Pokazywanie postów oznaczonych etykietą birbant. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą birbant. Pokaż wszystkie posty

sobota, 3 grudnia 2016

Idzie zima - okołostoutowo



582. Bumelant (Browar Zakładowy) 4,7%
583. Sheep Szit (Birbant) 7%
584. RIS Blended Barrel Aged (Birbant) 10,5%
585. Coffie (Browar Świdnica) 5%

Poszedłem parę dni temu do Po Robocie i tym razem sięgnąłem na ciemną półkę. Pomyślałem sobie, że czas na stouty – zima idzie, trzeba przestawić się na ogrzewanie wewnętrzne. Przynajmniej częściowo. No a jak zobaczyłem co mi w rękę wpadło, to zdębiałem. Sheep Szit, proszę Państwa, Sheep Szit! Wędzone owczym gównem! Tak mówi etykieta, naprawdę. No i zamurowało mnie, bo nie tak dawno oskarżałem polskich kraftowców o brak jaj. A jednak niektórzy je mają. Ewidentnie! No naprawdę, bez dżołków, na śmiertelnie poważnie – wielki szacun, Birbant! Chylę nisko czoła i czekam na więcej. A jeśli jeszcze piwo okaże się smaczne… No ale co do tego, to zaraz się przekonamy.

No to bez emocji. Piwem, od którego zacząłem składanie dzisiejszego zestawu jest Sheep Szit, Smoked Extra Stout z Browaru Birbant. Słód do jego uwarzenia wędzony był, przynajmniej częściowo, nad owczymi bobkami, zbieranymi i suszonymi osobiście przez piwowarów z Birbanta. Przynajmniej tak brzmi oficjalna wersja browaru. I ona mnie się podoba i jej się będę trzymał.

Tuż obok na półce stał inny produkt tego samego browaru – RIS Blended Barrel Aged. Do takiego leżakowania w dębowych beczkach po mocnych trunkach od zawsze nastawiony jestem sceptycznie. Jakoś nikt mnie nie przekona, że podczas kilku miesięcy cokolwiek sensownego może się wydarzyć na linii piwo-dębina. Co najwyżej piwo wypłucze ze zwęglonej warstwy drewna (beczki wypala się od wewnątrz, a przynajmniej tostuje, w zależności od rodzaju beczki i rodzaju trunku, który ma w niej leżakować) resztki tego, co w niej wcześniej leżakowało. Tak więc, w gruncie rzeczy, można by do piwa dolać trochę burbona, whisky, rumu, czy czego tam dusza zapragnie – i efekt byłby z grubsza ten sam. Ale jak ludkowie się lubują w ściemie na temat dojrzewania w beczkach dębowych po tym i po owym, to niech sobie mają. Ja nie mam nic przeciwko. Tutaj mamy do czynienia z mieszanką piw leżakowanych wcześniej w beczkach po burbonie, whiskey i rumie. Na dodatek to nie jakieś tam piwo, tylko gimbo-hipsterski Russian Imperial Stout (RIS) o powalającej mocy 10,5%, a więc nie w kij dmuchał. Przekonamy się za chwil parę czy ten RIS nas przekona do siebie, czy potwierdzi sceptycyzm – i do gatunku piwa i do faktu leżakowania. Chociaż, jeśli dobrze się nad tym zastanowić, to akurat dorzucenie do czekoladowo-kawowego profilu stouta akcentów rumu czy burbona wcale nie musi wyjść piwu na złe. Wcale, ale to wcale. Zastanawia mnie tylko kwestia techniczna – jako się rzekło, producent wymienia beczki po rumie, burbonie i whiskey. Właśnie tak, whiskey. Czyli że irlandzka, albo amerykańska z Tennessee (w odróżnieniu od Kentucky bourbon)? Nie szkocka whisky? Nie wiem, nie chce mi się dociekać, ale gdyby tam jeszcze dorzucić akcenty torfowo-dymne z beczki po jakiejś szkockiej whisky z Islay, mogłoby być jeszcze bardziej ciekawie. No nic, za chwilę się przekonamy.

Trzecim wyborem podczas ostatniej wizyty w Po Robocie był Bumelant z Browaru Zakładowego, piwo określane mianem Polskie Ciemne Ale. Tak więc, nie jest to stout, ale wydaje mi się, że wystarczająco blisko, by go w towarzystwie stoutów postawić. Poza tym, Browar Zakładowy dostaje dodatkowe punkty za oprawę graficzną i nazewnictwo swoich piw. Żadnego zadęcia na jakieś tam White Horse, Redemption Ale czy King of Hop, żeby daleko nie szukać. Bumelant, Fajrant, Kombinator, czy Pierwsza Zmiana brzmią zdecydowanie bardziej swojsko. No i – co nie bez znaczenia – o Bumelancie same dobre rzeczy słyszałem.

Na koniec to, co prędzej czy później było nieuniknione. Piwo z Browaru Świdnica. Dłużej nie można unikać spróbowania piwa robionego w mieście, w którym się mieszka. Nawet jeśli nic dobrego się o nim nie słyszało. A że dzisiaj na ciemno i stoutowo, wybór padł na Coffie z Browaru Świdnica, piwo określające się na etykiecie jako stout. Domyślam się, że nazwa ma być nawiązaniem do kawowych akcentów, charakterystycznych dla stoutów, choć nie wiem w jakim języku słowo kawa pisze się właśnie tak. Z drugiej strony, być może tok myślenia twórcy szedł zupełnie inną drogą i Coffie nie ma nic wspólnego z kawą. Podobnie jak szwedzka algfärssoppa to wcale nie zupa z alg, a z łosia. Tak czy owak, zobaczmy co ma do zaoferowania Browar Świdnica, wszak nie byle jaką tradycję piwowarską ma za sobą.

Lejemy. Piana na obydwu Birbantach – klasycznie stoutowo beżowa – pojawiła się i zniknęła. Nieco bardziej trwała była na Sheep Szit niż na RISie. Na Bumelancie pojawiła się obfita i stosunkowo trwała piana, która opadając okleiła ścianki szklanki. W przypadku Coffie pojawiła się dość dziwna, grubopęcherzykowa piana, również beżowa, która dość szybko zredukowała się do zera. Wąchamy i pijemy.

Bumelant Polskie Ciemne Ale (12 Blg, IBU 44, niepasteryzowane, niefiltrowane) – w aromacie kawa, orzechy laskowe, gorzka czekolada, coca-cola, lekko butwiejące jesienne liście, trawa.
Smak przyjemny, pełny. Draże kakaowe, czarna kawa, gorzka czekolada, palony słód. Goryczka chmielowa atakuje dopiero po chwili, jednak zachowuje się bardzo grzecznie. Siedzi na swoim miejscu, nie zalega, nie przeszkadza – ale też nikt nie może piwu zarzucić jej braku. Po chwili pojawiają się przyjemne akcenty ziołowe i biszkopty. Fajne, sympatycznie ułożone piwo.
Kategoria: JESZCZE RAZ TO SAMO

Sheep Szit Smoked Extra Stout (19,1 Blg, IBU 33, pasteryzowane, niefiltrowane, warzone w Browarze Zarzecze) – w aromacie przede wszystkim wędzony, lekko podkwaśniały oscypek, kawa rozpuszczalna. Wyobraźnię i skojarzenia trudno uwolnić od wiedzy na temat materiału opałowego, wykorzystanego do suszenia słodu – skojarzenie jest więc nieuchronnie z aromatem wnętrza szopy, w której schroniło się stado owiec. Poza tym, czekolada, podkwaśniałe mleko, ciastka digestive, akcenty ziemiste. Aromat intrygujący, sam w sobie jakoś niespecjalnie przyjemny. Z czasem przechodzi w zestaw nutek aromatycznych starego, zleżałego siana gdzieś w kącie wybiegu dla zwierząt gospodarskich. Z całym dobrodziejstwem inwentarza.
Smak pełny, kremowy, ziemisto-dymny, z akcentami palonego słodu, gorzkiej czekolady, czarnej kawy, wędzonego oscypka, odrobiną siana, lukrecji, palonego karmelu. O ile aromat określiłem dwuznacznie jako „intrygujący”, o tyle smak nie pozostawia złudzeń – mamy w szklance dobre piwo. Bogate, złożone, dobrze zbalansowane. Ot, zaskoczenie.
Kategoria: JESZCZE RAZ TO SAMO

Russian Imprerial Stout Blended Barrel Aged (24,5 Blg, IBU 50, pasteryzowane, niefiltrowane, warzone w Browarze Zarzecze) – jego aromat to przede wszystkim gorzelniany chuch menela. Poza tym, rum, czekolada, amaretto, cukierki kukułki, kakao z odrobiną mleka. Aromat z każdą chwilą układa się coraz grzeczniej, jest coraz bardziej przyjemny. A już z całą pewnością ten menel przestał nam chuchać w nos. Z czasem pojawiają się akcenty skondensowanego słodkiego mleka z puszki, przypalonego nieco, słodkiego karmelu. Bardzo fajny aromat, bardzo fajny.
Smak jest niewiarygodnie wręcz bogaty, słodki, a przy tym aksamitnie gładki. Ma się wrażenie, że do ust sobie człowiek wlewa płynną esencję cukierków kukułek. Są tu akcenty rumowe, czekoladowe, kakaowe, jest skondensowane słodkie mleko, syrop cukrowy, likier wiśniowy, tort czekoladowy, wanilia. Pięknie, rozkosznie. Całość skontrowana jest goryczką, taką kawowo-czekoladową. Nie ma ani śladu alkoholu. Doskonała rzecz.
Kategoria: JESZCZE RAZ TO SAMO

Coffie Stout (12 Blg, IBU 30, niepasteryzowane, niefiltrowane) – w aromacie kawa – zimna, odstana zbożówka, mnóstwo ziaren, płatki gryczane, wafle ryżowe. Aromat nie powala w żadną stronę – ani to przyjemne, ani nieprzyjemne, jednak trąci cienizną i niedosytem.
Smak jest… pusty. Rozwodniona kawa, odrobina kaszy gryczanej – jakieś totalne popłuczyny z naczynia, w którym kiedyś piwo przechowywano. Cienkie, płaskie, bez wyrazu, bez charakteru, właściwie bez smaku. Obrzydlistwo.
Kategoria: DO ZLEWU

No i zaliczyliśmy, no i przeżyliśmy. Zarówno owcze gówno, jak i to coś ze świdnickiego browaru. Co prawda, przekrój gatunkowy smakowanych dzisiaj piw jest dość szeroki, jednak pokusimy się o ranking. U mnie wygrywa zdecydowanie RIS (o Boże, co ja mówię!). Okazuje się, że te dodatkowe akcenty rodem przede wszystkim z rumu naprawdę ładnie wpisują się w profil aromatyczno-smakowy tego piwa. A i sam materiał wyjściowy, samo piwo musiało być wysokiej jakości, skoro nie epatuje alkoholem, nie przeszkadza jego moc. Pozytywnym zaskoczeniem było gówniane piwo, choć aromat momentami dość sugestywnie przypominał o tym, skąd te oscypkowe nutki. Bumelant nie zawiódł. Co do Coffie – jak ktoś szuka pamiątek ze Świdnicy, niech sobie posążek dzika lepiej kupi. Tak więc mój dzisiejszy ranking wygląda następująco:

1. RIS Blended Barrel Aged
2. Sheep Shit
3. Bumelant
4. Coffie

Pytam połowicę co ona na to. A ona na to, że nie, że niekoniecznie. Że Coffie owszem, na końcu stawki (prawdę mówiąc, do zlewu trafiło 3/4 szklanki), że Bumelant trzeci, owszem, ale pierwsze i drugie miejsca jej zdaniem trzeba przestawić. No i niech jej będzie, protokół rozbieżności. Przecież nie pokłócimy się o piwo. Na pewno znajdziemy sobie lepszy pretekst.

Wszystkie piwa – również te z Browaru  Świdnica – do kupienia w sklepie Po Robocie, Świdnica, ul. Westerplatte 9. Na weekend jak znalazł.

czwartek, 26 listopada 2015

American Weizen czy White IPA – oto jest pytanie



357. American Weizen (Birbant) 4,8%
358. Piotrek z Bagien White IPA (Jan Olbracht) 6%
359. Nigami White IPA (Browar Szpunt) 5,9%
360. Uzi White IPA (Kraftwerk) 5,2%

W okolicach naszej lodówki, dziwnym trafem nagromadziło się trochę kraftowych wynalazków, których – jako się rzekło kilka odcinków temu – chcemy się wreszcie pozbyć. Raz na zawsze. Bez większego entuzjazmu siadamy dziś do pszenicznych wariacji na temat amerykańskiego chmielu. Czy odwrotnie. No i oczywiście, American weizen to nie tak całkiem white IPA, ale co mieliśmy zrobić z tym Birbantem? Szczególnie, że niedawno smakowane Saison Curry Wurst od Birbanta bardzo się nam spodobało.

Poza wspomnianym American Weizen od Birbanta, w szranki staje dzisiaj Piotrek z Bagien White IPA z Browaru Rzemieślniczego Jan Olbracht, warzone w ramach Kuźni Piwowarów, Nigami White IPA z Browaru Szpunt, oraz Uzi White IPA z Browaru Kraftwerk. Co prawda, staramy się podchodzić do smakowanych piw z otwartą głową, ciągle (być może naiwnie) wierząc, że wreszcie natkniemy się na jakąś perełkę, ale do serii Piotrek z Bagien już raczej straciliśmy cierpliwość. Bodaj wszystkie smakowane dotąd Piotrki były rozchwiane w aromacie i smaku, nachalne, nieprzyjemne i najczęściej lądowały ostatecznie w zlewie. Dlatego do dzisiejszego Piotrka już niestety podchodzimy z rezerwą. Podobnie ma się rzecz z wyrobami spod szyldu Kraftwerk. Już tyle razy płukaliśmy nimi kolanko ściekowe w kuchni, że właściwie czystą naiwnością można nazwać fakt, że Uzi znalazło się na stole. A może wynikło to tylko i wyłącznie z faktu, że coraz mniej ludzi chce to kupować, w związku z czym wyroby Kraftwerka coraz bardziej zalegają na półkach w miejscowym Tesco, co nasz opór na kraftwerkowanie wystawia na wielokrotne próby podczas kolejnych zakupów. Kilka razy przechodziłem obok Uzi z silnym postanowieniem, że nie, tym razem nie włożę go do koszyka. Aż przyszedł ten moment, kiedy stwierdziłem, a co mi tam… Na koniec Nigami White IPA, o którym nie wiemy nic. Poza tym, że sama nazwa każe zachować ostrożność („nigami” to po japońsku „gorzki smak”), a szata graficzna etykiety jest totalnie nie z naszej bajki. Nawet wizerunek Godzilli jest jakiś lewy. W ewentualne konotacje z manga/anime – jeśli takie istnieją – nawet nie chce mi się próbować wchodzić. Reasumując, naprawdę niewiele sobie obiecujemy po dzisiejszym wieczorze, ale przecież nie oddamy tego starcia walkowerem. Nalewamy!

Wszystkie piwa mają mniej więcej tę samą, charakterystyczną dla piw pszenicznych barwę słomy. Wszystkie są niefiltrowane, jednak najbardziej rzuca się to w oczy w przypadku American Weizen, co wydaje się naturalne, jeśli wziąć pod uwagę charakterystykę gatunku hefe-weissbier, wariacją na temat którego jest właśnie to piwo. Piana złożona z najdrobniejszych pęcherzyków, najtrwalsza tworzy się na American Weizen i Piotrku z Bagien. Nigami i Uzi cieszyły się dość mizerną pianą tylko przez kilka pierwszych chwil po nalaniu. Potem już została tylko cienka, poszarpana warstwa drobnych i średnich bąbelków unoszących się na powierzchni piwa.

American Weizen (11,5 Blg, IBU 30, pasteryzowane, niefiltrowane, warzone w Browarze Zarzecze) – w aromacie grapefruit (cóż by innego!), przepocona koszulka budowlańca, odrobina mniej agresywnych cytrusów, pszenica, drożdże, trochę bananów. W smaku lekko, ale nie wodniście. Przede wszystkim grapefruitowa goryczka, ale – i to jest nowość – ustępuje ona po chwili, by zrobić miejsce bardzo przyjemnemu słodowi, pewnej kwaskowości, bananom (również w teksturze – jest jakby odrobinę mączniaste na podniebieniu). Bardzo pozytywne zaskoczenie. Nie żebym zaraz leciał cały karton kupić, ale nie obrażę się jak ktoś mnie poczęstuje birbantowym American Weizenem.

Piotrek z Bagien White IPA (14 Blg, IBU 45, pasteryzowane, niefiltrowane, warzone w ramach Kuźni
Piwowarów) – w aromacie ananas i brzoskwinia, budyń owocowy. Bardzo przyjemny zapach, wcale nie zepsuty amerykańskim chmielem, widocznie użytym z umiarem (wreszcie!). W smaku pierwsze wrażenie jest ananasowe, ale ten ananas – niestety – dość szybko przechodzi w grapefruit, który przy akompaniamencie kolendry i mięty – generalnie ziół (jest tam też lubczyk, szałwia, a może nawet piołun) – natychmiast robi się obrzydliwie gorzki. Gorzki i cierpki. Ta ściągająca policzki od środka gorycz zostaje na podniebieniu długo. Stanowczo zbyt długo. Słabo. Ale to nic nowego w przypadku Piotrków z Bagien, niestety.

Nigami White IPA (14,9 Blg, IBU 55, pasteryzowane, niefiltrowane, warzone w Browarze Korab) ma w aromacie na pierwszym planie skórkę pomarańczową, grapefruit, pszenicę, kolendrę – zaskoczenia wielkiego nie ma. Zaskoczeniem – miłym – jest brak dominacji grapefruitowych akcentów chmielu amerykańskiego nad całą resztą. Aromat jest przyjazny nozdrzom, przyjemny, ułożony. W smaku jest dość gładko i słodko, zbożowo, kolendrowo. Zaskakująco przyjemnie. Wydać się może, że wreszcie trafiliśmy na piwowarów, którzy potrafią z sensem i z umiarem zastosować amerykańskie chmiele (wykorzystane tu zostały chmiele Citra, Cascade i Centennial). Robią one za goryczkę – nie gorycz – bardzo przyjemnie kontrują słodycz słodu i skórki słodkiej pomarańczy. Bardzo sympatyczna rzecz. A jeśli pisze to zdeklarowany malkontent amerykańsko-chmielowy, to wielki szacun, Panowie Szpuntowcy. Z nazwą chyba jednak nie wyszło – to piwo wcale nie jest gorzkie. Ale to akurat jest jego zaleta.

Uzi White IPA (14 Blg, pasteryzowane, niefiltrowane, warzone w Browarach Regionalnych Wąsosz) – w aromacie odrobina grapefruita, trochę rumianku, ale głównie karton – szary, nijaki aromat. W smaku jest słodowo, grapefruitowo, ryżowo, karmelowo (!), ziołowo-goryczkowo. Mimo iż smak Uzi jest dość płaski i jednowymiarowy, jest to całkiem przyjemnie zachowujące się na podniebieniu piwo. Nie zraża do siebie kubków, a to krok we właściwym kierunku.

Czas na ranking. Wygrywa – jednogłośnie, bezapelacyjnie i o kilka długości – Nigami. Bardzo fajne piwo, jedno z lepszych IPA, jakie piłem. Na drugim miejscu American Weizen od Birbanta. Na trzecim Uzi, głównie za ewolucję na podniebieniu, za złożoność i harmonię – mimo użycia amerykańskich chmielów. Poza podium ląduje Piotrek z Bagien. Jest bezlitośnie najsłabsze w tej stawce, ale też jest po prostu nieprzyjemnym, niezrównoważonym, zupełnie rozbieganym po podniebieniu napitkiem.

Najlepsza z żon twierdzi natomiast, że owszem, wygrywa (zdecydowanie) Nigami, ale na drugim miejscu jest Uzi. Na trzecim American Weizen, a na końcu Piotrek z Bagien. I niech jej będzie.

piątek, 20 listopada 2015

Dziś u nas Vivaldi - Cztery Saisony



344. Salvia American Hoppy Saison (Browar Brodacz) 5,8%
345. Saison Curry Wurst (Birbant) 5,5%
346. Sezonowe Cieszyńskie (Browar Zamkowy Cieszyn) 5,9%
347. Żywiec Saison (Grupa Żywiec) 6,5%

Od jakiegoś już czasu zabieraliśmy się za saison. Jednak wbrew hulającym po internetach informacjom jakoby na rynku wręcz roiło się od piw warzonych w tym stylu, w naszym zakątku świata zebranie stawki do takich zawodów nie jest łatwe. Tym bardziej cieszymy się, że wreszcie się udało. Mamy cztery piwa będące przedstawicielami tego właśnie stylu.

Na stole stanęły dzisiaj: Salvia American Hoppy Saison z Browaru Brodacz, Saison Curry Wurst od Birbanta, Sezonowe Cieszyńskie z Browaru Zamkowego Cieszyn i żywieckie Saison, warzone bodaj w tym samym browarze w Cieszynie. Żywieckie Saison już się u nas na stole pojawiało kilkakrotnie, i trzeba powiedzieć otwarcie – sprawiło niemało radości podniebieniom. Nie żeby wprawiło w zachwyt, ale wydaje się, że jest to naprawdę solidna oferta. Szczególnie, że i dostępność i cena są po naszej stronie. Ciekawi jesteśmy jak wypadnie w konfrontacji z konkurencją. Konkurencją, której jak dotąd nie znamy – żadne z pozostałych piw podniebienia nam nie omyło, więc nie wiemy czego się spodziewać. Pewien niepokój budzi słowo „American” w określeniu stylu piwa od Brodacza. Czyżby po raz kolejny ktoś postanowił najzwyczajniej spieprzyć przyzwoity styl piwa zagłuszając jego smak chmielami zza oceanu? A może jest to jeden z nielicznych przypadków, gdzie amerykańskie chmielenie odbyło się z należnym umiarem i starannością? Zobaczymy. Wygląda jednak na to, że Ameryka rzeczywiście jest prawdziwym Imperium Zła, i to na wielu więcej płaszczyznach niż się kiedykolwiek śniło najbardziej radykalnym islamistom.

Zachwyciła nas etykieta piwa od Birbanta. Do tego stopnia, że uznaliśmy iż koniecznym jest odnotowanie tego faktu w osobnym akapicie.

Z etykiet dowiadujemy się jakie to dodatki zastosowano podczas warzenia poszczególnych piw. I tak, oprócz wody, słodów, chmielów i drożdży, Salvia ma w składzie natkę pietruszki, tymianek cytrynowy, rozmaryn, szałwię białą i płatki żytnie. Saison Curry Wurst – cukier, kardamon i czarny pieprz. Cieszyńskie przyznaje się do skórki pomarańczy, a Żywiec do skórki gorzkiej pomarańczy. Tyle informacji z etykiet.

Dobra, lejemy.  Jak się okazuje, tylko w Salvii piana jest obfita i trwała. Wszędzie indziej pojawiła się i znikła niemal natychmiast. W Cieszyńskim znikła zupełnie bez śladu, w Żywcu i Birbancie na powierzchni piwa pozostały poszarpane szczątki już po około minucie. Nie dla piany jednak piwo nalewa się do szklanek. Wszystkie smakowane dziś piwa mają barwę jasnobursztynową z pomarańczowymi refleksami. Wyglądają fajnie – mimo braku piany – są mętne, ewidentnie niefiltrowane, apetyczne.

Salvia American Hoppy Saison (13,7 Blg, IBU 40, niepasteryzowane, niefiltrowane, warzone w Starym Browarze w Kościerzynie) w aromacie ma całe mnóstwo ziół, choć wcale niekoniecznie pokrywa się to ze składem wymienionym na etykiecie – jest tu rozmaryn, lubczyk, natka pietruszki, jałowiec, świeża mięta. Da się wyczuć również skórkę pomarańczy, lekką żywiczność, jakby powiew znad świeżo wypastowanej podłogi. Z czasem pojawia się mniej przyjemny, przenikliwy aromat plasujący się gdzieś pomiędzy ogórkami konserwowymi, a perfumami. W smaku jest bardzo przyprawowo, wręcz pikantnie, kwaskowato, octowo (ogórki konserwowe jak nic), a za chwilę wpada na to nieprzyjemna grapefruitowa, jałowcowa i szałwiowa gorycz. I już tam zostaje. Nie jest to piwo, które wylalibyśmy do zlewu, jednak nie zachwycimy się. Gdyby nie ta gorycz, byłoby to naprawdę fajne, interesujące piwo. Szkoda, że trzeba było pójść za obowiązującym trendem i jednak je tak zamerykanizować, by każdy potencjalny piwosz z sypiącym się pod nosem młodzieńczym wąsem puścił bąka z ukontentowania.

Saison Curry Wurst (14 Blg, IBU 33, pasteryzowane, niefiltrowane, warzone w Browarze Zarzecze) zgodnie z obietnicą, pachnie kiełbasą. Fajnie wędzoną, dobrze przyprawioną, suchą kiełbasą. Niewiarygodnie przekonująco – prawdziwa płynna kiełbasa. Na podniebieniu jest pięknie, harmonijnie, bardzo ciekawie – smak jest pełny, wyraźne akcenty mięsno-wędzone, przypraw, kolendry, ziół. Pije się to bardzo przyjemnie. Aż człowiekowi przychodzi ochota na kiełbasę. Czegoś tak fajnego nie spodziewaliśmy się na pewno.

Sezonowe Cieszyńskie (13,6 Blg, pasteryzowane, niefiltrowane) pachnie ciepło, konfiturowo. Powidła śliwkowe, wanilia, lody cytrynowe i wiśniowe. Lekkie akcenty cytrusowe (skórka pomarańczy), odrobina drożdży, trochę pszenicy. W smaku jest bardzo łagodnie, grzecznie, gładko. Akcenty owocowe – dojrzałe brzoskwinie, słodkie pomarańcze, jeżyny, lekki woskowy posmak. Brak chmielowej kontry powoduje, że piwo smakuje jak taka cieplucha, która prędzej czy później zemdli. Jak popłuczyny po gęstym soku owocowym. Szkoda, bo aromat obiecywał coś więcej.

Żywiec Saison (13,8 Blg, pasteryzowane, niefiltrowane) pachnie woskiem, gorzką pomarańczą, nieco grapefruitem. Całość dość chaotyczna i niepoukładana, a owoce jakby wyciągnięte z błota i nadgniłe. Do tego kolendra, trochę selera. Świeżo zerwane orzechy laskowe. W smaku jest bodaj najbardziej wytrawnie i wodniście spośród wszystkich smakowanych dzisiaj piw. Są tu akcenty pszeniczne, bananowe, drożdżowe, cytrusowe, brzoskwiniowe, ziołowe. I znowu – mimo mnogości akcentów, smak jest bardzo niepoukładany, a wszystkie nutki smakowe depczą się wręcz nawzajem w wyścigu o pierwszeństwo do naszych kubków smakowych.

Próbujemy poustawiać smakowane dzisiaj piwka w kolejności preferencji. Znaczy, rankingujemy. Wygrywa – jednogłośnie i bezapelacyjnie – Saison Curry Wurst. Jezu, co za piwo! Na drugim – znowu jednogłośnie – plasuje się Żywiec Saison. Były, co prawda zapędy, żeby na drugie miejsce wrzucić Salivę, ale nie wygrała w dopitkach. Okazało się, że jednak mniej nam przeszkadza chaos aromatyczno-smakowy Żywca niż zalegająca, nieprzyjemna gorycz Salivy. Na trzecim więc Saliva. Jednogłośnie. Poza podium ląduje Sezonowe Cieszyńskie. Co ważne, żadne piwo nie ląduje w zlewie, a to u nas niezły wyczyn. Aha, wspominałem już, że to wszystko powyżej, to jednogłośnie?