piątek, 18 grudnia 2015

APA i coś jeszcze. No i król chyba jednak jest goły.



378. Ratownicze APA (Spółdzielnia Socjalna Dalba) 5,5%
379. Nokota APA (Browar Rzemieślniczy Roch) 5%
380. Złotostockie (Browar Rebelia) 6,1%
381. HedgeHog American Pale Ale (Kraftwerk) 5,5%
382. Atlantik-Ale (Störtebeker) 5,1%

W ramach pozbywania się zapasów piwa z browarów rzemieślniczych – piwa najczęściej nieudanego, nietrafionego, czasem wręcz obrzydliwego – z zamiarem stanowczego ograniczenia kontaktu z czymś, co pić się nie da, dzisiaj na tapetę idą piwa w stylu American Pale Ale. A w każdym razie, trzy z nich deklarują się na etykiecie jako właśnie przedstawiciele tego stylu. Złotostockie jest bardzo tajemnicze jeśli chodzi o przynależność gatunkową. Smakowane jakiś czas temu, tak bardzo przypominało Frankensteina z tego samego browaru, że pomylić by się można. Zakładamy jednak, że w tym towarzystwie nie będzie jakoś specjalnie odstawało.

Bardzo liczymy na to, że charakterystyka stylu – przede wszystkim, niższa goryczkowość niż w AIPA – otworzy drogę do większej złożoności, bardziej pełnego smaku, mniej zdominowane przez te wszystkie Citry, Mosaiki i inne Cascady. Przynajmniej to nam obiecuje BJCP. Mamy zwyczajnie nadzieję na miłe popijanie i delektowanie się smakiem. Okaże się też na ile piwowarzy radzą sobie z zestawianiem zasypu i warzeniem. Bo chmielić bez umiaru, to każdy potrafi.

Do zestawu w ostatniej chwili dołączyło piwo, o którego przynależności gatunkowej też niewiele wiadomo, mianowicie Atlantik-Ale z niemieckiego browaru Störtebeker. Przywiezione dosłownie przed chwilą z Görlitz i zupełnie nam dotąd nieznane, na etykiecie informuje o górnej fermentacji, byciu ale’em, oraz chmieleniu m.in. amerykańskimi chmielami Cascade, Amarillo i Citrą. Nie ma ani słowa o IBU, filtrowaniu, pasteryzowaniu, itp. Termin ważności ma do maja 2016, więc założyć należy, że pasteryzowane było, bo na pierwszy rzut oka widać, że nie ma mowy o żadnej filtracji. Już po nalaniu do szklanki okazuje się że wyraźnie odstaje od pozostałych piw barwą – jest jasne, słomkowe, bliżej mu z wyglądu do piwa pszenicznego niż do typowego ale’a. Jak widać, Niemcy wrzucili tu nieco więcej słodu pszenicznego (choć większość to zdecydowanie jęczmień) i postanowili stronić od ciemnych słodów jęczmiennych na rzecz jaśniejszych. Pozostałe piwa są ciemnobursztynowe, najciemniejsze spośród nich jest Złotostockie. Wszystkie wyraźnie niefiltrowane. Piana wszędzie obfita, gęsta, naturalna, osadzająca się na ściankach szklanek. Niekoniecznie zbyt trwała, za wyjątkiem Ratowniczego, gdzie trzyma się dzielnie najdłużej.

Ratownicze APA (13 Blg, IBU 35, niepasteryzowane, niefiltrowane) – w aromacie cytrusy (nie da się ukryć, że to chmiele amerykańskie), jednak bardziej w stronę pomarańczy, lekko octowy, wyraźnie czuć słód. Aromat przyjemny, raczej zrównoważony.  Po chwili ujawnia się akcent brzoskwini, lekki powiew kartonu. W smaku jest lekkie, bardzo mało treściwe. Akcenty jabłek, brzoskwiń, przykryte cytrusową goryczą, która zalega i już tak sobie leży. Nieśmiałe nutki pieprzowe. Po paru chwilach całość się układa dużo lepiej (czyżbyśmy za bardzo je schłodzili?), do całości dochodzi przyjemny akcent sosnowy. Nie jest tak źle, jak się początkowo wydawało.

Nokota APA (13 Blg, IBU 45, niepasteryzowane, niefiltrowane)  – w aromacie grapefruit, wyraźny ekstrakt z białych błonek. Jest słód, ale ledwo sobie radzi z ujawnieniem się, przyklepany bezlitośnie przez grapefruitowy chmiel. Po paru chwilach przeradza się to w akcenty galaretki cytrynowej w cukrze. W smaku jest dość przyjemnie, słodowo i owocowo. Smak jest w miarę pełny, wyrazisty. Nad wszystkim jednak zalega chmura chmielowej, zalegającej goryczy. I psuje wszystko. Z czasem pojawiają się – w sumie wcale nie nieprzyjemne – akcenty gorzkawej skórki śliwek, plus lekka żywiczność właśnie śliwy. Takie coś, co wypływa spod kory, zastyga, a dzieciaki ssą to pasjami. I tyle dobrego. Stosunkowo dobrego.

Złotostockie (15 Blg, niepasteryzowane, niefiltrowane, refermentowane w butelce, żywe, warzone w Browarach Regionalnych Wąsosz) – aromat bardzo słodki, sporo akcentów miodu, żywica, skondensowane słodkie mleko. Po paru chwilach słodkie akcenty gdzieś uciekają, pozostaje miód, odrobina akcentów lipowych. I grapefruit z żywicą. Czyli to, o co chodzi niektórym. W smaku jest pełne, miodowo-słodowe, karmelowe. Baza jest wyraźnie słodka, miodowo-karmelowa słodycz jest wręcz intensywna. Tutaj jednak charakterystyczna gorycz amerykańskich chmielów niejako dokłada się do całości, do przechodzącej w gorycz słodyczy miodowej, niczego nie kontrując. Na koniec gorycz staje się wszechobecna i obezwładniająca. Całość chaotyczna, rozbałaganiona. Niefajna.

HedgeHog APA (12 Blg, IBU 40, pasteryzowane, niefiltrowane, warzone w Browarach Regionalnych Wąsosz) pachnie słodką kawą z mlekiem, likierem kawowym (Bailey’s), toffi – całość jednak lekko skisła. Wrażenie kiszonki potęguje się z każdą chwilą. W smaku jest… nieświeże, jakieś nadpsute, zatęchłe. Są tam akcenty cukierków Werter’s, jest jakaś słodowość, karmel. Ale jest też wszechobecny chmiel. Amerykański chmiel. A na dodatek chyba z dostawy, która listonoszowi wpadła w błoto. Obrzydliwy.

Atlantik-Ale (11,4 Blg) – aromat bardzo delikatny, akcenty woskowe, lekko pszeniczne, cytrusowe. Wyraźnie da się wyczuć obecność amerykańskich chmielów, jednak jest ona tutaj umiejętnie wkomponowana w niezbyt może porywającą, ale harmonijną całość. W smaku jest pełne, słodowe, owocowe, najlepiej – jak dotąd – poukładane z chmielowymi akcentami cytrusa i żywicy. Goryczka jest tu goryczką, kontruje słodycz słodowej bazy, nie zalega, a przyjemnie ożywia całą kompozycję. Jedno z lepszych piw chmielonych po amerykańsku, jakich dotąd próbowałem.

Generalnie, poza Atlantik-Ale i być może trochę Ratowniczym – wrażenie picia tego, co wyżęto ze ścierki do podłogi, a co dla smaku doprawiono najlepszym na rynku, amerykańskim koncentratem chmielowym. Jeśli przypomnieć sobie co napisano na samym początku, nienajlepiej świadczy to o naszych piwowarach rzemieślniczych. A może to „rzemieślniczy” to nadużycie? Może trzeba ich określać mianem „czeladniczych”? Kto wie, może się kiedyś nauczą, nie należy tracić nadziei. Ciekawe dlaczego Niemcom udało się skomponować amerykańskie chmiele w coś więcej niż grapefruitowe popłuczyny. Może u nich tam piwo warzą ludzie, którzy potrafią to robić. Cholera, kto wie?...

Ranking dzisiejszy to złoto dla Atlantik-Ale. Na drugim Ratownicze. Na podium jeszcze znalazło się u mnie Nokota. Złotostockie poza podium, a tyły zabezpiecza HedgeHog. Choć, szczerze mówiąc, od trzeciego miejsca to już wszystko jedno. Kwestia tylko poziomu obrzydzenia.

U najlepszej z żon, ranking bardzo podobny, jedynie HedgeHog u niej wyskoczył dwa miejsca wyżej, na najniższy stopień podium. Kolejność wszystkich pozostałych taka sama – Atlantik-Ale, Ratownicze, HedgeHog, Nokota, Złotostockie.

Skończyło się to tak, że 2/3 zawartości szklanek trzech piw wylądowało w zlewie. Ot, i APA

wtorek, 8 grudnia 2015

Jesienna pszenica



374. Franziskaner Weissbier (Spaten-Franziskaner-Brau) 5%
375. Gloger Herbowy (Browar Miejski Gloger) 5,4%
376. Okocim Pszeniczne (Okocim) 5%
377. Švyturys Baltas (Švyturys-Utenos Alus) 5%

Wracamy na chwilę do klimatów, w których czujemy się zdecydowanie lepiej niż w nowofalowych IPAch, a mianowicie do pszenicznych piw w stylu Hefe-Weissbier. Odkryłem właśnie, ku swojemu zaskoczeniu, że nie braliśmy jeszcze dotąd na tapetę jednej z ikon tego stylu, a mianowicie warzonego w Monachium Franziskanera. Duże niedopatrzenie, choćby tylko ze względu na popularność i dostępność tego piwa w Polsce. Wpadła nam w ręce zupełnie niechcący (niech żyje sklepik przy rondzie w Szczawnie!) butelka pszeniczniaka z jednego z naszych ulubionych browarów, białostockiego Glogera, więc nogi same poprowadziły do najbliższego sklepu, gdzie dokupiliśmy Okocim pszeniczne i litewskie Švyturys Baltas – i zestaw na wieczorne smakowanie gotowy. Trochę zdziwiłem się gdy z lektury kontretykiety Okocimia dowiedziałem się, że to piwo warzone jest właśnie w… browarze Švyturys w Kłajpedzie na Litwie. Obydwie marki należą do tego samego koncernu. Tak więc, mamy dwa pszeniczne piwa z tego samego browaru

Wszystkie cztery pokryły się grzeczną, charakterystyczną dla pszenicznych piw pianą – obfitą, drobnopęcherzykową, trwałą. Barwa ciemnosłomkowa, charakterystyczne zmętnienie. Jedynie Gloger wyłamał się z tej ostatniej zasady – klarowne, złociste piwo na pierwszy rzut oka wyglądało, jakby było filtrowane przed butelkowaniem, choć na dnie butelki wyraźnie dało się dostrzec niewielki osad. Wąchamy, pijemy…

Franziskaner Weissbier (11,8 Blg, pasteryzowane, niefiltrowane) to klasyk gatunku w aromacie – banany, drożdże, pszenica, herbata brzoskwiniowa, lekka kwaskowość, delikatne, słodkie mandarynki. W smaku lekkie, orzeźwiające drożdżową kwaskowością w połączeniu z pełnym słodkim smakiem pszenicy, zboża. Są tu pomarańcze, są banany, są nutki brzoskwiniowe. Wszystko poukładane jak należy, nic się nie rozpycha, nic nie dominuje, nie zagłusza współtowarzyszy boju o kubki smakowe. Bardzo przyjemna rzecz.

Gloger Herbowy (12,6 Blg, niepasteryzowane) pachnie bardzo zaskakująco, jak na piwo pszeniczne – jeżynami, owocem czarnego bzu, dżemem z czarnych porzeczek, z lekką nutką wanilii. Są tu też bardziej tradycyjne akcenty piwa pszenicznego – banany, drożdże, słodkie cytrusy, pszenica – ale to nie one grają tu pierwsze skrzypce. Niecodzienny, bardzo przyjemny aromat. Po niezwykłym i obiecującym aromacie, smak nieco rozczarowuje – są tu w dalszym ciągu akcenty ciemnych jagód różnego rodzaju, ale jest być może odrobinę zbyt wytrawne, z delikatną cierpkością nawet. Taką cierpkością pochodzącą z przegryzionych pestek porzeczki. Są tu wyraźne akcenty zbożowe, są cytrusy. Jest też wyraźna goryczka i wydaje się, że nie bardzo ma ona tutaj co robić, gdyż baza piwa jest mało słodka. Pierwsze wrażenie smaku nieco słabsze niż oczekiwano, ale dajmy mu drugą szansę. Drugą szansę wykorzystuje wzorcowo. Drugi i kolejne łyki dają poczucie bardzo przyjemnej, wyważonej owocowości, lekkiej wytrawności, harmonii, a przede wszystkim odmienności od kanonów stylu. No i zaczynamy szukać po etykiecie informacji – nigdzie nie napisano, że to piwo w stylu Hefe-Weizen. To po prostu piwo pszeniczne, a to niejedno może mieć wcielenie, jak się okazuje.

Okocim Pszeniczne (12 Blg, IBU 14, pasteryzowane, niefiltrowane, warzone w browarze Švyturys na Litwie) – w aromacie bardzo wyraźnie banany, trochę miodu, akcenty kwiatowe – lekki i w miarę przyjemny aromat, mimo nieznacznego wpadania w jakieś zgniłe, bagienkowate akcenty. Kiszonka buraczana. Po paru chwilach pojawia się jakby lekka dymność, uwydatnia się zboże. W smaku jest bezpłciowe i bardzo nieprzyjemne – kwaśne, wodniste, z co najwyżej echem pszenicy, drożdży, cytrusów. Proporcja kwasu do pszenicy powala. Oj, nie będzie to nasze ulubione piwo, co do tego nie ma cienia wątpliwości.

Švyturys Baltas (pasteryzowane, niefiltrowane) ma mało przyjemny aromat – jest tu pszenica, są drożdże, owszem, ale przede wszystkim akcenty kwaśne, ostre, jakby musztardowe. Po paru chwilach musztarda trochę rozchodzi się po kościach, a pojawiają się akcenty kwiatowe. W smaku jest znowu dość słabo – pszenica, brzoskwinie, drożdże, odrobina goryczki, znowu zbyt wysoka kwaśność, stanowczo zbyt wysoka. Nie jest tak źle, jak w przypadku Okocimia, ale rozczarowanie jest wyraźne.

Dzisiejsze piwa wywołały dyskusję, która uniemożliwiła wydanie dwóch niezależnych wyroków – jak to zwykle dzieje się w przypadku naszych wieczornych piwnych przygód. Dzisiaj wyrok, czy jak kto woli ranking, został uzgodniony. Na pierwszym miejscu ex aequo zasiada Gloger I Franziskaner. Dość długo rozmawialiśmy o obsadzeniu szczytu podium i uznaliśmy ostatecznie, że te dwa piwa są tak różne, że nie da się ich porównywać ze sobą. Z drugiej strony, są na tyle dobre, że zdecydowanie biją na głowę dzisiejszą konkurencję. Stąd dzielone miejsce na najwyższym stopniu podium. Na trzecim miejscu znajdzie się dziś produkt przyjaciół z Litwy, a poza podium ląduje Okocim. Wszak również z Litwy.

niedziela, 6 grudnia 2015

Assorted IPA



369. Wrężel East Coast IPA (Browar Wrężel) 6,8%
370. Brok IPA (Van Pur) 6%
371. Piotrek z Bagien Black IPA (Browar Rzemieślniczy Jan Olbracht) 6%
372. Frankenstein (Browar Rebelia) 6,1%
373. Lost Weekend Rye India Black Ale (Browar Raduga) 6,5%

To już chyba ostatnie butelki IPA zalegające w naszej piwnicy. Chyba że ku własnemu przerażeniu odkryję jeszcze ze dwa kartony jakiejś Pinty, Redena, czy Kraftwerku w trakcie przedświątecznych porządków. Sama myśl jest tak paraliżująca, że natychmiast postanawiam kontynuować wieloletnią tradycję i w tym roku również nie sprzątać w piwnicy. Tak czy inaczej, wymiatanie zapasów oznacza różne odmiany, różne wcielenia gatunku India Pale Ale obok siebie na naszym stole.

I tak, do szklanek nalewam dziś East Coast IPA z Browaru Wrężel, przedziwne India Pale Ale rzucone ostatnio na rynek przez Van Pur, czyli Brok IPA, kolejnego Piotrka z Bagien z Browaru Rzemieślniczego Jan Olbracht – tym razem jest to Black IPA. Ciekawi nas bardzo Frankenstein z browaru Rebelia w Ząbkowicach Śląskich. Tradycyjnie kibicujemy lokalnym, dolnośląskim inicjatywom, a więc i Rebelii. Z drugiej strony, nie darzymy zbyt wielką estymą browarów kontraktowych, więc jakieś rozdarcie wewnętrzne nam się kroi. Pal go sześć, niech się broni samo piwo. Wiele obiecujemy sobie po kolejnym piwie pochodzącym z Browaru Raduga (też kontraktowiec wszak!), który jeszcze chyba nigdy jakoś boleśnie nas nie zawiódł. Nawet jak ładował w swoje piwo tzw. nowofalowe chmiele.

Przy okazji, być może nie wszyscy wiedzą, że Ząbkowice Śląskie, z których pochodzi Rebelia, to po niemiecku (a przecież jeszcze do 1945 roku było to niemieckie miasteczko) właśnie Frankenstein. Pewno stąd inspiracja nazwy piwa ząbkowickich rebeliantów. To tak gwoli wyjaśnienia, oświecenia, wymądrzania się. Z grafomańskich efektów twórczości literackiej chłopaków z Ząbkowic nie będę się nabijał. No nie będę. Jeśli mogę coś poradzić, to następnym razem skonsultujcie tekst z kimś, kto ma choć trochę ogłady literackiej i zna zasady ortografii i interpunkcji. A może wczytajcie się w dzieła owych dawnych kronikarzy, z których zapisków udało Wam się „odnaleźć ów przepis, dzięki któremu pijesz owy trunek.”

Nalane do szklanek, Lost Weekend i Piotrek z Bagien są bardzo ciemne, niemal czarne. Zgodnie z deklaracją. Frankenstein ma barwę ciemnego bursztynu i jest ewidentnie niefiltrowane, mętne. Brok jest jasnobursztynowe, a Wrężel – najjaśniejsze w zestawie, ciemnosłomkowe.

Piana wszędzie poprawna, naturalna. Najmniej trwała i z największą ilością średnich pęcherzyków na Frankensteinie, najbardziej obfita i trwała na Wrężelu. Poza dwoma ciemnymi piwami (Lost Weekend i Piotrek z Bagien), gdzie jest ona barwy beżowej, piana jest biała, a w najlepszym razie barwy delikatnego ecru.

Wrężel East Coast IPA (16,5 Blg, IBU 70, pasteryzowane, niefiltrowane, warzone w Browarze Zarzecze) pachnie przede wszystkim cytrusami, przez które przebija się słód i karmel. Są tam też owoce tropikalne (jakieś mango?), lekka żywica. Truskawki z kompotu. Jak na IPA, aromat jest łagodny, ułożony i przyjemny. W smaku na pierwszym planie intensywna grapefruitowa goryczka, która początkowo przesłania wszystko i na chwilę paraliżuje kubki smakowe. Jak już chłopaki dojdą do siebie, zaczynają dostrzegać trochę więcej – jest tam trochę słodu, są owoce – znowu te truskawki, trochę kandyzowanych owoców tropikalnych. Co z tego, jeśli żywiczno-grapefruitowa gorycz (już nie goryczka) zalega na podniebieniu i z każdym łykiem coraz bardziej przeszkadza cieszyć się smakiem piwa. Jezus, Maria, wywar z chmielu sobie zgotujcie i pijcie do woli, natomiast przed warzeniem piwa sprawdźcie w słowniku znaczenie słowa „umiar”, panowie piwowarzy. Koniec końców, obrzydliwe piwo. Na pewno nie zostanie dopite do końca.

Brok IPA (13,7 Blg, pasteryzowane) aromat ma zdecydowanie mniej intensywny, mniej wyrazisty niż Wrężel. I całe szczęście, bo w nim jakaś mdła rabatka kwiatowa, jakieś bagienko, jest trochę stęchłego słodu, coś próbują robić chmiele, ale też chyba zdążyły zwietrzeć zanim trafiły do tego piwa. I jakaś sałatka warzywna minus majonez. Głównie bezlitośnie rozgotowana marchewka. Aromatyczna kicha. A co z jego smakiem? Po przechmielonym Wrężelu, zupełnie bezpłciowe Brok IPA smakuje jak ambrozja. Ale tylko pierwszy łyk, tylko spłukanie tamtego świństwa sprawia jakąkolwiek radość w tym kolejnym produkcie piwopodobnym dzisiejszego wieczoru. Już na drugi łyk, w smaku jest to samo, co w aromacie – jakieś zwietrzałe słody (tego akurat jest sporo), nieprzyjemny karmel, zero życia, zero radości. Wielkie nic. Szklanka wręcz krzyczy do mnie: „Nie pij ze mnie więcej!” Ręka omdlewa gdy ją po nie wyciągam. Zatoki nosowe zalewają się płynem, który tylko Nasodren mógłby usunąć (a Nasodrenu jak na lekarstwo), i nie pozwalają brukać powonienia tym czymś. Jezu, niech ktoś wreszcie zrobi dobre piwo! Marne szanse by tym kimś był Van Pur. Dyskwalifikacja.

Piotrek z Bagien Black IPA (15 Blg, pasteryzowane, niefiltrowane) w aromacie ma przede wszystkim nutki żywiczne, taką świeżą żywicę sosnowa, grapefruit, palony słód, generalnie spalenizna, lukrecja, kandyzowane owoce tropikalne. Pachnie harmonijnie, przyjemnie, wielowarstwowo. Zapowiada się ciekawie. Smak jest pełny, początkowo przyjemny, obiecujący. Akcenty palonego słodu, kawy, gorzkiej czekolady, lukrecji. I co? I to wszystko? Ach nie, jest jeszcze grapefruitowa goryczka, błąkająca się po podniebieniu trochę bez pomysłu na siebie i bez ochoty na twórczą interakcję z pozostałymi akcentami. W pewnym momencie, tylko na chwilę, walnęło jodyną. Kurcze, słabo, kiepsko, nieprzyjemnie. Na koniec zwyczajnie cierpko. Aż strach pomyśleć jaka była konkurencja na tym poznańskim konkursie nie tak dawno, gdzie zdobyło ono brązowy medal…

Frankenstein (15 Blg, IBU 80, pasteryzowane, niefiltrowane, warzone w Browarach Regionalnych Wąsosz) pachnie słodowo, ciężko, karmelowo. Cytrusowo-żywiczne akcenty chmielu nie dominują, jak można by się spodziewać po IBU 80, ale też jakoś nie potrafią się wkomponować w całość. Nie, nie ma tu poszukiwanej przeze mnie harmonii, ładu. Jest chaotycznie narzucana paleta akcentów, z których żaden nie wie po co się tu znalazł i dlaczego akurat w tym towarzystwie. I z żadnym z pozostałych nie jest mu po drodze. Słabo, choć bywało gorzej. W smaku jest karmelowo. Ciężko karmelowo. Aż trudno się domyślić, że ta słodycz do zasługa słodu. Czy też słodów. Zbożowości tu jak na lekarstwo. Na ten karmel nakłada się żywiczno-grapefruitowa goryczka. I już, po zabawie. No dobra, jakieś owoce, jakby marmolada wieloowocowa. Słodycz – i karmel i owoce – robi się dość szybko klejąca, siedzi z tyłu podniebienia, a po niej skaczą te grapefruity i żywica. No naprawdę… Chciałoby się wreszcie zachwycić którymś, a tu ni cholery, nie dzisiaj, kolego. OK, jest to piwo, które nie odstrasza, nie jest to nawet piwo, o którym chciałoby się szybko zapomnieć. Ale pamiętać o nim też się nie chce. Bo i po co?

Lost Weekend Rye India Black Ale (IBU 70, pasteryzowane, niefiltrowane, warzone w PPHU Jamard Marianna Kacprzak) ma w aromacie słód, karmel, czekoladę, żywicę, kawę rozpuszczalną, melasę, cytrusy grapefruitopodobne. Aromat jest intensywny, obiecująco poukładany. W smaku jest żyto, jest spalenizna, jest  żywica, jest gorzka czekolada. I kawa. I to wszystko jest gorzkie. I to wszystko wcale nie chce być przyjemnie gorzkie. Jest po prostu gorzkie. Ostatnim wysiłkiem woli doszukać się można jakiegoś słodu, jakiejś przyzwoitej bazy smakowej. Kolejne piwo biorące udział w wyścigu o wysokie IBU, o zniszczenie kubków smakowych piwoszy, o tanie wrażenie, niską satysfakcję. Nie podoba mi się. O, Buddo (czas najwyższy chyba bóstwo zmienić w wykrzyknikach), nie ma dzisiaj nic, co by zrobiło dobre wrażenie. Jak tu żyć?

Trzeba by je jakoś ustawić w kolejności, wykazać się umiejętnością oceny… Co oznacza, że muszę wziąć jeszcze co najmniej po jednym łyku. The nightmare continues… Dobra, będę dzielny. Przy wszystkich zastrzeżeniach, o których wyżej, wygrywa Frankenstein. Na drugim plasuje się Piotrek z Bagien. Trzecie jest Wrężel East Coast IPA. Poza podium ląduje Lost Weekend – to chyba pierwsza u nas tak niska pozycja piwa z browaru Raduga, pierwsze spore rozczarowanie. Brok IPA w ogóle nie kwalifikuje się do jakiejkolwiek oceny. Dzisiaj żadnych protokołów rozbieżności, żadnych sporów.


sobota, 5 grudnia 2015

Marzec, wrzesień, październik, grudzień



366. Kormoran Marcowe (Browar Kormoran) 5,8%
367. Löwenbräu Oktoberfestbier (Löwenbräu) 6,1%
368. Spaten Oktoberfestbier (Spaten-Franziskaner-Brau) 5,9%
Po Godzinach Marcowe (Browar Amber) 5,8%

W ofercie któregoś z supermarketów nie tak dawno pojawiło się na chwilę piwo marcowe z Niemiec, z samego Monachium, zwane tam Oktoberfestbier, więc grzechem ciężkim byłoby przejść obok obojętnie. Nie zgrzeszyłem, dzięki czemu zawitały u nas Löwenbräu Oktoberfestbier i Spaten Oktoberfestbier. Nie można nie wystawić przeciwko Bawarczykom tego, co u nas najlepsze, naszych najdzielniejszych wojów, stąd ponowna obecność na naszym blogu Marcowego z serii Po Godzinach z Browaru Amber (już raz załapało się u nas na numerek, więc stoi powyżej nienumerowane), oraz Marcowe z Browaru Kormoran. Tego ostatniego nie piliśmy nigdy wcześniej, ale Browar Kormoran zrobił i wypuścił niemało dobrego – obok tego mniej dobrego, ale wypominać nie będziemy – więc i tym razem pokładamy w nim nadzieję.

Piwo marcowe to – w skrócie – odmiana lagera (piwa dolnej fermentacji), warzona z zastosowaniem nieco zmodyfikowanej, dekokcyjnej metody zacierania. Warzone jest na wiosnę, leżakuje przez całe lato i tradycyjnie spożywane jest jesienią. W Niemczech, w Bawarii, skąd pochodzi ten rodzaj piwa, warzone jest z myślą o obchodzonym na przełomie września i października święcie piwa Oktoberfest, stąd niemiecka nazwa – Oktoberfestbier.

Nalewamy, przygotowujemy się do radosnego chłeptania. Okazuje się, że obydwa piwa z Niemiec są wyraźnie jaśniejsze w barwie, bladosłomkowe, podczas gdy polskie mają raczej odcień bursztynowy. Piana wszędzie przyzwoita, naturalna, przy czym najtrwalsza i składająca się z najdrobniejszych pęcherzyków jest ta pokrywająca Löwenbräu Oktoberfestbier.

Kormoran Marcowe (14,5 Blg, pasteryzowane, niefiltrowane) – w aromacie słód, bardzo przyjemny, wyraźnie nieamerykański chmiel, trochę orzechów laskowych. Po chwili pojawia się lekki alkohol. Z czasem alkoholowy akcent staje się coraz bardziej dominujący i nieprzyjemny. W smaku jest słodowo, zbożowo, czekoladowo, słonecznikowo. Goryczka jest mało przyjemna, jakby gorycz wyssana ze świeżych łodyg chwastów. Zalega na podniebieniu i przeszkadza cieszyć się całą resztą smaku. A szkoda, bo słodowa baza jest całkiem przyjemna i obiecująca. Co z tego jednak, kiedy nie ma szansy się jakoś specjalnie ujawnić, pokazać w pełnej krasie.

Löwenbräu Oktoberfestbier (13,7 Blg, pasteryzowane) ma aromat ma równie blady, jak barwę – jest tam trochę słodu, odrobina chmielu, ale ciała to ten aromat nie ma za grosz. Tak jak aromat nie miał ciała, tak i w smaku trudno się go doszukać. Piwo jest lekkie, niemal wodniste, a słabiutkim akcentom zbożowym towarzyszy tutaj goryczka w akompaniamencie czegoś w rodzaju nutek oleju roślinnego. Jak z konserwy rybnej minus smak ryb, ale z zachowaniem konserwy – posmak metaliczny z czasem robi się coraz bardziej nieznośny. Jak by się nie starać, to werdykt jest jeden – cienkie siuśki.

Spaten Oktoberfestbier (13,7 Blg, pasteryzowane) ma lekki, orzeźwiający aromat, nutki słodu, gdzieś tam echo ciepłych, słodkich cytrusów (pomarańcze, mandarynki). Echo moreli. W smaku jest odrobinę lepiej niż w przypadku Löwenbräu, wyraźniej czuć słodową bazę, jest odrobinę przyjemniejsza, a goryczka chmielowa jest wyważona i w miarę przyjemna. Całe piwo jednak rozczarowuje brakiem czegokolwiek, czym dałoby się zająć kubki smakowe. Ot, jest to coś, czym dobrze jest spłukać podniebienie, ale jakoś w opowieściach o pobycie w Monachium chyba bym o nim nie wspomniał.

Po Godzinach Marcowe (14,5 Blg, pasteryzowane, niefiltrowane) początkowo jest lekko kartonowe w aromacie, ale jak się w nie wgłębić – uważając jednak, by nie zmoczyć nosa – wyraźnie wyczuć można solidną, słodką, słodową bazę. Trochę przyjemnego, słodkiego, mlecznego karmelu. No i znowu – jak poprzednim razem, gdy popijaliśmy Marcowe z Ambera – pojawia się bardzo wyraźny śmietanowy sos grzybowy. W smaku zboże, karmel, rodzynki. Andruty kaliskie. Brzoskwinie. No i jest ten sos grzybowy. Wydaje się jednak, że w smaku to już jest sos na bazie suszonych grzybów. O ile mnie pamięć nie myli, już się zachwycałem chmielem w amberowym Marcowym – żadnej goryczy, żadnych obrzydliwych akcentów. Po prostu czysty, lekko goryczkowy, lekko suszony, wytrawny smak chmielu, który pałęta się od niechcenia po podniebieniu i robi swoje.

W tym zestawie bez cienia wątpliwości wygrywa Po Godzinach Marcowe. Takie piwo mógłbym pić codziennie. Na drugim miejscu plasuje się Spaten Oktoberfestbier, a na trzecim Löwenbräu Oktoberfestbier. Poza po podium ląduje Kormoran Marcowe, tylko i wyłącznie ze względu na tę ziołową gorycz zabijającą skutecznie jego smak. Werdykt jest jednogłośny, prawomocny i nieodwołalny.