wtorek, 20 grudnia 2016

Klasyczna pszenica




592. Wąsosz Pszeniczne (Browar Wąsosz) 5,5%
593. Ryczyn Pszeniczne (Browar Probus) 5%
594. Bytów Pszeniczne (Bytów Browar Kaszubski) 4,5%
595. Landskron Weizen (Landskron Brau-Manufaktur) 5,5%

Dawnośmy nie pili porządnej pszenicy. A że w Po Robocie pojawił się weizen z niemieckiego browaru Landskron, to postanowiliśmy zebrać ekipę, wlać ją do szklanek i zobaczyć co w kraftowej trawie (pszenicy) piszczy. Pszeniczne z Landskron znamy i cenimy. Jak większość piw z tego browaru z Görlitz, niemal lokalnego przecież. Przynajmniej z naszego, dolnośląskiego punktu widzenia. A że nie piliśmy go już pewno z rok, uznaliśmy, że czas najwyższy odnowić znajomość.

Do towarzystwa zgarnęliśmy z porobotowych półek jeszcze trzy inne piwa w stylu klasycznego, niemieckiego weizena, ale pochodzące z kraftowych browarów w Polsce. I tak, pierwszy wybór to Wąsosz Pszeniczne, którego jeszcze nigdy nie mieliśmy na tapecie, a skoro okazja się nadarzyła, to czemu nie? Drugie piwo to Ryczyn z oławskiego browaru Probus, a więc również regionalnie-patriotycznie. Wreszcie Pszeniczne z Bytowa. Bez jakiegoś specjalnego powodu. Ot, była to jedna z możliwych opcji na pszeniczne piwo w Po Robocie tego dnia.

Otwieramy, nalewamy. Piana wszędzie typowo pszeniczniakowa – obfita, trwała, utrudniająca nalewania piwa do szklanek. Tylko w Bytowie dość wstydliwa dla tego gatunku piwa – niewiele jej, nietrwała, bez charakterystycznych dla pszenicznych piw, tworzących się z czasem gór i dolin. Zredukowała się dość szybko do cienkiej warstwy i tak już została. Wszystkie cztery piwa są poprawnie zmętnione, jednak znowu w Bytowie to zmętnienie jest najmniejsze.

Wąsosz Pszeniczne (12,8 Blg, pasteryzowane, niefiltrowane) – w aromacie mnóstwo akcentów zbożowych, nie tylko pszenicznych, sporo ziół, dojrzałe brzoskwinie, banany, morele, świeży chleb, drożdże, odrobina jabłek.
W smaku – zaskakująco pełnym i przyjemnym – miód, brzoskwinie, pszenica. Jest niejaka kwaskowość, ale też pojawia się dość szybko goryczka, ziołowa w charakterze, która odrobinę psuje radość smakowania, nie bardzo pasuje do całej reszty smaku. Nie jest to jednak dolegliwość na tyle istotna, by zdyskwalifikować piwo. Zdecydowanie chętnie sięgniemy po nie jeszcze raz.
Kategoria: JESZCZE RAZ TO SAMO

Ryczyn Pszeniczne (11,8 Blg, IBU 12,5, niepasteryzowane, niefiltrowane) – nieprzyjemny, bagnisty akcent w aromacie, pasztet prochowicki, akcent ziemisty, odrobina miodu, mydło. Plus tradycyjne pszeniczne aromaty, ale schowane gdzieś w tle, pod dość przytłaczającymi ziemisto-bagienno-mydlanymi akcentami. Po chwili pojawiają się akcenty wafli ryżowych. Aromat nie powala, a wręcz przeciwnie.
W smaku przede wszystkim zielsko – kolendra, lubczyk i szczaw. Są tu też akcenty ciastek pełnoziarnistych, sporo drożdży. Niskie wysycenie i nieprzyjemna w charakterze, choć tylko lekko zaznaczona ziołowa goryczka nie pozwalają się jakoś specjalnie cieszyć smakiem tego piwa. Nie żeby trzeba było je zaraz do zlewu wylać, ale do zachwytu jest nam bardzo daleko.
Kategoria: JAKOŚ JE ZMĘCZĘ

Bytów Pszeniczne (10 Blg, pasteryzowane, niefiltrowane) – klasyczny pszeniczny aromat – są tu banany, kolendra, lekka kwiatowość, odrobina skórki chleba, są drożdże, jest lekka słodka cytrusowość. Przyjemny, jak dotąd najfajniejszy aromat.
Smak jest pełny, przyjemny. Są w nim akcenty truskawek z kompotu, dojrzałych brzoskwiń, odrobina bananów, jest pewna kwaskowość, nie całkiem świeży chleb, trochę drożdży. Niby wszystko OK, ale jakiś ten smak niepoukładany, czegoś mu ewidentnie brakuje. Nie jest to złe piwo, ale znowu – chciałoby się wreszcie pozachwycać.
Kategoria: JESZCZE RAZ TO SAMO

Landskron Weizen (pasteryzowane, niefiltrowane) – ma w aromacie akcenty wiśni, słodkich cytrusów, świeżo wypieczony chleb na zakwasie, banany, lekka kwaskowość, drożdże. Ładnie poukładane pszeniczne piwo.
Smak można sobie w jakimś Sevres postawić jako wzorzec smaku pszenicznego piwa. A już na pewno na tle dzisiejszej konkurencji takim się jawi. Piwo ma w sam raz ciała – jest nie za lekkie i nie za ciężkie. Ma wszystkie klasyczne akcenty piwa pszenicznego, a więc charakterystyczną zbożowość, owoce (głównie banany, ananasy, odrobinę jabłek), ma lekkie nutki chleba, biszkopta, drożdży. Balans pomiędzy słodyczą, kwaskowością i goryczką (minimalną) wydaje się wręcz idealny. Jest być może odrobinę zbyt wodniste, dobrze zrobiłoby mu trochę więcej ciała, ale to bodaj jedyny mankament.
Kategoria: JESZCZE RAZ TO SAMO

Dzisiaj jednogłośnie:

1. Landskron
2. Wąsosz
3. Bytów
4. Ryczyn


poniedziałek, 12 grudnia 2016

Apowych poszukiwań ciąg dalszy



----. Amber APA (Browar Amber) 5,2%
590. HedgeHog Rye American Pale Ale (PiwoWarownia) 5%
----. The Dealer (Brokreacja) 4,7%
591. Igraszki Palczatki APA (Browar Bednary) 4,6%

Ostatni wpis zakończył się żałosnym westchnieniem, że mamy jeszcze trzy butelki piwa w stylu APA, no i prędzej czy później trzeba będzie coś z nimi zrobić. Postanowiliśmy dokupić czwarte, ale takie, o którym wiemy, że nawet jeśli pozostałe trzy wylądują w zlewie, to chociaż to jedno da naszym kubasom choć trochę radochy. No i poszliśmy do Tesco kupić butelkę Amber APA, jednego z lepszych piw w tym stylu (czy w ogóle piw chmielonych nowofalowo) robionych w Polsce, na które zdarzyło się nam natknąć. A że jest ono właściwie powszechnie dostępne, jest to właściwie ideał.

Nie potrafię powiedzieć jak to się stało, że na stole znalazła się butelka The Dealer z Brokreacji. Piwo to występowało już u nas i jakoś wielkiego wrażenia nie zrobiło. No nic, skoro jest, to go nie wylejemy nie dawszy mu wcześniej szansy. A że piwa kraftowe odznaczają się sporą nieprzewidywalnością, być może piwowarzy Brokreacji coś z tą recepturą zrobili, może jest lepiej niż było? Nie wolno nikogo skreślać. Wszak nawet Pinta dostaje u nas raz po raz kolejną szansę. Że o piwach z serii HedgeHog nie wspomnę. Mimo beznadziejnych not, jakie dostawały u nas (i nie tylko u nas; normalni hopheadzi to w ogóle nie chcą na to patrzeć), nie tak dawno zaprosiliśmy do szklanki amerykański weizen z tej serii – i okazało się, że rozwalił system. Przynajmniej tego dnia, w tamtym zestawieniu. Dlaczego więc APA z dodatkiem żyta nie miałoby dokonać podobnej sztuki?

Jest dzisiaj w zestawie piwo o intrygującej nazwie Igraszki Palczatki. Browar Bednary, odpowiedzialny za to piwo, nie pojawił się chyba jeszcze u nas nigdy. Przynajmniej nie w zapiskach. A że trzeba regularnie próbować czegoś nowego, dzisiaj stawiamy na Igraszki, Bednary i pub Piwna Stopa, w kooperacji z którym powstały Igraszki.

Dość gadania, lejemy. Wszystkie cztery pokryły się poprawną pianą, w miarę trwałą, oblepiającą ścianki szklanek, przyjemną. Wszystkie ewidentnie są niefiltrowane.

Igraszki Palczatki American Pale Ale (12,5 Blg, pasteryzowane, niefiltrowane, warzone w kooperacji z pubem Piwna Stopa z Poznania) – ma dość sympatyczny aromat, poukładany, a w nim grapefruit, miła dla powonienia pomarańcza, odrobina marcepanu, z egzotyczno-owocowym tłem. Oprócz owoców egzotycznych, w tle siedzi bardzo wyraźne dość przyjemne zboże, słód. Nie podano na etykiecie jakie słody znalazły się w zasypie, ale pachnie tu trochę żytem. Z czasem słód wychodzi na pierwszy plan, a pojawiają się też akcenty lakieru do drewna, ale też lekkie cytrusowe aromaty – mandarynka, limonka. Aromat fajny, przyzwoicie ułożony, apetyczny.
Smak sympatycznie pełny, owocowy, zbożowy. Akcenty dżemu truskawkowego, brzoskwinie, mandarynka, limonka, słonecznik, trochę żyta – niech mnie licho, jeśli tam nie ma żyta w zasypie. Grapefruitowa w naturze goryczka pojawia się dopiero po chwili, nie zalega, nie przeszkadza, za to skutecznie kontruje słodycz owoców i słodu. Bardzo fajne piwo.
Kategoria: JESZCZE RAZ TO SAMO

The Dealer American Pale Ale (12 Blg, IBU 30, pasteryzowane, niefiltrowane, warzone w Szczyrzyckim Browarze Cystersów „Gryf”) – w aromacie, poza obowiązkowym grapefruitem, fajna papaja, granat, płatki owsiane (zadeklarowane również na etykiecie), ogólnie wyraźna zbożowość, suszona żurawina, żywica, wosk i miód. Z czasem miodu jest coraz więcej. Aromat zaskakująco – szczególnie po poprzednich doświadczeniach z The Dealer – przyjemny i smakowity. Ewidentnie, chmielowa mieszanka wykorzystywana do chmielenia tego piwa jest zmienna. Dokładnie tak, jak deklaruje producent. Zobaczymy co w smaku.
Smak lekki, ale nie wodnisty. Jest w nim miód, są dojrzałe, choć lekkie owoce, mandarynki, papierówki, mango, jest wyraźna zbożowość. Goryczka lekka, nieprzesadzona, nieco ziołowa. Bardzo miłe zaskoczenie, naprawdę.
Kategoria: JESZCZE RAZ TO SAMO

HedgeHog Rye American Pale Ale (12 Blg, pasteryzowane, niefiltrowane) – w aromacie toffi, rum, słód, wymiociny niemowlęcia. Te wymiociny to pewno właśnie ten obiecywany żytni akcent. I tyle. Niewiele, płasko i mało przyjemnie. Sprawdźmy smak.
Smak jest zaskakująco lekki, niemal wodnisty. A w nim sporo akcentów zbożowych (głównie żytnich), Jedynie echo jakichś trudnych do określenia owoców, głównie zielonych jabłek, za to mnóstwo nieprzyjemnej, grapefruitowo-ziołowej, wręcz piołunowej goryczki. Niefajne, nieprzyjemne, nie będziemy go kończyć.
Kategoria: DO ZLEWU

Amber APA (12,1 Blg, IBU 35, pasteryzowane, niefiltrowane) – w aromacie mnóstwo zboża, słodu, trochę czarnej herbaty, sporo cytrusów, owoc czarnego bzu, bardzo delikatny, wycofany akcent żywicy sosnowej, odrobina owoców egzotycznych. Przyjemny, zachęcający aromat. Oszczędny, nienachlany, fajny.
Smak pełny, że aż go kroić można. Pełny akcentów owocowych – mango, papaja, mandarynki. Do tego akcenty miodowe, roślinno-ziołowe, nieco żywicy, odrobina toffi. Goryczki jest niewiele, zwyczajnie w sam raz – by się słodycz nie rozpanoszyła na podniebieniu, ale by nie zdominować, nie zagubić całej reszty smaku. Ewidentnie w Browarze Amber opanowali posługiwanie się amerykańskimi chmielami. Jak nigdzie indziej między Odrą a Bugiem.
Kategoria: JESZCZE RAZ TO SAMO

Dzisiejszy ranking, jednogłośny:

1. Igraszki Palczatki
2. Amber APA
3. The Dealer
4. HedgeHog

Ustalenie pierwszej trójki nie było takie łatwe – każde z trzech piw mogłoby równie dobrze stanąć na najwyższym stopniu podium. Było sporo siorbania, cmokania, mlaskania. Wreszcie jednogłośnie uznaliśmy, że jest tak, jak powyżej. Nie ma cienia wątpliwości co do czwartego miejsca HedgeHoga.

Trzeba odnotować dwa zaskoczenia. Pozytywne zaskoczenia. Po pierwsze, Igraszki Palczatki – bardzo miłe dla nosa i podniebienia piwko. Do tego stopnia, że ostatecznie pokonało naszego faworyta, Amber APA, o którym myśleliśmy, że w tej kategorii jest nie do pokonania. Drugim zaskoczeniem – nie mniej pozytywnym – jest zdecydowana poprawa jakości brokreacyjnego The Dealer. To już nie jest powalające goryczą, płaskie i nieprzemyślane piwo. Tam bardzo wyraźnie dzieje się dużo więcej, a kompozycja chmieli poszła o co najmniej klasę w górę. Do APA jednak tak szybko chyba nie wrócimy. Ani tego, ani żadnego innego.


wtorek, 6 grudnia 2016

Niestrudzenie APA



586. Piwni Koledzy APA (Jan Olbracht Browar Rzemieślniczy) 5,6%
587. Vuelta APA (Browar Spirifer) 4,9%
588. Labirytm (Browar Nepomucen) 4,4%
589. King of Hop (AleBrowar) 5%

Niestrudzenie szukamy przykładów warzonych w Polsce piw z gatunków nowofalowych, które z czystym sumieniem można polecić i po które bez drżenia ręki można sięgnąć ponownie. I nie po to, żeby je wylać do zlewu. Bynajmniej. Gatunek APA wydaje się potencjalnie najbardziej przyjaznym podniebieniom słabo znoszącym zbytnią, przesadzoną gorycz, charakterystyczną dla większości tego typu produktów. Dlatego dzisiaj sięgnęliśmy znowu po kraftowe APA. A co, po łatwiźnie spacerów sobie nie urządzamy.

Dzisiaj sięgnęliśmy po zasoby dostępne w zaprzyjaźnionym sklepie Po Robocie (Świdnica, ul. Westerplatte 9), do którego serdecznie – i zupełnie bezinteresownie – zapraszamy wszystkich spragnionych. No, niezupełnie bezinteresownie. W naszym jak najlepiej rozumianym interesie jest, by taki sklep istniał i się rozwijał. Żebyśmy i my mieli gdzie zaopatrzenie poczyniać. Ot, i cały interes.

Tak czy owak, w Po Robocie znaleźliśmy i wybraliśmy sobie na dzisiaj piwo z browaru Spirifer, którego charakterystyczne etykiety już od jakiegoś czasu kusiły nas z półek lokalnego Tesco, ale dotąd jakoś nie udało się nam przemóc nieśmiałości. Do dzisiaj, bo właśnie dzisiaj z półki w Po Robocie zdjęliśmy Vueltę APA, piwo nawiązujące do wyścigu kolarskiego Vuelta a España. Drugim piwem był Labirytm z browaru Nepomucen, a to dlatego, że Nepomucen jeszcze nigdy u nas nie wystąpił, a polecany był nam często. Trzecie dzisiaj APA to King of Hop z AleBrowar. A to dlatego, że AleBrowar istnieje już na rynku wystarczająco długo, naszym zdaniem, by być może wreszcie się nauczyć warzyć piwo. No i być może jest tu gwarancja, że choć jedno piwo nam dziś posmakuje.

Czwarte piwo, które dziś znalazło się na naszym stole, przybyło do nas nie z Po Robocie, a z Intermarche, gdzie podczas ostatnich zakupów w oko wpadła nam seria piw pod wspólną nazwą Piwni Koledzy, uwarzonych w Browarze Rzemieślniczym Jan Olbracht. Co prawda, pachnie to trochę serią HedgeHog, czyli jakoś niezbyt obiecująco, ale dopóki nie sprawdzimy, to nie będziemy wiedzieli. No i trochę im nie wyszło z tą pintą, o której tam napisali na kontretykiecie, w ramach piwnych ciekawostek. Rzeczywiście, amerykańska płynna pinta (liquid pint) to około 473 ml, jednak jest ona bez porównania rzadziej stosowana jako miara pojemności piwa niż imperialna pinta (imperial pint) stosowana powszechnie w Wielkiej Brytanii właśnie w odniesieniu do piwa. W UK zawołanie „how about a pint?” nie wymaga dopowiedzenia – wiadomo, że chodzi o piwo. Imperialna pinta to mniej więcej 568 ml, czyli wyraźnie więcej. Ale nie ma co się czepiać. Chcieli ponieść kaganek oświaty, nie całkiem wyszło, lecz intencje były szczytne.

Tyle gwoli wyjaśnień wszelakich. Lejemy do szklanek, cieszymy się aromatem i smakiem. Albo i nie.

Jak się okazało po napełnieniu szklanek, Vuelta wykazało się najbardziej wstydliwą pianą – było jej niewiele i dość szybko się zredukowała. Pozostałe trzy pokryły się grzeczną pianą, w miarę trwałą, która w trakcie opadania oblepiała ścianki szklanek.

Piwni Koledzy American Pale Ale (12,5 Blg, IBU 35, pasteryzowane, niefiltrowane) – aromat typowy dla APA – tropikalne owoce, mieszanka podgniłego mango i słodkich grapefruitów, odrobina skórek cytrusowych, trochę żywicy. Wszystko to mało wyraziste, ubite w jedną masę aromatyczną, jakby udeptane. Nie żeby nieprzyjemne, bynajmniej. Jakieś jednak takie mało charakterne.
Na podniebieniu bardzo wodniste, gorzkie. Gorycz nieprzyjemna, rodem z grapefruitowego albedo. Ponadto, rozwodnione akcenty zbożowe, słodowe, nieco akcentów owocowych, ale tak blado, że właściwie nie ma o czym mówić. Słabe piwo, nie chce mi się nad nim rozczulać, nie chce mi się go kończyć. To na pewno uwarzył Jan Olbracht?
Kategoria: DO ZLEWU

Vuelta APA (12 Blg, IBU 45, pasteryzowane, niefiltrowane, warzone w Szczyrzyckim Browarze Cystersów „Gryf”) – w aromacie przede wszystkim akcenty lakierowe, politurowe, soczyste pomarańcze i mandarynki, świeżo rżnięte, żywiczne deski sosnowe, owocowe żelki kwaśne. Aromat wyrazisty, choć może trochę za ostry w stronę właśnie tych akcentów lakierowych.
Smak lekki, mało imponujący ciałem, a w nim akcenty owocowe, owoce tropikalne, słodowe, spora doza goryczki – choć nie dominującej, wyważonej. Niestety, krótko po przełknięciu akcenty owocowo-zbożowe nikną, a pozostaje wszechobecny, wytrawny karmel. Coś jakby nałykać się gumy arabskiej, kleju do znaczków pocztowych, takie tam. Plus coraz bardziej zalegająca goryczka. Słabe, bardzo słabe.
Kategoria: JAKOŚ JE ZMĘCZĘ

Labirytm American Pale Ale (12,1 Blg, IBU 32, pasteryzowane, niefiltrowane) – bardzo przyjemny aromat delikatnych cytrusów, poukładanych wśród wiórków drewnianych, aromaty owocowe z tropikalnych żelków Haribo, sporo nutek ananasa. Trochę świeżej słomy, odrobina niecałkiem wysuszonego siana na zachwaszczonej łące. Bardzo przyjemny, apetyczny aromat.
Smak przyjemny, owocowy, mandarynki, mango, kumkwaty, jabłka przypiekane na ognisku, prażone orzechy włoskie, słonecznik, sporo ziołowej, niemal piołunowej goryczki, jednak wszystko grzecznie poukładane, smaczne. Fajne piwo, choć może za dużo tej goryczki. Z czasem zaczyna zalegać na podniebieniu i dominować smak piwa.
Kategoria: JESZCZE RAZ TO SAMO

King of Hop American Pale Ale (12 Blg, IBU 45, niepasteryzowane, niefiltrowane, warzone w Browarze Gościszewo) – pachnie przede wszystkim zwietrzałym APA – te wszystkie owoce tropikalne, cytrusy i żywice jakby wyblakłe. Dodatkowo nieco kwiatów, schylonych w stronę nieprzyjemnych, zwietrzałych, tanich perfum. Plus aromat czerstwego chleba. Mało to fajne, nie kusi zupełnie.
Smak jest zaskakująco pełny – przynajmniej na tle pozostałych smakowanych dzisiaj piw. Mnóstwo tu przyjemnego zboża, sporo owoców, trochę mniej przyjemnych nutek kwiatowych (jakby człowiek perfumy chłeptał), trawiastych i zielnych. Słabe, po prostu słabe piwo.
Kategoria: JAKOŚ JE ZMĘCZĘ

Jak widać, niestrudzenie brniemy przez style piwne, które niekoniecznie nam odpowiadają, nie idziemy na łatwiznę. Jednak chyba trzeba to zmienić i przestawić się na jakieś stouty, portery, pszeniczniaki i inne przyjemniaki. W świetle niedawnych przygód z piwami kraftowymi w Szkocji, gdzie piwa chmielone nowofalowo smakują i dają mnóstwo radochy, powiedzieć trzeba sobie otwarcie – polscy kraftowcy nie radzą sobie z tematem. Robią okropne, rozchwiane smakowo, przegoryczkowane wywary z chmielu, gdzie jakiekolwiek doznania aromatyczno-smakowe nie mają racji bytu. Ważne, by było gorzko. W tej sytuacji wcale nie dziwi pojawienie się na rynku wody chmielowej – wszak tzw. beer geekom nie trzeba nic więcej, wystarczy wykręcająca gębę goryczka. I pomyśleć, że dali się wpuścić w maliny reklamom piw koncernowych, od których tak bardzo się odżegnują, a potem pewnemu kraftowemu guru, i uwierzyli, że w piwie chodzi tylko i wyłącznie o goryczkę.

Dzisiejszy ranking jest dość prosty do ustalenia i jednogłośny:

1. Labirytm
2. Vuelta, o włos przed równie paskudnym:
3. King of Hop
4. Piwni Koledzy

Aha, w okolicach lodówki leżą jeszcze trzy butelki APA. Ale chyba je sobie odłożymy na później. Dużo później. Ileż można?

Wszystkie piwa – poza Piwni Koledzy APA – do kupienia w sklepie Po Robocie, Świdnica, ul. Westerplatte 9.

sobota, 3 grudnia 2016

Idzie zima - okołostoutowo



582. Bumelant (Browar Zakładowy) 4,7%
583. Sheep Szit (Birbant) 7%
584. RIS Blended Barrel Aged (Birbant) 10,5%
585. Coffie (Browar Świdnica) 5%

Poszedłem parę dni temu do Po Robocie i tym razem sięgnąłem na ciemną półkę. Pomyślałem sobie, że czas na stouty – zima idzie, trzeba przestawić się na ogrzewanie wewnętrzne. Przynajmniej częściowo. No a jak zobaczyłem co mi w rękę wpadło, to zdębiałem. Sheep Szit, proszę Państwa, Sheep Szit! Wędzone owczym gównem! Tak mówi etykieta, naprawdę. No i zamurowało mnie, bo nie tak dawno oskarżałem polskich kraftowców o brak jaj. A jednak niektórzy je mają. Ewidentnie! No naprawdę, bez dżołków, na śmiertelnie poważnie – wielki szacun, Birbant! Chylę nisko czoła i czekam na więcej. A jeśli jeszcze piwo okaże się smaczne… No ale co do tego, to zaraz się przekonamy.

No to bez emocji. Piwem, od którego zacząłem składanie dzisiejszego zestawu jest Sheep Szit, Smoked Extra Stout z Browaru Birbant. Słód do jego uwarzenia wędzony był, przynajmniej częściowo, nad owczymi bobkami, zbieranymi i suszonymi osobiście przez piwowarów z Birbanta. Przynajmniej tak brzmi oficjalna wersja browaru. I ona mnie się podoba i jej się będę trzymał.

Tuż obok na półce stał inny produkt tego samego browaru – RIS Blended Barrel Aged. Do takiego leżakowania w dębowych beczkach po mocnych trunkach od zawsze nastawiony jestem sceptycznie. Jakoś nikt mnie nie przekona, że podczas kilku miesięcy cokolwiek sensownego może się wydarzyć na linii piwo-dębina. Co najwyżej piwo wypłucze ze zwęglonej warstwy drewna (beczki wypala się od wewnątrz, a przynajmniej tostuje, w zależności od rodzaju beczki i rodzaju trunku, który ma w niej leżakować) resztki tego, co w niej wcześniej leżakowało. Tak więc, w gruncie rzeczy, można by do piwa dolać trochę burbona, whisky, rumu, czy czego tam dusza zapragnie – i efekt byłby z grubsza ten sam. Ale jak ludkowie się lubują w ściemie na temat dojrzewania w beczkach dębowych po tym i po owym, to niech sobie mają. Ja nie mam nic przeciwko. Tutaj mamy do czynienia z mieszanką piw leżakowanych wcześniej w beczkach po burbonie, whiskey i rumie. Na dodatek to nie jakieś tam piwo, tylko gimbo-hipsterski Russian Imperial Stout (RIS) o powalającej mocy 10,5%, a więc nie w kij dmuchał. Przekonamy się za chwil parę czy ten RIS nas przekona do siebie, czy potwierdzi sceptycyzm – i do gatunku piwa i do faktu leżakowania. Chociaż, jeśli dobrze się nad tym zastanowić, to akurat dorzucenie do czekoladowo-kawowego profilu stouta akcentów rumu czy burbona wcale nie musi wyjść piwu na złe. Wcale, ale to wcale. Zastanawia mnie tylko kwestia techniczna – jako się rzekło, producent wymienia beczki po rumie, burbonie i whiskey. Właśnie tak, whiskey. Czyli że irlandzka, albo amerykańska z Tennessee (w odróżnieniu od Kentucky bourbon)? Nie szkocka whisky? Nie wiem, nie chce mi się dociekać, ale gdyby tam jeszcze dorzucić akcenty torfowo-dymne z beczki po jakiejś szkockiej whisky z Islay, mogłoby być jeszcze bardziej ciekawie. No nic, za chwilę się przekonamy.

Trzecim wyborem podczas ostatniej wizyty w Po Robocie był Bumelant z Browaru Zakładowego, piwo określane mianem Polskie Ciemne Ale. Tak więc, nie jest to stout, ale wydaje mi się, że wystarczająco blisko, by go w towarzystwie stoutów postawić. Poza tym, Browar Zakładowy dostaje dodatkowe punkty za oprawę graficzną i nazewnictwo swoich piw. Żadnego zadęcia na jakieś tam White Horse, Redemption Ale czy King of Hop, żeby daleko nie szukać. Bumelant, Fajrant, Kombinator, czy Pierwsza Zmiana brzmią zdecydowanie bardziej swojsko. No i – co nie bez znaczenia – o Bumelancie same dobre rzeczy słyszałem.

Na koniec to, co prędzej czy później było nieuniknione. Piwo z Browaru Świdnica. Dłużej nie można unikać spróbowania piwa robionego w mieście, w którym się mieszka. Nawet jeśli nic dobrego się o nim nie słyszało. A że dzisiaj na ciemno i stoutowo, wybór padł na Coffie z Browaru Świdnica, piwo określające się na etykiecie jako stout. Domyślam się, że nazwa ma być nawiązaniem do kawowych akcentów, charakterystycznych dla stoutów, choć nie wiem w jakim języku słowo kawa pisze się właśnie tak. Z drugiej strony, być może tok myślenia twórcy szedł zupełnie inną drogą i Coffie nie ma nic wspólnego z kawą. Podobnie jak szwedzka algfärssoppa to wcale nie zupa z alg, a z łosia. Tak czy owak, zobaczmy co ma do zaoferowania Browar Świdnica, wszak nie byle jaką tradycję piwowarską ma za sobą.

Lejemy. Piana na obydwu Birbantach – klasycznie stoutowo beżowa – pojawiła się i zniknęła. Nieco bardziej trwała była na Sheep Szit niż na RISie. Na Bumelancie pojawiła się obfita i stosunkowo trwała piana, która opadając okleiła ścianki szklanki. W przypadku Coffie pojawiła się dość dziwna, grubopęcherzykowa piana, również beżowa, która dość szybko zredukowała się do zera. Wąchamy i pijemy.

Bumelant Polskie Ciemne Ale (12 Blg, IBU 44, niepasteryzowane, niefiltrowane) – w aromacie kawa, orzechy laskowe, gorzka czekolada, coca-cola, lekko butwiejące jesienne liście, trawa.
Smak przyjemny, pełny. Draże kakaowe, czarna kawa, gorzka czekolada, palony słód. Goryczka chmielowa atakuje dopiero po chwili, jednak zachowuje się bardzo grzecznie. Siedzi na swoim miejscu, nie zalega, nie przeszkadza – ale też nikt nie może piwu zarzucić jej braku. Po chwili pojawiają się przyjemne akcenty ziołowe i biszkopty. Fajne, sympatycznie ułożone piwo.
Kategoria: JESZCZE RAZ TO SAMO

Sheep Szit Smoked Extra Stout (19,1 Blg, IBU 33, pasteryzowane, niefiltrowane, warzone w Browarze Zarzecze) – w aromacie przede wszystkim wędzony, lekko podkwaśniały oscypek, kawa rozpuszczalna. Wyobraźnię i skojarzenia trudno uwolnić od wiedzy na temat materiału opałowego, wykorzystanego do suszenia słodu – skojarzenie jest więc nieuchronnie z aromatem wnętrza szopy, w której schroniło się stado owiec. Poza tym, czekolada, podkwaśniałe mleko, ciastka digestive, akcenty ziemiste. Aromat intrygujący, sam w sobie jakoś niespecjalnie przyjemny. Z czasem przechodzi w zestaw nutek aromatycznych starego, zleżałego siana gdzieś w kącie wybiegu dla zwierząt gospodarskich. Z całym dobrodziejstwem inwentarza.
Smak pełny, kremowy, ziemisto-dymny, z akcentami palonego słodu, gorzkiej czekolady, czarnej kawy, wędzonego oscypka, odrobiną siana, lukrecji, palonego karmelu. O ile aromat określiłem dwuznacznie jako „intrygujący”, o tyle smak nie pozostawia złudzeń – mamy w szklance dobre piwo. Bogate, złożone, dobrze zbalansowane. Ot, zaskoczenie.
Kategoria: JESZCZE RAZ TO SAMO

Russian Imprerial Stout Blended Barrel Aged (24,5 Blg, IBU 50, pasteryzowane, niefiltrowane, warzone w Browarze Zarzecze) – jego aromat to przede wszystkim gorzelniany chuch menela. Poza tym, rum, czekolada, amaretto, cukierki kukułki, kakao z odrobiną mleka. Aromat z każdą chwilą układa się coraz grzeczniej, jest coraz bardziej przyjemny. A już z całą pewnością ten menel przestał nam chuchać w nos. Z czasem pojawiają się akcenty skondensowanego słodkiego mleka z puszki, przypalonego nieco, słodkiego karmelu. Bardzo fajny aromat, bardzo fajny.
Smak jest niewiarygodnie wręcz bogaty, słodki, a przy tym aksamitnie gładki. Ma się wrażenie, że do ust sobie człowiek wlewa płynną esencję cukierków kukułek. Są tu akcenty rumowe, czekoladowe, kakaowe, jest skondensowane słodkie mleko, syrop cukrowy, likier wiśniowy, tort czekoladowy, wanilia. Pięknie, rozkosznie. Całość skontrowana jest goryczką, taką kawowo-czekoladową. Nie ma ani śladu alkoholu. Doskonała rzecz.
Kategoria: JESZCZE RAZ TO SAMO

Coffie Stout (12 Blg, IBU 30, niepasteryzowane, niefiltrowane) – w aromacie kawa – zimna, odstana zbożówka, mnóstwo ziaren, płatki gryczane, wafle ryżowe. Aromat nie powala w żadną stronę – ani to przyjemne, ani nieprzyjemne, jednak trąci cienizną i niedosytem.
Smak jest… pusty. Rozwodniona kawa, odrobina kaszy gryczanej – jakieś totalne popłuczyny z naczynia, w którym kiedyś piwo przechowywano. Cienkie, płaskie, bez wyrazu, bez charakteru, właściwie bez smaku. Obrzydlistwo.
Kategoria: DO ZLEWU

No i zaliczyliśmy, no i przeżyliśmy. Zarówno owcze gówno, jak i to coś ze świdnickiego browaru. Co prawda, przekrój gatunkowy smakowanych dzisiaj piw jest dość szeroki, jednak pokusimy się o ranking. U mnie wygrywa zdecydowanie RIS (o Boże, co ja mówię!). Okazuje się, że te dodatkowe akcenty rodem przede wszystkim z rumu naprawdę ładnie wpisują się w profil aromatyczno-smakowy tego piwa. A i sam materiał wyjściowy, samo piwo musiało być wysokiej jakości, skoro nie epatuje alkoholem, nie przeszkadza jego moc. Pozytywnym zaskoczeniem było gówniane piwo, choć aromat momentami dość sugestywnie przypominał o tym, skąd te oscypkowe nutki. Bumelant nie zawiódł. Co do Coffie – jak ktoś szuka pamiątek ze Świdnicy, niech sobie posążek dzika lepiej kupi. Tak więc mój dzisiejszy ranking wygląda następująco:

1. RIS Blended Barrel Aged
2. Sheep Shit
3. Bumelant
4. Coffie

Pytam połowicę co ona na to. A ona na to, że nie, że niekoniecznie. Że Coffie owszem, na końcu stawki (prawdę mówiąc, do zlewu trafiło 3/4 szklanki), że Bumelant trzeci, owszem, ale pierwsze i drugie miejsca jej zdaniem trzeba przestawić. No i niech jej będzie, protokół rozbieżności. Przecież nie pokłócimy się o piwo. Na pewno znajdziemy sobie lepszy pretekst.

Wszystkie piwa – również te z Browaru  Świdnica – do kupienia w sklepie Po Robocie, Świdnica, ul. Westerplatte 9. Na weekend jak znalazł.