Pokazywanie postów oznaczonych etykietą porter. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą porter. Pokaż wszystkie posty

sobota, 12 listopada 2016

3 x Eden Mill (ciągle w Szkocji)




571. Whisky Barrel – Oak Aged Beer (Eden Mill Distillery & Brewery) 6,7%
572. Chilli & Ginger Porter (Eden Mill Distillery & Brewery) 5,2%
573. Bourbon Barrel – Oak Aged Beer (Eden Mill Distillery & Brewery) 6,5%

[Tekst powstał około dwa tygodnie temu, daleko na północy Szkocji]

Kończy się pierwszy tydzień mojego pobytu w Szkocji, siedzę w wyludnionym hostelu na północy kraju, za oknem mam wody zatoki Kyle of Tongue, czyli Ocean Atlantycki, jest późny wieczór, wokół nie ma nikogo. To znaczy, wiem o tych wodach zatoki stąd, że były tam wcześniej, jak meldowałem się w hostelu. Były tam również jak parę chwil temu wybrałem się na zewnątrz, sprawdzić czy przypadkiem jakaś zorza polarna mi nie świeci. Niestety, zachmurzone od horyzontu po horyzont niebo nie pozwala na podziwianie żadnych niebiańskich hec, więc wróciłem do pokoju, sprawdzić jak się mają piwka. Gdyby ktoś kiedyś znalazł się w podobnych okolicznościach przyrody, polecam taką historię: stawia się samochód na wprost oceanu, włącza się długie światła, wychodzi z samochodu, staje pomiędzy reflektorami. I podziwia jak z totalnej ciemności (tutaj nie docierają nawet śladowe ilości jakiejkolwiek łuny świetlnej z najbliższej osady ludzkiej, jak są chmury, to jest po prostu idealnie ciemno) wyłaniają się fale oceanu, jak się załamują w pewnej odległości od plaży, jak rozmywają się na piasku. I nie dzieje się więcej nic – żadnego innego odgłosu, żadnego innego obrazu, wokół ciemność. Szkoda tylko, że nienajcieplej tutaj jest i wiatr szarga starannie ułożoną fryzurę…

Kilka dni temu byłem w browarze i destylarni Eden Mill w St Andrews w hrabstwie Fife. Interesowały mnie głównie ich wyroby whisky-podobne, ale przy okazji zagadnąłem i o piwo. Efekt jest taki, że od tych kilku dni wożę w bagażniku trójeczkę tamtejszych piwek. No i wydaje mi się, że na tym odludziu, na którym się właśnie znalazłem, będą smakowały jak nigdzie indziej. Sprawdźmy co tam mamy.

Lektura etykiet nie rozjaśnia mroków niewiedzy i zawartości butelek. Nic nie wiadomo o rodzaju piwa, nic o pasteryzacji, rodzajach chmielu, itp. Poza porterem, który jest typowym angielskim porterem górnej fermentacji, nie porterem bałtyckim, rzecz jasna. Dodatkowo wiemy, że ów porter, przyprawiony chilli i imbirem, leżakował przez jakiś czas w beczkach po burbonie. Brak jednak informacji jak długo. Piwo leżakowane w beczkach po whisky ma kolor ciemno bursztynowy. To z beczek po burbonie jest o ton jaśniejsze od coca-coli, a porter to porter – ciemne, brązowe piwo. Piany za wiele nie było na żadnym. Mimo braku informacji na etykietach, wygląda na to, że były pasteryzowane. To akurat wynika z terminów przydatności do spożycia – nawet do stycznia 2018.

Whisky Barrel – bardzo sympatyczny, słodki aromat krówek, wanilii, trochę bardzo dojrzałych brzoskwiń, słonecznik, odrobina prażonego słodu, trochę dębiny, takiej raczej starej, zmęczonej, i ledwo nutka whisky słodowej i echo torfu. Aromat zapowiada się ciekawie, zobaczmy co w smaku.
Smak jest pełny, gęsty wręcz. Dominują w nim akcenty tej starej dębiny – choć akurat w smaku jest to przyjemniejsze niż w aromacie. Jest tu sporo karmelu i krówek, jest wreszcie bardzo wyraźny akcent whisky. Mowa jednak o smaku, nie o mocy, nie o alkoholu. No i torf. Bardzo wyraźny, ziemisty, słodki torf. Z każdym łykiem czuć go coraz wyraźniej. Na koniec pojawia lekka taninowa cierpkość. Nachmielenie jest tradycyjne, goryczka delikatna, w sam raz by nie popsuć całkiem udanej kompozycji smakowej. Świetne piwo.
Kategoria: JESZCZE RAZ TO SAMO

Bourbon Barrel – tutaj wyraźnie w aromacie jest bardziej rześko, młodo. Nie ma mowy o starym, zmęczonym drewnie, jest natomiast dużo typowo karmelowej słodyczy, mnóstwo akcentów świeżutkiego słonecznika, jest wanilia, melasa buraczana, węgiel drzewny, świeżo upieczony biszkopt – generalnie, znowu jest bardzo przyjemnie.
Smak jest znowu pełny i słodki. Burbon gdzieś tam sobie jest w tle, robi się coraz wyraźniejszy z kolejnymi łykami. Są tu cukierki kukułki, palony słód, prażone orzechy włoskie, polewa karmelowa, gorzka kawa. I znowu – nie ma mowy o zachmieleniu. Goryczka jest delikatna, przyjemna, nie przeszkadza, niczego nie psuje. Zbytniemu zasłodzeniu przeciwdziała również bardzo fajne nagazowanie – nie za duże, nie za niskie, w sam raz.
Kategoria: JESZCZE RAZ TO SAMO

Chilli & Ginger – w aromacie przede wszystkim wyraźnie czuć deklarowane dodatki – zarówno chilli, jak i świeży imbir. Na pierwszy rzut nosa jakoś mi się to nie podoba. Dodatek ma być dodatkiem, a nie dominować. Pod spodem prażony słód, trochę mlecznej czekolady, karmelu. W sumie dość przyjemne, choć niepokojąco nasuwa skojarzenia z piwem imbirowym. Nie wiem co sobie o tym myśleć, chyba najlepiej będzie jak spróbuję.
Smak… Ho, ho, ho! Piwo dość lekkie, karmelowo-palono-słodowe, ale… Zupełnie bez ostrzeżenia i totalnie znienacka po chwili uderza pikantność. I ta z chilli, i ta świeżo-imbirowa. Fajnie tak pali, przypieka… Ale chyba nic tam więcej nie ma w tym piwie. Jak już minie pierwszy atak pikantności, wychodzi na jaw, że król jest nagi. Kolejny łyki to potwierdzają – karmelowa woda z chilli i imbirem. Gdzieś jakieś echo, delikatny posmak selera naciowego. Za słabo, żeby zainteresować, za słabo żeby zachwycić. Co więcej, z każdym kolejnym łykiem coraz mniej chce się sięgać po następny. Zdecydowanie coraz mniej. A podniebienie coraz bardziej szczypie. Ej, nie tak miało być, zupełnie nie tak.
Kategoria: JAKOŚ JE ZMĘCZĘ

No i już, wypite. Trudno nie odnieść wrażenia, że piwowarzy w Eden Mill ciągle poszukują. Pite kilka dni wcześniej inne ich piwo, Weize Guy (rotweizen), ocierało się o zlew. Dzisiejszy porter zdecydowanie nie zachwycił. Z kolei, te dwa piwa leżakowane w beczkach po whisky i po burbonie rewelacyjnie dały radę, choć pewno nie zachwyciłyby entuzjastów piwnej rewolucji. Cóż, trzeba będzie się poprzyglądać przy okazji następnych wizyt w najpiękniejszym kraju świata.


czwartek, 14 lipca 2016

Ale fajne to Tesco. Najfajniejsze.



488. Tesco Finest Lager 5,2%
489. Tesco Finest Wheat 5%
490. Tesco Finest Ale 5,2%
491. Tesco Finest Stout 4,8%
492. Tesco Finest Porter 5,3%
493. Tesco Finest IPA 5,8%

Takie czasy przyszły, że ręce pełne roboty, na nic czasu nie ma, kolejka wpisów na blog czekających na publikację już dawno dwucyfrowa… A tymczasem znalazłem coś, przed czym ludzie sami się nie ostrzegą, trzeba działać.

Natknąłem się jakiś czas temu w miejscowym Tesco na taką oto ofertę. Seria Tesco finest, sześć różnych piw, stoją i czekają by ich spróbować. Natychmiast pojawiła się nadzieja, że skoro Tesco, i że takie finest, to być może są to piwa uwarzone gdzieś w jakimś browarze na Wyspach, że może będzie coś dobrego wreszcie, że może… Niedawna wyprawa do Szkocji i rozkoszowanie się tamtejszymi piwkami utwierdziło mnie tylko w przekonaniu, że są na świecie miejsca, gdzie nawet nowofalowe gatunki piw potrafią uwarzyć dobrze, że nawet IPA potrafi smakować. A nie jak, nie przymierzając, jakiś HedgeHog czy Pinta. Wrzuciłem więc natychmiast do koszyka po jednym. I całe szczęście, że tylko po jednym. Oj, czuwała nade mną Opatrzność we własnej osobie!

Przynoszę to coś do domu, cały dumny, zapraszam panią mą na degustację. A co, właśnie tak, degustować będziemy. Nie smakować, próbować, pić, tylko właśnie wreszcie degustować. No i nalewam.

Generalnie piana słaba, miejscami prawie jej nie ma. Jedynie niezła, choć nie imponująca, na Ale. Nie o pianę w piwie wszak chodzi, czepiać się nie będziemy. Trochę niepokoi fakt, że nawet na Wheat ilość piany jest śladowa. Tak samo na Porterze i IPA. Cóż, widać takie to piwka. Na bitterach w UK też się za bardzo nic nie pieni, a potrafią dać dużo radości. Wszystkie ewidentnie niefiltrowane. Ewidentnie. Zachęca miły oku (i podniebieniu) poziom zawartości alkoholu. Takie piwka w okolicach piątki, czasem nawet niżej, to ja poproszę.

Ale, ale, zaglądam ja wreszcie na etykiety i kontretykiety (powtarzam sobie zawsze, że powinienem brać ze sobą na zakupy okulary do czytania, a nie z kotem w worku raz po raz do domu wracać!) i co ja tam widzę? Po pierwsze, wszystkie sześć chmielonych jest ni mniej, ni więcej, a czeskim chmielem. Nawet IPA? No dobra, może sobie wyhodowali jakieś citry i inne mozaiki, czemu nie? Większe zaskoczenie czeka mnie na kontretykietach. Ano stoi tam jak byk, że wszystkie dzisiejsze piwka warzone były na Słowacji. Nie podano browaru, miasta, adresu, telefonu, czy maila. Na Słowacji. Nie na Wyspach. Nawet nie nad morzem, jak się okazuje. Nie podano żadnych innych informacji – ani o ekstrakcie, ani IBU, ani o rodzajach chmielu. Poza tym, że czeskie, naturalnie. No dobra, pijmy. O przepraszam, degustujmy.

Aha, jako że sześć zupełnie różnych piw, to tylko je sobie ocenimy (w skali 1-5), a w żadne rankingi bawić się nie będziemy. Bo niby jak?

Lager (pasteryzowane, niefiltrowane, wyprodukowano na Słowacji) – pachnie jak klasyczny lager, głównie słodowo, ma może trochę więcej ciała ze względu na brak filtracji. Z chmielem też słabo, przynajmniej w aromacie. Ten jest generalnie bez większego wyrazu. W smaku Zaskakująco pełne ciała, jak na lager. Sporo goryczki. Całość rozchwiana, słodko-gorzka, nieuporządkowana.
Ocena: 2/5 – głównie za to ciało

Wheat (pasteryzowane, niefiltrowane, wyprodukowano na Słowacji)  – w aromacie bananowo, drożdżowo, melonowo, cytrusowo. Szału nie ma, typowy pszeniczniak. W smaku lekko i orzeźwiająco. Całkiem fajna pszeniczna baza, bananowe akcenty (choć trochę sztuczne, jak z żelków bananowych), ale za chwilę pojawia się kwaśność na granicy goryczy, jak witamina C, którą za długo na języku trzymano.
Ocena: 2,5/5

Ale (pasteryzowane, niefiltrowane, wyprodukowano na Słowacji) – w aromacie słód przede wszystkim, kolendra, majeranek, odrobina chmielu cytrusowo-żywicznego, ale tak delikatnie, w tle. Pachnie jak typowe English ale. W smaku pełne, najpierw słodowo-owocowe, ale natychmiast złamane bardzo nieprzyjemną, zalegającą goryczą, która ostatecznie dominuje wszystko. Słabe piwo, bardzo słabe piwo.
Ocena: 1/5

Stout (pasteryzowane, niefiltrowane, z dodatkiem kawy, 7 rodzajów słodów, wyprodukowano na Słowacji) – w aromacie kawa i czekolada. Jest bardzo słodko, jak przesłodzona, lurowata kawa na dworcu. Trochę akcentów palonych, odrobina karmelu. Tytoń i coca-cola. W smaku zaskakująco lekkie i słodkie. Mdląco wręcz słodkie. Akcenty kawowe, czekoladowe (gorzka czekolada). Karmel. Mnóstwo karmelu. Słabo, jednowymiarowo, monotonnie.
Ocena: 2/5

Porter (pasteryzowane, niefiltrowane, wyprodukowano na Słowacji) – aromat bardzo łagodny, kolowy, lekko kawowy, trochę czarnego bzu, bawarka. Smak bardzo rozczarowuje – kawowo-kwaskowy, jak podłej jakości kawa rozpuszczalna. I popiół tytoniowy. Płaski, nudny. Na koniec kwaśność łączy się z jakimś echem goryczy i to tak sobie siedzi w pysku i psuje wrażenie.
Ocena: 1/5

IPA (pasteryzowane, niefiltrowane, wyprodukowano na Słowacji) – początkowo pachnie jak wzorzec IPA z Sevres – bardzo ładne chmiele cytrusowo-żywiczne. Żadnych przegięć, żadnego walenia po nozdrzach. Pod spodem jednak jest niewiele ciała, więc jak już się ulotnią te najbardziej lotne aromaty chmielowe, a robią to dość szybko, pod spodem jest spore nic. W najlepszym razie trochę podgniłych owoców, głównie brzoskwiń. Smak pełny, dość ciężki, owocowy. Plus nadciągająca chwilę po przełknięciu goryczka grapefruitowo-żywiczna. A przy drugim łyku ta goryczka już sforuje się na pierwszy plan, a potem już zalega i nie pozwala cieszyć się niczym. Piwo tragiczne.
Ocena: 1/5

I co tu dużo mówić. Nie kupujcie tego. Nie dajcie się nabrać na „finest”. Sam, głupi, powinienem był wiedzieć. A tak, mądry po szkodzie. Całe szczęście, że jakoś strasznie drogie to piwo nie było. W promocji po 3,49 zł za butelkę. Jak promocja się skończyła, cena podskoczyła do 3,99 zł. Nawet za pół tej ceny nie warto.


czwartek, 7 kwietnia 2016

Trzy portery. Każdy inny



Grand Imperial Porter (Browar Amber) 8%
465. Nafciarz Dukielski (Dukla & Brokreacja) 6,3%
466. Apollo 19 (Browar Setka) 7,8%

Wpadły nam do koszyka ostatnio dwa dymione portery – cieszący się bardzo dobrymi opiniami w internecie Nafciarz Dukielski, efekt kooperacji browarów Dukla i Brokreacja, oraz Apollo 19 z Browaru Setka. I jedno i drugie piwo w zasypie ma słody suszone nad dymem torfowym. Dukla i Brokreacja postanowiły pojechać marketingowo i w nazwie użyć słowa „whisky”, podczas gdy Setka skromnie mówi tylko o tym, że ich piwo jest „smoked”. I ładnie. Torfowe dymienie ostatnio wydaje się dość popularne wśród piwowarów kraftowych – raz po raz ktoś wypuszcza na rynek zadymione piwo. I niech im będzie – dym torfowy dorzuca dodatkowe nutki aromatyczno-smakowe, pomaga stworzyć specyficzny profil. A użyty w odpowiednich proporcjach potrafi dać pijącemu wiele radości. Zobaczymy jak wyszło w tych dwóch przypadkach. Tym bardziej, że obydwa piwa pojawiły się w sporych ilościach w Tesco, więc z dostępnością nie ma większego problemu.

Jakby nie dość było, że dwa wspomniane piwa to zupełnie różne wariacje na temat porteru, i ortodoksyjni rewolucjoniści piwni już marszczą czoło na takie zestawienie – jeśli któryś z nich to w ogóle czyta – na trzeciego dorzuciliśmy tu butelkę znanego nam już wcześniej Grand Imperial Porter z Browaru Amber, piwa nie dość, że nie dymionego, to warzonego w stylu porteru bałtyckiego, czyli zgoła zupełnie innego gatunku. Powodów takiego mezaliansu jest kilka. Po pierwsze, oczywiście, trzy butelki mocnego piwa to nie to samo, co dwie. W łeb musi trzepnąć, nie ma mowy, żeby inaczej. Po drugie, porter bałtycki wszak powstał jako nowy gatunek właśnie dlatego, że zabrakło w basenie Morza Bałtyckiego regularnych dostaw mocnego stoutu/porteru z Anglii (wina Napoleona, jakby co) i poszukiwano sposobów zapełnienia tej niszy rynkowej. Tak więc, pomyśleliśmy sobie, że może porównamy porter bałtycki (fermentowany na dole) z porterami górnej fermentacji i zobaczymy jak mu ta substytucja wyszła. Poza tym, jeśli porter bałtycki jest w jakimś stopniu imitacją smakową porteru, to zobaczmy czy porter z dymem jest wyraźnie lepszy, czy ten dym robi tam robotę. Tak czy owak, na stole dziś dwa dymione portery górnej fermentacji i jeden porter bałtycki. Koniec, kropka. Nalewamy.

Piana najbiedniej wygląda na Apollo 19 – składa się w dużej mierze ze średnich pęcherzyków, które dość szybko pękają , przez co warstwa piany kurczy się dosłownie w oczach. Parę chwil po nalaniu już jej prawie nie ma. Grand Imperial i Nafciarz pokryły się naturalną, głównie drobnopęcherzykową pianą, trwałą i apetyczną.

Grand Imperial Porter (18,1 Blg, pasteryzowane) ma w aromacie przede wszystkim karmel, palony słód, gorzka kawa, rodzynki, czekolada. W smaku pełny, ciężki, słodki. Przede wszystkim karmelowy i słodowy. Z dominującą słodyczą dzielnie walczy goryczka – i ta chmielowa i ta pochodząca z palonych słodów. Nie wiem czy to kwestia tej konkretnej warki, ale Grand Imperial Porter z browaru Amber wspominałem jako piwo bardziej złożone, lepiej zharmonizowane. A tu z dzisiejszej szklanki wyziera dominująca, ciężka słodycz i dość prosta, jednowymiarowa goryczka. Nie jest to piwo niesmaczne, bynajmniej, jednak jakoś rozczarowuje. A może to kwestia idealizowania wspomnienia i wygórowanych oczekiwań.

Nafciarz Dukielski Whisky Rye Double Brown Porter (16 Blg, IBU 60, niepasteryzowane, niefiltrowane, warzone w Szczyrzyckim Browarze Cystersów „Gryf”) aromat ma wyrazisty, wręcz agresywny. Są w nim bardzo wyraźne nuty torfu, dymu, bandaży wyjałowionych, jodyny, przypalona izolacja w starej instalacji elektrycznej, czekolada. Bardzo to przyjemne, złożone, rokuje dobrze. W smaku wyraźnie bardziej wytrawne niż Grand Imperial, z akcentami torfowymi, nieco kwaskowymi, gorzkiej czekolady, goryczki palonych słodów, ale też typowo ziołowej goryczki. Dodatkowego wymiaru nadaje mu zastosowany słód żytni. Kawa i spalenizna, smoła i asfalt. Gdzieś w tle nieoczywista słodycz lukrecji. Bardzo sympatyczna rzecz, chętnie do niego wrócę.

Apollo 19 Smoked Porter (19 Blg, IBU 40, pasteryzowane, niefiltrowane, warzone w Browarze Wąsosz) – w aromacie dym, torf, dym z drewna wiśniowego, wędzonka, czekolada, nieco chemiczna, cukierkowa słodycz. Po paru chwilach i podniesieniu się nieco temperatury piwa, na pierwszy plan wychodzi doskonale mi znany słód jęczmienny suszony nad dymem torfowym. W smaku jest bardzo przyjemne, zaskakująco przyjemne, aksamitnie gładkie. Są tam przede wszystkim akcenty palonego słodu, a więc i zbożowość i dymność, pewna goryczka. Nieco palonego karmelu, gorzkiej czekolady. Nie jest źle, jest nawet przyjemnie, ale jakoś płasko, brakuje trzeciego, czwartego i kolejnych wymiarów.

Przy pełnej świadomości, że to nie całkiem te same style piwne, że ortodoksyjny rewolucjonista piwny by ich nie porównywał - a więc tylko na zasadzie „po które piwo najchętniej sięgnąłbym po raz drugi,” dzisiaj wygrywa Nafciarz Dukielski. I to dość zdecydowanie. Na drugim miejscu jest Grand Imperial Porter, a na trzecim Apollo 19. Ale dzisiaj nie ma u nas piw niedobrych. Po wszystkie trzy chętnie sięgnę raz jeszcze, co też wszystkim czytającym te słowa z czystym sumieniem polecam.


wtorek, 29 września 2015

Czy jest tu jakiś dobry bagażowy?



253. Porter Okocim (Browar Okocim) 8,9%
254. Lwowski Porter (Browar Lwowski) 8,5%
255. Żywiec Porter (Browar Żywiec) 9,5%
256. Grand Imperial Porter (Browar Amber) 8,0%
257. Witnicki Porter (Browar Witnica) 8,5%

Chodziłem wokół tego tematu jak koło jeża. Z jednej strony, nie można ignorować istnienia piw typu porter. Z drugiej strony, mam traumę. Dawno, dawno temu, kiedy większości czytających te słowa najpewniej nie było jeszcze na świecie, a ja stawiałem pierwsze kroki w świecie słodu dobrze spożytkowanego, zdarzyło mi się pojechać w Beskid Żywiecki i do samego Żywca (takie miasto – naprawdę, tam jest więcej niż tylko browar). W restauracji, w której jadłem obiad, podawano żywiecki porter. Nie mając zielonego pojęcia kto on zacz, zamówiłem, spróbowałem, zachwyciłem się. Jak, nie przymierzając, sam Juliusz Cezar niemalże. Długo, bardzo długo później, na półkach sklepów w całej Polsce masowo zagościły wyroby z Okocimia, Żywca, Leżajska, Warki. Co za radość, pomyśli ktoś. W każdym razie, ja tak pomyślałem. Jak srodze się rozczarowałem wiedzą wszyscy, którzy do dziś gardzą wszelkimi koncerniakami. No i właśnie, porter żywiecki, przepyszne niegdyś piwo o zawartości alkoholu tylko nieco ponad 6%, teraz okazał się smakować jak spirytusowa nalewka na gumie arabskiej z ogromną ilością cukru. Sporządzona z taniego spirytusu z kontrabandy. Od tamtej pory, nie sięgnąłem po porter żywiecki. Ciekaw jestem jak będzie dzisiaj, czy coś się zmieniło, a jeśli tak, to czy na lepsze.

Podczas nalewania piwa do szklanek okazuje się, że zjawisko piany obce jest piwowarom ze Lwowa. Piana gaśnie bardzo szybko i nie zostawia śladu na ściankach szklanki. Nieźle wygląda to w przypadku Grand Imperial, choć najintensywniej pieni się porter z Witnicy. Okocim i Żywiec trzymają się koncernowego standardu – za wszelką cenę nie wolno się wychylić w żadną stronę.

Okocim Porter (pasteryzowane, 22 Blg, IBU 38) pachnie palonym karmelem, kartonem, gumą arabską, kawą. Smak – pełny, przyjemny, słodki, karmelowo-kawowy. Lekka kwaskowość – jakby cytrusowa. Po chwili atakuje goryczka i już zostaje na dobre. Zaskakująco słabo czuć akcent alkoholu.

Lwowski Porter (pasteryzowane, 20 Blg) w aromacie jakaś stęchlizna. To przede wszystkim i najpierw. Dość szybko przeradza się w akcent roślinny – świeży sok złamanej gałązki dzikiego bzu, świeży zielony groszek. Potem jest kawa, wytrawny karmel. W smaku dalej czuć te zielone, łodygowe akcenty, palony słód, karmel. Kawowa gorycz, gorzka czekolada. Pojawia się alkohol, raczej mało przyjemny, choć wyraźnie rozgrzewający.

Żywiec Porter (pasteryzowane, 21 Blg) pachnie toffi i palonym słodem. W smaku jest raczej lekki, żeby nie powiedzieć wodnisty. Akcenty korzenne, palone, rumianek. Właściwie to rumiankowa płukanka do gardła. Na końcu gorycz. I już.  Smakuje obrzydliwie. Jakiś piołun, zielsko, guajazyl. Paskudztwo wysokich lotów.

Grand Imperial Porter (pasteryzowane, 18,1 Blg) pachnie palonym słodem i coca-colą. Karmel, a właściwie krówki własnej roboty, takie z patelni. W smaku kremowy, łagodny, słodki, kawowy. Przebija się palony słód. Nie ma alkoholowego posmaku. Goryczka gdzieś tam w tle, taka jakby gorzkie kakao. Bardzo przyjemne piwo, które chce się pić.

Witnicki Porter (pasteryzowane, 18,1 Blg) na pierwszy niuch pachnie czystą kawą. Świeżo zaparzoną, gorzką kawą. I to pierwsze wrażenie jest bardzo przyjemne. Ale drugie… Po chwili zaczyna się prawdziwa równia pochyła. No przecież musi tam być witnickie bagno, błoto, zgniłe jajka, kiszonka, gnojowica. Dwa niuchy i już koniec radochy. W smaku jest kwaśny, palony, słodowy, kawowy. Na koniec goryczka. Wszechobecna, nieprzyjemna. Na plus trzeba mu zapisać, że nie ma akcentu alkoholowego.

Ranking. Wygrywa – w cuglach – Grand Imperial Porter. Na drugim miejscu Okocim. Na trzecim Lwowski. Na czwartym Żywiec. Stawkę zamyka Witnicki.

Po konsultacji z moją drugą połówką okazuje się, że zgadzamy się niemal zupełnie. Prawie. A – jak wiadomo – prawie robi wielką różnicę, szczególnie w przypadku piwa. U szczęścia mojego żywota Witnicki Porter jest na drugim miejscu, przez co Okocim spada na trzecie, Lwowski na czwarte, a Żywiec na piąte. Przynajmniej to ostatnie ma jakiś sens.

Postscriptum. Tego wieczoru do końca wypita została tylko szklanka Grand Imperial Porter. Pozostałe wylądowały w zlewie – od pół do 3/4 szklanki. Nie dało się inaczej.