czwartek, 9 czerwca 2016

BrewDog x 10




470. Elvis Juice, Grapefruit Infused IPA, 6,5% vol.
471. Session IPL (prototype), Dry-Hopped Lager, IBU 20, 4,4% vol.
472. Candy Kaiser, Norddeutsches Retro Altbier, 5,2% vol.
473. This. Is. Lager. 21st Century Pilsner, 4,7% vol.
474. Hop Fiction Pale Ale, American Pale Ale, 5,2% vol.
475. Hopped-Up Brown Ale (prototype), IBU 85, 6,3% vol.
476. 5 AM Saint, American Red Ale, 5% vol.
477. Jet Black Heart, Oatmeal Milk Stout, 4,7% vol.
478. Arcade Nation, Black India Pale Ale, 5,2% vol.
479. Pumpkin King, 5,4% vol.

Wróciliśmy z browaru objuczeni zakupami. Niestety, trzeba było się ograniczać, a w sklepie w browarze stało ze dwadzieścia wersji różnych piw warzonych na miejscu. W tym kilka „prototypów” – piw, które są w fazie testowania, niedostępnych nigdzie indziej, tylko w browarze. Dwa takie prototypy trafiły na nasz stół – Session IPL i Hopped-Up Brown Ale. Zrezygnowaliśmy z Punk IPA, którego już napiliśmy się za wszystkie czasy (nie żeby było niesmaczne!), za to postanowiliśmy jeszcze raz podelektować się czerwonym ale 5 AM Saint, oraz jednym z lepszych stoutów, jakie zdarzyło mi się przelać przez gardło, Jet Black Heart. Ciekawym również jak w BrewDog poradzili sobie ze stylem altbier (Candy Kaiser), no i generalnie nudnym piwem dyniowym (Pumpkin King), piwem najwyraźniej stanowiącym wyzwanie dla piwowarów.

Skład moczygęb podczas dzisiejszego piwkowania jest odrobinę inny niż zwykle, a że piw mamy sporo do przerobienia, postanowiliśmy odbiec nieco od przyjętej na tym blogu formuły. No i ze względu na różnorodność stylów, nie robimy dziś rankingu. Zamiast tego, stosujemy bardzo uproszczoną skalę ocen – od „beznadziejne”, przez „słabe,” „fajne,” „świetne” do „rewelacyjne”. Albo, jeśli ktoś woli, oceny w skali od 1 do 5. Nie lubimy komplikować sobie życia. Poza tym, chodzi przecież przede wszystkim o przyjemność smakowania. A że okoliczności, w których odbywa się ta sesja są więcej niż niezwykłe – siedzimy w Manager’s House w destylarni Parkmore w Dufftown (północno-wschodnia Szkocja) – to przecież nie chcemy psuć sobie nastroju jakimś wysiłkiem organoleptyczno-sensoryczno-intelektualnym.

Aha, jeszcze jednak uwaga. Na etykietach piw dostępnych w Szkocji – również tych kraftowych, bo i tutaj ta zaraza się rozprzestrzenia – zwykle próżno szukać informacji o zawartości ekstraktu, filtracji, pasteryzacji, rodzajach słodu, czy chmielu. Często nie ma nawet informacji o gatunku piwa. Mi to pasuje – bo piwo ma smakować, a nie ogłuszać fachowym żargonem. Dotyczy to również BrewDoga – tutaj tylko „prototypy” podają IBU, ale już informacji o ekstrakcie nie ma. Stąd i w moim wpisie nie ma tych informacji.

No nic, szkoda gadać. Nalewamy, pijemy, oceniamy.

Elvis Juice (z dodatkiem skórki pomarańczy i grapefruita) – intensywny aromaty grapefruita – i skórki i owoców; słodki, owocowy, truskawka z kompotu, marakuja, limetka, persymona; grapefruit bardzo przyjemny w aromacie, bardzo grzeczny. Smak przede wszystkim owocowy, przyjemny – są tu owoce egzotyczne z aromatu, jest sporo cytrusów, odrobina jabłek. Chmielowa goryczka wzorcowa wręcz – pojawia się i natychmiast układa tam, gdzie jej miejsce w bardzo przyjemnym pochodzie akcentów smakowych na podniebieniu.
Ocena: FAJNE

Session IPL (prototype), chmiele Chinook, Amarillo, Simcoe, Citra, Mosaic – aromat ciężki, mało przyjemny – przede wszystkim zbożowy; chmiele musiały być dodane w śladowych wręcz ilościach, bo nie czuć ich w aromacie niemal zupełnie; akcent kiszonej kapusty. W smaku zbożowość przykryta czystą, żywą lukrecją i żywicą z czereśni. Posmak mentolowy na podniebieniu. Płaskie i mało rozbudowane. Bardzo delikatna i niespecjalnie zaakcentowana goryczka. Piwo generalnie słabe, mało imponujące.
Ocena: SŁABE

Candy Kaiser – bardzo wyraźny żytni zasyp, odrobina karmelu, delikatny dymek i spalenizna. Bardzo przyjemny, obiecujący aromat. W smaku (znacznie pełniejszym niż poprzednie) bardzo wyraźne akcenty zbożowe, karmelowe, kawowe (kawa zbożowa) i palone. Całość zgrabnie wyrównana chmielową goryczką. Przyjemne, godne polecenia piwo.
Ocena: ŚWIETNE

This. Is. Lager. – pachnie jak odświeżające piwo do picia przy grillu. Pils i już. W smaku po prostu pils. Najzwyklejszy, bez fajerwerków. Gładki, równy lager. Koncernowy wręcz. Wcale nie wybitny, a wręcz przeciwnie. Goryczka – typowo pilsowa – nie wiadomo skąd i jak, zupełnie niepasująca do reszty, nieprzyjemnie zalegająca. Świat wręcz zalany jest lepszymi pilsami. Zdecydowanie lepszymi.
Ocena: BEZNADZIEJNE

Hop Fiction Pale Ale – tłucze w nos cytrusami – skórka cytrynowa, grapefruit, limetka, trochę owoców egzotycznych, odrobina maliny. Smak pełny, owocowy – ciężkie, dojrzałe owoce, głównie egzotyczne (papaja), po czym następuje atak chmielowy w postaci akcentów lekkiej, rześkiej żywicy sosnowej – coś pomiędzy kwaskowatością a cierpkością w bardzo sympatycznym wydaniu. Ładnie ułożone, dobrze zharmonizowane piwo. Fajna rzecz, choć pojawia się tam jakiś niemiły, lecz krótkotrwały akcent.
Ocena: FAJNE+

Hopped-Up Brown Ale (prototype) - bogaty, mocny aromat z akcentami palonego węgla drzewnego, odrobiną kakao, gorzkiej czekolady. W smaku pełne, kawowo-palone, karmelowe. Trochę za dużo chmielu, który natychmiast przykrywa cały smak i pozostawia zalegającą goryczkę na podniebieniu. Bardzo płaskie, jednowymiarowe piwo, pozostawiające na podniebieniu gorycz grapefruitowego albedo. Paskudztwo.
Ocena: SŁABE

5 AM Saint – ciężkie owoce egzotyczne, trochę cytrusów, bardzo przyjemny aromat. Smak nieco cierpki, ale pełen owoców – truskawki, limonki, jabłka. W smaku jest dość cierpko, świeży słonecznik, odrobina zielonego jabłka, lekki posmak mięty. Goryczka na swoim miejscu, w odpowiednich proporcjach. Przyjemne, zrównoważone piwo, choć lane z patyka w browarze smakowało niebo lepiej.
Ocena: ŚWIETNE

Jet Black Heart – gorzka czekolada, kawa z mlekiem, skórka banana, żelki owocowe, rodzynki. Bardzo przyjemny, ciepły aromat. W smaku pełne, grzeczne, aksamitnie łagodne, doskonałe. Są tu akcenty gorzkiej czekolady, jest tu kawa z mlekiem, są mleczne karmelki. Goryczka tam, gdzie ma być, tyle ile ma być, taka jaka ma być. Przepiękne piwo. Jeden z lepszych stoutów, jakie w życiu piłem.
Ocena: REWELACYJNE

Arcade Nation Black IPA – gorzka, bardzo gorzka czekolada, a nad nią buzują amerykańskie chmiele, czyli cytrusy, owoce egzotyczne, żywica, trochę suszonych śliwek. Pachnie obiecująco. W smaku jest może trochę za bardzo wodniście, za mało ciała. Jednak jest dość fajnie, cytrusowo-kawowo z palonymi akcentami. Trochę za dużo cierpkiej, grapefruitowej goryczki, takiej rodem z albedo. Siada na podniebienie i zalega. Piwo wybitne nie jest.
Ocena: FAJNE

Pumpkin King – w aromacie guma balonowa, brzoskwinie, żołądkowa gorzka, odrobina anyżku, a jak się w to wszystko mocno wwąchać, to wyraźnie czuć miąższ dyni. Po chwili bardzo wyraźnie czuć z jednej strony dynię, a z drugiej słód. Smak jest pełny, ale jakoś mało wyrazisty, mało złożony – wyraźnie czuć dynię, ale i akcenty gumy arabskiej, odrobinę syropu klonowego, odrobinę cynamonu, przyprawy do pierników. Nie ma tu zupełnie ewolucji smaku. Piwo słabe, ale takie zwykle bywają piwa dyniowe.
Ocena: SŁABE

środa, 8 czerwca 2016

Piwkowie w BrewDog





I zdarzyło się, że trafiliśmy do Szkocji. To akurat wielkim wyczynem nie jest, bo Szkocja bliska memu sercu jest. Ale w tej Szkocji, tak przy okazji różnych objazdów, trafiliśmy do Ellon. A co to Ellon? Takie miasteczko nieco na północny zachód od Aberdeen. Tam, wśród niezbyt malowniczo prezentujących się hal zakładów skupionych w miejscowym business parku jest jedno miejsce, które bardzo chciałem zobaczyć od środka. Browar BrewDog.

Powie ktoś – jak to? Zaślepiony niechęcią do kraftu piwny ignorant chce zobaczyć kolosa kraftu? Ano, chce. Skoro można, to trzeba. A i do tej niechęci nie ma co się przyzwyczajać, bo kto wie, może i tam te krafty dobre robią. No i nie można nie zobaczyć miejsca, gdzie robione jest Punk IPA, piwo dostępne bodaj w każdym sklepie sprzedającym piwo w Szkocji, do jakiego dane mi było trafić. Toż to musi być jakiś moloch. A że Punk IPA spróbowałem przed przyjazdem do Ellon – i smakowało mi! – tym bardziej ciekaw byłem co oni tam jeszcze warzą.



Pierwszym i podstawowym powodem mojej pielgrzymki do Ellon było umówione wcześniej spotkanie z osobą zajmującą się uruchomieniem już bardzo niedługo niewielkiej kraftowej destylarni w ramach browaru. O tej stronie działalności BrewDog być może nie wszyscy wiedzą. Tak więc, w gruncie rzeczy pojechałem zobaczyć destylarnię Lone Wolf, a nie browar BrewDog. Skoro jednak jedno znajduje się na terenie drugiego, nie dało się zobaczyć destylarni nie zobaczywszy browaru.

Stało się więc, że ostatniego piątku zaparkowałem pod głównym wejściem do browaru BrewDog w szkockim Ellon. Z zewnątrz – hala jakich tu wiele, a przy tutejszym stłoczeniu wszelkiego rodzaju zakładów i zakładzików, trudno ocenić gdzie kończy się jeden, a zaczyna drugi. Ulewny, typowo szkocki deszcz wcale nie ułatwił mi oceny skali przedsięwzięcia z zewnątrz. Od samego wejścia jednak zaczęły się pozytywne emocje. Gdy tylko przekroczyłem próg browaru, przestał mi się lać na głowę deszcz. Ulga niewyobrażalna. Drugie pozytywne spostrzeżenie – do browaru wchodzi się przez bar. Jak tu się nie zachwycić? Bar urządzony w stylu industrialnym, prosty lecz sprawiający wrażenie miejsca przyjaznego. Tuż obok, nawet nie przez ścianę, kotły, warzenie, chmielenie, fermentacja. Co prawda, trochę podejrzanie niewielkim wydaje się ten browar widziany z baru, ale kto ich tam wie, może mają tu przyspieszacz czasu – jak w reklamie Vidaronu – i na powierzchni około 50 metrów kwadratowych (tak na oko) potrafią zrobić tyle piwa, żeby zapełnić półki w tych wszystkich sklepach, w których widziałem Punk IPA. Albo po prostu nikt tego piwa nie kupuje, stąd półkowe zaległości!



Po przeciwległej stronie pomieszczenia znajduje się bar, przy którym pięć podwójnych kranów. Na tablicy świetlnej napisali co mogą nalać. Fajnie – szkoda, że za kierowcę tu dzisiaj robię. Tym bardziej, że za jedyne 6 funciaków można sobie walnąć 25 ml Sink the Bismarck! Gdyby nie ta kierownica, z czystej ciekawości bym spróbował. Przecież całej butelki sobie nie kupię, bo po co? Nic to, innym razem. Bismarck już bardziej nie zatonie, a ja tu jeszcze się pojawię. W głowie kiełkuje myśl, że przecież w Szkocji dopuszczalna zawartość alkoholu we krwi to 0,5 promila, więc jakieś piwko walnąć będzie można. A nawet trzeba. Ale nie Bismarcka.

Pojawia się wreszcie mój gospodarz, zabiera nas na zakład. No i teraz okazuje się, że żaden Vidaron, żadne przyspieszanie czasu, żadna produkcja na małej powierzchni. Wędrujemy do hali pierwszego browaru. Browaru właściwego, bo właśnie dowiaduję się, że to, co widziałem tuż obok baru, to tylko taki mały browarek eksperymentalny. Tutaj warzy się nowe wersje, tu eksperymentuje się z nowymi recepturami, które dopiero po pozytywnej ocenie trafiają do masowej produkcji. Co ciekawe, te piwa w wersji próbnej można kupić w sklepie będącym odnogą baru, i osobiście spróbować co tam nowego się warzy w BrewDog.



Browar BrewDog nie jest browarem starym. Wybudowany został od zera w 2012 roku, kiedy to okazało się, że stary, oryginalny zakład we Fraserburghu to stanowczo za mało na skalę sukcesu zakładu i jego produktów. Jego wydajność – tego w Ellon – to 220 tys. hektolitrów piwa. Nieźle. Jak na kraft – wręcz niewiarygodnie. Tego też jednak było za mało. Tuż obok stanął nowy browar. Dwa razy większy. Właśnie zaczyna działalność. Kierownictwo ocenia, że jego mocy przerobowych wystarczy na 5 lat rozwoju firmy. A co potem? Jak będzie trzeba, to będzie trzeba – wybudować kolejny!

W związku z tym, że browar jest młody, nie zdążył pokryć się nawet śladem patyny, podziwiamy najwyższej jakości stal nierdzewną, uformowaną tu na kształt kadzi, kotłów, tanków i rur wszelakich. Wszystko lśni i w oczy kłuje nowością i czystością. Wędrujemy wśród tych zbiorników, podziwiamy rozmach przedsięwzięcia. Spacerujemy obok linii do butelkowania, trawersujemy pakowalnię. Na ścianach tu i ówdzie ogromne graffiti, czasem na tankach, z ukrytych głośników miejscami słychać muzykę motywacyjną – ścieżkę dźwiękową z Gwiezdnych wojen. Nie powiem, podoba mi się tu, podziwiam rozmach, słucham uważnie opowieści i wyjaśnień mojego gospodarza. Przechodzimy przez pomieszczenia biurowe, trafiamy wreszcie do drugiego, nowego, dwukrotnie większego browaru. Tutaj to już ma się wrażenie, że wzrok zaczyna się gubić, szukając dla siebie oparcia w dali drugiego krańca hali. W powietrzu unoszą się piwne aromaty – a to słód, a to chmiel, a to drożdże.



Trafiamy wreszcie w tę część nowego browaru, gdzie właśnie wczoraj przeprowadzono próbę szczelności urządzeń do destylacji alkoholu. Ta część zakładu – i to nie tylko w kontraście do reszty browaru – wydaje się wręcz miniaturowa. Robi jednak bardzo pozytywne wrażenie. O tym jednak napiszę, a częściowo już napisałem, w zupełnie innym zakamarku internetu.

Wracamy do baru, gdzie barman nalewa nam po cztery szklaneczki – cztery różne gatunki, cztery zupełnie różne smaki, kompletnie różne piwa. Dostajemy po 0,3 pinty (łącznie jakieś półtora dużego piwa, czyli za kierownicą dalej będę na legalu) Dead Pony Club, 5 AM Saint, Jet Black Heart i Punk IPA. Dead Pony Club APA – niezłe, całkiem niezłe. 5 AM Saint (red ale) bardzo sympatyczne, wyraźnie karmelowe, łagodne, fajne. Jet Black Heart (oatmeal milk stout) – to już rewelacja. Tak łagodny, grzeczny i harmonijny stout zdarza się nader rzadko. No i Punk IPA – klasyk gatunku. Co ciekawe, poza Jet Black Heart, wszystkie piwa chmielone są dość intensywnie nowofalowymi chmielami amerykańskimi, ale jakoś to tutaj nie przeszkadza. Albo piwowarzy wiedzą jak je poukładać, albo może mają dostęp do lepszej jakości surowców. Nie wiem, nie znam się. Wiem natomiast, że tego poziomu harmonii aromatów i smaków próżno szukać w wyrobach polskich browarów kraftowych. A szkoda.



O samym piwie z BrewDoga jeszcze napiszę. O innych szkockich piwach – tych kraftowych, jak i tych z bardziej tradycyjnych browarów – też będzie. Tymczasem powiem tylko, że browar BrewDog przekonał mnie do sensu kraftowych poszukiwań. Do domu przywiozłem 10 różnych piw, wyciągniętych z lodówek w sklepie w browarze. A potem, wieczorkiem, usiedliśmy i posmakowaliśmy. Ale o tym potem.

Kiedy wychodziliśmy z browaru, deszcz już nie padał, wyszło piękne słońce.


niedziela, 24 kwietnia 2016

Czego to ludzie z pszenicy nie uwarzą



Hoegaarden (InBev) 4,9%
467. Pszeniczna Bomba (Browar Pivovaria) 5,1%
468. Rebel Pszenica Dubeltowa (Browar Sulimar) 8%
469. Po Godzinach Koźlak Pszeniczny (Browar Amber) 6,2%

Wpisy coraz rzadziej, bo i nie ma o czym za bardzo pisać. Zdolności odrzucające krajowych browarów kraftowych, jeśli człowiek szuka dobrego piwa do wypicia, są oszałamiające.

Nie dalej jak przedwczoraj, w ramach świętowania kolejnych urodzin, wybrałem się na knajpiany obchód. Trafiłem między innymi w miejsce, gdzie leją krafty. Boże drogi, co tam się działo… Najpierw gębę wykręciła Sztuczna Mgła z Bazyliszka, potem (wiem, miałem nie pić już nigdy więcej Pinty) Table Brett z Pinty sparaliżowało zdolność odczuwania czegokolwiek na dobrych parę minut. Ratunku szukałem w Bersekerze od Kingpina, w nadziei na obiecywane akcenty wrzosowe, jakąś może łagodność, może jakąś pełnię, złożoność smaku… Ni chu-chu, jak mawiają u mnie na wsi. Straszne, traumatyczne wręcz przeżycia. Pustka, kwach, dno. I wtedy pomyślałem, że może jakieś nagrodzone, fetowane piwo, może jakieś barleywine na przykład, może American Barleywine Grand Prix (wiem, znowu Pinta, niepoprawny jestem w swojej naiwności) zrobi mi wreszcie dobrze. I gdy już miałem wrażenie, że rzeczywiście jakoś tam zaczyna koić moje kubki smakowe, ze zdziwieniem skonstatowałem, że to tylko zadziwiająca ludzka zdolność do adaptacji. W porównaniu z poprzednimi wyrobami piwopodobnymi, rzeczywiście pintowe barleywine zdawało się być krainą łagodności i jakiegoś nieobecnego wszędzie wokół piwnego sensu. Ale wtedy dojrzałem na półce butelkę z charakterystycznym górnikiem na etykiecie – jest coś z Miedzianki, czego jeszcze nie piłem! I sięgnąłem po Wołka, piwo w stylu Kölsch. I stała się jasność, i Bóg wiedział, że to było dobre, i tak dalej. I znowu uwierzyłem, że jednak da się zrobić dobre piwo gdzieś na wschód od Odry i Nysy, bez zadęcia i robienia fikołków piwowarskich, które wrażenie robią już chyba tylko na najbardziej zagorzałych wyznawcach kraftowej religii.

No i nie ma o czym pisać. Bo ile można się krzywić i marudzić? Ile można czekać, aż wreszcie ktoś uwarzy smaczne, harmonijne, głębokie piwo? Ile razy można się naciąć, a jednak dalej szukać?

Tyle marudzenia. Poniższy wpis powstał co najmniej miesiąc temu, ale jakoś nie było czasu, ochoty i serca, by publikować.

Dzisiaj cztery zupełnie różne wyroby piwne, dla których podstawą jest pszenica. I to jedyne, co je łączy. Poza tym, to przedstawiciele skrajnie różnych stylów piwnych. I tak, jest u nas klasyczny, belgijski witbier Hoegaarden. Gościło już u nas parę razy, zawsze się podobało, radość podniebieniu sprawiało, więc oczekujemy, że i tym razem nie zawiedzie. A na pewno nie zawiodło Tesco, w którym dużą butelkę Hoegaarden można było nie tak dawno ściągnąć z półki za jedyne 10,49 zł. Prosto z Radomia, z tamtejszej Pivovarii przyjechała do nas Pszeniczna Bomba, klasyczny weizen. Pivovaria też jak dotąd nie zawodziła, choć w przypadku ich piw kluczowe znaczenie wydaje się mieć świeżość. Pszeniczna Bomba dotarła do nas na świeżo, więc oczekujemy czegoś dobrego. Podczas codziennych zakupów wpadła nam do koszyka buteleczka Pszenicy Dubeltowej z Browaru Sulimar – weizena o podwyższonym ekstrakcie i, co za tym idzie, wyższej zawartości alkoholu. Na koniec, wreszcie udało się dopaść kolejną edycję serii Po Godzinach z bardzo przez nas szanowanego Browaru Amber, a mianowicie Koźlak Pszeniczny.

Hoegaarden – jak na białe piwo przystało – jest bardzo jasne. Podczas nalewania do szklanki pokryło się obfitą, gęstą, śnieżnobiałą pianą. Drugie w konkurencji na obfitość piany jest Rebel Pszenica Dubeltowa. Przy tym jest mętne, wygląda jak klasyczny weizen. Koźlak Pszeniczny z Browaru Amber jest również wyraźnie mętne, piana na jego powierzchni jest lekko beżowa, nieco mniej obfita i mniej trwała niż na Rebelu i Hoegaarden. Barwa tego koźlaka jest ciemnobursztynowa, dość wyraźnie wpadająca w odcienie czerwieni. Dość sporym rozczarowaniem, przynajmniej wizualnie, jest Pszeniczna Bomba z Pivovarii, na której piana niemal nie zaistniała, a ta odrobina, która się wytworzyła, zniknęła niemal bez śladu zanim dokończyłem nalewanie pozostałych piw. Jest nieco ciemniejsze od Rebela, raczej herbaciane, wyraźnie mniej mętne. Zobaczmy co są warte w aromacie i na podniebieniu.

Hoegaarden Witbier (11,7 Blg) – w aromacie banany, melon, cytrusy, nutka miodu, lekka kwiatowość, odrobina gruszki, goździki, nieco kolendry. Aromat przyjemny, dobrze znany, nie zawodzi. Po paru chwilach jednak aromat ucieka, wietrzeje. Chciałoby się powiedzieć – subtelnieje, ale on po prostu zanika. W smaku jest lekkie i rześkie. Akcenty cytrusów, lekka drożdżowość, różana konfitura, odrobina tych bananów z aromatu, melon miodowy, delikatne nutki goździków. Bardzo przyjemne, świetnie ułożone piwo. Wymarzone do gaszenia pragnienia w letnie upały. Dobrze, że właśnie zaczyna się wiosna – do tych upałów już niedługo.

Pszeniczna Bomba (12,5 Blg, niefiltrowane, pasteryzowane) – w aromacie czarna herbata, odrobina naftaliny, trochę bananów. Aromat mało złożony, lekki, dość rozczarowujący. Nieznaczny akcent drożdżowego ciasta. W smaku jest bardzo lekkie, żeby nie powiedzieć wręcz wodniste, z akcentami bananów, drożdży, słodu pszenicznego, z odrobiną orzechów laskowych, szczyptą kawy, nutką karmelu. W smaku nadrabia dzielnie wszystkie braki z aromatu – ładnie poukładane, harmonijne piwo pszeniczne. Jego podstawową wadą jest stanowczo zbyt niskie wysycenie. Po paru chwilach spędzonych w szklance piwo prawie nie ma już gazu, a szkoda, bo dopóki go miało, smakowało całkiem przyzwoicie. A tak, wyszedł napój karmelowo-drożdżowy.

Rebel Pszenica Dubeltowa (18,1 Blg) – w aromacie wyraźny banan i melon, biała czekolada, kwiaty bzu – co byłoby bardzo przyjemne, gdyby nie bardzo wyraźnie przebijająca alkoholowość, która wraz ze wzrostem temperatury piwa robi się coraz mniej przyjemna. W smaku wyraźnie bardziej ciężkie od poprzedniczek, nieco zmulone, owocowo słodkie, głównie dojrzały, ciężki banan, skórka chleba, lekka kwaskowość. Jest stanowczo zbyt mało wyraziste, akcenty smakowe są ciężkie, zawiesiste. No i ten alkohol – duży minus całego doświadczenia.

Po Godzinach Koźlak Pszeniczny (15,1 Blg) pachnie gorgonzolą, trawą i ziołami, spod tego wszystkie nieśmiało pokazują głowę akcenty typowe dla pszenicy, a więc banany i melon. Aromat bardzo szybko wietrzeje i staje się dość nijaki. A właściwie zaczyna pachnieć jak niepierwszej czystości rzeczka po przepłynięciu przez wieś, w której szamba albo się rzadko opróżnia, albo na pytanie o szambo pyta się co to właściwie jest szambo. Nieprzyjemnie. W smaku jest lekkie, dość rześkie, jednak bardzo płaskie. Nieco słodka, kwaskowata owocowość (cierpkie jabłka) zmaga się z brudną, nieprzyjemną goryczką – jakby w tych cierpkich jabłkach przegryźć pestki – i za chwilę go nie ma. Piwo krótkie byłoby najlepszym jego określeniem. Tak, jest tam odrobina drożdży, jest troszkę ciemnego, palonego słodu, ale to wszystko ma tylko parę sekund na zaistnienie na podniebieniu, po czym rozmywa się w niebycie. Rozczarowanie.

Wygląda na to, że od samego początku, jeszcze do zdjęcia, piwka dzisiejsze same ustawiły się w końcowy ranking. Nie ma najmniejszej wątpliwości po które piwo sięgnęlibyśmy chętnie po raz drugi i w jakiej kolejności sięgalibyśmy po kolejne. No i nie pierwszy raz Hoegaarden staje na szczycie podium. Nie pierwszy raz Po Godzinach z browaru Amber rozczarowuje, a szkoda, bo przecież stała oferta tego browaru nie ma sobie równych na polskim rynku.

1. Hoegaarden
2. Pszeniczna Bomba
3. Rebel Pszenica Dubeltowa
4. Po Godzinach Koźlak Pszeniczny



czwartek, 7 kwietnia 2016

Trzy portery. Każdy inny



Grand Imperial Porter (Browar Amber) 8%
465. Nafciarz Dukielski (Dukla & Brokreacja) 6,3%
466. Apollo 19 (Browar Setka) 7,8%

Wpadły nam do koszyka ostatnio dwa dymione portery – cieszący się bardzo dobrymi opiniami w internecie Nafciarz Dukielski, efekt kooperacji browarów Dukla i Brokreacja, oraz Apollo 19 z Browaru Setka. I jedno i drugie piwo w zasypie ma słody suszone nad dymem torfowym. Dukla i Brokreacja postanowiły pojechać marketingowo i w nazwie użyć słowa „whisky”, podczas gdy Setka skromnie mówi tylko o tym, że ich piwo jest „smoked”. I ładnie. Torfowe dymienie ostatnio wydaje się dość popularne wśród piwowarów kraftowych – raz po raz ktoś wypuszcza na rynek zadymione piwo. I niech im będzie – dym torfowy dorzuca dodatkowe nutki aromatyczno-smakowe, pomaga stworzyć specyficzny profil. A użyty w odpowiednich proporcjach potrafi dać pijącemu wiele radości. Zobaczymy jak wyszło w tych dwóch przypadkach. Tym bardziej, że obydwa piwa pojawiły się w sporych ilościach w Tesco, więc z dostępnością nie ma większego problemu.

Jakby nie dość było, że dwa wspomniane piwa to zupełnie różne wariacje na temat porteru, i ortodoksyjni rewolucjoniści piwni już marszczą czoło na takie zestawienie – jeśli któryś z nich to w ogóle czyta – na trzeciego dorzuciliśmy tu butelkę znanego nam już wcześniej Grand Imperial Porter z Browaru Amber, piwa nie dość, że nie dymionego, to warzonego w stylu porteru bałtyckiego, czyli zgoła zupełnie innego gatunku. Powodów takiego mezaliansu jest kilka. Po pierwsze, oczywiście, trzy butelki mocnego piwa to nie to samo, co dwie. W łeb musi trzepnąć, nie ma mowy, żeby inaczej. Po drugie, porter bałtycki wszak powstał jako nowy gatunek właśnie dlatego, że zabrakło w basenie Morza Bałtyckiego regularnych dostaw mocnego stoutu/porteru z Anglii (wina Napoleona, jakby co) i poszukiwano sposobów zapełnienia tej niszy rynkowej. Tak więc, pomyśleliśmy sobie, że może porównamy porter bałtycki (fermentowany na dole) z porterami górnej fermentacji i zobaczymy jak mu ta substytucja wyszła. Poza tym, jeśli porter bałtycki jest w jakimś stopniu imitacją smakową porteru, to zobaczmy czy porter z dymem jest wyraźnie lepszy, czy ten dym robi tam robotę. Tak czy owak, na stole dziś dwa dymione portery górnej fermentacji i jeden porter bałtycki. Koniec, kropka. Nalewamy.

Piana najbiedniej wygląda na Apollo 19 – składa się w dużej mierze ze średnich pęcherzyków, które dość szybko pękają , przez co warstwa piany kurczy się dosłownie w oczach. Parę chwil po nalaniu już jej prawie nie ma. Grand Imperial i Nafciarz pokryły się naturalną, głównie drobnopęcherzykową pianą, trwałą i apetyczną.

Grand Imperial Porter (18,1 Blg, pasteryzowane) ma w aromacie przede wszystkim karmel, palony słód, gorzka kawa, rodzynki, czekolada. W smaku pełny, ciężki, słodki. Przede wszystkim karmelowy i słodowy. Z dominującą słodyczą dzielnie walczy goryczka – i ta chmielowa i ta pochodząca z palonych słodów. Nie wiem czy to kwestia tej konkretnej warki, ale Grand Imperial Porter z browaru Amber wspominałem jako piwo bardziej złożone, lepiej zharmonizowane. A tu z dzisiejszej szklanki wyziera dominująca, ciężka słodycz i dość prosta, jednowymiarowa goryczka. Nie jest to piwo niesmaczne, bynajmniej, jednak jakoś rozczarowuje. A może to kwestia idealizowania wspomnienia i wygórowanych oczekiwań.

Nafciarz Dukielski Whisky Rye Double Brown Porter (16 Blg, IBU 60, niepasteryzowane, niefiltrowane, warzone w Szczyrzyckim Browarze Cystersów „Gryf”) aromat ma wyrazisty, wręcz agresywny. Są w nim bardzo wyraźne nuty torfu, dymu, bandaży wyjałowionych, jodyny, przypalona izolacja w starej instalacji elektrycznej, czekolada. Bardzo to przyjemne, złożone, rokuje dobrze. W smaku wyraźnie bardziej wytrawne niż Grand Imperial, z akcentami torfowymi, nieco kwaskowymi, gorzkiej czekolady, goryczki palonych słodów, ale też typowo ziołowej goryczki. Dodatkowego wymiaru nadaje mu zastosowany słód żytni. Kawa i spalenizna, smoła i asfalt. Gdzieś w tle nieoczywista słodycz lukrecji. Bardzo sympatyczna rzecz, chętnie do niego wrócę.

Apollo 19 Smoked Porter (19 Blg, IBU 40, pasteryzowane, niefiltrowane, warzone w Browarze Wąsosz) – w aromacie dym, torf, dym z drewna wiśniowego, wędzonka, czekolada, nieco chemiczna, cukierkowa słodycz. Po paru chwilach i podniesieniu się nieco temperatury piwa, na pierwszy plan wychodzi doskonale mi znany słód jęczmienny suszony nad dymem torfowym. W smaku jest bardzo przyjemne, zaskakująco przyjemne, aksamitnie gładkie. Są tam przede wszystkim akcenty palonego słodu, a więc i zbożowość i dymność, pewna goryczka. Nieco palonego karmelu, gorzkiej czekolady. Nie jest źle, jest nawet przyjemnie, ale jakoś płasko, brakuje trzeciego, czwartego i kolejnych wymiarów.

Przy pełnej świadomości, że to nie całkiem te same style piwne, że ortodoksyjny rewolucjonista piwny by ich nie porównywał - a więc tylko na zasadzie „po które piwo najchętniej sięgnąłbym po raz drugi,” dzisiaj wygrywa Nafciarz Dukielski. I to dość zdecydowanie. Na drugim miejscu jest Grand Imperial Porter, a na trzecim Apollo 19. Ale dzisiaj nie ma u nas piw niedobrych. Po wszystkie trzy chętnie sięgnę raz jeszcze, co też wszystkim czytającym te słowa z czystym sumieniem polecam.