Pokazywanie postów oznaczonych etykietą browar rzemieślniczy jan olbracht. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą browar rzemieślniczy jan olbracht. Pokaż wszystkie posty

sobota, 20 sierpnia 2016

Bez etykiety



526. Noteckie Pils (Browar Czarnków) 4,2%
527. Zwierzyniec Pils (Browar w Zwierzyńcu) 6%
528. 100 Love Jasne Pełne (Browar Kamienica) 4%
529. Szyszak (Browar Rzemieślniczy Jan Olbracht) 5%
530. Jurajskie Pils (Browar na Jurze) 3,8%

[tekst powstał 12 czerwca i dopiero dziś doczekał się obróbki i publikacji]

Dzisiaj wzięło nas na lagery. A właściwie to zrobiło się tak, że wpadło nam w ręce kilka piw sprzedawanych w schronisku na Szczelińcu Wielkim (Góry Stołowe), w tym 100 Love Jasne Pełne. Co prawda, w gołych butelkach, bo im etykiety „wyszły”, ale jakie to ma znaczenie? Nie można było go wypić ot tak, trzeba było dobrać mu towarzystwo. A spieszyć się było trzeba, bo piwo niefiltrowane, niepasteryzowane, więc długo nie poczeka. Stąd szybki wyskok na zakupy – i znalazło się jeszcze kilka lagerów. W tym pewne zaskoczenie – piwo Szyszak z Browaru Jan Olbracht. Jakoś z innymi piwami kojarzymy Jana Olbrachta. A tu jeszcze 10,5 Blg, z którego wyciągnięto aż 5% alkoholu. Ciekawe, ciekawe…

Bez większej zwłoki lejemy, wąchamy i próbujemy. Bo nie wolno wszak pozwolić, by lagery nam się zbytnio ogrzały. Najpierw jednak nalewamy i patrzymy co zrobi piana. A piana robi różne rzeczy. Ta na Jurajskim to jakiś żart – jak na coca-coli, najpierw burzliwie się pojawia, po czym zanika niemal bez śladu. Pozostałe pokrywają się przyjemną, co najmniej poprawną pianą. W przypadku Szyszaka i Noteckiego można mówić o wzorcowym wręcz lacingu. Szyszak i 100 Love są ewidentnie niefiltrowane.

Noteckie Pils (11,5 Blg) – w aromacie przede wszystkim zboże i odrobina chmielu, nutki orzechowe, jakieś echo cytryny. Grzeczny, lagerowy aromat bez udziwnień . W smaku lekkie, wręcz ocierające się o wodnistość, wyraźnie słodowe, lekkie akcenty miodu, pieczone jabłka, akcent cytryny. Odrobina orzechów laskowych. Delikatna goryczka dokładnie tam, gdzie jej miejsce. Bardzo przyjemne, lekkie, orzeźwiające piwo.
Ocena: JESZCZE RAZ TO SAMO

Zwierzyniec (13 Blg, pasteryzowane) – oprócz obowiązkowych aromatów zboża i bardzo delikatnego chmielu, akcenty starych, zapoconych i zaszczanych portek chłopa w kolejce po piwo w wiejskim sklepie w lecie. Plus nutka przypalonego słonecznika. Smak stosunkowo pełny – jak na lager – ale płaski, jednowymiarowy. Słód, goryczka chmielowa – i tyle. Lekka, mało przyjemna kwaskowość. Piwo, po które nie stanę w kolejce, nawet jeśli będą lali za darmo.
Ocena: JAKOŚ JE ZMĘCZĘ

100 Love (10,3 Blg, niepasteryzowane, niefiltrowane) – bardzo rześki aromat lekkiego zboża, stosunkowo sporo chmielu, odrobina lekkich, nieco cierpkich akcentów owocowych – kwaśne jabłko, żółta porzeczka. Smak jest bardzo lekki, stanowczo za lekki. Początkowe wrażenia to jakby się piło niecałkiem czystą wodę z potoku. Po chwili pojawiają się nutki słodowe, trochę owoców (jabłko papierówka), po czym buduje się chmielowość, przypominająca nieco gorycz skórki migdałów. Wszystkiego tego jednak za mało, by zniwelować wrażenie pustki smakowej, która trwa większość czasu, jaki piwo spędza w ustach.
Ocena: JAKOŚ JE ZMĘCZĘ

Szyszak (10,5 Blg, pasteryzowane, niefiltrowane) – pełny, ciężki aromat, a w nim akcenty miodowe, karmelowe, bardzo wyraźny słód, białe morwy. Bardzo obiecujący aromat. Smak jest pełny, owocowy – głównie jabłkowy – i słodowy. Akcenty miodowe, toffi, gorzkiej czekolady. Chmiel rozbudowuje się stopniowo, przyjemnie kontruje słodycz.
Ocena: JESZCZE RAZ TO SAMO

Jurajskie Pils (9 Blg, pasteryzowane) – w aromacie, na solidnej słodowej bazie, akcenty jarzębiny, dzikiej róży, prażonego słonecznika, wysezonowane drewno owocowe. W smaku jest bardzo łagodne, gładkie, złożone. Akcenty owocowe – coś jakby marmolada wieloowocowa, nutki malinowe, jarzębinowe, znowu dzika róża. Być może trochę za mało chmielu, który przystopowałby słodycz, ale piwo jest bardzo przyjemne, smaczne, aż prosi się by po nie sięgnąć znowu.
Ocena: JESZCZE RAZ TO SAMO

No i po co nam było to 100 Love, czy ten Zwierzyniec? Tylko się człowiek zniesmaczył. Szyszak zaskoczył pozytywnie, Noteckie i Jurajskie – ot, lagery. No właśnie, przy okazji lagerów wychodzi słabość naszej skali ocen. Nie piłem jeszcze lagera, który wszedłby w kategorię najwyższą, a i trudno sobie wyobrazić lager, który aż trzeba byłoby do zlewu wylewać. Cóż, takie już są i trudno.

Ranking dzisiaj nie był jednogłośny, choć generalnie się zgadzamy w wielu punktach. U mnei wygląda on następująco:

1. Szyszak
2. Jurajskie
3. Noteckie
4. 100 Love
5. Zwierzyniec

Najlepsza ze współdegustatorek twierdzi, że u niej Noteckie wygrywa z Jurajskim (zamieniają się miejscami w stosunku do mojego rankingu), a poza tym, jest git. No i git. 

wtorek, 16 sierpnia 2016

Kraftowa kontrrewolucja



518. Flaszen Jasne Ale (Browar Jana) 5,6%
519. Mastne Cieszyńskie (Browar Zamkowy Cieszyn) 5,8%
520. Golden Ratio Golden Ale (Browar Twigg) 4,3%
521. Eddington Limit Extra Special Bitter (Browar Twigg) 4,7%
--- Korona Olbrachta (Browar Rzemieślniczy Jan Olbracht) 5,6%

Dzięki uprzejmości dwóch dostępnych nam sieci dużych sklepów, udało się zebrać zestaw piw kraftowych, o których wreszcie śmiało można powiedzieć, że w pewnym sensie stoją w kontrze do obowiązujących trendów grasującej po kraju piwnej rewolucji. Są to piwa górnej fermentacji, które jakoś nie epatują niebosiężnymi poziomami IBU, mnogością egzotycznych odmian chmielu, przedziwnymi dodatkami, a w rubryce „zawartość alkoholu” wpisują skromne okolice piątki. Już tylko za to, ogromne brawa dla piwowarów, którzy nam na dzisiaj nawarzyli. Niezależnie od tego, czy na końcu tego wpisu będą zachwyty, czy gorzkie (goryczkowe?) rozczarowanie.

Poza Mastnym i Koroną Olbrachta, z którymi zdarzyło się nam zetknąć już wcześniej – ale kiedy to było! – dzisiejsze piwka są dla nas czymś zupełnie nowymi nieznanym. Zakładamy, że poza wymienionymi wyżej cechami, piwa te mogą się od siebie różnić gatunkowo nawet znacznie. Ale co tam, lepszej konkurencji dla każdego z nich pod ręką nie mieliśmy, a jesteśmy ciekawi jak radzi sobie polski kraft w konkurencji górnofermentacyjnej, ale bez zasłony dymnej w postaci ton chmielu amerykańskiego. Innymi słowy, czy po odarciu ze znieczulających kubki smakowe cytrusów i żywicy rodem z Simcoe, Cascade, Citry, czy innych Chinooków, jest tam jeszcze coś. Czy może – jak pokazuje przykład kormoranowego 1 na 100 – wystarczy wodę odpowiednio mocno zachmielić, a wygrana na wszelkiego rodzaju konkursach i festiwalach „prawdziwego piwa” murowana.

Przy okazji, jeśli czyta to ktoś (nieskromnie założył) z browaru w Cieszynie, to ja przepraszam za wsadzenie Was do worka kraftowego, ale jakoś tak wyszło. Mastne znamy i cenimy, jak i resztę wyrobów Browaru. Niski ukłon, jakby co.

Wśród przygotowanych dzisiaj piw mamy dwa pochodzące z tego samego browaru – Golden Ratio i Eddington Limit z krakowskiego Browaru Twigg. Po lekturze etykiety okazuje się, że Golden Ratio, deklarujące się jako gatunek golden ale, jest jedynym dzisiaj piwem chmielonym jednak nowofalowo. Przynajmniej częściowo. Zakładamy jednak, że jako golden ale gęby grapefruitem wykręcać nie będzie.

Pijaliśmy już niegdyś Koronę Olbrachta, ale było to naprawdę dawno temu. Lektura notek z tamtego czasu pokazuje, że niekoniecznie byliśmy zachwyceni. Minęło już jednak sporo czasu, a popijane przez nas okazjonalnie piwa od Olbrachta wskazują, że w tym browarze robi się dobrze. Wygląda na to, że w ich przypadku sprawdza się moja teoria o konieczności posiadania własnego, prawdziwego, fizycznego browaru, zaprzyjaźnienia się piwowarów z naturą posiadanego sprzętu i okiełznanie go. Innymi słowy, w ostatnim czasie wiele złego nie da się powiedzieć o tym, co na rynek wypuszcza Jan Olbracht, a przelana przez gardło nie tak dawno pszeniczna Śmietanka wywołała cmoki zadowolenia niemałego. Dlatego tym chętniej i bez uprzedzeń posmakujemy dzisiaj aktualnego wcielenia Korony Olbrachta.

Nalewamy, czas stawić im czoła. Wszystkie pokryły się mniej więcej w takim samym – jak najbardziej poprawnym – stopniu pianą, która okazała się odpowiednio trwała, drobnopęcherzykowa, i tak dalej. Wszystkie są niefiltrowane, jednak – tak na oko – niektóre są bardziej niefiltrowane niż inne. Na przykład, Mastne Cieszyńskie na tle pozostałych wygląda jakby jakimś filterkiem potraktowane zostało. Jest klarowne i przejrzyste. Flaszen też nie jest jakoś specjalnie mętne. Pozostałe trzy niczego nie muszą deklarować, na pierwszy rzut oka są mętne i nieprzejrzyste.

Flaszen Jasne Ale (12,5 Blg, IBU 30, pasteryzowane, niefiltrowane) – aromat lekko chmielowy z wyraźnym akcentem wymiocin niemowlęcia i ścierki do wycierania stołów w geesowskim barze. Gdzieś w środku siedzą nutki orzechów włoskich, szczypta brzoskwiń. Mało to fajne, mało inspirujące. Miejmy nadzieję, że smak będzie bardziej efektowny. Na podniebieniu pierwsze wrażenie to wodnistość, drugie to zbyt duże wysycenie – bąbelki śmigają po języku aż nadto – a trzecie, to jakiś kwas, jakieś nie wiadomo co. Akcenty słodowe i owocowe gdzieś tam próbują podnieść głowę, ale natychmiast dostają po tej głowie. Jest tu trochę goryczki, która też nie bardzo wie co ma ze sobą zrobić, gdzie się podziać. Wreszcie po prostu staje się goryczą, która króluje na podniebieniu wraz z kwaśnością. Jakby ktoś do tego czegoś kwasku cytrynowego nasypał. Słabe to jest, oj słabe…
Ocena: JAKOŚ JE ZMĘCZĘ

Mastne Cieszyńskie (13 Blg, pasteryzowane, niefiltrowane) – aromat ma przede wszystkim słodowy z lekkimi akcentami kory dębowej. Jest tu karmel, odrobina chmielu, nieco owoców pestkowych. Jest lepiej niż w poprzednim, ale daleko do zachwytu. W smaku jest pewna głębia, jest tu trochę przyjemnego ciała. Akcenty karmelowe i zbożowe przede wszystkim. Trochę gorzkich migdałów, pestek wiśni. Po paru chwilach pojawia się guma arabska, karton. Echa nieprzyjemnej alkoholowości. Mam wrażenie, że i tu wysycenie jest zbyt duże i przeszkadza w delektowaniu się piwem. Cholera, jakoś lepiej pamiętałem Mastne z poprzednich spotkań. Słaba warka, Tesco zepsuło źle przechowując zanim do koszyka wrzuciłem? Tak czy owak, rozczarowanie.
Ocena: JAKOŚ JE ZMĘCZĘ

Golden Ratio Golden Ale (11 Blg, IBU 19, niepasteryzowane, niefiltrowane) – ma trochę chmieli nowofalowych, nutek cytrusowych, żywicznych, odrobinę truskawek. Wszystko fajnie skomponowane, grzecznie ułożone, przyjemne. Na podniebieniu wyraźnie brakuje mu ciała, jest zdecydowanie za bardzo wodniste. Jednak znajdzie się tam trochę przyjemnych akcentów owocowych, trochę cytrusów, odrobina żywiczności. Generalnie, nie jest to piwo niefajne. Nawet echa dość syntetycznej kwaskowatości aż tak bardzo mu nie przeszkadzają. Po kilku łykach zaczyna przeszkadzać coraz bardziej zalegająca goryczka, ale znowu – daleko mu do dyskwalifikacji z tego powodu.
Ocena: JESZCZE RAZ TO SAMO

Eddington Limit Extra Special Bitter (12 Blg, IBU 28, niepasteryzowane, niefiltrowane) – w aromacie akcenty kawowe, kakaowe, słodkie, jak kakaowe napoje instant. Świeżo ścięta, sucha słoma. Pod nimi mnóstwo zboża. Przyjemne, obiecujące. W smaku jest przyjemnie zbożowo. Jest palony słód, są delikatne akcenty gorzkiej czekolady, kawy ze śmietanką, odrobina rodzynek, jest przyjemna goryczka rodem z tradycyjnych odmian chmielu. Jest fajnie, niemal tak, jak być powinno.
Ocena: JESZCZE RAZ TO SAMO

Korona Olbrachta Piwo Jasne (12,5 Blg, IBU 22, pasteryzowane, niefiltrowane) – aromat to przede wszystkim przypalona kapusta, taka z dna garnka, w którym gotuje się gołąbki, a dopiero pod nią zbożowość, owocowa słodycz. Niemałe rozczarowanie aromatyczne, trzymamy kciuki, by w smaku było lepiej. A w smaku… Trochę miodu, migdałów, toffi. Delikatna spalenizna, a tuż obok sporo słodkich nutek owocowych. Wszystko skontrowane bardzo fajną, dobrze dobraną goryczką chmielową. Smak nadrabia zastrzeżenia wygłoszone w stosunku do aromatu. Ładnie skomponowane, miłe dla podniebienia piwo, mimo początkowych zastrzeżeń do aromatu.
Ocena: JESZCZE RAZ TO SAMO

Ranking (jednomyślny):
1. Eddington Limit
2. Korona Olbrachta
3. Golden Ratio
4. Mastne Cieszyńskie
5. Flaszen

No i jak to jest z tym kraftowym piwem pozbawionym zbroi nowofalowego chmielu? Król okazuje się nagi. Jest słabo, jest nudno, jest bez polotu. Faktem jest, że trzy piwa wpadły w kategorię JESZCZE RAZ TO SAMO, ale dwa z nich były blisko jej dolnej granicy i chwilę się zastanawialiśmy gdzie ma się uplasować Olbracht ze swoją Koroną, o Golden Ratio nie mówiąc. A i Eddingotn Limit, dzisiejszy zwycięzca, jest tylko echem porządnych angielskich bitterów. Nic dziwnego, że piwni rewolucjoniści wolą zasypać piwo chmielem, bo wtedy nie widać, nie słychać, nie czuć całej miernoty i nieudolności w komponowaniu słodowej bazy, braków w umiejętnościach warzenia piwa, być może niedostatków jakościowych wykorzystywanych surowców.

[Wpis wykonany na bieżąco, zaległości ciągle czekają na publikację…]

środa, 20 stycznia 2016

Piwny misz-masz z piwnicy wykopany



426. Piotrek z Bagien American Amber Ale (Browar Rzemieślniczy Jan Olbracht) 6,5%
427. Underwater American Saison (Browar Raduga) 5,7%
428. Dyniamit Pumpkin Ale (Browar Pinta) 6%
429. Kilkenny Red Ale (Guinness & Co) 4,2%

Dzisiaj na naszym stole cztery piwa, dla których nie mamy pod ręką konkurencji w żadej z reprezentowanych przez nie kategorii, więc beztrosko nalewamy sobie do szklanek cztery zupełnie różne piwa. Ostatecznie, zadaniem każdego z nich jest przyniesienie powonieniu i podniebieniu jakiejś radości, więc ciężkiego grzechu przecież nie popełniamy.

Po nalaniu do szklanek okazuje się, że Kilkenny wcale nie jest czerwone, a raczej brązowe, co najwyżej z czerwonymi przebłyskami. Piotrek z Bagien ma kolor ciemnego bursztynu. Dyniamit i Underwater mają zbliżoną barwę jasnego bursztynu, przy czym Underwater jest o pół tonu jaśniejsze. Piana najbardziej obfita, a przy tym przeważnie drobnopęcherzykowa i osadzająca się na ściankach w Kilkenny, nieco słabiej, ale też przyzwoicie w Piotrku z Bagien. Na Dyniamicie piana dość szybko opadła, nigdzie się nie osadziła. Piana na Underwater zawierała najwięcej pęcherzyków średniej wielkości i na nim jako jedynym po zredukowaniu do cienkiej warstwy, poszarpała się mało estetycznie. Jak wiadomo jednak, nie pianą żyje piwo. Czas popróbować dzisiejszego zestawienia.

Wszystkie ewidentnie niefiltrowane, poza Kilkenny. Na pierwszy rzut oka. Piotrek z Bagien aż za bardzo – na dnie szklanki pojawia się gruba warstwa farfocli, mimo iż butelka nie była wstrząsana, a piwo nie było wylewane z niej do końca.

Piotrek z Bagien American Amber Ale (14 Blg, IBU 45, pasteryzowane, niefiltrowane) – wyraźne akcenty amerykańskich chmielów (głównie ciepłe, raczej słodkie cytrusy i odrobina żywicy), wcale jednak jakoś nie doskwierają, nie dominują. Plus ciemne owoce (jagody, jeżyny). Przyjemny, zachęcający aromat. Jak na amerykańskie chmielenie. W smaku jest bardzo gorzko od samego początku. A z drugiej strony, wodniście. Zupełnie nie ma ciała to piwo. Smak jest bardzo lekki, mało wyrazisty – poza tą zalegającą na podniebieniu goryczką. Są tam nieśmiałe akcenty owocowe, jakaś desperacka walka słodu o dojście do głosu, ale wszystko to tonie w wodzie i natychmiast przykrywane jest goryczką. Zdecydowanie aromat obiecywał coś innego. Miało być nieźle, ale jest jak zwykle.

Underwater American Saison (13,5 Blg, IBU 35, pasteryzowane, niefiltrowane, warzone w ) – tutaj amerykańskie chmiele są rześkie, lekkie, głównie żywiczne w charakterze. Do tego dochodzą akcenty marmolady różanej, wosku pszczelego, kandyzowanej papai. Aromat prosi, żeby się zająć tym piwem jakoś bliżej, zaopiekować się nim. Smak jest wyrazisty, pełny. Są tu egzotyczne owoce, na przykład ananasy, jest tu mieszanka kandyzowanych owoców egzotycznych, jest tu mango, marakuja, limonka. Goryczkowe akcenty rodem z chmielu w niczym tu nie przeszkadzają, nie dominują, przyjemnie i skutecznie kontrują dość rozbuchaną słodycz. Jest naprawdę przyjemnie, harmonijnie.

Dyniamit Pumpkin Ale (16,5 Blg, IBU 31, ) – pachnie płynem do naczyń Fairy. Jest tu sporo dyni, owszem, ale też jakieś słodkie perfumy, cynamon, goździki, kardamon. Bardzo durnowata, kiepska kompozycja. Ma się wrażenie, że za chwilę trzeba będzie przystąpić do szorowania garów albo podłóg tym czymś, co w butelce. W smaku jest w miarę pełne, jednak jakość tego smaku kwalifikuje je do zlewu. Akcentów dyni choć ze świecą szukaj. Jest za to jakaś woskowość, jest całe mnóstwo imbiru, kardamonu, kolendry, goździków. Smakuje tak, jakby sok jabłkowy zaprawiono całą zawartością sklepów cynamonowych. Bez umiaru, bez pomysłu, bez harmonii. Okropne, przekorzeniowane pomyje. Na koniec piołunowa gorycz z tyłu podniebienia. Co za obrzydlistwo! Pinta at its best, szanowni państwo.

Kilkenny Red Ale – pachnie sokiem z czarnego bzu, odrobinę winnymi jabłkami, ciemnym winogronem, słodem i karmelem. Aromat bardzo ciepły, przyjemny. Na podniebieniu trochę rozczarowująco mało ciała, za to sporo akcentów owocowych, głównie ciemnych owoców, jeżyn, czarnego bzu, czarnej morwy, jabłek. Winne żelki (Maynard’s). Względna słodycz dość szybko przechodzi w wytrawność i trochę jakby zabrakło wykończenia, jakiejś kontry, która by to zamknęła, ujarzmiła.

Dzisiejszy ranking nie jest ustawką w stylu „to piwo jest lepsze od tamtego”, bo – jako się rzekło na wstępie – reprezentują one zupełnie inne style. Jest jednak coś takiego, jak „tego piwa chętniej bym się napił jeszcze raz, a to radzę omijać szerokim łukiem”. I w taki sposób proszę odczytywać poniższe.

Wygrywa – zdecydowanie i jednogłośnie – Underwater American Saison z Radugi. Pięknie złożone, ślicznie zharmonizowane, naprawdę przyjemne piwo. Mimo nielubianych przez nas amerykańskich ekstraktów chmielowych. Na drugim miejscu, znowu jednogłośnie, plasuje się Kilkenny Red Irish Ale. Nie dlatego, żeby było takie znowu dobre. Dlatego, że jest o niebo lepsze od pozostałych dwóch. Na trzecim miejscu jest Piotrek z Bagien American Amber Ale – piwo nieposkładane, niefajne, przefermentowane, a potem przechmielone jakimś syfem. Natomiast pachnące i smakujące jak płyn do mycia naczyń lub do podłóg Dyniamit z Pinty nie zasługuje nawet na omówienie. Straszliwy śmieć.



sobota, 9 stycznia 2016

Ameryka kontra Belgia w konkurencji IPA na kraftowo



405. The Alchemist East Coast AIPA (Brokreacja) 6,4%
406. HedgeHog AIPA (Kraftwerk) 5,8%
407. Browning Belgian IPA (Kraftwerk) 6%
408. Opactwo Olbrachta Belgian IPA (Jan Olbracht Browar Rzemieślniczy) 7%

Wybrałem się do piwnicy poszukać czegoś do wypicia na wieczór. No i chyba zbyt dokładnie szukałem, bo dokopałem się do zapasów piw kraftowych, którym wkrótce upłynie termin przydatności do spożycia. A przecież – powołując się na klasyków – skoro zapłacone, to wypić trzeba. Dość trudno było zestawić jakąś sensowną stawkę, więc padło na cztery IPA, z czego dwa piwa to American IPA, a dwa to Belgian IPA. Kraftowe IPA – aż strach pomyśleć, że takie cymesy mogłyby się zmarnować.

No bo jeśli przeczytać co ma na etykiecie napisany taki HedgeHog –  cytuję w całości, bo taka literatura nie może ulec zapomnieniu: „HedgeHog American India Pale Ale to ikona piwnej rewolucji. Jasne piwo górnej fermentacji z charakterystyczną wysoką goryczką oraz eksplozją aromatu cytrusów oraz żywicy. Feria [zachowuję pisownię oryginalną] nut kwiatowych oraz perfum. Imperialna propozycja dla prawdziwych koneserów poszukujących wyrazistych smaków.” – to człowiek od razu do szafy biegnie po garnitur i krawat. Tak w dżinsach tego przecież pić nie wypada.

Dzisiejsze piwa zestawione zostały dość beztrosko, gdyż przypuszczam, że słuszna dawka amerykańskich chmielów zabije wszelkie inne akcenty aromatyczno smakowe, więc w gruncie rzeczy nie ma znaczenia co było tym czymś chmielone. Na dobrą sprawę, mogłem do stawki dorzucić jakiś American Lager, a nawet American Weizen, a różnicy za bardzo by nie było. Jestem uprzedzony? Wydaję wyrok przed spróbowaniem? Nie, raczej nastawiam się tak, by ewentualnie dać się miło zaskoczyć. Na co ciągle, niezmiennie liczę.

Kłamię trochę mówiąc, że wszystkie cztery dzisiejsze piwa to starocie na granicy terminu przydatności do spożycia. Otóż nie. Dałem się ostatnio skusić ofercie dwóch browarów kraftowych, których piw jeszcze nigdy nie piłem. W nadziei, że może jednak, może tym razem. Mowa o Brokreacji, której Alchemika właśnie za chwilę naleję do szklanki, oraz Trzech Kumpli, którego kilka piw czeka cierpliwie w piwnicy na swoją kolej. I wiecie co? Skusiłem się na nie, zapominając o swoim postanowieniu, że dość piw kraftowych, ze względu na… no, przede wszystkim ze względu na to, że ich piw jeszcze nie piłem, to jasne. Ale także ze względu na szatę graficzną etykiet. Zwykle nie wypowiadam się na ten temat, bo co ja się tam znam, ale tym razem trzeba zrobić wyjątek. Trzech Kumpli szczególnie ujęło mnie naprawdę świetną, wysmakowaną i konsekwentną szatą graficzną. Brokreacja – fajnymi rysunkami. I nie będę im wypominał, marudził, że dlaczego Alchemist, Lumberjack, czy Butcher, czemu nie swojski Rzeźnik, Drwal, czy Alchemik. Już mi się nie chce. Nie wspominając o tym, że akurat ta ostatnia nazwa – Alchemik – mogłaby zbyt niebezpiecznie kojarzyć się z twórczością pewnego nader poczytnego pisarza pochodzenia brazylijskiego, więc rozgrzeszam tę rozpanoszoną angielszczyznę.

Dość gadania, kapsle z głów, nalewam.

Jeśli chodzi o pianę, to HedgeHog nie zna takiego zjawiska. Pojawia się na jego powierzchni trochę dość grubych bąbelków, ale zdecydowanie pianą tego nazwać się nie da. Poza tym, zanika tak szybko, że nie ma w ogóle o czym mówić. Nienajlepiej w tej kwestii jest również w Alchemiku, a właściwie na jego powierzchni. Tutaj, co prawda, podczas nalewania pojawia się dość sympatyczna piana ze sporym udziałem średniej wielkości pęcherzyków, ale i ona zanika dość szybko, pozostawiając na powierzchni piwa co najwyżej wspomnienie piany. Przyzwoicie zachowują się nasi polscy Belgowie – zarówno Opactwo Olbrachta, jak i Browning, pokryły się pianą w zdecydowanej większości drobnopęcherzykową, i piana ta pozostała z nami przez dłuższy czas, mimo wyraźnej redukcji.

Raz po raz rzucam okiem na etykiety, na szklanki, czytam sobie i patrzę. No i czytam, że Opactwo Olbrachta jest „ciemnym belgijskim piwem”, podczas gdy Browning to „piwo jasne”. Patrzę na szklanki, no i za żadne skarby nie chce mi się to zgodzić. „Jasny” Browning jest wyraźnie, o co najmniej cały jeden ton ciemniejsze od „ciemnego” Opactwa! Cholera, ja się jednak nie znam na piwie. Albo ślepy jestem, czy coś.

The Alchemist East Coast AIPA (16 Blg, IBU 85, niepasteryzowane, niefiltrowane) – w aromacie wszechobecne cytrusy (głównie albedo grapefruita) i żywica, plus jakiś zielony akcent, jakby rukola. Spod tego wszystkiego dzielnie próbuje przebić się aromat słodu, może jakichś owoców, ale przychodzi mu to z niemałym trudem. W smaku jest – zgodnie z przewidywaniami – mnóstwo cytrusowej goryczki, ale wystąpiło też to, na co miałem po cichu nadzieję. W swoim gatunku jest to przyjemne piwo. Nie wiem czy ekstrakty chmielowe były dobrej jakości, czy umiejętnie je zestawiono, czy jaki diabeł, ale goryczka nie zalega. Jest goryczką, nie goryczą. Spod niej bez większych problemów da się wyczuć bazę słodową, całe mnóstwo bardzo przyjemnej, owocowej słodyczy. Całość jest naprawdę fajnie skomponowana, grzecznie poukładana. I o ile na pewno Alchemik nie zostanie zaraz moim ulubionym piwem, to jest naprawdę ciekawą ofertą dla szukających mocnych chmielowych wrażeń. Wielki plus i niemałe zaskoczenie.

HedgeHog American IPA (14 Blg, IBU 70, pasteryzowane, niefiltrowane, warzone w Browarach Regionalnych Wąsosz) – wbrew buńczucznym zapowiedziom z etykiety, HedgeHog nawet zapachnieć nie potrafi. I niechby nawet zapachniał znienawidzonym przeze mnie ekstraktem z amerykańskich chmielów, mnie to nie musi się podobać, ale niech ma ten obiecywany aromat. Są tacy, co to lubią. Ale nie, tutaj co najwyżej doszukać się można zapachu wody, którą płukano miskę, w której te chmiele były przechowywane. Plus stare, podgniwające zboże, zbierane podczas żniw trzy lata temu i zapomniane na strychu. No i trochę miodu rzepakowego. Strasznie nieprzyjemne coś, ten aromat HedgeHoga. W smaku jest tak nijakie, jak w aromacie. Smakuje przede wszystkim brudną wodą. W tej wodzie da się dostrzec jakieś akcenty zbożowe, sporo grapefruita (albedo), jakichś nawet owoców. Ale są to akcenty bardzo mało wyraziste, bardzo niepoukładane, bardzo nieprzyjemne. Słowem, pomyje.

Browning Belgian IPA (14 Blg, pasteryzowane, niefiltrowane, warzone w Browarze Rzemieślniczym Jan Olbracht) ma bardzo łagodny, nieśmiały wręcz aromat. Są w nim bardzo łagodne cytrusy – wcale nie grapefruity – coś jakby mieszanka mandarynek i kumkwatów. Odrobina jeżyny.  W smaku jest tak trochę belgijskie, trzeba mu to przyznać. Słodowa baza, gdzieś tam echa karmelu, żywicy. Odrobina owoców, głównie brzoskwini. Trochę grapefruitowych w charakterze cytrusów. Wszystko jednak totalnie nijakie. Piwo nie ma żadnego pomysłu na siebie.

Opactwo Olbrachta Belgian IPA (16,5 Blg, pasteryzowane, niefiltrowane) – w aromacie dominują akcenty korzenne – cynamon, gałka muszkatołowa, goździki. Odrobina drożdży, marmolada wieloowocowa, truskawki. Jedynie echo cytrusów. Przyjemny, obiecujący aromat. W smaku jest przyjemnie owocowe, zbożowe. Dopiero w smaku pojawiają się obiecywane przez amerykańskie chmiele cytrusy i żywiczne akcenty. Dość trudno tu doszukać się z kolei akcentów korzennych. Chmielowa gorycz dominuje coraz bardziej i zaczyna zalegać na podniebieniu. Nie jest jednak źle, pijałem zdecydowanie gorsze IPA.

No i teraz tak – mamy dwa wyraźnie różne gatunki piwa. Jednak różne, mimo obaw ze wstępu. To już wersja oficjalna. Jeśli spróbować je ocenić w poszczególnych kategoriach, to wśród AIPA nie ma w ogóle o czym mówić. Jest Alchemist, a potem lata świetlne najczystszej nicości.  Potem dopiero pojawia się HedgeHog. Właściwie to leci do zlewu. Wśród BIPA, wygrywa zdecydowanie Opactwo Olbrachta, za nim gdzieś o kilka długości Browning. Gdybym jednak spośród dzisiejszych czterech piw miał wybrać to, po które najchętniej sięgnę drugi raz, niezależnie od gatunku, to wygrywa Alchemist. Tak, wygrywa AIPA. Zaskoczenie dla mnie samego. Na drugim miejscu będzie Opactwo Olbrachta, na trzecim Browning. HedgeHog nie załapał się na podium. Jest tak daleko za pozostałymi, że tego podium nawet nie widzi z miejsca, w którym się znajduje.

Werdykt znowu jest jednogłośny. Zaczynam się martwić o swój stan, cholera.