Pokazywanie postów oznaczonych etykietą craft beer. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą craft beer. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 6 grudnia 2016

Niestrudzenie APA



586. Piwni Koledzy APA (Jan Olbracht Browar Rzemieślniczy) 5,6%
587. Vuelta APA (Browar Spirifer) 4,9%
588. Labirytm (Browar Nepomucen) 4,4%
589. King of Hop (AleBrowar) 5%

Niestrudzenie szukamy przykładów warzonych w Polsce piw z gatunków nowofalowych, które z czystym sumieniem można polecić i po które bez drżenia ręki można sięgnąć ponownie. I nie po to, żeby je wylać do zlewu. Bynajmniej. Gatunek APA wydaje się potencjalnie najbardziej przyjaznym podniebieniom słabo znoszącym zbytnią, przesadzoną gorycz, charakterystyczną dla większości tego typu produktów. Dlatego dzisiaj sięgnęliśmy znowu po kraftowe APA. A co, po łatwiźnie spacerów sobie nie urządzamy.

Dzisiaj sięgnęliśmy po zasoby dostępne w zaprzyjaźnionym sklepie Po Robocie (Świdnica, ul. Westerplatte 9), do którego serdecznie – i zupełnie bezinteresownie – zapraszamy wszystkich spragnionych. No, niezupełnie bezinteresownie. W naszym jak najlepiej rozumianym interesie jest, by taki sklep istniał i się rozwijał. Żebyśmy i my mieli gdzie zaopatrzenie poczyniać. Ot, i cały interes.

Tak czy owak, w Po Robocie znaleźliśmy i wybraliśmy sobie na dzisiaj piwo z browaru Spirifer, którego charakterystyczne etykiety już od jakiegoś czasu kusiły nas z półek lokalnego Tesco, ale dotąd jakoś nie udało się nam przemóc nieśmiałości. Do dzisiaj, bo właśnie dzisiaj z półki w Po Robocie zdjęliśmy Vueltę APA, piwo nawiązujące do wyścigu kolarskiego Vuelta a España. Drugim piwem był Labirytm z browaru Nepomucen, a to dlatego, że Nepomucen jeszcze nigdy u nas nie wystąpił, a polecany był nam często. Trzecie dzisiaj APA to King of Hop z AleBrowar. A to dlatego, że AleBrowar istnieje już na rynku wystarczająco długo, naszym zdaniem, by być może wreszcie się nauczyć warzyć piwo. No i być może jest tu gwarancja, że choć jedno piwo nam dziś posmakuje.

Czwarte piwo, które dziś znalazło się na naszym stole, przybyło do nas nie z Po Robocie, a z Intermarche, gdzie podczas ostatnich zakupów w oko wpadła nam seria piw pod wspólną nazwą Piwni Koledzy, uwarzonych w Browarze Rzemieślniczym Jan Olbracht. Co prawda, pachnie to trochę serią HedgeHog, czyli jakoś niezbyt obiecująco, ale dopóki nie sprawdzimy, to nie będziemy wiedzieli. No i trochę im nie wyszło z tą pintą, o której tam napisali na kontretykiecie, w ramach piwnych ciekawostek. Rzeczywiście, amerykańska płynna pinta (liquid pint) to około 473 ml, jednak jest ona bez porównania rzadziej stosowana jako miara pojemności piwa niż imperialna pinta (imperial pint) stosowana powszechnie w Wielkiej Brytanii właśnie w odniesieniu do piwa. W UK zawołanie „how about a pint?” nie wymaga dopowiedzenia – wiadomo, że chodzi o piwo. Imperialna pinta to mniej więcej 568 ml, czyli wyraźnie więcej. Ale nie ma co się czepiać. Chcieli ponieść kaganek oświaty, nie całkiem wyszło, lecz intencje były szczytne.

Tyle gwoli wyjaśnień wszelakich. Lejemy do szklanek, cieszymy się aromatem i smakiem. Albo i nie.

Jak się okazało po napełnieniu szklanek, Vuelta wykazało się najbardziej wstydliwą pianą – było jej niewiele i dość szybko się zredukowała. Pozostałe trzy pokryły się grzeczną pianą, w miarę trwałą, która w trakcie opadania oblepiała ścianki szklanek.

Piwni Koledzy American Pale Ale (12,5 Blg, IBU 35, pasteryzowane, niefiltrowane) – aromat typowy dla APA – tropikalne owoce, mieszanka podgniłego mango i słodkich grapefruitów, odrobina skórek cytrusowych, trochę żywicy. Wszystko to mało wyraziste, ubite w jedną masę aromatyczną, jakby udeptane. Nie żeby nieprzyjemne, bynajmniej. Jakieś jednak takie mało charakterne.
Na podniebieniu bardzo wodniste, gorzkie. Gorycz nieprzyjemna, rodem z grapefruitowego albedo. Ponadto, rozwodnione akcenty zbożowe, słodowe, nieco akcentów owocowych, ale tak blado, że właściwie nie ma o czym mówić. Słabe piwo, nie chce mi się nad nim rozczulać, nie chce mi się go kończyć. To na pewno uwarzył Jan Olbracht?
Kategoria: DO ZLEWU

Vuelta APA (12 Blg, IBU 45, pasteryzowane, niefiltrowane, warzone w Szczyrzyckim Browarze Cystersów „Gryf”) – w aromacie przede wszystkim akcenty lakierowe, politurowe, soczyste pomarańcze i mandarynki, świeżo rżnięte, żywiczne deski sosnowe, owocowe żelki kwaśne. Aromat wyrazisty, choć może trochę za ostry w stronę właśnie tych akcentów lakierowych.
Smak lekki, mało imponujący ciałem, a w nim akcenty owocowe, owoce tropikalne, słodowe, spora doza goryczki – choć nie dominującej, wyważonej. Niestety, krótko po przełknięciu akcenty owocowo-zbożowe nikną, a pozostaje wszechobecny, wytrawny karmel. Coś jakby nałykać się gumy arabskiej, kleju do znaczków pocztowych, takie tam. Plus coraz bardziej zalegająca goryczka. Słabe, bardzo słabe.
Kategoria: JAKOŚ JE ZMĘCZĘ

Labirytm American Pale Ale (12,1 Blg, IBU 32, pasteryzowane, niefiltrowane) – bardzo przyjemny aromat delikatnych cytrusów, poukładanych wśród wiórków drewnianych, aromaty owocowe z tropikalnych żelków Haribo, sporo nutek ananasa. Trochę świeżej słomy, odrobina niecałkiem wysuszonego siana na zachwaszczonej łące. Bardzo przyjemny, apetyczny aromat.
Smak przyjemny, owocowy, mandarynki, mango, kumkwaty, jabłka przypiekane na ognisku, prażone orzechy włoskie, słonecznik, sporo ziołowej, niemal piołunowej goryczki, jednak wszystko grzecznie poukładane, smaczne. Fajne piwo, choć może za dużo tej goryczki. Z czasem zaczyna zalegać na podniebieniu i dominować smak piwa.
Kategoria: JESZCZE RAZ TO SAMO

King of Hop American Pale Ale (12 Blg, IBU 45, niepasteryzowane, niefiltrowane, warzone w Browarze Gościszewo) – pachnie przede wszystkim zwietrzałym APA – te wszystkie owoce tropikalne, cytrusy i żywice jakby wyblakłe. Dodatkowo nieco kwiatów, schylonych w stronę nieprzyjemnych, zwietrzałych, tanich perfum. Plus aromat czerstwego chleba. Mało to fajne, nie kusi zupełnie.
Smak jest zaskakująco pełny – przynajmniej na tle pozostałych smakowanych dzisiaj piw. Mnóstwo tu przyjemnego zboża, sporo owoców, trochę mniej przyjemnych nutek kwiatowych (jakby człowiek perfumy chłeptał), trawiastych i zielnych. Słabe, po prostu słabe piwo.
Kategoria: JAKOŚ JE ZMĘCZĘ

Jak widać, niestrudzenie brniemy przez style piwne, które niekoniecznie nam odpowiadają, nie idziemy na łatwiznę. Jednak chyba trzeba to zmienić i przestawić się na jakieś stouty, portery, pszeniczniaki i inne przyjemniaki. W świetle niedawnych przygód z piwami kraftowymi w Szkocji, gdzie piwa chmielone nowofalowo smakują i dają mnóstwo radochy, powiedzieć trzeba sobie otwarcie – polscy kraftowcy nie radzą sobie z tematem. Robią okropne, rozchwiane smakowo, przegoryczkowane wywary z chmielu, gdzie jakiekolwiek doznania aromatyczno-smakowe nie mają racji bytu. Ważne, by było gorzko. W tej sytuacji wcale nie dziwi pojawienie się na rynku wody chmielowej – wszak tzw. beer geekom nie trzeba nic więcej, wystarczy wykręcająca gębę goryczka. I pomyśleć, że dali się wpuścić w maliny reklamom piw koncernowych, od których tak bardzo się odżegnują, a potem pewnemu kraftowemu guru, i uwierzyli, że w piwie chodzi tylko i wyłącznie o goryczkę.

Dzisiejszy ranking jest dość prosty do ustalenia i jednogłośny:

1. Labirytm
2. Vuelta, o włos przed równie paskudnym:
3. King of Hop
4. Piwni Koledzy

Aha, w okolicach lodówki leżą jeszcze trzy butelki APA. Ale chyba je sobie odłożymy na później. Dużo później. Ileż można?

Wszystkie piwa – poza Piwni Koledzy APA – do kupienia w sklepie Po Robocie, Świdnica, ul. Westerplatte 9.

środa, 8 czerwca 2016

Piwkowie w BrewDog





I zdarzyło się, że trafiliśmy do Szkocji. To akurat wielkim wyczynem nie jest, bo Szkocja bliska memu sercu jest. Ale w tej Szkocji, tak przy okazji różnych objazdów, trafiliśmy do Ellon. A co to Ellon? Takie miasteczko nieco na północny zachód od Aberdeen. Tam, wśród niezbyt malowniczo prezentujących się hal zakładów skupionych w miejscowym business parku jest jedno miejsce, które bardzo chciałem zobaczyć od środka. Browar BrewDog.

Powie ktoś – jak to? Zaślepiony niechęcią do kraftu piwny ignorant chce zobaczyć kolosa kraftu? Ano, chce. Skoro można, to trzeba. A i do tej niechęci nie ma co się przyzwyczajać, bo kto wie, może i tam te krafty dobre robią. No i nie można nie zobaczyć miejsca, gdzie robione jest Punk IPA, piwo dostępne bodaj w każdym sklepie sprzedającym piwo w Szkocji, do jakiego dane mi było trafić. Toż to musi być jakiś moloch. A że Punk IPA spróbowałem przed przyjazdem do Ellon – i smakowało mi! – tym bardziej ciekaw byłem co oni tam jeszcze warzą.



Pierwszym i podstawowym powodem mojej pielgrzymki do Ellon było umówione wcześniej spotkanie z osobą zajmującą się uruchomieniem już bardzo niedługo niewielkiej kraftowej destylarni w ramach browaru. O tej stronie działalności BrewDog być może nie wszyscy wiedzą. Tak więc, w gruncie rzeczy pojechałem zobaczyć destylarnię Lone Wolf, a nie browar BrewDog. Skoro jednak jedno znajduje się na terenie drugiego, nie dało się zobaczyć destylarni nie zobaczywszy browaru.

Stało się więc, że ostatniego piątku zaparkowałem pod głównym wejściem do browaru BrewDog w szkockim Ellon. Z zewnątrz – hala jakich tu wiele, a przy tutejszym stłoczeniu wszelkiego rodzaju zakładów i zakładzików, trudno ocenić gdzie kończy się jeden, a zaczyna drugi. Ulewny, typowo szkocki deszcz wcale nie ułatwił mi oceny skali przedsięwzięcia z zewnątrz. Od samego wejścia jednak zaczęły się pozytywne emocje. Gdy tylko przekroczyłem próg browaru, przestał mi się lać na głowę deszcz. Ulga niewyobrażalna. Drugie pozytywne spostrzeżenie – do browaru wchodzi się przez bar. Jak tu się nie zachwycić? Bar urządzony w stylu industrialnym, prosty lecz sprawiający wrażenie miejsca przyjaznego. Tuż obok, nawet nie przez ścianę, kotły, warzenie, chmielenie, fermentacja. Co prawda, trochę podejrzanie niewielkim wydaje się ten browar widziany z baru, ale kto ich tam wie, może mają tu przyspieszacz czasu – jak w reklamie Vidaronu – i na powierzchni około 50 metrów kwadratowych (tak na oko) potrafią zrobić tyle piwa, żeby zapełnić półki w tych wszystkich sklepach, w których widziałem Punk IPA. Albo po prostu nikt tego piwa nie kupuje, stąd półkowe zaległości!



Po przeciwległej stronie pomieszczenia znajduje się bar, przy którym pięć podwójnych kranów. Na tablicy świetlnej napisali co mogą nalać. Fajnie – szkoda, że za kierowcę tu dzisiaj robię. Tym bardziej, że za jedyne 6 funciaków można sobie walnąć 25 ml Sink the Bismarck! Gdyby nie ta kierownica, z czystej ciekawości bym spróbował. Przecież całej butelki sobie nie kupię, bo po co? Nic to, innym razem. Bismarck już bardziej nie zatonie, a ja tu jeszcze się pojawię. W głowie kiełkuje myśl, że przecież w Szkocji dopuszczalna zawartość alkoholu we krwi to 0,5 promila, więc jakieś piwko walnąć będzie można. A nawet trzeba. Ale nie Bismarcka.

Pojawia się wreszcie mój gospodarz, zabiera nas na zakład. No i teraz okazuje się, że żaden Vidaron, żadne przyspieszanie czasu, żadna produkcja na małej powierzchni. Wędrujemy do hali pierwszego browaru. Browaru właściwego, bo właśnie dowiaduję się, że to, co widziałem tuż obok baru, to tylko taki mały browarek eksperymentalny. Tutaj warzy się nowe wersje, tu eksperymentuje się z nowymi recepturami, które dopiero po pozytywnej ocenie trafiają do masowej produkcji. Co ciekawe, te piwa w wersji próbnej można kupić w sklepie będącym odnogą baru, i osobiście spróbować co tam nowego się warzy w BrewDog.



Browar BrewDog nie jest browarem starym. Wybudowany został od zera w 2012 roku, kiedy to okazało się, że stary, oryginalny zakład we Fraserburghu to stanowczo za mało na skalę sukcesu zakładu i jego produktów. Jego wydajność – tego w Ellon – to 220 tys. hektolitrów piwa. Nieźle. Jak na kraft – wręcz niewiarygodnie. Tego też jednak było za mało. Tuż obok stanął nowy browar. Dwa razy większy. Właśnie zaczyna działalność. Kierownictwo ocenia, że jego mocy przerobowych wystarczy na 5 lat rozwoju firmy. A co potem? Jak będzie trzeba, to będzie trzeba – wybudować kolejny!

W związku z tym, że browar jest młody, nie zdążył pokryć się nawet śladem patyny, podziwiamy najwyższej jakości stal nierdzewną, uformowaną tu na kształt kadzi, kotłów, tanków i rur wszelakich. Wszystko lśni i w oczy kłuje nowością i czystością. Wędrujemy wśród tych zbiorników, podziwiamy rozmach przedsięwzięcia. Spacerujemy obok linii do butelkowania, trawersujemy pakowalnię. Na ścianach tu i ówdzie ogromne graffiti, czasem na tankach, z ukrytych głośników miejscami słychać muzykę motywacyjną – ścieżkę dźwiękową z Gwiezdnych wojen. Nie powiem, podoba mi się tu, podziwiam rozmach, słucham uważnie opowieści i wyjaśnień mojego gospodarza. Przechodzimy przez pomieszczenia biurowe, trafiamy wreszcie do drugiego, nowego, dwukrotnie większego browaru. Tutaj to już ma się wrażenie, że wzrok zaczyna się gubić, szukając dla siebie oparcia w dali drugiego krańca hali. W powietrzu unoszą się piwne aromaty – a to słód, a to chmiel, a to drożdże.



Trafiamy wreszcie w tę część nowego browaru, gdzie właśnie wczoraj przeprowadzono próbę szczelności urządzeń do destylacji alkoholu. Ta część zakładu – i to nie tylko w kontraście do reszty browaru – wydaje się wręcz miniaturowa. Robi jednak bardzo pozytywne wrażenie. O tym jednak napiszę, a częściowo już napisałem, w zupełnie innym zakamarku internetu.

Wracamy do baru, gdzie barman nalewa nam po cztery szklaneczki – cztery różne gatunki, cztery zupełnie różne smaki, kompletnie różne piwa. Dostajemy po 0,3 pinty (łącznie jakieś półtora dużego piwa, czyli za kierownicą dalej będę na legalu) Dead Pony Club, 5 AM Saint, Jet Black Heart i Punk IPA. Dead Pony Club APA – niezłe, całkiem niezłe. 5 AM Saint (red ale) bardzo sympatyczne, wyraźnie karmelowe, łagodne, fajne. Jet Black Heart (oatmeal milk stout) – to już rewelacja. Tak łagodny, grzeczny i harmonijny stout zdarza się nader rzadko. No i Punk IPA – klasyk gatunku. Co ciekawe, poza Jet Black Heart, wszystkie piwa chmielone są dość intensywnie nowofalowymi chmielami amerykańskimi, ale jakoś to tutaj nie przeszkadza. Albo piwowarzy wiedzą jak je poukładać, albo może mają dostęp do lepszej jakości surowców. Nie wiem, nie znam się. Wiem natomiast, że tego poziomu harmonii aromatów i smaków próżno szukać w wyrobach polskich browarów kraftowych. A szkoda.



O samym piwie z BrewDoga jeszcze napiszę. O innych szkockich piwach – tych kraftowych, jak i tych z bardziej tradycyjnych browarów – też będzie. Tymczasem powiem tylko, że browar BrewDog przekonał mnie do sensu kraftowych poszukiwań. Do domu przywiozłem 10 różnych piw, wyciągniętych z lodówek w sklepie w browarze. A potem, wieczorkiem, usiedliśmy i posmakowaliśmy. Ale o tym potem.

Kiedy wychodziliśmy z browaru, deszcz już nie padał, wyszło piękne słońce.


sobota, 9 stycznia 2016

Ameryka kontra Belgia w konkurencji IPA na kraftowo



405. The Alchemist East Coast AIPA (Brokreacja) 6,4%
406. HedgeHog AIPA (Kraftwerk) 5,8%
407. Browning Belgian IPA (Kraftwerk) 6%
408. Opactwo Olbrachta Belgian IPA (Jan Olbracht Browar Rzemieślniczy) 7%

Wybrałem się do piwnicy poszukać czegoś do wypicia na wieczór. No i chyba zbyt dokładnie szukałem, bo dokopałem się do zapasów piw kraftowych, którym wkrótce upłynie termin przydatności do spożycia. A przecież – powołując się na klasyków – skoro zapłacone, to wypić trzeba. Dość trudno było zestawić jakąś sensowną stawkę, więc padło na cztery IPA, z czego dwa piwa to American IPA, a dwa to Belgian IPA. Kraftowe IPA – aż strach pomyśleć, że takie cymesy mogłyby się zmarnować.

No bo jeśli przeczytać co ma na etykiecie napisany taki HedgeHog –  cytuję w całości, bo taka literatura nie może ulec zapomnieniu: „HedgeHog American India Pale Ale to ikona piwnej rewolucji. Jasne piwo górnej fermentacji z charakterystyczną wysoką goryczką oraz eksplozją aromatu cytrusów oraz żywicy. Feria [zachowuję pisownię oryginalną] nut kwiatowych oraz perfum. Imperialna propozycja dla prawdziwych koneserów poszukujących wyrazistych smaków.” – to człowiek od razu do szafy biegnie po garnitur i krawat. Tak w dżinsach tego przecież pić nie wypada.

Dzisiejsze piwa zestawione zostały dość beztrosko, gdyż przypuszczam, że słuszna dawka amerykańskich chmielów zabije wszelkie inne akcenty aromatyczno smakowe, więc w gruncie rzeczy nie ma znaczenia co było tym czymś chmielone. Na dobrą sprawę, mogłem do stawki dorzucić jakiś American Lager, a nawet American Weizen, a różnicy za bardzo by nie było. Jestem uprzedzony? Wydaję wyrok przed spróbowaniem? Nie, raczej nastawiam się tak, by ewentualnie dać się miło zaskoczyć. Na co ciągle, niezmiennie liczę.

Kłamię trochę mówiąc, że wszystkie cztery dzisiejsze piwa to starocie na granicy terminu przydatności do spożycia. Otóż nie. Dałem się ostatnio skusić ofercie dwóch browarów kraftowych, których piw jeszcze nigdy nie piłem. W nadziei, że może jednak, może tym razem. Mowa o Brokreacji, której Alchemika właśnie za chwilę naleję do szklanki, oraz Trzech Kumpli, którego kilka piw czeka cierpliwie w piwnicy na swoją kolej. I wiecie co? Skusiłem się na nie, zapominając o swoim postanowieniu, że dość piw kraftowych, ze względu na… no, przede wszystkim ze względu na to, że ich piw jeszcze nie piłem, to jasne. Ale także ze względu na szatę graficzną etykiet. Zwykle nie wypowiadam się na ten temat, bo co ja się tam znam, ale tym razem trzeba zrobić wyjątek. Trzech Kumpli szczególnie ujęło mnie naprawdę świetną, wysmakowaną i konsekwentną szatą graficzną. Brokreacja – fajnymi rysunkami. I nie będę im wypominał, marudził, że dlaczego Alchemist, Lumberjack, czy Butcher, czemu nie swojski Rzeźnik, Drwal, czy Alchemik. Już mi się nie chce. Nie wspominając o tym, że akurat ta ostatnia nazwa – Alchemik – mogłaby zbyt niebezpiecznie kojarzyć się z twórczością pewnego nader poczytnego pisarza pochodzenia brazylijskiego, więc rozgrzeszam tę rozpanoszoną angielszczyznę.

Dość gadania, kapsle z głów, nalewam.

Jeśli chodzi o pianę, to HedgeHog nie zna takiego zjawiska. Pojawia się na jego powierzchni trochę dość grubych bąbelków, ale zdecydowanie pianą tego nazwać się nie da. Poza tym, zanika tak szybko, że nie ma w ogóle o czym mówić. Nienajlepiej w tej kwestii jest również w Alchemiku, a właściwie na jego powierzchni. Tutaj, co prawda, podczas nalewania pojawia się dość sympatyczna piana ze sporym udziałem średniej wielkości pęcherzyków, ale i ona zanika dość szybko, pozostawiając na powierzchni piwa co najwyżej wspomnienie piany. Przyzwoicie zachowują się nasi polscy Belgowie – zarówno Opactwo Olbrachta, jak i Browning, pokryły się pianą w zdecydowanej większości drobnopęcherzykową, i piana ta pozostała z nami przez dłuższy czas, mimo wyraźnej redukcji.

Raz po raz rzucam okiem na etykiety, na szklanki, czytam sobie i patrzę. No i czytam, że Opactwo Olbrachta jest „ciemnym belgijskim piwem”, podczas gdy Browning to „piwo jasne”. Patrzę na szklanki, no i za żadne skarby nie chce mi się to zgodzić. „Jasny” Browning jest wyraźnie, o co najmniej cały jeden ton ciemniejsze od „ciemnego” Opactwa! Cholera, ja się jednak nie znam na piwie. Albo ślepy jestem, czy coś.

The Alchemist East Coast AIPA (16 Blg, IBU 85, niepasteryzowane, niefiltrowane) – w aromacie wszechobecne cytrusy (głównie albedo grapefruita) i żywica, plus jakiś zielony akcent, jakby rukola. Spod tego wszystkiego dzielnie próbuje przebić się aromat słodu, może jakichś owoców, ale przychodzi mu to z niemałym trudem. W smaku jest – zgodnie z przewidywaniami – mnóstwo cytrusowej goryczki, ale wystąpiło też to, na co miałem po cichu nadzieję. W swoim gatunku jest to przyjemne piwo. Nie wiem czy ekstrakty chmielowe były dobrej jakości, czy umiejętnie je zestawiono, czy jaki diabeł, ale goryczka nie zalega. Jest goryczką, nie goryczą. Spod niej bez większych problemów da się wyczuć bazę słodową, całe mnóstwo bardzo przyjemnej, owocowej słodyczy. Całość jest naprawdę fajnie skomponowana, grzecznie poukładana. I o ile na pewno Alchemik nie zostanie zaraz moim ulubionym piwem, to jest naprawdę ciekawą ofertą dla szukających mocnych chmielowych wrażeń. Wielki plus i niemałe zaskoczenie.

HedgeHog American IPA (14 Blg, IBU 70, pasteryzowane, niefiltrowane, warzone w Browarach Regionalnych Wąsosz) – wbrew buńczucznym zapowiedziom z etykiety, HedgeHog nawet zapachnieć nie potrafi. I niechby nawet zapachniał znienawidzonym przeze mnie ekstraktem z amerykańskich chmielów, mnie to nie musi się podobać, ale niech ma ten obiecywany aromat. Są tacy, co to lubią. Ale nie, tutaj co najwyżej doszukać się można zapachu wody, którą płukano miskę, w której te chmiele były przechowywane. Plus stare, podgniwające zboże, zbierane podczas żniw trzy lata temu i zapomniane na strychu. No i trochę miodu rzepakowego. Strasznie nieprzyjemne coś, ten aromat HedgeHoga. W smaku jest tak nijakie, jak w aromacie. Smakuje przede wszystkim brudną wodą. W tej wodzie da się dostrzec jakieś akcenty zbożowe, sporo grapefruita (albedo), jakichś nawet owoców. Ale są to akcenty bardzo mało wyraziste, bardzo niepoukładane, bardzo nieprzyjemne. Słowem, pomyje.

Browning Belgian IPA (14 Blg, pasteryzowane, niefiltrowane, warzone w Browarze Rzemieślniczym Jan Olbracht) ma bardzo łagodny, nieśmiały wręcz aromat. Są w nim bardzo łagodne cytrusy – wcale nie grapefruity – coś jakby mieszanka mandarynek i kumkwatów. Odrobina jeżyny.  W smaku jest tak trochę belgijskie, trzeba mu to przyznać. Słodowa baza, gdzieś tam echa karmelu, żywicy. Odrobina owoców, głównie brzoskwini. Trochę grapefruitowych w charakterze cytrusów. Wszystko jednak totalnie nijakie. Piwo nie ma żadnego pomysłu na siebie.

Opactwo Olbrachta Belgian IPA (16,5 Blg, pasteryzowane, niefiltrowane) – w aromacie dominują akcenty korzenne – cynamon, gałka muszkatołowa, goździki. Odrobina drożdży, marmolada wieloowocowa, truskawki. Jedynie echo cytrusów. Przyjemny, obiecujący aromat. W smaku jest przyjemnie owocowe, zbożowe. Dopiero w smaku pojawiają się obiecywane przez amerykańskie chmiele cytrusy i żywiczne akcenty. Dość trudno tu doszukać się z kolei akcentów korzennych. Chmielowa gorycz dominuje coraz bardziej i zaczyna zalegać na podniebieniu. Nie jest jednak źle, pijałem zdecydowanie gorsze IPA.

No i teraz tak – mamy dwa wyraźnie różne gatunki piwa. Jednak różne, mimo obaw ze wstępu. To już wersja oficjalna. Jeśli spróbować je ocenić w poszczególnych kategoriach, to wśród AIPA nie ma w ogóle o czym mówić. Jest Alchemist, a potem lata świetlne najczystszej nicości.  Potem dopiero pojawia się HedgeHog. Właściwie to leci do zlewu. Wśród BIPA, wygrywa zdecydowanie Opactwo Olbrachta, za nim gdzieś o kilka długości Browning. Gdybym jednak spośród dzisiejszych czterech piw miał wybrać to, po które najchętniej sięgnę drugi raz, niezależnie od gatunku, to wygrywa Alchemist. Tak, wygrywa AIPA. Zaskoczenie dla mnie samego. Na drugim miejscu będzie Opactwo Olbrachta, na trzecim Browning. HedgeHog nie załapał się na podium. Jest tak daleko za pozostałymi, że tego podium nawet nie widzi z miejsca, w którym się znajduje.

Werdykt znowu jest jednogłośny. Zaczynam się martwić o swój stan, cholera.



poniedziałek, 12 października 2015

Polska - Irlandia 2:1



Pięciu zawodników przedstawionych na zdjęciu wspomagało nas wczoraj podczas śledzenia – z zapartym tchem – kolejnej odsłony dramatu polskiej reprezentacji narodowej w piłkę nożną. A że przeprowadzka, rozsypka, kartony, to i niezainstalowana telewizja, a pilot, za pomocą którego można by przestroić radio, też został uznany za zaginionego, tak więc poczynania naszej jedenastki śledziliśmy w internecie, w serwisie BBC Live. No i omal nie poświęciłem kolejnej ofiary – nie wierząc w mechanizm automatycznego odświeżania strony, waliłem w klawisz F5 tak, że niemal oddzielił się od klawiatury i jeszcze trochę, a stworzyłby autonomiczny oddział protestu przeciwko przemocy.

Wracając jednak do naszych pięciu zawodników ze zdjęcia. Naturalnie, w atmosferze emocji sportowych nie było mowy o jakiejś głębszej analizie popijanych piwek. Nie to, zresztą, było naszym zamiarem. Nasunęło się jednak szereg refleksji, na które być może nie ma zwykle czasu podczas bardziej dogłębnej rozbiórki tego, co na podniebieniu.

Przede wszystkim, Warmińskie Rewolucje. Co prawda, piwo to było już tutaj omawiane i poległo w konkurencji z paroma innymi, ale… Być może lepsza warka, być może w Kormoranie nie zasypiają gruszek w popiele, być może rzeczywiście się starają, być może to ta pasja, o której mowa na butelce. Cokolwiek by nie było, jest to piwo, na które czekałem – robione w browarze regionalnym, nie w żadnym koncernie czy przez jakąś efemeryczną lotną brygadę zwaną browarem (!) kontraktowym. Daje nadzieję, że będzie dostępne w miarę regularnie, przynajmniej tam, gdzie jest warzone. Jest to lager. Lager, który udowadnia, że nie trzeba czarować, spinać się i dziwaczyć, żeby zrobić dobre piwo. Piwo dolnej fermentacji, o smaku czystym, orzeźwiającym, chmielone lokalnymi, polskimi chmielami. I o to chodzi! Osobiście uważam, że to jest przyszłość polskiego browarnictwa. Nie jakieś tam nadęte kraftowe rewolucje, tylko dobre, staranne, regionalne rzemiosło.

Przewinęła się nam przez lodówkę również nowość z Żywca, a mianowicie wypuszczone niedawno na rynek Saison. I tu bardzo pozytywne zaskoczenie. To już któraś z kolei wysuszona butelka – i podoba się jak za pierwszym razem. Za długo żyję na tym świecie, żeby uwierzyć w całą tę historię o tym, jakoby to konsumenci rzeczywiście mieli wpływ w głosowaniu na styl piwa, który ma być warzony przez Grupę Żywiec. Mam wrażenie, że Żywiec odrobił bolesną lekcję z APA. APA miała pewną podstawową wadę marketingową – poza tym, że była/jest słabym piwem po prostu – mianowicie zbyt łatwo znaleźć na rynku odpowiedniki, dostępnych jest zbyt wiele piw o podobnym charakterze, zbyt łatwe i oczywiste jest porównanie z konkurencją, nawet jeśli to kraftowe pchły przy koncernowym słoniu. I w większości przypadków wypada na niekorzyść Żywca. Grupa Żywiec potrzebowała piwa, które będzie wyjątkowe, z którego profilem konsumenci są słabiej zaznajomieni, którego charakterystyka jest na tyle otwarta i pojemna, by uzasadnić ewentualne odstępstwa. Słowem, które będzie bezkonkurencyjne. Saison w dużej mierze spełnia te kryteria. Jeśli jeszcze dorzucić do niego gorzką skórkę curacao, by zepchnąć je w stronę tak popularnego wśród wyznawców kraftu stylu amerykańskiego, a może nawet podchmielić – przynajmniej częściowo – jakimś amerykańskim chmielem (tylko ja go tam czuję?), to wielbiciele kraftu są kupieni. Sprytnie i bezlitośnie.



Ciekawostką jest Browning, piwo w stylu Belgian IPA firmowane przez browar kontraktowy Kraftwerk. Eleganckie, z nienatarczywymi akcentami chmieli amerykańskich, ale też całą masą innych nutek aromatyczno-smakowych. Czyżbym miał zmienić zdanie na temat wyrobów kraftowych? A może po prostu piwowarzy z Kraftwerk staranniej się tym razem przyłożyli – i do doboru dobrych jakościowo surowców, i do samego procesu warzenia piwa? Może im też już znudziły się piwa, w których czuć tylko i wyłącznie amerykańską goryczkę? Tak czy inaczej, piwo wyszło im przednie. Jeszcze niech teraz zainwestują w sprzęt i otworzą prawdziwy browar, w którym sami będą warzyć swoje piwo. Wszystkim to wyjdzie na zdrowie.

Wielkokoncernowe Książęce Burgundowe łyknąłem przelotnie tylko. Za mało, by się wypowiedzieć szerzej, jednak ono też gęby nie wykręciło, kubków smakowych nie zmasakrowało. Wydaje się być przyzwoitym piwem i być może warto mu się przyjrzeć bliżej przy najbliższej okazji. Złotostockie natomiast, z kontraktowego browaru Rebelia z Ząbkowic Śląskich, zaprezentowało w doskonałej formie wszystko to, z czego ewidentnie wyrósł już Kraftwerk. Co prawda, etykieta i konkretykieta milczą na temat prezentowanego przez piwo stylu – co osobiście bardzo cenię, piwo ma wszak smakować, a nie epatować skomplikowanym i egzotycznymi nazwami – ale do dobrego piwa jest mu pewno mniej więcej tak daleko, jak Tyskiemu Klasycznemu. Jego smak podsuwa wyobraźni obrazy pani ze zmiotką, ganiającej po hali magazynu chmielów amerykańskich, zmiatającej wszystko, co się rozsypało i wrzucającej do kadzi z warzonym właśnie piwem. Bez baczenia na jakość sypanego chmielu (czy jego ekstraktu), bez umiaru, bez troski o cokolwiek innego niż czystość podłogi. Efektem jest piwo chaotyczne, przechmielone, obrzydliwe.

Tak więc, jeden wieczór przyniósł trzy zachwyty, i to po równo – jeden koncernowy, jeden regionalny, jeden kraftowy. I zdecydowaną niechęć. Tym razem do kolejnego krafciaka. Do poszczególnych piw jeszcze wrócimy przy okazji naszych tradycyjnych porównań, ale jakoś tak ulało mi się już dziś, na świeżo. Nie chciałem żeby się przeterminowało.