Pokazywanie postów oznaczonych etykietą piwo pszeniczne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą piwo pszeniczne. Pokaż wszystkie posty

piątek, 13 stycznia 2017

Polska pszenica po belgijsku




----. Podróże Kormorana Witbier (Browar Kormoran) 4,6%
614. The Dancer (Brokreacja) 5,2%
615. Mniszek (Browar Miedzianka) 5%
616. Collector (Browar Raduga) 4,6%

Przyszedł czas, by zająć się piwami pszenicznymi w stylu belgijskim, popularnie zwanymi witbierami. Warzone są zwykle z dodatkiem kolendry, skórki pomarańczy, czasem skórki cytryny, czasem rumianku. A na pewno z wielkim zapałem piwowarów. A dlaczego przyszedł ten czas? Bo jak będziemy dłużej zwlekać, to nawet przejmujący ostatnio chłód piwnicy nie uchroni części naszych zapasów przed zepsuciem i marnacją, związanymi z upływem terminu ważności. I choć pora nie ta – witbiery najlepiej smakują aplikowane w czasie letnich upałów – to czas najwyższy.

Zestawiliśmy cztery witbiery, które wyszły spod sprawnych rąk naszych polskich piwowarów, stąd przypuszczenie wyrażone w nagłówku, że ta pszenica to jednak polska, a jedynie po belgijsku przyrządzona. Choć co do tego pewności mieć nie możemy, bo współcześnie dostępne formy transportu czynią wszelkie opcje możliwymi.

Zestaw zaczęliśmy układać od Mniszka, zakupionego w miejscu powstawania, w Browarze Miedzianka jakiś czas temu, kiedy to zupełnie niespodziewanie, podczas podróży do Jeleniej Góry odkryłem, że Miedziankę mam po drodze i grzechem byłoby nie wpaść po kilka flaszek. Mniszek – i to nie jeden – wysuszony został krótko po powrocie z podróży. I sprawił ogromną frajdę. Do Mniszka dość szybko doszlusował Collector z Browaru Raduga. A to dlatego, że Raduga jakoś nam za bardzo nie podpadła, że ichnie piwa generalnie mają spory sens, wreszcie dlatego, że bardzo nam się podoba pomysł nadawania piwom nazw od tytułów starych, klasycznych dzieł filmowych. Z niecierpliwością czekamy na The Wicker Man. I wypijemy go, choćby był to przebrzydły RIS, leżakowany w beczkach po kiszonej kapuście. Podczas jakiś zakupów wpadliśmy w Tesco na The Dancer z Brokreacji. I znowu – Brokreacja zwykle sprawia radochę swoimi piwami, a ponadto te etykiety. Naprawdę fajne, nietuzinkowe, stosowane konsekwentnie. Nawet już Brokreacji wybaczamy te angielskie nazwy. Trudno, chcą być światowi – niech będą. Na koniec, do stawki dorzuciliśmy Podróże Kormorana Witbier. Z Browaru Kormoran, ma się rozumieć. Co prawda, już je piliśmy, już o nim pisaliśmy, ale w świetle tego, że – zgodnie z tym, co pisałem już co najmniej rok temu – właśnie browary regionalne, takie jak Kormoran, udowadniają, że potrafią konsekwentnie wypuszczać na rynek coraz to lepsze piwa, że nie cudują, nie wydziwiają, tylko doskonalą warsztat, w świetle tego wszystkiego chcieliśmy spróbować jak idzie Kormoranowi w sprawie witbierów. Dawno nie zaglądaliśmy do kormoranowych Podróży, więc czemu nie teraz? OK, zobaczmy jak poszło. Nalewamy.

Wszystkie piwa mają mniej więcej tę samą barwę, wszystkie mniej więcej tak samo się zmętniły (czyli nie bardzo, lecz wystarczająco, by nie czytać informacji na etykiecie o ewentualnej filtracji), wszystkie pokryły się przyzwoitą, drobnopęcherzykową, białą pianą. Najszybciej zredukowała się ona na Collector, mniej szybko, ale jednak zauważalnie, na Mniszku. Na The Dancer i Kormoranie utrzymała się najdłużej, w postaci niezbyt grubej, ale jednolitej, nieposzarpanej warstwy.

Podróże Kormorana Witbier (12,5 Blg, niefiltrowane, pasteryzowane) – w aromacie wyraźna skórka pomarańczy, brzoskwiniowa ice tea, sporo kolendry, pszenica. Ładnie ułożony aromat, ale może odrobinę zbytnio zdominowany przez kolendrę. Tak czy owak, pachnie przyjemnie. Po jakimś czasie kolendra się ugrzecznia, przestaje dominować, przeszkadzać. Robi się bardzo apetycznie w aromacie. Zobaczmy co w smaku.
Smak jest bardzo lekki, wyraźnie pszeniczny z bardzo harmonijnie dobranymi akcentami ziołowymi, głównie kolendrą. Swoje robią też akcenty skórek cytrusowych, przebija się też ten akcent brzoskwiniowy z aromatu. Pojawia się też akcent gruszkowy i waniliowy. Ewoluuje na podniebieniu, zdecydowanie nie jest nudne. Goryczka jest w sam raz, nieprzesadzona, właściwie dobrana. Bardzo sympatyczne, grzeczne piwo. Tyle że nie na tę porę roku. Orzeźwiające, w sam raz na letnie upały, a nie na sroga zimę.
Kategoria: JESZCZE RAZ TO SAMO

The Dancer Witbier (13 Blg, IBU 20, niefiltrowane, warzone w Szczyrzyckim Browarze Cystersów „Gryf”) – w aromacie najpierw melon, akcenty cytrusowe (pachnie jak limonka przede wszystkim), niecałkiem dojrzałe banany, pszenica. Bardzo przyjemny, dobrze ułożony aromat, dryfujący dość wyraźnie w stronę weizena.
W smaku jest podobnie – The Dancer chwilami do złudzenia przypomina weizena. Są tu akcenty bananów, pszenicy, jest trochę przyjemnych, słodkich cytrusów, skórka pomarańczy, jest lekka ziołowość, głównie kolendrowa. Jest też nieco rumianku i jałowca. Na koniec odrobina maślanych nutek. Świetne piwo, chętnie się go napijemy, jak już odpuszczą mrozy.
Kategoria: JESZCZE RAZ TO SAMO

Mniszek (12,5 Blg, niefiltrowane, niepasteryzowane) – mniej intensywne i wyraziste w aromacie. Wyraźnie mniej kolendry, na rzecz rumianku. Są tu też akcenty skórki pomarańczowej, wyraźna pszenica. Wydaje się zbytnio zdominowane przez rumianek, nieco zbyt kwaśne w aromacie. Zobaczymy co powie nam podniebienie. Zanim jednak wlejemy je na podniebienie, w aromacie zaczyna robić się grzecznie. Jest tam suszony rumianek, ale przestał dominować, uciekła kwasowość. Zrobił się przyjemny aromat rozgrzanej słońcem łąki. Pojawiła się dodatkowo prażona pestka dyni. Bardzo fajne piwo. Przynajmniej w aromacie.
Smak jest pszeniczny, drożdżowy, delikatnie ziołowy (wyraźny rumianek, mniej dominująca, ale wyraźnie obecna kolendra), lekko pomarańczowy. A ta pomarańcza to przede wszystkim świeża skórka, ale też kandyzowana skórka.
Kategoria: JESZCZE RAZ TO SAMO

Collector Lemon Witbier (12 Blg, IBU 15, niefiltrowane, pasteryzowane, warzone w PPHU Jamard) – w aromacie obiecywane akcenty skórki cytryny, odrobina gorzkiej czekolady (?), pszenica. Ale przede wszystkim kolendra. Tony jej. Kolendrowo-ziołowy aromat zdaje się przysłaniać wszystko. Bardzo mało przyjemny aromat kiszonki. Poczekamy, może się ulotni. Daliśmy mu sporo czasu, kiszonka tam ciągle jest, kolendra nie ustępuje. Bardzo słaby aromat, aż nie chce się brać tego czegoś do ust. Czego się jednak nie robi dla ludzkości…
Smak jest bardzo lekki i… bardzo kwaśny. Zaczynamy podejrzewać, że albo w Radudze działa jakiś dywersant, albo Tesco przetrzymało tę partię gdzieś przy grzejniku, lub na słońcu. Cholera wie, ale piwo z Radugi nigdy nie smakowało aż tak źle. Nawet nielubiane przez nas gatunki w radugowym wykonaniu przekonywały nas, że jednak się da, że to nie do końca jest tak bez sensu. A dzisiaj? Są tam akcenty cytrynowe, nawet dość wyraźne, jak się w nie wsłuchać, jest trochę pszenicy, jest ziołowość. Ale przede wszystkim cholerny kwas. Po kilku łykach ten kwas zaczyna mi brzmieć jak sok z cytryny. Może to jednak o to chodziło piwowarom? W składzie jednak podali skórkę z cytryny, a nie świeżo wyciśnięty sok, a tutaj w smaku dominuje kwaśny sok cytrynowy. Masakra jakaś. Nie, nie chcę kończyć tej butelki. Zdecydowanie nie.
Ha! A tu nagle zwrot akcji. Przypominam sobie – nagle i niespodziewanie – że mamy w piwnicy jeszcze jedną butelkę Collectora. Lecę na złamanie karku dwa piętra niżej, odszukuję butelkę, wracam. To znaczy, wszystko to odbyło się jak mnie nie było przy komputerze. Czy też, nie było mnie przy komputerze jak to robiłem. Tak czy owak, zwalamy kapsel z drugiej butelki tego samego piwa, kupionego wcześniej w innym sklepie i trzymanego w piwnicy – ciemno i zimno, a termin ważności do 1 marca…
Nic się nie zmieniło, nie ma zwrotu akcji… Radugo, Radugo, cóżem Ci uczynił?
Kategoria: DO ZLEWU

Ustalenie dzisiejszego rankingu nie jest proste, jeśli chodzi o miejsca 1-3. Czwarte jest zarezerwowane dla Collectora. Jak zwykle w takich sytuacjach, odbywa się niniejszym ponowne lanie w pysk, mlaskanie, przewracanie oczami… Chyba mamy jakieś wyniki. Wiemy już co na pewno wygrywa. Mlaskamy więc teraz o miejsce drugie i trzecie… Bardzo wyrównana stawka… No dobrze. Już wiemy. I jesteśmy jednogłośni (!) Oto nasz ranking:

1. Kormoran Witbier
2. Mniszek
3. The Dancer
4. Collector

I jak najszybciej zapomnijmy o tym ostatnim.



poniedziałek, 19 września 2016

I znowu pszenica po amerykańsku (cz. 2)




551. HedgeHog American Weizen (Brokreacja) 4,9%
552. Pony Express American Wheat (Faktoria) 5,7%
553. Topaz American Wiezen (Inne Beczki) 4,8%
554. Summer Memories American Wheat (Fabryka Piwa) 5,2%

Kontynuujemy przygodę z amerykańską pszenicą. Wbrew zapowiedzi, mamy dzisiaj cztery, a nie tylko trzy piwa, przy czyn dwa z nich to American weizen, czyli klasyczny bawarski styl nachmielony po amerykańsku, a dwa pozostałe to American wheat, czyli piwa bardziej zorientowane na chmiel, goryczkę. Powtarzać wątpliwości na ich temat nie będziemy, bo po co.

Mamy dzisiaj na stole piwo z serii HedgeHog – mimo zaklinania się niegdyś, że nigdy więcej HedgeHoga na naszym stole. Oto okazuje się, że wbrew temu, co sobie myśleliśmy, piwa z tej serii nie robi tylko nasz ulubiony browar kraftowy Kraftwerk. Co więcej, HedgeHog American Weizen już nam wpadło w szklanki – i zrobiło całkiem przyzwoite wrażenie. Czemu więc nie zestawić go z paroma innymi? No dobra, lejemy.

Przyzwoicie, jak na pszeniczne piwo przystało, spieniły się tylko Summer Memories i Topaz. Te dwa również klasycznie oblepiają ścianki szklanek. Piana na HedgeHog i Pony Express była minimalna i niemal natychmiast zredukowała się niemal do zera. Wszystkie cztery piwa już na pierwszy rzut oka wyglądają na piwa niefiltrowane, wszystkie mają niemal tę samą barwę, plus/minus pół odcienia. Najjaśniejsze jest Topaz, najciemniejsze Pony Express.

HedgeHog American Weizen (12 Blg, IBU 20, pasteryzowane, niefiltrowane, warzone w Szczyrzyckim Browarze Cystersów „Gryf”) – w pierwszym rzucie aromaty cytrusowe, ale jest też melon, zielone jabłko, odrobina wosku, żywicy. Z czasem akcenty cytrusowo-żywiczne ustępują, pojawia się banan i cała reszta nutek klasycznych dla pszenicznego piwa. Zaskakująco miły i uporządkowany ten aromat. Smak jest znowu klasycznie pszeniczny przede wszystkim, choć od samego początku flanki obstawia cytrusowa goryczka. Jednak nie kłóci się tu ona z niczym, niczemu nie przeszkadza. Mogłoby jej nie być i piwo by na tym zyskało, ale i tak dość harmonijnie układa się z cała resztą. Myślałem, że nigdy tego nie powiem, ale w serii HedgeHog trafiło się całkiem przyzwoite piwo.
Ocena: JESZCZE RAZ TO SAMO

Pony Express American Wheat (13,1 Blg, IBU 29, pasteryzowane, niefiltrowane, warzone w PPHU Jarmand Marianna Kacprzak) – w aromacie powidła truskawkowe, jeżyny i pasta do podłóg, oraz pigwowce. Gumowy materac dmuchany. Aromat mało przyjemny, chaotyczny. Aromat owoców podchodzi pod owoce zepsute, lekko podgniłe. Słabo, mało obiecująco. Smak jest wodnisty, syntetycznie owocowy z mało przyjemną, dość agresywną goryczką. Jest tu też ta materacowa gumowatość, ble!
Ocena: JAKOŚ JE ZMĘCZĘ

Topaz American Weizen (12 Blg, pasteryzowane, niefiltrowane, warzone w Browarze Zodiak) – aromat rześki, a w nim świeży grapefruit, malina, herbata czarna z sokiem malinowym, jagody, kredki świecowe. Żelki Maynard’s Wine Gums, w syntetykę te owoce niebezpiecznie wpadają. W sumie ani to fajne ani niefajne – nie ma czym się zachwycić, ale też nie ma za co zganić. Zobaczymy co nam powie smak. A w smaku jest malinowo, cukierkowo (skittles?) i jest goryczka. Znowu intensywna, jak na piwo pszeniczne, znowu mało dopasowana w charakterze do reszty tego piwa. Duże wysycenie przeszkadza trochę w smakowaniu. Na samym końcu akcent gorzkich migdałów.
Ocena: JAKOŚ JE ZMĘCZĘ

Summer Memories American Wheat (12 Blg, IBU 28, pasteryzowane, niefiltrowane) – w aromacie karmel, wanilia, fasolki wszystkich smaków, toffi. Znowu syntetycznie i mało zachęcająco. Z czasem toffi zaczyna dominować aromat. Pojawiają się akcenty tytoniu. Smak ma najpełniejszy, najmniej wodnisty z próbowanych dzisiaj piw. W nim akcenty orzechów włoskich, jeżyn, wiórków kokosowych. Odrobina akcentów tytoniowych. No i jest ta goryczka, która – podobnie jak w dwóch poprzednich piwach – nijak nie pasuje do charakteru piwa pszenicznego. No za cholerę nie. Szkoda, bo psuje to całkiem przyzwoite, fajne piwo. I to psuje je do tego stopnia, że zaczynamy debatować czy to jest ciągle „jeszcze raz to samo”, czy może jednak „jakoś je zmęczę”.
Ocena: JAKOŚ JE ZMĘCZĘ

Ranking dzisiaj jest jednogłośny:

1. HedgeHog
2. Summer Memories
3. Topaz
4. Pony Factory

I chyba zrobimy sobie przerwę w popijaniu amerykańskiego piwa pszenicznego – czy w tym, czy tamtym stylu. Szkoda pary, lepiej sięgnąć po przyzwoity weizen albo klasycznego witbiera. I tego będziemy się trzymać.


czwartek, 15 września 2016

I znowu pszenica po amerykańsku (cz. 1)



549. The Farmer (Brokreacja) 5%
550. Młynarz (Browar Profesja) 4,3%
551. Córka Młynarza (PiwoWarownia) 4,8%

Zjawiskiem niezmiennie mnie intrygującym jest przemożna potrzeba, nieujarzmiona wręcz rządza niektórych, zbyt licznych niestety piwowarów, by na siłę ulepszać to, co z natury jest dobre i wystarczy tego nie spieprzyć. Innymi słowy, jak to jest, że z gruntu smaczne gatunki piwne na siłę trzeba dodatkowo „ulepszać”, pakując w nie tzw. nowofalowe gatunki chmielu? Klasycznym przykładem jest klasyczne piwo pszeniczne, weizen, jak niektórzy wolą. Są dwie możliwości, nasuwają mi się dwa wytłumaczenia – wcale jedno drugiego nie wykluczające. Albo (1) warzenie piwa pszenicznego jest tak trudne, a efekty osiągane przez domorosłych piwowarów spod kraftowej bandery (bardziej piratów przypominają w swej masie, stąd bandera – wyjaśnienie dla purystów językowych) są tak poślednie, że braki trzeba zaćmić czym wielkim, potężnym, zniewalającym. Niech na efekty tych żałosnych prób zajdzie cień czegoś bardziej wyrazistego. Może być też jednak tak, że (2) w swym szale twórczym zwyczajnie nie widzą kakofonii smaków, jaką produkują nagminnie, z uporem godnym lepszej sprawy. Nie widzą, bo albo nie chcą widzieć, gnani wizją odkrycia nowych lądów aromatyczno-smakowych, nie wierząc w dokładność map wszelakich i relacji tych, którzy już przez stulecia te fale prują. Albo nie są w stanie zobaczyć. Smakując niektóre wytwory takiego, na przykład, tzw. browaru Rebelia z Kamieńca Ząbkowickiego (pierwszy, który przyszedł mi do głowy, nie że mam coś przeciwko temu browarowi, czego nie miałbym przeciwko kilkunastu innym), trudno uwierzyć, że ktoś, kto warzył to piwo nie przeszedł w ostatnim, bieżącym wcieleniu amputacji wszelkich kubków smakowych znanych współczesnej anatomii i medycynie. Albo na wszelki wypadek zabutelkował bez smakowania, chciał sobie oszczędzić cierpień.

Podsumowując powyższe – po jakiego diabła wrzucać amerykańskie chmiele do łagodnego, orzeźwiającego, z natury pełnego smaku piwa pszenicznego? Że niby lepiej będzie? Nie będzie! Że inaczej? Jasne, złamany nos i królicza warga też wyglądają inaczej niż norma – nie znaczy to, że lepiej.

Mamy aktualnie na tapecie sześć piw, które – z grubsza rzecz biorąc – są wariacjami na temat stylu weizen, ale ulepszono je za pomocą dodatku nowofalowych odmian chmielu. Piszę „nowofalowych”, bo niekoniecznie muszą to być chmiele amerykańskie. Bywają nowozelandzkie, australijskie, sam diabeł wie jakie. Te, które użyte w niewłaściwych proporcjach (czyt. w zbyt dużych ilościach głównie) pachną i smakują obleśną goryczą grapefruitowego albedo, żywicy, a w najlepszym razie podgniłych owoców egzotycznych. Albo wszystkimi trzema na raz.

Wylawszy jad i żółć w powyższych akapitach, mogę z czystym sumieniem powiedzieć teraz, że niezależnie od tego powyżej staram się, robię co mogę, wspinam się na wyżyny wysiłku – by w tych kombinacjach aromatyczno-smakowych znaleźć coś pozytywnego, nie odrzucać ich na dzień dobry, łudzić się nadzieją, że wreszcie trafię na takie piwo (a były już takie przypadki!), gdzie ta chmielowa nowofalowość rzeczywiście stworzy nową, dobrą jakość, nie odrzuci od szklanki, do zlewu zawartości wylać nie każe.

Wspomniane sześć „amerykańskich” piw pszenicznych rozbiliśmy sobie na dwa wieczory, wychodząc z założenia, że sześć piw na raz to odrobinę za dużo – i jakościowo i objętościowo – na jedno posiedzenie. Robiliśmy już takie sesje i wcale się nam nie podobały. A szczególnie następnego dnia rano. A szczególnie jeśli ten następny poranek był początkiem kolejnego dnia pracy. Tak więc dzisiaj stawiamy na stole trzy piwa, wszystkie trzy z tzw. browarów kraftowych. Pierwszym jest The Farmer z Brokreacji – browaru, na którego temat mamy bardzo ambiwalentne odczucia. Z jednej strony, bywało nieźle, a z drugiej bywało tragicznie, niewytłumaczalnie, koślawo, karykaturowato. Smakowo, znaczy. Drugie piwo to Młynarz z wrocławskiego Browaru Profesja, o którym można by powiedzieć dokładnie to samo, co o Brokreacji. A już tego kretyńskiego określenia dymionego torfem piwa jako Islay Ale to im nie wybaczę – ale wyjaśnienie wymagałoby wykładu na temat geografii Szkocji, regionalizacji produkcji whisky, a przede wszystkim, geologii pokładów torfu (torf torfowi nie równy, panowie Profesjonaliści, nawet w obrębie tak niewielkiego kraju, jak Szkocja, a o zakład idę, że Wasz słód torfem z Islay wędzony nie był). Ale to chyba ich trochę przerasta, więc niech sobie mają. Islay Ale, pfff… No i na koniec, Córka Młynarza z PiwoWarowni, o której jakoś się nie damy rady wypowiedzieć, bośmy od nich może tylko ze dwa piwa pili. Za mało, by wyrobić sobie opinię.

W obrębie dzisiejszej trójki mamy dwie pary. Oto dwa piwa mają w nazwie odniesienia do młynarza – Młynarz i Córka Młynarza to ani chybi rodzina, i to dość bliska. Chyba że to córka innego młynarza. Z kolei The Farmer i Córka Młynarza uwarzone zostały w tym samym browarze, Szczyrzyckim Browarze Cystersów „Gryf”. Ciekawe czy będą tu jakieś podobieństwa.

Przestajemy marudzić, dociekać, rozwodzić się – i nalewamy. Trzy kapsle zeskakują z szyjek, te wędrują nad szklanki, przechył – i już się leje. A jak się leje, to się pieni. Wiadomo – pszeniczne! Tymczasem…  Piana niemal nie pojawiła się na Farmerze, a te niewielkie ilości, które jednak pokryły powierzchnię piwa, dość szybko zredukowały się niemal do zera. Za to piękna, gęsta piana pojawiła się na Młynarzu. Podobnie na Córce Młynarza, choć tu nieco mniej jej było. Młynarzowa piana była najtrwalsza, choć niewiele ustępowała jej Córka Młynarza. Wszystkie piwa na pierwszy rzut oka niefiltrowane.

The Farmer American Wheat (12 Blg, IBU 40, pasteryzowane, niefiltrowane, warzone w Szczyrzyckim Browarze Cystersów „Gryf”) – w aromacie fajna pszenica, sporo tego zboża, przyjemnie uzupełniona amerykańskim chmieleniem; ani go tu za dużo, ani za mało. Są tu owoce egzotyczne, są cytrusy, są morele, czarna herbata, jest trochę drożdży, jest trochę zielska. Pachnie zachęcająco, obiecująco. Z czasem pojawiają się też akcenty toffi. W smaku jest nieźle – owoce, pszenica, drożdże. Nad wszystkim wisi dość nienachlana, zaskakująco przyjemna goryczka o ewidentnie amerykańskiej proweniencji, wyraźnie grapefruitowa. Po jakimś czasie pojawiają się akcenty orzechowe. Całość skomponowana zgrabnie i przyjemnie.
Ocena: JESZCZE RAZ TO SAMO

Młynarz American Wheat (12,5 Blg, IBU 47, niepasteryzowane, niefiltrowane) – w aromacie wyraźnie bardziej ziołowo, kolendrowo, lekko cytrusowo, w sumie przyjemnie. Plus obowiązkowe akcenty pszenicznego piwa – pszenica, drożdże. W smaku jest bardzo fajnie – mnóstwo owoców, których akcenty układają się grzecznie warstwowo i przeplatają się z nutkami ziołowymi. Nad nimi unosi się znowu ewidentnie amerykańskie chmielenie, głównie w postaci gorzkiej pomarańczy. Owocowe w charakterze akcenty goryczki bardzo zgrabnie wkomponowują się w owocowe akcenty bazy – i jest naprawdę fajnie. Goryczka być może w pewnym momencie zaczyna przeszkadzać, jest jej ociupinkę za dużo, ale nie na tyle, by zdyskwalifikować piwo i kazać mi pędzić z nim do zlewu.
Ocena: JESZCZE RAZ TO SAMO

Córka Młynarza American Wheat (12 Blg, IBU 35, pasteryzowane, niefiltrowane, warzone w Szczyrzyckim Browarze Cystersów „Gryf”) – aromat ma najmniej wyrazisty spośród dzisiejszej trójki, najbardziej wytrawny, najlżejszy. Jest tu odrobina świeżego siana, jest trochę cytrusów. Gdzieś w głębi trochę dojrzałych brzoskwiń. Smak jest dość wodnisty, rozczarowujący. Gdzieś się zawieruszył charakter piwa pszenicznego, a została tylko goryczka – z każdym łykiem mniej przyjemna. Są tam jakieś nieśmiałe akcenty owocowe, ale generalnie rozczarowuje.
Ocena: JAKOŚ JE ZMĘCZĘ

No i czas ustawić je w jakiejś kolejności, zdecydować po które chciałoby się sięgnąć ponownie, a po które niekoniecznie. I tu pojawia się problem. Dwa z nich wydają się walczyć o palmę pierwszeństwa, podczas gdy jedno zdecydowanie będzie musiało dzisiaj zadowolić się brązem. I obydwoje mamy ten problem. Musimy się chyba jeszcze napić…

No dobrze, decyzje zapadły. Piwo, które wygrało u mnie, wygrało rzutem na taśmę przemiłym akcentem owocowej słodyczy, który pojawił się dopiero pod sam koniec, gdy piwa zdążyły się nieco ogrzać. Oto mój ranking, ale podkreślam, że miejsca pierwsze i drugie dzieli jedynie włos tej owocowej nutki.

1. Młynarz
2. The Farmer
3. Córka Młynarza

Pytam współbiesiadniczkę co ona o tych piwkach powie, jak ona je poukłada. A ona mi, że ten Farmer jej bardziej odpowiada. A poza tym, zgadza się ze mną. No i dyskutuj tu z kobietą…

Co ciekawe, rzecz dostrzeżona dopiero pod koniec wieczora. Po wszystkich tych narzekaniach na wstępie, po tym sarkaniu na ilość amerykańskiego chmielu, wyżyłowane poza granice rozsądku IBU – okazało się, że znowu nie ilość, a jakość ma znaczenie. Patrząc na parametry smakowanych dzisiaj piw, to właśnie to o najniższej deklarowanej goryczy (IBU) zajęło bezapelacyjnie ostatnie miejsce. Czyli ewidentnie musi chodzić o coś innego. Być może o jakość tych chmielowych granulatów, które stosują nasi piwowarzy (nie wiem jak wyglądają źródła zaopatrzenia), a być może właśnie o umiejętność ich skomponowania – i to zarówno różnych odmian chmielu ze sobą, jak i całej tej chmielowej „czapy” z częścią zasadniczą, czyli zasypem i drożdżami. A pewno i jakość pozostałych składników – w tym wody – wpływa na ostateczny efekt. Wychodzi na to, że warzenie piwa nie jest tak prostą sprawą, jak mogłoby się wydawać. Co pod rozwagę wszystkich potencjalnych kraftowców dać pragniemy.

wtorek, 23 sierpnia 2016

Kraft - czy to się nie przepłaca, cz. 5 - witbier



533. White Dwarf Wit IPA (Fabryka Piwa) 5%
--- Podróże Kormorana Witbier (Browar Kormoran) 4,6%
--- Hoegaarden (InBev) 4,9%
536. Miłosław Witbier (Browar Fortuna) 4,8%
537. Curaçao Witbier (Browar Setka) 6%

[Tekst powstał w drugiej połowie czerwca, a więc jakiś czas temu. Czekał w zamrażarce na swoją kolej. Smakowanie i ocena poszczególnych piw odbyły się w ciemno – poszczególnym numerkom przypisano nazwy dopiero po zakończeniu zabawy, po czym tekst wygładzono celem podniesienia czytalności.]

To już piąty odcinek naszych dociekań na temat relacji cena-jakość poszczególnych piw w obrębie jednego gatunku. Wygląda na to, że ostatni z tej serii na jakiś czas, choć nie wykluczamy powrotu do tego rodzaju zabawy. Dzisiaj pijemy piwo pszeniczne w stylu belgijskim, witbier. Na stole mamy jednego przedstawiciela międzynarodowych koncernów, Hoegaarden, dwóch przedstawicieli browarów regionalnych – piwa z Kormorana i Miłosławia – oraz dwa wyroby polskiego kraftu – White Dwarf z Fabryki Piwa i Curaçao z Browaru Setka. Co prawda, White Dwarf określa się jako Wit IPA, a więc nieco bardziej dochmielony po amerykańsku witbier, ale przecież te chmiele dorzuca się tam po to tylko, by podnieść atrakcyjność piwa, nie żeby je zepsuć. Tak więc, przepraszamy konkurencję – White Dwarf ma niejaką przewagę na starcie.

Nigdy nie ukrywałem, że z całych sił kibicujemy browarom regionalnym, gdyż w nich właśnie widzimy nadzieję polskiego piwowarstwa. Nie w koncernach, bo te za bardzo potrafią liczyć i kombinować. Nie w krafcie, bo – mówiąc wprost – jego przedstawiciele w zdecydowanej większości muszą się jeszcze wiele nauczyć. Jednak nie ma tak, że nie mamy jakichś oczekiwań, obaw przypuszczeń co do wyniku rywalizacji, zanim jeszcze zdejmiemy kapsle butelkom z głów. Nie inaczej jest dzisiaj. Raczej nie spodziewamy się jakiejś spektakularnej porażki Hoegaarden, piwa uznawanego za probierz dla swojego gatunku – i to nie bez podstaw. Przy całej sympatii dla browarów regionalnych jako zjawiska, coraz trudniej nam bronić tezy o ich wyższości nad innymi, przedzierając się przez wynalazki z Miłosławia. Tak więc i dziś nie mamy wielkich złudzeń. Z drugiej strony, przy całej niechęci do kraftu jako zjawiska, nie możemy odmówić najwyższych umiejętności piwowarom Browaru Setka, którego piwka w zdecydowanej większości dały nam dotąd dużą radochę, nawet jeśli akurat reprezentowały niekoniecznie lubiane przez nas gatunki.

Zresztą, zobaczmy co nam szklanki przyniosą. Bez uprzedzeń, z podniesionym czołem, zdecydowanym ruchem sięgam po otwieracz jedną ręką, a drugą po pierwsze z brzegu piwo. Kapsel off, mgiełka on, zaczynamy.

W kategorii piany (obfitość, trwałość) wygrywa zdecydowanie Hoegaarden, za nim plasuje się Kormoran. Pozostałe trzy pokrywają się smętną pianą, która dość szybko redukuje się do bardzo cienkiej, poszarpanej warstwy unoszącej się na powierzchni piwa.

Podróże Kormorana Witbier (12,5 Blg, pasteryzowane, niefiltrowane)  – aromaty ma wytrawny, ziołowy, w którym zdecydowanie dominuje kolendra. Są też akcenty bananowe, drożdżowe. Ta kolendrowa ziołowość ociera się też trochę o majeranek. Smak jest… też kolendrowy! Poza tym, kminek, tytoń, gdzieś w tle banan, melon, odrobina świeżych orzechów włoskich. Ogólnie smak wytrawny, w kierunku cierpkawego, ale nie nieprzyjemny. A nawet wręcz przeciwnie – świetnie zbalansowany i miły dla kubeczków.
Ocena: JESZCZE RAZ TO SAMO

Hoegaarden (niefiltrowane) – w aromacie banan i cytryna, aromat zdecydowanie lżejszy niż u dzisiejszych konkurentów. W smaku jest tu melon, banan, gruszka, goździki. Wszystko to jest tak grzecznie poukładane, tak zharmonizowane, że aż wierzyć się nie chce, że to napój powstały z iluś tam różnych składników. Aksamitne na podniebieniu, piękne. Niebezpiecznie ociera się o ocenę najwyższą, kategorię „cud, miód, malina”.
Ocena: JESZCZE RAZ TO SAMO

Miłosław Witbier (11,8 Blg, IBU 17, EBC 8, pasteryzowane, niefiltrowane) – intensywny aromat bananów – do tego stopnia, że wchodzi on nawet w żelki bananowe. Do tego lekki aromat ni to pasty do butów, ni to szpitalnego lizolu, odrobina kolendry owszem, występuje. Naturalnie, drożdże. W smaku jest bananowo-rodzynkowo-ziołowo. Sporo tu rodzynkowej słodyczy, są akcenty lekko kwaśne, jest ziołowa goryczka. W gardle pozostaje i zalega mało przyjemny akcent sztucznego miodu w połączeniu z bardzo nieciekawym posmakiem jak wtedy, gdy ma się zgagę. Mało fajne piwo, zdecydowanie mało fajne, choć do zlewu jeszcze się nie kwalifikuje.
Ocena: JAKOŚ JE ZMĘCZĘ

Curaçao Witbier (12 Blg, IBU 26, pasteryzowane, niefiltrowane, warzone w Browarze Wąsosz) – aromat cytrynowy, banany gdzieś w tle, akcenty ziołowe – bardziej majeranek niż kolendra.  Odrobina skórki pomarańczowej. Ot, w aromacie taki klasyczny witbier, a może nawet bardziej weizen. W smaku pełne, przede wszystkim bananowe, nieco drożdżowe, odrobinę cytrusowe – bardziej pomarańczowe niż cytrynowe, choć są tu też akcenty cytrynowe. Świeża skórka pomarańczy. Nieco akcentów miętowych, odrobina lubczyku. Oczywiście, jest tu i kolendra. Wszystko fajnie poukładane, granice między poszczególnymi nutkami wyraźnie, niezamazane, co wyczynem jest niemałym. Niezłe piwo, koniec końców.
Ocena: JESZCZE RAZ TO SAMO

White Dwarf Wit IPA (14 Blg, IBU 65, pasteryzowane, niefiltrowane) – w aromacie rodzynki, daktyle, papaja, trochę ziołowości i żywicy. Pod spodem odrobina bananów. Smak jest w miarę pełny, a w nim odrobina miodu, owoców egzotycznych, w tym kandyzowanych, no i niestety, nad tym wszystkim buzują wręcz gorzkie akcenty amerykańskiego chmielu, psując skądinąd obiecujące wrażenie. Smakuje bardziej jak słaba IPA ze sporą dozą pszenicy w zasypie, niż witbier. Akcenty smakowe pokłócone, poukładane chaotycznie, gorycz zalega, przeszkadza. Piwo słabe, dno szklanki zobaczymy dopiero przy zlewie.
Ocena: DO ZLEWU

Oceniamy, ustawiamy w kolejności preferencji – po które piwo sięgnąłbym/sięgnęłabym najchętniej raz jeszcze? Wynik będzie o tyle ciekawy, że odbywa się w ciemno – nie zawsze tak robimy, jednak w serii „Kraft – czy to się nie przepłaca” jest to regułą, a opisy są wygładzane już na koniec, by usunąć wszelkie ślady sformułowań typu „piwo nr 1”. No i jak nam dziś się ustawiło?

Werdykt w większości okazał się dziś jednogłośny. W większości, co nie znaczy, że w całości. Moim zdaniem wygląda on tak:

1. Hoegaarden
2. Podróże Kormorana
3. Curaçao
4. Miłosław
5. White Dwarf

Zdaniem mojej współbiesiadniczki piwnej, pierwsze dwa miejsca należy zamienić. U niej wygrywa Kormoran, na drugim miejscu planuje się Hoegaarden. Co do pozostałych, nie ma rozbieżności.

No i co nam wyszło z tego eksperymentu? Otóż po pierwsze, Kormoran po raz kolejny udowodnił, że ma tam piwowarów, którzy wiedzą jak się piwo warzy, a to ewenement w skali kraju. Koncernowy Hoegaarden pokazał, że koncern nie jest potworem, a w każdym razie, nie zawsze musi być. Co do stosunku ceny do jakości – czy odwrotnie, jak kto woli – werdykt nie musi być taki jednoznaczny. Owszem, piwa z Kormorana są zwykle wyraźnie tańsze od kraftowych, choć wielkiej przepaści tu nie ma. Z kolei Hoegaarden, jak przystało na piwo importowane, swoją cenę ma. Jak widać, ma ona tutaj swoje uzasadnienie, jednak sprzedawane najczęściej w buteleczkach 330 ml wcale nie jest tańsze od piw kraftowych. Regionalny Miłosław jest tańszy od kraftów, tańszy od Hoegaarden, chyba najtańszy w tym zestawie. Jednak ociera się zlew. Z kolei kraftowe Curaçao zasłużenie plasuje się na podium, wyraźnie depcząc konkurencji po piętach, a tanie nie jest. Kraftowy White Dwarf i swoje kosztuje i w zlewie ląduje (odrobina poezji na co dzień). Podsumowując – jeśli mam zapłacić podobną (Hoegaarden) lub nieco niższą (Kormoran) cenę za produkt wyraźnie lepszy od tych droższych, to wiem co wybiorę. Choćby nie wiem jaką filozofię dopisać do piwnej rewolucji w Polsce.