Pokazywanie postów oznaczonych etykietą India Pale Ale. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą India Pale Ale. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 17 listopada 2015

IPA niejedno ma imię



334. Permon India Pale Ale (Pivovar Permon) 5,8%
335. Maorys Żytnie IPA (Browar Wielkopolski w Bojanowie) 5,5%
336. Nosferatu Black IPA (Raduga) 5,7%
337. Maxim Session India Pale Ale (Kraftwerk) 5,2%
338. Wrężel Simcoe Single Hop IPA (Wrężel) 7%

Niestrudzenie poszukujemy. W najbardziej zepsutej przez polskich domorosłych piwowarów kategorii, India Pale Ale, poszukujemy piwa, które da się wypić z przyjemnością. A przynajmniej bez obrzydzenia i odruchu szukania zlewu. Jak dotąd, udało się nam znaleźć co najwyżej kilka takich. Z reguły w tej kategorii mamy do czynienia z piwami, w których przeładowane, kiepsko zestawione, pewno też słabej jakości amerykańskie chmiele nie pozostawiają miejsca jakimkolwiek innym doznaniom aromatyczno-smakowym, a w najlepszym razie skutecznie je spychają na dalszy plan i psują radość smakowania piwa. Niestety, jesteśmy w mniejszości. Ich twórcy wkrótce znów pojawią się na kolejnym festiwalu piwa, poklepią się po plecach z twórcami równie obrzydliwych piwotworów, odtrąbią premierę czegoś nowego, będą koszulki, szklanki, otwieracze, rewolucyjni blogerzy się zachwycą, nagrody zostaną przyznane. I tylko nie wiadomo dlaczego coraz częściej słyszy się wśród piwoszy – nieśmiałe, póki co, ale jednak – przebąkiwania o tym, jak to fajnie byłoby napić się piwa, w którym będzie coś więcej niż tylko grapefruitowa gorycz. Widać piwna rewolucja jeszcze nie wyrosła z jednoczęściowych śpioszków i ciągle robi pod siebie, licząc na niewyczerpaną cierpliwość konsumentów.

Dość marudzenia. Kto wie, może dzisiaj, może właśnie w tej chwili stoi przede mną co najmniej jedno dobre piwo w stylu IPA. Kto wie…

A co przede mną konkretnie? Pięć różnych wariacji na temat stylu IPA. Mamy czeską wersję IPA. A że pochodzi z browaru Permon, to jest to klasyczna PIPA. Żytnie IPA o wdzięcznej nazwie Maorys (wszak oni tam - Maorysi, znaczy - nic innego nie piją, tylko żytnie IPA) z browaru w Bojanowie. Uważny czytelnik zauważył być może, że złamałem tu jedną ze swoich zasad, ale co tam, przychodzi kiedyś czas zapominania win, wybaczania błędów. No i taki czas właśnie nieśmiało puka do naszych drzwi. Poza tym, mamy dziś Nosferatu, Black IPA, czyli połączenie IPA i stouta, z grubsza rzecz biorąc. To piwo pochodzi z Radugi, jest jednym z „filmowych” piw stworzonych przez radugowych piwowarów. Stoi na stole Maxim, Session IPA z browaru Kraftwerk – niewyczerpanego źródła naszych piwnych frustracji. Ale kto wie, może wreszcie, może tym razem. Co prawda, zawartość alkoholu na poziomie 5,2% to co najmniej górna granica tego, co za „session” można by uznać, ale niech im będzie. Lubią się chłopaki uwalić szybciej niż później. De gustibus… Na koniec, mamy na stole Single Hop IPA, Simcoe z browaru Wrężel – piwo chmielone jednym tylko rodzajem chmielu. Taka piwna „singlovka”, jak swego czasu nasi czescy dostawcy określali whisky single malt. Tak czy owak, jeśli tylko jeden typ chmielu, to jest szansa na jakąś harmonię, jakieś poukładanie, jakiś ład na podniebieniu.

Nalewam. Piana wszędzie stosunkowo obfita, naturalna, dość szybko zredukowana do cienkiej warstwy. Najbardziej obfita i najtrwalsza w Nosferatu. No i pięknie. Raduga, jak dotąd, zawiodła boleśnie może tylko raz. A może nie tak bardzo boleśnie. Barwa – tutaj mamy dość sporą rozbieżność, jak można było się spodziewać. Wrężel i Maxim są najjaśniejsze, mają barwę bursztynową, Permon jest o jeden odcień ciemniejsze, Maorys brązowe, a Nosferatu – czarne, niemal nieprzenikliwe.

Wąchamy, pijemy. Czas najwyższy. Miejmy to już z głowy.

Permon IPA (niepasteryzowane, niefiltrowane) w aromacie ma przede wszystkim nachalny, gorzki grapefruit, trochę bardziej łagodnych cytrusów, pomarańczy, pewną żywiczność, woskowość. W smaku jest gorzkie, nagazowane, wodniste. Nutka smakowa surowej marchewki (z tych gorzkich) jest bodaj jedynym akcentem spoza cytrusowej goryczy, który da się znaleźć w smaku Permon IPA. Plus drzewo sandałowe. Takie z kadzidełek. Gorycz jest dominująca, zalegająca, nieprzyjemna. Nie chce się sięgać po kolejny łyk. Jeśli pominąć słowa nieprzyzwoite, to przy stole o tym piwie nie powiedziano nic. Cisza.

Maorys Żytnie IPA (15 Blg, pasteryzowane, niefiltrowane) – w aromacie ciasto drożdżowe (takie z kruszonką), kawa, palony słód, maślane, mleczne, słodkie karmelki, świeża chałka z masłem. Bardzo przyjemny, miły dla powonienia, złożony aromat. W smaku też jest przyjemnie – akcenty zbożowe, kawy z mlekiem, wyraźna i dominująca goryczka, ale tak skomponowana z resztą, że nie zabija innych akcentów. Da się na podniebieniu również znaleźć tę drożdżówkę z aromatu. Biorąc poprawkę na naszą niechęć do amerykańskich chmielów, to Maorys smakuje zaskakująco dobrze.

Nosferatu Black IPA (14,1 Blg, IBU 60, pasteryzowane, niefiltrowane) – w aromacie grapefruit, kawa, ciemna czekolada. Aromat jest bardzo stonowany, przyjemny. W smaku jest kawa, są cytrusy, palony słód, przypalony karmel. Jest też posmak słony, morski. No i nie ma tragedii, mimo iż zestawienie IPA i palonych słodów oznacza u nas zwykle pakowanie się do zlewu. Nie dzieje się tu wiele, ale jednak jest jakiś porządek, jakiś ład. A o to chodzi przede wszystkim.

Maxim Session IPA (14 Blg, pasteryzowane, niefiltrowane, warzone w Browarach Regionalnych Wąsosz) – aromat lekko kwiatowy, perfumowy, nieco bagnisty. W aromacie nie dzieje się wiele, jest mało złożony, płaski. I na pewno nie porywa. Po chwili pojawiają się nutki galaretek w cukrze. W smaku jest cytrusowo gorzkie, ale ta gorycz jest przełamana owocową słodyczą (brzoskwinie, ananasy), co w efekcie daje zupełnie znośne doznania smakowe. Z Maximem jest problem – z jednej strony, jest piwem najmniej wyrazistym w dzisiejszej stawce, co oznacza, że nie zniechęca, nie odrzuca. Z drugiej strony, jest piwem tak bezpłciowym, że nie wiem czy warto o nim mówić.

Wrężel Simcoe Single Hop IPA (16,5 Blg, IBU 75, pasteryzowane, niefiltrowane) pachnie grzecznie cytrusami i żywicą, jak podano na etykiecie. Odrobina nutek lubczyka, soku pomidorowego, który z czasem staje się coraz bardziej wyraźny i dominujący. W smaku jest tu słodycz landrynek i kandyzowanej skórki pomarańczowej, przykryta wprawdzie przez grapefruitową gorycz, ale dzielnie dająca sobie z nią radę. Nie dzieje się tutaj wiele więcej.

Gdyby uprzeć się na ranking, to u mnie wygrywa Maorys. Zdecydowanie. Na drugim miejscu plasuje się Nosferatu. Na trzecim Wrężel Single Hop IPA. Poza podium znalazł się dzisiaj Maxim, a po piętach drepcze mu Permon. Wygląda na to, że nieliczne browary kraftowe działające u naszych czeskich braci, prezentują poziom dużo gorszy niż ich polskie odpowiedniki. No ale tam naprawdę muszą się postarać, żeby wyróżnić się na tle przyzwoitych lagerów robionych masowo przez znane i lubiane browary. A nie ma nic bardziej zgubnego, niż bardzo chcieć.

Najlepsza z żon mówi, że jej zdaniem wygrywa Maorys, na drugim miejscu plasuje się Wrężel, a na trzecim Maxim. Poza podium jest Nosferatu, a stawkę zamyka Permon. Wygląda więc na to, że zgadzamy się w całej rozciągłości, za wyjątkiem miejsca Nosferatu, które moim zdaniem zasługuje na wyższą pozycję.

Przy okazji znowu (!) wywiązała się dyskusja, czy skoro z założenia nie lubimy, nie chcemy, nie trawimy współczesnych środkowoeuropejskich IPA, czy w ogóle powinniśmy sobie zawracać nimi głowę. Czy nie powinniśmy odpuścić całkowicie, a skupić się na piwach, które nam bardziej podchodzą. Coś w tym jest, ale być może nie należy ustawać w poszukiwaniach. IPA z definicji wcale nie jest gatunkiem piwa, który trzeba odrzucić. Historia zna przypadki IPA, które nam wręcz smakowało. Nie wolno odpuścić, nie wolno ustać w poszukiwaniach. Choć na jakiś czas być może trzeba sobie dać z nimi spokój (napisał, w myślach przeszukując zawartość lodówki i wspominając wszystkie IPA, APA, AIPA i parę innych piwnych wynalazków chmielonych nowofalowo, które tam się znajdują…). Jedno jest pewne – następnym razem to na pewno nie będzie IPA.


sobota, 7 listopada 2015

IPA jak Pan Bóg przykazał




320. Gloger IPA (Browar Miejski Gloger) 6,2%
321. Double Hop Monster IPA (Greene King) 7,2%
322. India Pale Ale (Fuller Smith & Turner plc) 5,3%
323. Folblut English IPA (Browar Rzemieślniczy Roch) 5,4%

Mamy dzisiaj nastrój na IPA. Głównie dlatego, że mamy kilka butelek, po których można oczekiwać czegoś więcej niż załadowania po brzegi grapefruitową goryczą. Po pierwsze, mamy dwa IPA warzone w angielskich browarach. Nie żeby jakieś super wypasy, ale jednak to oryginał, a nie jakaś smutna podróbka w stylu Pinty czy Redena. Liczymy, że nie zawiodą. Mamy butelkę English IPA z nowego browaru Rzemieślniczego Roch spod Bolkowa. Ostatnio Roch spisał się pięknie jeśli chodzi o stouty, więc i tym razem pokładamy w nim spore nadzieje. A jeśli dorzucić do tego wspominany już patriotyzm lokalny (no, regionalny w tym przypadku) i szczere kibicowanie prawdziwym browarom – choćby najmniejszym, ale prawdziwym, istniejącym fizycznie – to Roch ma od razu dwa punkty przewagi. Chociaż… Zaraz, zaraz… Wszystkie pozostałe piwa też pochodzą z prawdziwych browarów, nie kontraktowych błękitnych ptaków. No dobra, to tylko jeden punkt przewagi dla Rocha – za lokalizację. Na koniec IPA z Browaru Miejskiego Gloger, który stał się już naszym faworytem – wszystkie smakowane dotąd piwa pochodzące od nich smakują, radują i rajcują. IPA od nich już raz przelało się przez moją szklankę – i jak nigdy podczas smakowania polskich, kraftowych IPA, poczułem się jakbym siedział w angielskim pubie i sączył prawdziwe piwo. Ach, lepiej już otworzyć butelki i napełnić szklanki.

Jeśli chodzi o barwę, obdywa polskie piwa są barwy brązowej, odcień jaśniejsze niż, to co kwalifikowałoby się już jako piwa ciemne. Angielskie mają jasną, bursztynową barwę. Folblut jest bardzo wyraźnie niefiltrowane.

Piana – Gloger IPA i Double Hop Monster IPA tworzą bardzo umiarkowaną pianę, która dość szybko redukuje się do cienkiej warstwy drobnych bąbelków. Nieco lepiej wygląda to w przypadku Fuller’s IPA, natomiast najbardziej obfita i trwała beżowa piana pokryła powierzchnię rochowego Folbluta.

Gloger IPA (15 Blg, niepasteryzowane, filtrowane) w aromacie ma – poza wyraźną słodową bazą – akcenty owocowe, delikatną kawę i wyraźny chmiel. Doszukaliśmy się tam owoców liczi, ananasów i delikatnych truskawek. Chmiel dość wyraźnie amerykański – grapefruitowy, cytrusowy, ale nie dokucza tak, jak to często bywa w przypadku wyrobów gorliwych polskich rewolucjonistów piwnych. Wręcz przeciwnie, amerykańskie chmiele dobrze wiedzą po co tu są i jaką rolę mają do spełnienia. Na podniebieniu – przyjemnie gładkie, kremowe, może nawet śmietankowe. Pojawiają się akcenty karmelowe, owocowe, które dość szybko przykrywa grapefruitowa, chmielowa goryczka. Jednak już drugi i trzeci łyk pozwalają podniebieniu przyzwyczaić się do gorzkich okrucieństw i bardziej docenić rzadko spotykaną w polskich piwach typu IPA gładkość i harmonię smaku. Nie lubię IPA, nigdy tego nie ukrywałem, natomiast jeśli już muszę je pić, to poproszę to od Glogera.

Double Hop Monster IPA – wyraźnie dominują tu w aromacie wpływy chmielu – grapefruit, żywica, wosk, anyżek, lukrecja. Na podniebieniu czuć wyraźnie spore nagazowanie, czuć wysoką zawartość alkoholu, niestety, ale są też przyjemne akcenty owocowe – coś jakby pieczona, prażona, lekko przypalona dynia, między innymi (oj, czy dynia aby na pewno jest owocem?). Goryczka jest tu bardzo wyraźna, jednak nie przeszkadza, jest bardziej wielowymiarowa, nie jest to tylko uderzenie grapefruitowej goryczy. Jest tam jeszcze ten tak przyjemny powiew innego, bardziej przyjaznego podniebieniu chmielu. W sumie nie jest to piwo, które wylałbym do zlewu, broń Boże. Mimo że IPA.

Fuller’s India Pale Ale (13,3 Blg) – aromat bardzo delikatny, nieśmiały. Wyraźnie czuć w nim słód. Akcenty kredek świecowych, delikatny chmiel, wcale niekoniecznie amerykańskiej proweniencji. W smaku jest pełne, a gdyby nie spore nagazowanie, byłoby wręcz gładziutkie. Wyraźnie da się wyczuć bardzo przyjemną, harmonijnie zestawioną słodową bazę. Chmielowa goryczka jest właśnie tym, czym być powinna – goryczkowym akcentem zapobiegającym zbytniemu rozsłodzeniu się smaku. Nie dzieje się tutaj wiele, jednak to niewiele, które się jednak dzieje, robi swoje w sposób naprawdę przyjemny. Do tego piwa chętnie jeszcze wrócę.

Folblut English IPA (15,1 Blg, IBU 50, niepasteryzowane, niefiltrowane) – na słodowej bazie poukładały się owoce, głównie ciemne owoce leśne – jeżyny, jagody, maliny. Ale też pomarańcze. Kandyzowane owoce egzotyczne. Długo zalegająca piana wydaje się wstrzymywać aromaty chmielu, jednak mimo to są one dość wyraźnie zauważalne pod postacią świeżej sosnowej żywicy. Aromat bardzo ciekawy, złożony. Smak natomiast rozczarowuje potężnie – wodnisty, skórkowo-pomarańczowy, kumkwatowy, gorzki. Gorzki. Płaski jak tasiemiec nieuzbrojony. I znowu gorzki. Słabo, bardzo słabo.

Robię szybki rachunek sumienia. Wiem na pewno które piwo wygrywa, które znajdzie się dziś poza podium. Tyko co ze srebrnym i brązowym medalem? Czas na jeszcze kilka łyków. OK, wszystko jest jasne. Wygrywa Gloger IPA. Nie pierwszy raz u nas. Na drugim miejscu Double Hop Monster IPA. Wbrew logice, podniesiona temperatura wcale nie wyeksponowała alkoholowych akcentów, a wygładziła smak w sposób co najmniej przekonujący. Dobrze, że takie sesje trwają trochę, a centralne ogrzewanie działa u nas bez zarzutu. Na brąz zasłużyło Fuller’s IPA, a poza podium znalazło się dzisiaj Folblut z naszego nowego dolnośląskiego, prawie bolkowskiego browaru Roch. Szkoda, ale tak to już bywa. Konkurencja była zbyt silna.

Pytam najlepszą towarzyszkę moich piwnych peregrynacji o jej opinię. U niej wygrywa Gloger. Drugie jest Fuller’s IPA, trzecie Double Hop Monster IPA, a w ogonach ciągnie się Folblut. Czyli to nie tylko ja. A jeśli chodzi o srebro i brąz, to chyba jakoś specjalnie się nie pokłócimy.


czwartek, 3 września 2015

Dzisiaj znowu pakujemy się w IPA. I po co?



235. M16 Lemon Grass India Pale Ale (Kraftwerk) 6,2%
236. Apartment Six Flakes American IPA (Raduga) 6%
237. Winchester Imperial India Pale Ale (Faktoria) 8,4%
238. Metropolis American India Pale Ale (Raduga) 5,7%
239. Terrence American India Pale Ale (Wąsosz) 6%

Dzisiaj u nas totalne szaleństwo. Pięć piw w stylu IPA, a na dodatek w pięciu różnych odmianach. A gdyby tego było mało, to dzisiaj u nas totalnie kraftowo. A gdyby tego było mało, to dzisiaj się IBUjemy na maksa. Będzie gorzko, cytrusowo, żywicznie, ach jak cudownie. Mamy dwa piwa z browaru Raduga, który całkiem ładnie się nam zapisał w pamięci, jak dotąd. Mamy coś z Kraftwerka, którego – na podstawie dotychczasowych doświadczeń – mogłoby nie być na świecie. Bez jakiejkolwiek szkody dla tego świata. Mamy coś z Faktorii, o której można powiedzieć dokładnie to samo. No i mamy coś z Wąsosza, który ostatnio zrobił na nas bardzo pozytywne wrażenie najnowszym wypustem – i podstawowych lagerów (udowodnili, że nawet 9 Blg wystarcza, by piwo miało smak), jak i pozostałych piw spod znaku wąsów. Zobaczmy więc co tym razem się nam na podniebieniach wydarzy.

Taka ciekawostka – mimo iż na stole mamy teoretycznie wyroby czterech „browarów”, to tak naprawdę w szranki dzisiaj staje Wąsosz i PPHU Jamard Marianna Kacprzak w Kłodawie, w których tak naprawdę uwarzone zostały wszystkie dzisiejsze piwa.

Po nalaniu okazuje się, że wszystkie są grzecznie niefiltrowane – to widać na pierwszy rzut oka. Wszystkie mają mętną, bursztynową barwę niemal dokładnie w tym samym odcieniu. Wszystkie pokrywają się grzeczną pianą, która po paru chwilach opada do cienkiej warstwy, a na wyrobach z Wąsosza (M16 i Terrence) dość wyraźnie się rozrywa. W pokoju unosi się cytrusowo-żywiczny aromat chmielu.

M16 Lemon Grass India Pale Ale (pasteryzowane, niefiltrowane, 15 Blg, warzone w browarze Wąsosz dla Browaru Kraftwerk, słody jęczmienne, pszeniczne, cztery rodzaje chmielu, trawa cytrynowa) pachnie bardzo przyjemnie (Boże, co ja mówię!) cytrusami, żywicą i trawą cytrynową. Grapefruity wydają się być tu nieprzesadzone, w sam raz. Trudno doszukać się spod nich (i trawy) akcentów słodowych, ale trudno się czepić tego aromatu, nawet jeśli – jak ja – nie przepada się za nadmiarem chmielu. W smaku też nie jest źle. Owszem, chmiele atakują bezlitośnie i natychmiast, ale jest tam też trochę nieśmiałych akcentów owocowych (dojrzałe brzoskwinie) i zbożowych. No i jest trawa cytrynowa. Nie da się jej nie zauważyć. Jak już nie raz mówiłem, IPA to nie jest mój ulubiony gatunek piwa, ale jeśli już miałbym go pić, to nie obrażę się na M16. Pierwsze pozytywne zaskoczenie.

Apartment Six Flakes American India Pale Ale (pasteryzowane, niefiltrowane, 15,5 Blg, IBU 75, sześć rodzajów płatków zbożowych – pszenicznych, owsianych, żytnich, ryżowych, gryczanych, jaglanych, cztery rodzaje chmielów, warzone w PPHU Jamard Marianna Kacprzak w Kłodawie) w aromacie jest dość wytrawne. Ma akcenty kolendry, ma cytrusy – ale nie są to gorzkie, nieprzyjemne skórki grapefruitów, raczej trochę bardziej w stronę pomarańczy, może kumkwatów. To też nie jest nieprzyjemne. W smaku jest pełne, owocowo-zbożowe. Po chwili pojawia się kolendra. Chmiel  tutaj nie zawadza. Jest tu sobie, atakuje, ale nie dominuje. Kolejne przyjemne piwo dzisiejszego wieczoru. Trochę może zbyt płaskie, jednostajne, ale nie nieprzyjemne. A to już robi u nas za pochwałę w przypadku AIPA.

Winchester Imperial India Pale Ale (pasteryzowane, 18,1 Blg, IBU 100++, cztery rodzaje chmielów, warzone w PPHU Jamard Marianna Kacprzak w Kłodawie) ma w aromacie jeżyny (!), ciepłą, owocową słodycz – coś jakby brzoskwinie, powidła śliwkowe. No i słodową zbożowość, zbożową słodycz, czy jak mu tam. No co się dzieje? Piwo, którego się autentycznie bałem (IBU 100++) pachnie przyjemnie, wcale nie chmielowo. W smaku jest owocowo, zbożowo, wreszcie goryczkowo i cytrusowo – ale jak to ładnie gra na kubeczkach! Nie pchają się jeden przez drugiego nutki i nuteczki – nie, tutaj jest harmonia i rytm. Tu jest wręcz melodia.

Metropolis American India Pale Ale (pasteryzowane, niefiltrowane, 14,3 Blg, IBU 70, pięć rodzajów chmielu, warzone w PPHU Jamard Marianna Kacprzak w Kłodawie) pachnie kolendrą, grapefruitami, cytrynami i żywicą. Pachnie przyjemnie, obiecująco, choć część cytrusowych akcentów wydaje się dość syntetyczna. W smaku jest łagodność – słód, owoce (znowu coś śliwkowego, brzoskwiniowego, ale też słodkie mango), akcenty ziołowe – kolendra, rumianek, a także akcenty cytrusowe, chyba kumkwaty. No dobra, jest goryczka, ale ona znowu i tutaj raczej zna swoje miejsce. Znowu jest więcej niż nieźle.

Terrence American India Pale Ale (pasteryzowane, 15 Blg, IBU 55, dwa rodzaje chmielu) pachnie zbożem, zsiadłym mlekiem, czarnym bzem, oraz ciepłą, czereśniową żywicą. Po chwili, przy podniesieniu temperatury piwa, pojawiają się maślane herbatniki. I jakieś wędzonkowe akcenty. W smaku jest owocowe, lekko wytrawne, a właściwie cierpkie, ziołowo-kolendrowe. Trochę przypomina ssanie właśnie wspomnianej wcześniej czereśniowej żywicy (jeśli ktoś żuł ją w dzieciństwie, to wie o czym mówię). Ale przede wszystkim miękkie, ciepłe, dojrzałe owoce i rozkoszny słód. Plus grapefruitowa goryczka, która znowu zna swoje miejsce. Kolejne bardzo przyjemne piwo. I nawet mu nie przeszkadza, że to AIPA.

Dzisiejsza degustacja jest ogromnym zaskoczeniem. Odsuwaliśmy te IPA tak długo, jak tylko się dało, decydując się na jakieś hinduskie lagery, ciemne lagery, cokolwiek, byle nie wlewać w siebie IPA. Byle nie wlewać w siebie polskiego kraftu. Niepotrzebnie. Okazuje się bowiem, że są wśród nich naprawdę niezłe strzały. Albo my mamy dzisiaj słaby dzień. Żadne ze smakowanych dzisiaj piw (dżizas, jak ja nie lubię słowa „degustacja”) nie kazało nam zwrócić się w stronę zlewu. Czy zwrócić, choćby mentalnie. Wszystkie pięć, mimo że ciągle jakieś 2/3 z każdego ciągle jest w szklankach, każą wrócić do siebie. A już największym zaskoczeniem, jak dla mnie, jest Winchester. Gdzie się ukryło to IBU 100++? Bo ja go nie zauważyłem. Albo inaczej, wcale mi nie przeszkodziło. Niezbadane są… kubki smakowe.

Czas najwyższy na ranking. Moim zdaniem (co ja mówię, co ja mówię!) wygrywa Winchester. Tuż za nim plasuje się M16, któremu po piętach depcze Terrence. Tutaj na dobrą sprawę kolejność mogłaby być dowolna.  W obrębie pierwszej trójki, znaczy. Potem jest Metropolis, a na końcu wlecze się Apartment.

Zapytana o jej opinię, źrenica mego oka twierdzi, że wygrywa Terrence. Na drugim miejscu jest M16, a brązowy medal przyznaje Winchesterowi. Na czwartym jest Metropolis, a na piątym Apartment. W gruncie rzeczy, zgadzamy się w zupełności.


środa, 19 sierpnia 2015

Polska, Czechy, Anglia, ale Indie



225. IPA Gold (Greene King) 4,1%
226. Centennial IPA (Doctor Brew) 6,2%
227. Primátor India Pale Ale (Primátor) 6,5%

W związku z ustąpieniem fali upałów, zabrać się można za czekające na swoją kolej inne gatunki piwa niż tylko życie ratujące zimne lagery. Choćby i z całego świata zwożone. Dzisiaj trzy piwa w stylu IPA – India Pale Ale. Jedno z Anglii, jedno z Polski i jedno z Czech. Ciekaw byłem – po raz kolejny – jak tego typu wynalazki robione w krajach niemających ani cienia tradycji warzenia tego gatunku piwa poradzą sobie w zestawieniu z angielskim IPA. Zupełnie przeciętnym jak na angielskie warunki.

Po przelaniu zawartości butelek do szklanek, okazało się, że najsłabiej pieni się IPA Gold, za to zdecydowanie najbardziej intensywnie – niemal jak Grodziskie – Centennial IPA. Być może w pewnym stopniu jest to rezultat pewnego mocowania się z butelką podczas wytargowania jej z lodówki. Piana na nim jest koloru beżowego. Primátor nie szaleje w żadną stronę – pokrywa się grzeczną, naturalną, białą pianą. IPA Gold jest klarowne, barwy jasnobursztynowej. Centennial IPA jest wyraźnie niefiltrowane – jest mętne do tego stopnia, że sprawia wrażenie brudnego. Primátor znowu jest gdzieś pośrodku.

O zawartości alkoholu w każdym z piw już nie wspomnę. Naprawdę trzeba walić w czachę już drugim piwem?

IPA Gold z browaru Greene King w Anglii pachnie przede wszystkim słodem jęczmiennym i karmelem. Nad tą bazą unoszą się delikatne akcenty cytrusowego chmielu, kwiatów. Trochę żywicy. Nie wali w nos chmielem, jest przyjemne i rześkie w aromacie. Po paru chwilach pojawiają się akcenty brzoskwiniowe. W smaku jest bardzo lekkie, przyjemnie słodowo-owocowe. Po chwili akcenty świeżego zboża i fala delikatnego chmielu. Nie gorycz, nawet nie goryczka – raczej taki przyjemny powiew chmielowości. Coś co bardzo sobie w piwach cenię – smak jest warstwowy, rozwija się na podniebieniu. Słowem, nieskomplikowane, ale też nie przekombinowane, przyjemne piwo.

Centennial IPA (16 Blg., IBU 71) pachnie przede wszystkim cytrusami (głównie grapefruity) i żywicą. Pod tymi akcentami czai się słodowa baza, której aromat jednak wyraźnie trąci aromatami rodem z oczyszczalni ścieków. Podgniłe owoce plus akcenty zużytych, stęchłych i wykręconych ze ścierki środków czystości. Jest tam jeszcze mokry karton, ale jakoś nie pcha się na pierwszy plan, więc nie będziemy się czepiać. W smaku jest przede wszystkim owocowe. Są to słodkie, dojrzałe, ciężkie  owoce. Zanim jednak zdołałem zidentyfikować rodzaj owoców (przede wszystkim jakaś przedziwna mieszanka owoców egzotycznych – kandyzowanych i rozmoczonych, taki słodki ulepek), pojawiło się bardzo nieprzyjemne wrażenie, że tak naprawdę to ssę papier nasączony sokiem, a może nawet syropem owocowym. Chmiel nie czeka na swoją kolej. Wali na prawo i lewo po pysku nieprzyjemną goryczą. Na tę gorycz nakłada się gromadząca się w tylnej części podniebienia lepkość. Z każdym łykiem piwo jest coraz mniej przyjemne.

Primátor IPA ma w aromacie akcenty owocowe – nie tylko oczywiste cytrusy, ale też brzoskwinie. Te cytrusy jednak to bardziej cytrusowy, sztuczny aromat rodem z cukierków skittles, a brzoskwinie to bardziej z puszki niż z drzewa. Do tego może trochę nutek kandyzowanych owoców egzotycznych.  W smaku pełne i całkiem przyjemne – przez pierwsze ułamki pierwszej sekundy smakowania. Natychmiast jednak ta przyjemna słodycz owocowa rozpędzona zostaje przez ohydną wręcz chmielową gorycz. Taką medyczną, prosto z obleśnych lekarstw (rozgryziona witamina C). I potem już nie dzieje się nic. Jest gorzko, jest cierpko, jest przepaskudnie nieprzyjemnie. I człowiek tylko czeka, żeby mu się kubki zregenerowały na ten tychmiast. Ratunku, zdają się wrzeszczeć… Ob-le-cha.

Dzisiaj liczebność degustatorów jest o mniej więcej 50% mniejsza niż zwykle, więc nie trzeba będzie ustalać stanowisk, sporządzać protokołów rozbieżności, itp. Dzisiaj pójdzie łatwiej. Choć jestem pewien, że gdyby było nas tutaj tak wielu, jak zwykle, opinia byłaby identyczna. Nie ma więc sensu dłużej odwlekać odczytania wyroku. Tak wyroku. Przypominam, że na samym początku stwierdzono, że IPA Gold to tak naprawdę angielski średniak. No i jakoś tak nie chce być inaczej – IPA Gold wygrywa w cuglach. Jest tak daleko przed drugim kolarzem, że zdążyło wjechać na stadion, minąć linię mety, zejść z roweru, pójść na piwo, wychylić ze trzy kufle, a potem leniwie odwrócić, rzucić okiem na trasę wyścigu i dostrzec zbliżającą się sylwetkę drugiego zawodnika. Ten drugi to Centennial IPA od Doctora Brew. Po dwóch następnych kuflach ogląda się ponownie, spogląda na trasę wyścigu, gdzie pojawia się zdobywca trzeciego miejsca – Primátor India Pale Ale.

I tutaj aż się prosi parę słów prywaty. Ostatecznie to mój (nasz) blog, więc wolno mi. Wyobraźmy sobie, że nasze polskie pierogi ruskie zyskują jakimś cudem międzynarodowe uznanie. Głównie w Papui Nowej Gwinei. I któryś z papuaskich – z całym szacunkiem – kucharzy stwierdza, że to jest to. On zrobi karierę jako wytwórca ruskich pierogów. Ale coś mu nie pasuje. Te ruskie są za mało pieprzne, za mało ostre. Wymyśla więc, że przecież można odwrócić proporcje sera i pieprzu w farszu swojego produktu flagowego. Czasem zamienić ten pieprz papryczką chili, czasem jalapeño. Bo przecież jak można takie mdłe pierogi jeść. I ja bym chciał wtedy zobaczyć reakcję polskich smakoszy pierogów. Dokładnie to samo dzieje się z najprzeróżniejszymi gatunkami piwa. Wszelkiej maści browary kraftowe – choć nie tylko, jak się okazuje – warzą wszystko, każdy gatunek piwa. Nawet takie, których nigdy nie mieli okazji spróbować. Efekt nie zawsze jest zadowalający, ale co tam, wystarczy to odpowiednio doprawić, a zamaskuje się wszelkie niedociągnięcia czy brak umiejętności piwowarów. Czyli – więcej chmielu, więcej chmielów. A harmonia smaku niech się.. odsunie na bok i nie przeszkadza w robieniu kariery, kasy, lansu. Co gorsza, mam wrażenie, że tłumy birofilskich neofitów z wypiekami na twarzy będą analizować informacje zawarte na etykietach – gdzie większe IBU, gdzie więcej goryczki… Ja tylko przypomnę wszelkiej maści piwnym hipsterom – to właśnie znienawidzone, pogardzane koncerny wam wmówiły, że goryczki ma być dużo, jak najwięcej. Ktoś pamięta jeszcze taką serię reklam piwa Pilsner Urquell – z ulubionym prezenterem radiowym mojej żony w roli głównej? Oni tam tylko o goryczce mówili. I to miało stanowić o jakości piwa. Wielu dało sobie wmówić do tego stopnia, że uwierzyli, że im to smakuje.