Pokazywanie postów oznaczonych etykietą browar setka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą browar setka. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 5 września 2016

Trzy stouty, każdy całkiem inny



546. Chickorious Chickory Dry Stout (Fabryka Piwa) 5,1%
547. Madagaskar Milk Stout (Browar Setka) 4,9%
548. Stout Cieszyński (Browar Zamkowy Cieszyn) 6,2%

Zawitały u nas dziś stouty. I to trzy zupełnie różne stouty, jak podkreślono w tytule. Fabryka Piwa proponuje wzbogacenie smaku wytrawnego stouta za pomocą prażonej cykorii. Interesujące, chętnie sprawdzimy jak wyszło. Browar Setka proponuje stouta z dodatkiem laktozy, ale też wanilii madagaskarskiej i kardamonu. Nie mam pojęcia czym się może różnić wanilia madagaskarska od waniliowej wanilii, ale zakładam, że jakaś różnica jest, skoro o tym piszą. Najbardziej jednak podoba mi się tu ten kardamon. Przypominają mi się przedhipsterskie czasy, kiedy kardamon można było dostać jedynie w takim ezoterycznym sklepiku pod kładką prowadzącą do zoo we Wrocławiu, a ja regularnie parzyłem sobie kawę z dodatkiem kilku ziaren. Ach, wspomnienia beztroskiej, studenckiej młodości. Od razu się chce tego piwa – wszak stout to przede wszystkim kawa. No i jak spojrzeć na dane techniczne – tylko 4,9% alkoholu przy 15 Blg! No to tutaj musi się zadziać w smaku. Ton ciała oczekujemy. Mamy wreszcie stouta z Browaru Zamkowego Cieszyn. Browaru, który rzadko ostatnio zawodzi, a który do swojego stouta dorzucił papryczkę chili. Czyżby znowu skojarzenie z półki z łakociami? Dobra gorzka czekolada z chili? Jeśli tak, to chętnie. No dobra, nalewamy.

Wszystkie trzy piwa pokryły się poprawną pianą, jednak najbardziej apetycznie wyglądała ta na Stoucie Cieszyńskim – była najbardziej obfita, najtrwalsza i wytworzyła najprzyjemniejszą dla oka, kołderkową powierzchnię. Prędzej czy później na każdym ze smakowanych dzisiaj piw piana zredukowała się do cienkiej warstwy. Wszystkie trzy mają ciemną, niemal czarną, nieprzejrzystą barwę. W Cieszyńskim zauważyć można było rubinowe przebłyski.

Chickorious Chickory Dry Stout (12 Blg, IBU 35, pasteryzowane, warzone z dodatkiem prażonej cykorii) – w aromacie lekka nuta kawy, rzeczywiście trochę cykorii, akcenty zbożowe, palone, aromat wyraźnie wytrawny. Przyjemny, zharmonizowany, zachęcający do zamoczenia pyska w piwie.
Smak, jak zapowiadano – wytrawny. Jest w nim mnóstwo palonego zboża, kawy zbożowej. Lekko kwaskowe. Łyk po łyku – i ciągle czegoś człowiekowi brakuje. Piwo jest niemrawe, płaskie. Zdecydowanie więcej życia ma etykieta, niż zawartość butelki. Z czasem goryczka palonego zboża zaczyna dość nieprzyjemnie zalegać. Jedno wypiję bez potrzeby zmuszania się, ale drugiego bym nie zmęczył.
Ocena: JAKOŚ JE ZMĘCZĘ

Madagaskar Milk Stout (15 Blg, IBU 35, pasteryzowane, niefiltrowane, warzone z dodatkiem laktozy, wanilii madagaskarskiej i kardamonu) – tutaj w aromacie wyraźnie czuć kardamon i cynamon, zaz to wanilia chowa się gdzieś dopiero daleko w tle. Aromat przechwiany w stronę kardamonu. Głębiej goryczka palonego zboża. Pewna cytrusowość. Aromat skrzywiony, jak się powiedziało, ale nie nieprzyjemny.
Smak jest pełny – jak można było się spodziewać po poziomie odfermentowania – gładki, wręcz aksamitny. Są w nim wyraźne akcenty kardamonu, imbiru i coca-coli. Przykrywają dość przyjemnie goryczkę i akcenty palonych zbóż. Nie żeby ta goryczka nie pojawiła się tam, gdzie powinna. Może trochę za niskie wysycenie. Tak czy owak, przyjemne piwo.
Ocena: JESZCZE RAZ TO SAMO

Stout Cieszyński (14 Blg, pasteryzowane, niefiltrowane, warzone z dodatkiem kakao, papryki chili i wanilii) – w aromacie mocny akcent kakaowo-czekoladowy przy akompaniamencie palonych zbóż. Akcenty toffi i lukrecji. Aromat może niezbyt rozbudowany, ale zdecydowanie najbardziej elegancki w dzisiejszej stawce. Żeby nie powiedzieć szlachetny. Stoi tu obok konkurencji jak czekolada Lindt (ta z chili, rzecz jasna!) obok czekolady robionej na zlecenie Tesco.
Pełny smak, doskonale wyważone wysycenie – ani za wysokie, ani za niskie. Akcenty palonego zboża, gorzkiej czekolady, kakao. Świetnie wyważone – ani za wytrawne, ani za słodkie. Gdzieś tam w tle echa wanilii. Ale przede wszystkim w doskonale wyważonych proporcjach papryczka chili, która mikroskopijnymi ostrzami atakuje każdy milimetr kwadratowy języka i podniebienia. Bardziej łachocze niż szczypie czy kłuje. Przepiękna rzecz.
Ocena: CUD, MIÓD, MALINA

No i tak, rankingu nie trzeba dziś jakoś specjalnie omawiać. Wygrywa zdecydowanie Stout Cieszyński. Na drugim miejscu plasuje się Madagaskar, a brąz przygryza Chickorious. Jednogłośnie i bez możliwości zaskarżenia.


środa, 24 sierpnia 2016

APA, APA, APA i APA



538. The Dealer APA (Brokreacja) 4,7%
539. Hopok APA (Browar Jana) 5,6%
540. Hern APA (Baba Jaga) 4,9%
541. Mustang APA (Browar Setka) 5,3%

Dzisiaj przyszedł czas na APA, jeden z mniej lubianych przez nas gatunków piwa. Problem tylko w tym, że od kiedy zapowiedziano premierę nowego APA z Browaru Amber, kupowałem wszystkie APA, jakie mi się pod rękę nawinęły, żeby mieć z czym porównywać. No i zrobiło się ich dużo w piwnicy. Stanowczo za dużo. A że takie chmielowe to podobno lepiej szybko wypić – pijemy. I mamy nadzieję przeżyć to ćwiczenie.

Bez większych ceregieli zdejmujemy kapsle, podstawiamy szklanki i nalewamy, uważając żeby nie wlać sobie do szklanek tych farfocli drożdżowych, które osadziły się na dnie każdej z butelek. Piwo wszak niefiltrowane.

Piana dziś prezentuje się dość marnie – na każdym wytworzyła się, posiedziała chwilę i zredukowała się do cienkiej, poszarpanej warstwy na powierzchni każdego piwa. Wszystkie piwa mają mniej więcej tę samą, bursztynową barwę.

The Dealer American Pale Ale (12 Blg, IBU 30, pasteryzowane, niefiltrowane, warzone w Szczyrzyckim Browarze Cystersów „Gryf”) – aromat dominuje tu grapefruit, ale jest tu też zboże. Trochę, a nawet sporo miodu. Z czasem do głosu zaczyna dochodzić mało przyjemny, lecz coraz bardziej dominujący aromat ogólnej zgnilizny owoców tropikalnych – jak na stoisku z owocami egzotycznymi w Auchan – podgniłe papaje, zaczynające przeciekać mango, podpleśniałe ananasy. I coraz bardziej scukrowany miód. Nie żeby miało odrzucać, ale zdecydowanie nie zachęca. W smaku jest bardzo lekko, zaskakująco niewiele ciała. Grapefruitowo-ziołowa goryczka atakuje natychmiast, i tylko przez chwilę pozwala podniebieniu cieszyć się akcentami owocowymi i słodowymi. Nie zachwyca, mówiąc oględnie.
Ocena: JAKOŚ JE ZMĘCZĘ

Hopok American Pale Ale (12,5 Blg, IBU 15, pasteryzowane, niefiltrowane) – jest tu w aromacie trochę czerwonego grapefruita, odrobina żywicy, ale jest też kwiatowo – lipa, jaśmin. Lekka kwaskowość. Stosunkowo przyjemnie, choć z czasem całość przeradza się w aromat starego, zapyziałego przejścia podziemnego, gdzieś pod torami koło stacji Wałbrzych Miasto. Mimo nienajsmaczniejszego skojarzenia, aromat nie jest nieprzyjemny, nie odrzuca. Na podniebieniu w miarę pełne, z mnóstwem akcentów słodyczy – i to zarówno słodowej, jak i owocowej, a nawet lekkiej, kwiatowej. Są tu papaje i mango, jest nieco grapefruita, generalnie sporo cytrusów. Goryczka jest na jak najbardziej akceptowalnym poziomie i miejscu, cytrusowo-żywiczna. Na podniebieniu wreszcie coś się dzieje, jest kilka wymiarów, ewolucja. Fajne piwo.
Ocena: JESZCZE RAZ TO SAMO

Hern American Pale Ale (12,5 Blg, IBU 45, EBC 12, pasteryzowane, niefiltrowane, warzone w Browarze Wąsosz) – w aromacie słód, sporo miodu i kandyzowanych owoców egzotycznych. Jest tu też trochę – a z czasem coraz więcej – syntetycznych aromatów owocowych, jak w cukierkach skittles. Kredki woskowe. Nie jest niefajnie, choć trochę te nutki aromatyczne nieco zbyt chaotyczne, ze świecą szukać tu jakiejś harmonii, wyważenia. W smaku jest pełne, satysfakcjonująco owocowe i słodowe. Są tam nawet lekkie, zielone akcenty. Goryczka czeka parę chwil zanim przypuści atak na kubki smakowe, co na plus trzeba jej zapisać. Choć jak już zaatakuje, to bez większej litości i polotu. W finiszu mnóstwo żywicy i ziołowości, zalegająca gorycz. No, nie tak wyobrażam sobie piwo marzeń. Zdecydowanie nie tak.
Ocena: JAKOŚ JE ZMĘCZĘ

Mustang American Pale Ale (12 Blg, IBU 45, pasteryzowane, niefiltrowane, warzone w Browarze Wąsosz) – skórka pomarańczowa, kandyzowany ananas, odrobina owoców pigwowca w zalewy spirytusowej. Lukier na pączkach, a w nim kandyzowana skórka pomarańczy. Aromat może nie najbardziej złożony, ale zdecydowanie najbardziej przyjemy w dzisiejszej stawce. Smak jest pełny, słodki, wypełnionymi owocami, w tym suszonymi śliwkami, generalnie suszonymi owocami – jabłka, gruszki. Stoi sobie gdzieś tam delikatna, cytrusowa goryczka i pilnuje, żeby się nie przesłodzić, ale smak jest przepiękny. Ja poproszę o jeszcze!
Ocena: JESZCZE RAZ TO SAMO

Ranking, jednogłośny dzisiaj:

1. Mustang
2. Hopok
3. Hern
4. The Dealer


wtorek, 23 sierpnia 2016

Kraft - czy to się nie przepłaca, cz. 5 - witbier



533. White Dwarf Wit IPA (Fabryka Piwa) 5%
--- Podróże Kormorana Witbier (Browar Kormoran) 4,6%
--- Hoegaarden (InBev) 4,9%
536. Miłosław Witbier (Browar Fortuna) 4,8%
537. Curaçao Witbier (Browar Setka) 6%

[Tekst powstał w drugiej połowie czerwca, a więc jakiś czas temu. Czekał w zamrażarce na swoją kolej. Smakowanie i ocena poszczególnych piw odbyły się w ciemno – poszczególnym numerkom przypisano nazwy dopiero po zakończeniu zabawy, po czym tekst wygładzono celem podniesienia czytalności.]

To już piąty odcinek naszych dociekań na temat relacji cena-jakość poszczególnych piw w obrębie jednego gatunku. Wygląda na to, że ostatni z tej serii na jakiś czas, choć nie wykluczamy powrotu do tego rodzaju zabawy. Dzisiaj pijemy piwo pszeniczne w stylu belgijskim, witbier. Na stole mamy jednego przedstawiciela międzynarodowych koncernów, Hoegaarden, dwóch przedstawicieli browarów regionalnych – piwa z Kormorana i Miłosławia – oraz dwa wyroby polskiego kraftu – White Dwarf z Fabryki Piwa i Curaçao z Browaru Setka. Co prawda, White Dwarf określa się jako Wit IPA, a więc nieco bardziej dochmielony po amerykańsku witbier, ale przecież te chmiele dorzuca się tam po to tylko, by podnieść atrakcyjność piwa, nie żeby je zepsuć. Tak więc, przepraszamy konkurencję – White Dwarf ma niejaką przewagę na starcie.

Nigdy nie ukrywałem, że z całych sił kibicujemy browarom regionalnym, gdyż w nich właśnie widzimy nadzieję polskiego piwowarstwa. Nie w koncernach, bo te za bardzo potrafią liczyć i kombinować. Nie w krafcie, bo – mówiąc wprost – jego przedstawiciele w zdecydowanej większości muszą się jeszcze wiele nauczyć. Jednak nie ma tak, że nie mamy jakichś oczekiwań, obaw przypuszczeń co do wyniku rywalizacji, zanim jeszcze zdejmiemy kapsle butelkom z głów. Nie inaczej jest dzisiaj. Raczej nie spodziewamy się jakiejś spektakularnej porażki Hoegaarden, piwa uznawanego za probierz dla swojego gatunku – i to nie bez podstaw. Przy całej sympatii dla browarów regionalnych jako zjawiska, coraz trudniej nam bronić tezy o ich wyższości nad innymi, przedzierając się przez wynalazki z Miłosławia. Tak więc i dziś nie mamy wielkich złudzeń. Z drugiej strony, przy całej niechęci do kraftu jako zjawiska, nie możemy odmówić najwyższych umiejętności piwowarom Browaru Setka, którego piwka w zdecydowanej większości dały nam dotąd dużą radochę, nawet jeśli akurat reprezentowały niekoniecznie lubiane przez nas gatunki.

Zresztą, zobaczmy co nam szklanki przyniosą. Bez uprzedzeń, z podniesionym czołem, zdecydowanym ruchem sięgam po otwieracz jedną ręką, a drugą po pierwsze z brzegu piwo. Kapsel off, mgiełka on, zaczynamy.

W kategorii piany (obfitość, trwałość) wygrywa zdecydowanie Hoegaarden, za nim plasuje się Kormoran. Pozostałe trzy pokrywają się smętną pianą, która dość szybko redukuje się do bardzo cienkiej, poszarpanej warstwy unoszącej się na powierzchni piwa.

Podróże Kormorana Witbier (12,5 Blg, pasteryzowane, niefiltrowane)  – aromaty ma wytrawny, ziołowy, w którym zdecydowanie dominuje kolendra. Są też akcenty bananowe, drożdżowe. Ta kolendrowa ziołowość ociera się też trochę o majeranek. Smak jest… też kolendrowy! Poza tym, kminek, tytoń, gdzieś w tle banan, melon, odrobina świeżych orzechów włoskich. Ogólnie smak wytrawny, w kierunku cierpkawego, ale nie nieprzyjemny. A nawet wręcz przeciwnie – świetnie zbalansowany i miły dla kubeczków.
Ocena: JESZCZE RAZ TO SAMO

Hoegaarden (niefiltrowane) – w aromacie banan i cytryna, aromat zdecydowanie lżejszy niż u dzisiejszych konkurentów. W smaku jest tu melon, banan, gruszka, goździki. Wszystko to jest tak grzecznie poukładane, tak zharmonizowane, że aż wierzyć się nie chce, że to napój powstały z iluś tam różnych składników. Aksamitne na podniebieniu, piękne. Niebezpiecznie ociera się o ocenę najwyższą, kategorię „cud, miód, malina”.
Ocena: JESZCZE RAZ TO SAMO

Miłosław Witbier (11,8 Blg, IBU 17, EBC 8, pasteryzowane, niefiltrowane) – intensywny aromat bananów – do tego stopnia, że wchodzi on nawet w żelki bananowe. Do tego lekki aromat ni to pasty do butów, ni to szpitalnego lizolu, odrobina kolendry owszem, występuje. Naturalnie, drożdże. W smaku jest bananowo-rodzynkowo-ziołowo. Sporo tu rodzynkowej słodyczy, są akcenty lekko kwaśne, jest ziołowa goryczka. W gardle pozostaje i zalega mało przyjemny akcent sztucznego miodu w połączeniu z bardzo nieciekawym posmakiem jak wtedy, gdy ma się zgagę. Mało fajne piwo, zdecydowanie mało fajne, choć do zlewu jeszcze się nie kwalifikuje.
Ocena: JAKOŚ JE ZMĘCZĘ

Curaçao Witbier (12 Blg, IBU 26, pasteryzowane, niefiltrowane, warzone w Browarze Wąsosz) – aromat cytrynowy, banany gdzieś w tle, akcenty ziołowe – bardziej majeranek niż kolendra.  Odrobina skórki pomarańczowej. Ot, w aromacie taki klasyczny witbier, a może nawet bardziej weizen. W smaku pełne, przede wszystkim bananowe, nieco drożdżowe, odrobinę cytrusowe – bardziej pomarańczowe niż cytrynowe, choć są tu też akcenty cytrynowe. Świeża skórka pomarańczy. Nieco akcentów miętowych, odrobina lubczyku. Oczywiście, jest tu i kolendra. Wszystko fajnie poukładane, granice między poszczególnymi nutkami wyraźnie, niezamazane, co wyczynem jest niemałym. Niezłe piwo, koniec końców.
Ocena: JESZCZE RAZ TO SAMO

White Dwarf Wit IPA (14 Blg, IBU 65, pasteryzowane, niefiltrowane) – w aromacie rodzynki, daktyle, papaja, trochę ziołowości i żywicy. Pod spodem odrobina bananów. Smak jest w miarę pełny, a w nim odrobina miodu, owoców egzotycznych, w tym kandyzowanych, no i niestety, nad tym wszystkim buzują wręcz gorzkie akcenty amerykańskiego chmielu, psując skądinąd obiecujące wrażenie. Smakuje bardziej jak słaba IPA ze sporą dozą pszenicy w zasypie, niż witbier. Akcenty smakowe pokłócone, poukładane chaotycznie, gorycz zalega, przeszkadza. Piwo słabe, dno szklanki zobaczymy dopiero przy zlewie.
Ocena: DO ZLEWU

Oceniamy, ustawiamy w kolejności preferencji – po które piwo sięgnąłbym/sięgnęłabym najchętniej raz jeszcze? Wynik będzie o tyle ciekawy, że odbywa się w ciemno – nie zawsze tak robimy, jednak w serii „Kraft – czy to się nie przepłaca” jest to regułą, a opisy są wygładzane już na koniec, by usunąć wszelkie ślady sformułowań typu „piwo nr 1”. No i jak nam dziś się ustawiło?

Werdykt w większości okazał się dziś jednogłośny. W większości, co nie znaczy, że w całości. Moim zdaniem wygląda on tak:

1. Hoegaarden
2. Podróże Kormorana
3. Curaçao
4. Miłosław
5. White Dwarf

Zdaniem mojej współbiesiadniczki piwnej, pierwsze dwa miejsca należy zamienić. U niej wygrywa Kormoran, na drugim miejscu planuje się Hoegaarden. Co do pozostałych, nie ma rozbieżności.

No i co nam wyszło z tego eksperymentu? Otóż po pierwsze, Kormoran po raz kolejny udowodnił, że ma tam piwowarów, którzy wiedzą jak się piwo warzy, a to ewenement w skali kraju. Koncernowy Hoegaarden pokazał, że koncern nie jest potworem, a w każdym razie, nie zawsze musi być. Co do stosunku ceny do jakości – czy odwrotnie, jak kto woli – werdykt nie musi być taki jednoznaczny. Owszem, piwa z Kormorana są zwykle wyraźnie tańsze od kraftowych, choć wielkiej przepaści tu nie ma. Z kolei Hoegaarden, jak przystało na piwo importowane, swoją cenę ma. Jak widać, ma ona tutaj swoje uzasadnienie, jednak sprzedawane najczęściej w buteleczkach 330 ml wcale nie jest tańsze od piw kraftowych. Regionalny Miłosław jest tańszy od kraftów, tańszy od Hoegaarden, chyba najtańszy w tym zestawie. Jednak ociera się zlew. Z kolei kraftowe Curaçao zasłużenie plasuje się na podium, wyraźnie depcząc konkurencji po piętach, a tanie nie jest. Kraftowy White Dwarf i swoje kosztuje i w zlewie ląduje (odrobina poezji na co dzień). Podsumowując – jeśli mam zapłacić podobną (Hoegaarden) lub nieco niższą (Kormoran) cenę za produkt wyraźnie lepszy od tych droższych, to wiem co wybiorę. Choćby nie wiem jaką filozofię dopisać do piwnej rewolucji w Polsce.


piątek, 29 lipca 2016

Buractwo trzy razy, proszę!



500. Redneck Single Hop Citra Pils (Browar Setka) 4,5%
501. Redneck Single Hop Cascade Pils (Browar Setka) 4,5%
502. Redneck Single Hop Chinook Pils (Browar Setka) 4,5%

No i weszliśmy w szóstą setkę. Odtańczyliśmy taniec radości, wylaliśmy kilka butelek Pinty i Kraftwerka do zlewu w trakcie tańca nienawiści, i postanowiliśmy, że w tę szóstą setkę wejdziemy tak trochę okrakiem. Bo z jednej strony, mamy typowo koncernowy rodzaj piwa, na który niejeden rewolucyjny, piwolucyjny guru żachnie się i skrzywi. Czyli pilsa. A pilsa lubimy, szczególnie jeśli ciepło, a nawet gorąco i duszno na zewnątrz. Z drugiej strony, tego pilsa postanowiliśmy dobrać po nowoczesnemu – niech będzie kraft (a co!) i niech będzie nowofalowo, po amerykańsku. Pewno nam się nie spodoba, ale co tam, będziemy stali twardo na gruncie piwnej kontrrewolucji. A właściwie zdrowego rozsądku. Piwo ma smakować, a wszelkie ideologie niech sobie jeden z drugim… na gwoździu w wychodku powieszą.

No i mamy trzy takie same piwa, trzy identyczne pilsy. Wszystkie trzy pochodzą z kraftowego Browaru Setka, wszystkie trzy chmielone są po amerykańsku, wreszcie wszystkie trzy mają przepiękną zawartość alkoholu – 4,5% to naprawdę dość, by piwo miało wystarczająco dużo ciała (jeśli piwowar to rzeczywiście piwowar, nie dupa), a jednocześnie akurat tyle, by nie bać się czy następnego dnia rano do pracy samochodem mogę jechać, osuszywszy wieczorem czteropak. Poza tym, akurat Browar Setka – mimo iż kraftowy (patrzajcie jacy otwarci jesteśmy!) – już zdobył nasze serca i podniebienia choćby tylko dymionym Apollo 19 (smoked porter), więc nie boimy się wlać sobie w szklanki takich ichnich pilsów.

No właśnie, niby wszystkie takie same, a wcale nie takie same te piwka są dzisiaj. Każde z nich chmielone było jednym rodzajem nowofalowego chmielu, różnym dla każdego z trzech buraków (to takie nasze tłumaczenie angielskiego „redneck”, mam nadzieję, że trafne). I tak, mamy dziś jedno piwko z chmielem Citra, drugie z Cascade, a trzecie z Chinook. Zwykle krzywię się na takie „single hop”, bo najlepiej jednak wychodzą zestawienia kilku rodzajów chmielu. Z drugiej strony, tego typu piwa pozwalają przyjrzeć się dokładnie każdemu chmielowi, co może być później pomocne przy czytaniu etykiet i dokonywaniu wyborów podczas piwnych zakupów. Jeśli najbardziej smakowała mi Citra, to chętniej sięgnę po piwo, które chmielone było właśnie tym rodzajem chmielu, nawet jeśli był to jeden z kilku zastosowanych w danej recepturze. Zresztą, co ja będę się tu w klawisze wytłukiwał. Było na półce, Tesco dostarczyło, nie spróbować nie wypada. Otwieramy, nalewamy.

Wszystkie trzy piwka mają jednakową barwę, typową pilsową złocistość (choć lekko przymętniałą), wszystkie trzy pokryły się ładną, drobną, gęstą i trwałą pianą, wszystkie trzy wyglądają na ewidentnie niefiltrowane – jak dotąd, są to piwa wręcz wzorcowe. Pakujemy więc nosy w szklanki, szklanki do paszcz unosimy.

Redneck Single Hop Citra Pils (11 Blg, IBU 53, pasteryzowane, niefiltrowane, warzone w Browarze Wąsosz) – początkowo w aromacie uderza przerośnięta, lekko zdrewniała surowa marchewka plus owoce egzotyczne – marakuje, papaje, persymona. Po chwili na pierwszy plan wychodzą cytrusy i delikatna, przyjemna żywica. Nie jest to jednak nieprzyjemne, jak często bywa z amerykańskimi chmielami, a wręcz przeciwnie. W smaku jest całkiem przyjemnie – piwo ma dużo ciała, a jak na pils jest wręcz gęste. Akcenty owoców egzotycznych, cytrusów i gruszek bardzo sympatycznie przeplatają się z nutkami zbożowymi. Goryczka jest w sam raz i nie pozwala piwu zrobić się mdło słodkim. Smak bogaty i złożony. Z czasem goryczka zaczyna zalegać na podniebieniu i coraz bardziej przeszkadzać w delektowaniu się smakiem, ale ciągle nie jest źle. A moim zdaniem wręcz przeciwnie – całkiem przyzwoite, rześkie piwo.

Redneck Single Hop Cascade Pils (11 Blg, IBU 45, pasteryzowanie, niefiltrowane, warzone w Browarze Wąsosz) – jest tu w aromacie kwiatowo i lekko korzennie, ale jest też tuńczyk z puszki, okorowane pnie świeżo ściętych drzew, generalnie panuje tu lekki chaos aromatyczny. Może się poprawi wraz ze wzrostem temperatury piwa. No i doczekaliśmy się – kwiatowe akcenty owszem, są kwiatowe, ale przypominają raczej woń z cmentarnego śmietnika w okolicach 7 listopada. Albo kompostownika. Aromat jest coraz mniej przyjemny, a wręcz zaczyna się robić nieznośny. Trzeba to wypić dopóki daje się to do ust unieść. W smaku jest płasko i cierpko. Początkowo aksamitnie i łagodnie, ale to uczucie pełni smaku natychmiast ucieka i pozostawia pewną pustkę, cierpkość. Po chwili pojawiają się zbożowe akcenty, trochę cytrusów, lekka kremowość. Przez chwilę przez podniebienie przelatuje akcent owocowy, słodki, ale ulatnia się dość szybko i ustępuje cytrusowej goryczce. Mniej intensywnej i nie tak zalegającej, jak w przypadku Citry, jednak zdecydowanie mniej przyjemnej jeśli chodzi o jej jakość. Innymi słowy – goryczka sama w sobie jest tu obrzydliwa, ale nie ma jej na tyle dużo, by zdyskwalifikować piwo.

Redneck Single Hop Chinook Pils (11 Blg, IBU 38, pasteryzowane, niefiltrowane, warzone w Browarze Wąsosz) – aromat ostry, przenikający wprost do zatok, a w nim płyn do podłóg, odrobina wyprawionej skóry, lekka wędzonka. Jeśli jest jakiś akcent sosnowy, to zakopał się w chaosie pozostałych akcentów aromatycznych i ledwo go czuć. Nie pachnie to jakoś zachęcająco, jednak my się nie zniechęcimy. Po paru chwilach akcenty sosnowe zaczynają być bardziej zauważalne, ale nie jest to przyjemna sosnowa żywica, a bardziej wychodek sklecony z sosnowych desek na obozie harcerskim. Plus akcenty jabłkowe i pomarańczowe. Tragedii nie ma, mimo drastyczności opisu. W smaku najpierw bardzo przyjemne owoce egzotyczne przemieszane ze słodem, brzoskwiniami i miodem – bardzo fajna, złożona baza. Po chwili pojawia się chmielowy kontratak, ale jest tak świetnie wyważony, że aż chce się sięgnąć po kolejny łyk. Delikatny akcent toffi. Na finiszu jest bardzo fajne echo włoszczyzny – świeży seler, lubczyk, natka pietruszki. Zaskakująco przyjemne piwo, zaraz lecę kupić następną butelkę.

No i sprawdziliśmy. I nam się podobało. Nawet ten pils z Cascade, na który trochę marudziliśmy, chętnie zobaczymy ponownie na naszym stole. Nawet jeśli porównania i skojarzenia cmentarno-gnilne niekoniecznie brzmiały zachęcająco. Fajne to wejście w szóstą setkę, naprawdę fajne. Trzeba jednak ustawić je w kolejności podniebiennej przyjazności i smakowej przyjemności. Oto nasz ranking, jednogłośny dziś u nas:

1. Chinook
2. Citra
3. Cascade