim łykiem się ulatnia i nie ma go), paloność. Może trochę za bardzo słodkie, choć niekoniecznie. Przyjemnie rozgrzewa. Na koniec wyraźna lukrecja. Zyskuje przy bliższym poznaniu. Dużo zyskuje – koniecznie trzeba wziąć kilka łyków.
Kategoria: JESZCZE RAZ TO SAMO

Porter Jubileuszowy ze szwestką (23 Blg, pasteryzowane, niefiltrowane) – aromat ma wyraźnie ciekawszy, bardziej złożony – kawa z mlekiem, rum, cukierku kukułki, odrobina kwaskowatości, takiej trochę jak w coca-coli, da się wyczuć tę suszoną śliwkę (szwestka to śląskie określenie śliwki węgierki), do tego sporo lekkich akcentów kwiatowych. Wszystko harmonijnie poukładane, zachęca do zamoczenia dzioba w tej szklance. Kolejny plus dla Jubileuszowego – aromat pierwsza klasa.
Smak jest lekki, gładki, wręcz aksamitny. Niewiarygodny. Jest w nim deklarowana na etykiecie suszona śliwka, jest kawa, cola, wanilia, rodzynki, odrobina akcentów palonych, jest pysznie. Po prostu. Całość poukładana tak harmonijnie, tak złożona, że wierzyć się nie chce. Cudowna harmonia. Absolutnie doskonałe piwo. Gdyby tylko nie to, o czym dżentelmeni nie rozmawiają…
Kategoria: CUD, MIÓD, MALINA

Komes Porter Bałtycki (21 Blg, pasteryzowane, niefiltrowane) – mocna czarna kawa, ziarno kakaowca, stearyna, jak ze świecy, w głębi pewien rodzaj oleistości – wędzone szprotki w oleju. Bardzo sympatyczny aromat, choć wyraźnie inny od pozostałych.
Smak jest gładki, fajny. Są tu delikatne akcenty palonego słodu, jest odrobina słodyczy – ale w sam raz, bez przegięć – są tu prażone orzechy laskowe. Fajna rzecz, naprawdę fajna.
Kategoria: JESZCZE RAZ TO SAMO

Okocim Mistrzowski Porter (22 Blg, IBU 38, pasteryzowane, niefiltrowane) – tu w aromacie mamy lekko smrodliwą wodę z zanieczyszczonego potoku, akcenty kanalizacyjne, trochę kawy z mlekiem, kawy zbożowej, siana. Zdecydowanie najmniej ciekawy aromat dzisiejszego wieczoru.
Smak jest lepszy niż można byłoby oczekiwać po aromacie, choć nie dzieje się tutaj wiele. Jest kawa z mlekiem, słodzona, może odrobinę przesłodzona, odrobina palonego słodu. Problem ze smakiem tego piwa jest taki, że nie ma tutaj akcji. Smakuje jak kawowe draże – od pierwszego do ostatniego momentu działania smaku na podniebienie jest dokładnie to samo, constans. Żadnej akcji, żadnego rozwoju, żadnego zaskoczenia zza winkla. Nic. No i ja się pytam – mistrzowski porter? Mistrzostwo w czym?
Kategoria: DO ZLEWU

Dzisiejszy ranking jest prosty do ustalenia jeśli chodzi o pozycje skrajne. Nie ma najmniejszej wątpliwości które piwo wygrało, a które musi znaleźć się poza podium. Problem jest z miejscem drugim i trzecim – są to portery bardzo dobre, jednak nie jest tak łatwo ustalić który jest lepszy, idą łeb w łeb. Bierzemy więc po kolejnym łyku, i po kolejnym… I już wiemy. Ten na drugim miejscu wygrywa złożonością i harmonią. Ale tylko o włos. Oto dzisiejszy ranking, jednogłośnie:

1. Porter Jubileuszowy ze szwestką
2. Komes Porter Bałtycki
3. Porter Cieszyński
4. Okocim Mistrzowski Porter.

A przy okazji po raz kolejny zapytam retorycznie – co się stało z porterem bałtyckim, który pamiętam z czasów pierwszych eksperymentów z piwem (połowa lat osiemdziesiątych), a który miał jedynie nieco ponad 6 procent alkoholu i był rewelacyjnym piwem? Niech mi nikt nie mówi o przywiązaniu do tradycji i takich tam bzdurach…

EDIT: Piękny cieszyński pokal już po pierwszym spotkaniu ze zmywarką pozbył się części nadruku. W tej chwili na naszym pokalu widnieje napis PORT R. "E" zupełnie się zmyło. Tak gwoli ostrzeżenia.


poniedziałek, 5 września 2016

Trzy stouty, każdy całkiem inny



546. Chickorious Chickory Dry Stout (Fabryka Piwa) 5,1%
547. Madagaskar Milk Stout (Browar Setka) 4,9%
548. Stout Cieszyński (Browar Zamkowy Cieszyn) 6,2%

Zawitały u nas dziś stouty. I to trzy zupełnie różne stouty, jak podkreślono w tytule. Fabryka Piwa proponuje wzbogacenie smaku wytrawnego stouta za pomocą prażonej cykorii. Interesujące, chętnie sprawdzimy jak wyszło. Browar Setka proponuje stouta z dodatkiem laktozy, ale też wanilii madagaskarskiej i kardamonu. Nie mam pojęcia czym się może różnić wanilia madagaskarska od waniliowej wanilii, ale zakładam, że jakaś różnica jest, skoro o tym piszą. Najbardziej jednak podoba mi się tu ten kardamon. Przypominają mi się przedhipsterskie czasy, kiedy kardamon można było dostać jedynie w takim ezoterycznym sklepiku pod kładką prowadzącą do zoo we Wrocławiu, a ja regularnie parzyłem sobie kawę z dodatkiem kilku ziaren. Ach, wspomnienia beztroskiej, studenckiej młodości. Od razu się chce tego piwa – wszak stout to przede wszystkim kawa. No i jak spojrzeć na dane techniczne – tylko 4,9% alkoholu przy 15 Blg! No to tutaj musi się zadziać w smaku. Ton ciała oczekujemy. Mamy wreszcie stouta z Browaru Zamkowego Cieszyn. Browaru, który rzadko ostatnio zawodzi, a który do swojego stouta dorzucił papryczkę chili. Czyżby znowu skojarzenie z półki z łakociami? Dobra gorzka czekolada z chili? Jeśli tak, to chętnie. No dobra, nalewamy.

Wszystkie trzy piwa pokryły się poprawną pianą, jednak najbardziej apetycznie wyglądała ta na Stoucie Cieszyńskim – była najbardziej obfita, najtrwalsza i wytworzyła najprzyjemniejszą dla oka, kołderkową powierzchnię. Prędzej czy później na każdym ze smakowanych dzisiaj piw piana zredukowała się do cienkiej warstwy. Wszystkie trzy mają ciemną, niemal czarną, nieprzejrzystą barwę. W Cieszyńskim zauważyć można było rubinowe przebłyski.

Chickorious Chickory Dry Stout (12 Blg, IBU 35, pasteryzowane, warzone z dodatkiem prażonej cykorii) – w aromacie lekka nuta kawy, rzeczywiście trochę cykorii, akcenty zbożowe, palone, aromat wyraźnie wytrawny. Przyjemny, zharmonizowany, zachęcający do zamoczenia pyska w piwie.
Smak, jak zapowiadano – wytrawny. Jest w nim mnóstwo palonego zboża, kawy zbożowej. Lekko kwaskowe. Łyk po łyku – i ciągle czegoś człowiekowi brakuje. Piwo jest niemrawe, płaskie. Zdecydowanie więcej życia ma etykieta, niż zawartość butelki. Z czasem goryczka palonego zboża zaczyna dość nieprzyjemnie zalegać. Jedno wypiję bez potrzeby zmuszania się, ale drugiego bym nie zmęczył.
Ocena: JAKOŚ JE ZMĘCZĘ

Madagaskar Milk Stout (15 Blg, IBU 35, pasteryzowane, niefiltrowane, warzone z dodatkiem laktozy, wanilii madagaskarskiej i kardamonu) – tutaj w aromacie wyraźnie czuć kardamon i cynamon, zaz to wanilia chowa się gdzieś dopiero daleko w tle. Aromat przechwiany w stronę kardamonu. Głębiej goryczka palonego zboża. Pewna cytrusowość. Aromat skrzywiony, jak się powiedziało, ale nie nieprzyjemny.
Smak jest pełny – jak można było się spodziewać po poziomie odfermentowania – gładki, wręcz aksamitny. Są w nim wyraźne akcenty kardamonu, imbiru i coca-coli. Przykrywają dość przyjemnie goryczkę i akcenty palonych zbóż. Nie żeby ta goryczka nie pojawiła się tam, gdzie powinna. Może trochę za niskie wysycenie. Tak czy owak, przyjemne piwo.
Ocena: JESZCZE RAZ TO SAMO

Stout Cieszyński (14 Blg, pasteryzowane, niefiltrowane, warzone z dodatkiem kakao, papryki chili i wanilii) – w aromacie mocny akcent kakaowo-czekoladowy przy akompaniamencie palonych zbóż. Akcenty toffi i lukrecji. Aromat może niezbyt rozbudowany, ale zdecydowanie najbardziej elegancki w dzisiejszej stawce. Żeby nie powiedzieć szlachetny. Stoi tu obok konkurencji jak czekolada Lindt (ta z chili, rzecz jasna!) obok czekolady robionej na zlecenie Tesco.
Pełny smak, doskonale wyważone wysycenie – ani za wysokie, ani za niskie. Akcenty palonego zboża, gorzkiej czekolady, kakao. Świetnie wyważone – ani za wytrawne, ani za słodkie. Gdzieś tam w tle echa wanilii. Ale przede wszystkim w doskonale wyważonych proporcjach papryczka chili, która mikroskopijnymi ostrzami atakuje każdy milimetr kwadratowy języka i podniebienia. Bardziej łachocze niż szczypie czy kłuje. Przepiękna rzecz.
Ocena: CUD, MIÓD, MALINA

No i tak, rankingu nie trzeba dziś jakoś specjalnie omawiać. Wygrywa zdecydowanie Stout Cieszyński. Na drugim miejscu plasuje się Madagaskar, a brąz przygryza Chickorious. Jednogłośnie i bez możliwości zaskarżenia.


wtorek, 16 sierpnia 2016

Kraftowa kontrrewolucja



518. Flaszen Jasne Ale (Browar Jana) 5,6%
519. Mastne Cieszyńskie (Browar Zamkowy Cieszyn) 5,8%
520. Golden Ratio Golden Ale (Browar Twigg) 4,3%
521. Eddington Limit Extra Special Bitter (Browar Twigg) 4,7%
--- Korona Olbrachta (Browar Rzemieślniczy Jan Olbracht) 5,6%

Dzięki uprzejmości dwóch dostępnych nam sieci dużych sklepów, udało się zebrać zestaw piw kraftowych, o których wreszcie śmiało można powiedzieć, że w pewnym sensie stoją w kontrze do obowiązujących trendów grasującej po kraju piwnej rewolucji. Są to piwa górnej fermentacji, które jakoś nie epatują niebosiężnymi poziomami IBU, mnogością egzotycznych odmian chmielu, przedziwnymi dodatkami, a w rubryce „zawartość alkoholu” wpisują skromne okolice piątki. Już tylko za to, ogromne brawa dla piwowarów, którzy nam na dzisiaj nawarzyli. Niezależnie od tego, czy na końcu tego wpisu będą zachwyty, czy gorzkie (goryczkowe?) rozczarowanie.

Poza Mastnym i Koroną Olbrachta, z którymi zdarzyło się nam zetknąć już wcześniej – ale kiedy to było! – dzisiejsze piwka są dla nas czymś zupełnie nowymi nieznanym. Zakładamy, że poza wymienionymi wyżej cechami, piwa te mogą się od siebie różnić gatunkowo nawet znacznie. Ale co tam, lepszej konkurencji dla każdego z nich pod ręką nie mieliśmy, a jesteśmy ciekawi jak radzi sobie polski kraft w konkurencji górnofermentacyjnej, ale bez zasłony dymnej w postaci ton chmielu amerykańskiego. Innymi słowy, czy po odarciu ze znieczulających kubki smakowe cytrusów i żywicy rodem z Simcoe, Cascade, Citry, czy innych Chinooków, jest tam jeszcze coś. Czy może – jak pokazuje przykład kormoranowego 1 na 100 – wystarczy wodę odpowiednio mocno zachmielić, a wygrana na wszelkiego rodzaju konkursach i festiwalach „prawdziwego piwa” murowana.

Przy okazji, jeśli czyta to ktoś (nieskromnie założył) z browaru w Cieszynie, to ja przepraszam za wsadzenie Was do worka kraftowego, ale jakoś tak wyszło. Mastne znamy i cenimy, jak i resztę wyrobów Browaru. Niski ukłon, jakby co.

Wśród przygotowanych dzisiaj piw mamy dwa pochodzące z tego samego browaru – Golden Ratio i Eddington Limit z krakowskiego Browaru Twigg. Po lekturze etykiety okazuje się, że Golden Ratio, deklarujące się jako gatunek golden ale, jest jedynym dzisiaj piwem chmielonym jednak nowofalowo. Przynajmniej częściowo. Zakładamy jednak, że jako golden ale gęby grapefruitem wykręcać nie będzie.

Pijaliśmy już niegdyś Koronę Olbrachta, ale było to naprawdę dawno temu. Lektura notek z tamtego czasu pokazuje, że niekoniecznie byliśmy zachwyceni. Minęło już jednak sporo czasu, a popijane przez nas okazjonalnie piwa od Olbrachta wskazują, że w tym browarze robi się dobrze. Wygląda na to, że w ich przypadku sprawdza się moja teoria o konieczności posiadania własnego, prawdziwego, fizycznego browaru, zaprzyjaźnienia się piwowarów z naturą posiadanego sprzętu i okiełznanie go. Innymi słowy, w ostatnim czasie wiele złego nie da się powiedzieć o tym, co na rynek wypuszcza Jan Olbracht, a przelana przez gardło nie tak dawno pszeniczna Śmietanka wywołała cmoki zadowolenia niemałego. Dlatego tym chętniej i bez uprzedzeń posmakujemy dzisiaj aktualnego wcielenia Korony Olbrachta.

Nalewamy, czas stawić im czoła. Wszystkie pokryły się mniej więcej w takim samym – jak najbardziej poprawnym – stopniu pianą, która okazała się odpowiednio trwała, drobnopęcherzykowa, i tak dalej. Wszystkie są niefiltrowane, jednak – tak na oko – niektóre są bardziej niefiltrowane niż inne. Na przykład, Mastne Cieszyńskie na tle pozostałych wygląda jakby jakimś filterkiem potraktowane zostało. Jest klarowne i przejrzyste. Flaszen też nie jest jakoś specjalnie mętne. Pozostałe trzy niczego nie muszą deklarować, na pierwszy rzut oka są mętne i nieprzejrzyste.

Flaszen Jasne Ale (12,5 Blg, IBU 30, pasteryzowane, niefiltrowane) – aromat lekko chmielowy z wyraźnym akcentem wymiocin niemowlęcia i ścierki do wycierania stołów w geesowskim barze. Gdzieś w środku siedzą nutki orzechów włoskich, szczypta brzoskwiń. Mało to fajne, mało inspirujące. Miejmy nadzieję, że smak będzie bardziej efektowny. Na podniebieniu pierwsze wrażenie to wodnistość, drugie to zbyt duże wysycenie – bąbelki śmigają po języku aż nadto – a trzecie, to jakiś kwas, jakieś nie wiadomo co. Akcenty słodowe i owocowe gdzieś tam próbują podnieść głowę, ale natychmiast dostają po tej głowie. Jest tu trochę goryczki, która też nie bardzo wie co ma ze sobą zrobić, gdzie się podziać. Wreszcie po prostu staje się goryczą, która króluje na podniebieniu wraz z kwaśnością. Jakby ktoś do tego czegoś kwasku cytrynowego nasypał. Słabe to jest, oj słabe…
Ocena: JAKOŚ JE ZMĘCZĘ

Mastne Cieszyńskie (13 Blg, pasteryzowane, niefiltrowane) – aromat ma przede wszystkim słodowy z lekkimi akcentami kory dębowej. Jest tu karmel, odrobina chmielu, nieco owoców pestkowych. Jest lepiej niż w poprzednim, ale daleko do zachwytu. W smaku jest pewna głębia, jest tu trochę przyjemnego ciała. Akcenty karmelowe i zbożowe przede wszystkim. Trochę gorzkich migdałów, pestek wiśni. Po paru chwilach pojawia się guma arabska, karton. Echa nieprzyjemnej alkoholowości. Mam wrażenie, że i tu wysycenie jest zbyt duże i przeszkadza w delektowaniu się piwem. Cholera, jakoś lepiej pamiętałem Mastne z poprzednich spotkań. Słaba warka, Tesco zepsuło źle przechowując zanim do koszyka wrzuciłem? Tak czy owak, rozczarowanie.
Ocena: JAKOŚ JE ZMĘCZĘ

Golden Ratio Golden Ale (11 Blg, IBU 19, niepasteryzowane, niefiltrowane) – ma trochę chmieli nowofalowych, nutek cytrusowych, żywicznych, odrobinę truskawek. Wszystko fajnie skomponowane, grzecznie ułożone, przyjemne. Na podniebieniu wyraźnie brakuje mu ciała, jest zdecydowanie za bardzo wodniste. Jednak znajdzie się tam trochę przyjemnych akcentów owocowych, trochę cytrusów, odrobina żywiczności. Generalnie, nie jest to piwo niefajne. Nawet echa dość syntetycznej kwaskowatości aż tak bardzo mu nie przeszkadzają. Po kilku łykach zaczyna przeszkadzać coraz bardziej zalegająca goryczka, ale znowu – daleko mu do dyskwalifikacji z tego powodu.
Ocena: JESZCZE RAZ TO SAMO

Eddington Limit Extra Special Bitter (12 Blg, IBU 28, niepasteryzowane, niefiltrowane) – w aromacie akcenty kawowe, kakaowe, słodkie, jak kakaowe napoje instant. Świeżo ścięta, sucha słoma. Pod nimi mnóstwo zboża. Przyjemne, obiecujące. W smaku jest przyjemnie zbożowo. Jest palony słód, są delikatne akcenty gorzkiej czekolady, kawy ze śmietanką, odrobina rodzynek, jest przyjemna goryczka rodem z tradycyjnych odmian chmielu. Jest fajnie, niemal tak, jak być powinno.
Ocena: JESZCZE RAZ TO SAMO

Korona Olbrachta Piwo Jasne (12,5 Blg, IBU 22, pasteryzowane, niefiltrowane) – aromat to przede wszystkim przypalona kapusta, taka z dna garnka, w którym gotuje się gołąbki, a dopiero pod nią zbożowość, owocowa słodycz. Niemałe rozczarowanie aromatyczne, trzymamy kciuki, by w smaku było lepiej. A w smaku… Trochę miodu, migdałów, toffi. Delikatna spalenizna, a tuż obok sporo słodkich nutek owocowych. Wszystko skontrowane bardzo fajną, dobrze dobraną goryczką chmielową. Smak nadrabia zastrzeżenia wygłoszone w stosunku do aromatu. Ładnie skomponowane, miłe dla podniebienia piwo, mimo początkowych zastrzeżeń do aromatu.
Ocena: JESZCZE RAZ TO SAMO

Ranking (jednomyślny):
1. Eddington Limit
2. Korona Olbrachta
3. Golden Ratio
4. Mastne Cieszyńskie
5. Flaszen

No i jak to jest z tym kraftowym piwem pozbawionym zbroi nowofalowego chmielu? Król okazuje się nagi. Jest słabo, jest nudno, jest bez polotu. Faktem jest, że trzy piwa wpadły w kategorię JESZCZE RAZ TO SAMO, ale dwa z nich były blisko jej dolnej granicy i chwilę się zastanawialiśmy gdzie ma się uplasować Olbracht ze swoją Koroną, o Golden Ratio nie mówiąc. A i Eddingotn Limit, dzisiejszy zwycięzca, jest tylko echem porządnych angielskich bitterów. Nic dziwnego, że piwni rewolucjoniści wolą zasypać piwo chmielem, bo wtedy nie widać, nie słychać, nie czuć całej miernoty i nieudolności w komponowaniu słodowej bazy, braków w umiejętnościach warzenia piwa, być może niedostatków jakościowych wykorzystywanych surowców.

[Wpis wykonany na bieżąco, zaległości ciągle czekają na publikację…]