Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kraft. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kraft. Pokaż wszystkie posty

środa, 8 czerwca 2016

Piwkowie w BrewDog





I zdarzyło się, że trafiliśmy do Szkocji. To akurat wielkim wyczynem nie jest, bo Szkocja bliska memu sercu jest. Ale w tej Szkocji, tak przy okazji różnych objazdów, trafiliśmy do Ellon. A co to Ellon? Takie miasteczko nieco na północny zachód od Aberdeen. Tam, wśród niezbyt malowniczo prezentujących się hal zakładów skupionych w miejscowym business parku jest jedno miejsce, które bardzo chciałem zobaczyć od środka. Browar BrewDog.

Powie ktoś – jak to? Zaślepiony niechęcią do kraftu piwny ignorant chce zobaczyć kolosa kraftu? Ano, chce. Skoro można, to trzeba. A i do tej niechęci nie ma co się przyzwyczajać, bo kto wie, może i tam te krafty dobre robią. No i nie można nie zobaczyć miejsca, gdzie robione jest Punk IPA, piwo dostępne bodaj w każdym sklepie sprzedającym piwo w Szkocji, do jakiego dane mi było trafić. Toż to musi być jakiś moloch. A że Punk IPA spróbowałem przed przyjazdem do Ellon – i smakowało mi! – tym bardziej ciekaw byłem co oni tam jeszcze warzą.



Pierwszym i podstawowym powodem mojej pielgrzymki do Ellon było umówione wcześniej spotkanie z osobą zajmującą się uruchomieniem już bardzo niedługo niewielkiej kraftowej destylarni w ramach browaru. O tej stronie działalności BrewDog być może nie wszyscy wiedzą. Tak więc, w gruncie rzeczy pojechałem zobaczyć destylarnię Lone Wolf, a nie browar BrewDog. Skoro jednak jedno znajduje się na terenie drugiego, nie dało się zobaczyć destylarni nie zobaczywszy browaru.

Stało się więc, że ostatniego piątku zaparkowałem pod głównym wejściem do browaru BrewDog w szkockim Ellon. Z zewnątrz – hala jakich tu wiele, a przy tutejszym stłoczeniu wszelkiego rodzaju zakładów i zakładzików, trudno ocenić gdzie kończy się jeden, a zaczyna drugi. Ulewny, typowo szkocki deszcz wcale nie ułatwił mi oceny skali przedsięwzięcia z zewnątrz. Od samego wejścia jednak zaczęły się pozytywne emocje. Gdy tylko przekroczyłem próg browaru, przestał mi się lać na głowę deszcz. Ulga niewyobrażalna. Drugie pozytywne spostrzeżenie – do browaru wchodzi się przez bar. Jak tu się nie zachwycić? Bar urządzony w stylu industrialnym, prosty lecz sprawiający wrażenie miejsca przyjaznego. Tuż obok, nawet nie przez ścianę, kotły, warzenie, chmielenie, fermentacja. Co prawda, trochę podejrzanie niewielkim wydaje się ten browar widziany z baru, ale kto ich tam wie, może mają tu przyspieszacz czasu – jak w reklamie Vidaronu – i na powierzchni około 50 metrów kwadratowych (tak na oko) potrafią zrobić tyle piwa, żeby zapełnić półki w tych wszystkich sklepach, w których widziałem Punk IPA. Albo po prostu nikt tego piwa nie kupuje, stąd półkowe zaległości!



Po przeciwległej stronie pomieszczenia znajduje się bar, przy którym pięć podwójnych kranów. Na tablicy świetlnej napisali co mogą nalać. Fajnie – szkoda, że za kierowcę tu dzisiaj robię. Tym bardziej, że za jedyne 6 funciaków można sobie walnąć 25 ml Sink the Bismarck! Gdyby nie ta kierownica, z czystej ciekawości bym spróbował. Przecież całej butelki sobie nie kupię, bo po co? Nic to, innym razem. Bismarck już bardziej nie zatonie, a ja tu jeszcze się pojawię. W głowie kiełkuje myśl, że przecież w Szkocji dopuszczalna zawartość alkoholu we krwi to 0,5 promila, więc jakieś piwko walnąć będzie można. A nawet trzeba. Ale nie Bismarcka.

Pojawia się wreszcie mój gospodarz, zabiera nas na zakład. No i teraz okazuje się, że żaden Vidaron, żadne przyspieszanie czasu, żadna produkcja na małej powierzchni. Wędrujemy do hali pierwszego browaru. Browaru właściwego, bo właśnie dowiaduję się, że to, co widziałem tuż obok baru, to tylko taki mały browarek eksperymentalny. Tutaj warzy się nowe wersje, tu eksperymentuje się z nowymi recepturami, które dopiero po pozytywnej ocenie trafiają do masowej produkcji. Co ciekawe, te piwa w wersji próbnej można kupić w sklepie będącym odnogą baru, i osobiście spróbować co tam nowego się warzy w BrewDog.



Browar BrewDog nie jest browarem starym. Wybudowany został od zera w 2012 roku, kiedy to okazało się, że stary, oryginalny zakład we Fraserburghu to stanowczo za mało na skalę sukcesu zakładu i jego produktów. Jego wydajność – tego w Ellon – to 220 tys. hektolitrów piwa. Nieźle. Jak na kraft – wręcz niewiarygodnie. Tego też jednak było za mało. Tuż obok stanął nowy browar. Dwa razy większy. Właśnie zaczyna działalność. Kierownictwo ocenia, że jego mocy przerobowych wystarczy na 5 lat rozwoju firmy. A co potem? Jak będzie trzeba, to będzie trzeba – wybudować kolejny!

W związku z tym, że browar jest młody, nie zdążył pokryć się nawet śladem patyny, podziwiamy najwyższej jakości stal nierdzewną, uformowaną tu na kształt kadzi, kotłów, tanków i rur wszelakich. Wszystko lśni i w oczy kłuje nowością i czystością. Wędrujemy wśród tych zbiorników, podziwiamy rozmach przedsięwzięcia. Spacerujemy obok linii do butelkowania, trawersujemy pakowalnię. Na ścianach tu i ówdzie ogromne graffiti, czasem na tankach, z ukrytych głośników miejscami słychać muzykę motywacyjną – ścieżkę dźwiękową z Gwiezdnych wojen. Nie powiem, podoba mi się tu, podziwiam rozmach, słucham uważnie opowieści i wyjaśnień mojego gospodarza. Przechodzimy przez pomieszczenia biurowe, trafiamy wreszcie do drugiego, nowego, dwukrotnie większego browaru. Tutaj to już ma się wrażenie, że wzrok zaczyna się gubić, szukając dla siebie oparcia w dali drugiego krańca hali. W powietrzu unoszą się piwne aromaty – a to słód, a to chmiel, a to drożdże.



Trafiamy wreszcie w tę część nowego browaru, gdzie właśnie wczoraj przeprowadzono próbę szczelności urządzeń do destylacji alkoholu. Ta część zakładu – i to nie tylko w kontraście do reszty browaru – wydaje się wręcz miniaturowa. Robi jednak bardzo pozytywne wrażenie. O tym jednak napiszę, a częściowo już napisałem, w zupełnie innym zakamarku internetu.

Wracamy do baru, gdzie barman nalewa nam po cztery szklaneczki – cztery różne gatunki, cztery zupełnie różne smaki, kompletnie różne piwa. Dostajemy po 0,3 pinty (łącznie jakieś półtora dużego piwa, czyli za kierownicą dalej będę na legalu) Dead Pony Club, 5 AM Saint, Jet Black Heart i Punk IPA. Dead Pony Club APA – niezłe, całkiem niezłe. 5 AM Saint (red ale) bardzo sympatyczne, wyraźnie karmelowe, łagodne, fajne. Jet Black Heart (oatmeal milk stout) – to już rewelacja. Tak łagodny, grzeczny i harmonijny stout zdarza się nader rzadko. No i Punk IPA – klasyk gatunku. Co ciekawe, poza Jet Black Heart, wszystkie piwa chmielone są dość intensywnie nowofalowymi chmielami amerykańskimi, ale jakoś to tutaj nie przeszkadza. Albo piwowarzy wiedzą jak je poukładać, albo może mają dostęp do lepszej jakości surowców. Nie wiem, nie znam się. Wiem natomiast, że tego poziomu harmonii aromatów i smaków próżno szukać w wyrobach polskich browarów kraftowych. A szkoda.



O samym piwie z BrewDoga jeszcze napiszę. O innych szkockich piwach – tych kraftowych, jak i tych z bardziej tradycyjnych browarów – też będzie. Tymczasem powiem tylko, że browar BrewDog przekonał mnie do sensu kraftowych poszukiwań. Do domu przywiozłem 10 różnych piw, wyciągniętych z lodówek w sklepie w browarze. A potem, wieczorkiem, usiedliśmy i posmakowaliśmy. Ale o tym potem.

Kiedy wychodziliśmy z browaru, deszcz już nie padał, wyszło piękne słońce.


sobota, 21 listopada 2015

Trochę dyni, dymu, żyta i wina. Niech żyje różnorodność! Albo może nie...



348. Hard Bride American Barley Wine (AleBrowar) 9,8%
349. Piotrek z Bagien Pumpkin Ale (Jan Olbracht) 4,7%
350. WRCLW Roggenbier (Browar Stu Mostów) 5,5%
351. Rauch Alt (Kraftwerk) 4,8%

Dzisiaj totalny miszmasz piwny. Rozczarowani smakowanymi ostatnio dość intensywnie produktami polskich rewolucjonistów piwnych, zwanych czasem browarami kraftowymi, postanowiliśmy nie stawać na głowie by znaleźć konkurencję dla niektórych spośród piw znajdujących się w okolicach naszej lodówki, tylko zwyczajnie je wypić i – najprawdopodobniej – jak najszybciej o nich zapomnieć. Jak długo można dać się nabierać, że owe piwopodobne produkty nadają się do czegoś więcej niż tylko wylania do zlewu natychmiast po zdjęciu kapsla? Z małymi wyjątkami, oczywiście, ale te przecież tylko potwierdzają regułę. Kiedy piszę te słowa – dosłownie w tym samym czasie, otwarty w innym oknie komputera fejsbuk pokazuje mi roześmiane twarze twórców wielu spośród obrzydliwych piwotworów wylanych w ostatnim czasie do zlewu, którzy właśnie odbierają nagrody na festiwalu piwnym w Poznaniu. Co tylko potwierdza nasze przypuszczenia, że nie ma nadziei dla kogoś, kto oczekuje od nich przyzwoitego, pijalnego piwa. Nie oznacza to, że nie będziemy już nigdy więcej opisywać krafciaków, bynajmniej. Z jednej strony, mamy spore zapasy ich tworów, których przecież w ciemno nie ześciekujemy, a z drugiej – przecież nigdy nie wiadomo, a nuż coś przyzwoitego uwarzą. Będziemy jednak unikali pewnych konkretnych pseudopiworobów. I to zdecydowanie. Wśród nich znajdują się przede wszystkim niby-browary Reden, Kraftwerk, Pinta, Rebelia, Doctor Brew i parę innych. Tego po prostu nie da się pić.

Dzisiaj stawiamy sobie na stole przedstawicieli czterech zdecydowanie różnych gatunków piwa, uwarzonych przez polskich piworewolucjonistów. I żeby wszystko było jasne, niezależnie od tego, co napisano w poprzednim akapicie, stawiamy je w nadziei, że dadzą nam choć trochę radości organoleptycznej. Nie jesteśmy masochistami, gdybyśmy z góry wiedzieli, że są do bani, nie kupowalibyśmy ich. Tak czy owak, na stole dzisiaj stoi przedstawiciel gatunku American barleywine, Hard Bride z AleBrowar, dyniowe Pumpkin Ale warzone w ramach Kuźni Piwowarów w browarze Jan Olbracht, żytnie WRCLW Roggenbier z Browaru Stu Mostów we Wrocławiu, oraz Rauch Alt, czyli wędzona wersja klasycznego altbier z naszego „ulubionego” Kraftwerk.

 Piwa z serii Piotrek z Bagien kilka razy srodze rozczarowały. Mimo sympatii do samego imienia, czy tego i owego nosiciela tegoż. Mamy nadzieję, że dzisiaj będzie lepiej. Tym bardziej, że dynia to kopalnia możliwości smakowych. Lubimy wędzone, dymne piwa. Smakowane nie tak dawno Saison Curry Wurst od Birbanta zmiotło nas z nóg, do dzisiaj wspominamy ciepło Arden, dymionego stouta z browaru Roch. I paru innych. Dlatego sporo oczekujemy po Rauch Alt. Żytni Maorys z Bojana – mimo iż to nielubiane IPA – porwał nas. Stąd spore oczekiwania wobec Roggenbier z wrocławskiego Browaru Stu Mostów. O regionalnym patriotyzmie i wspieraniu prawdziwych – nie kontraktowych – browarów tu nawet nie wspomnę.

Patrząc na etykiety, nazwy poszczególnych piw, zastanawiam się – dlaczego po angielsku, do licha? I nie chodzi mi tylko o te, które dzisiaj stoją na stole i czekają na egzekucję. Te wszystkie hoppy, pinky, łan wheat, turbo geezer, terrence, winchester, magnus, some like it hot, brewdog i inne. Że o Doctor Brew nie wspomnę. No ludzie! Jaki jest eksport poza granice naszego kraju piw kraftowych? Jeśli ktoś ma na ten temat informacje, to proszę mnie oświecić. Bo jeśli piwa te, jak przypuszczam, sprzedawane są głównie w Polsce, to nadęcie krafciaków przechodzi ludzkie pojęcie. Dlaczego, ach dlaczego nie można piwa nazwać dyniowym, żytnim, dlaczego mamy się nazywać hop heads, a nie chmielomaniacy, czy jakoś tak… Fakt, przyzwyczailiśmy się do wszędobylstwa angielszczyzny, ale naprawdę tak bardzo wstydzimy się języka polskiego? Tak słabo się sprzedaje? No to niech sobie polanalfabeci z AleBrowar sprawdzą – w amerykańskiej wersji barleywine pisze się jako jedno słowo.

Dość zrzędzenia. Jeszcze będzie niejedna okazja. Wszak zapasy piwa mamy jeszcze na co najmniej miesiąc delektowania się w dużej mierze właśnie krafciakami. Nalewam i pijmy wreszcie.

Piana – naturalna, drobnopęcherzykowa, w miarę trwała na Hard Bride (tu spora ilość średnich pęcherzyków), Piotrku i Roggenbier. Najtrwalsza i najbardziej obfita na tym ostatnim. Rauch Alt wytworzył pianę tak nietrwałą, że trudno ją ocenić. Pół minuty po nalaniu, na powierzchni unosiły się już tylko marne, poszarpane jej szczątki.

Barwa – wszystkie mniej więcej w tej samej, ciemnobrązowej barwie. Rauch Alt najciemniejsze, American Barley Wine najjaśniejsze, a różnica między nimi (tymi skrajnymi) to mniej więcej jeden ton. Na pierwszy rzut oka wszystkie piwa są niefiltrowane.

Hard Bride American Barley Wine (24 Blg, IBU 110, niepasteryzowane, niefiltrowane, warzone w Browarze Gościszewo) – w aromacie spora, ale nie nokautująca dawka amerykańskich chmielów, a więc gównie grapefruity, przez które przebija się głęboka słodowość. Poza tym, orzechy i pieprz. Ciemne winogrona. Po chwili amerykańskie chmiele wyłażą na wierzch bardzo wyraźnie i zaczynają dominować w aromacie. W smaku pełne, obiecujące, słodowe, rodzynkowe, jednak chyba za bardzo skontrowane chmielową goryczką. Jakby zagryźć przyjemny zbożowy batonik energetyczny soczystym kęsem grapefruita. Gorycz zalega na podniebieniu i walczy już tylko z coraz wyraźniejszą alkoholowością. Nie jest to fajna rzecz, nie jest to wymarzony przez nas kierunek podróży.

Piotrek z Bagien Pumpkin Ale (12,5 Blg, IBU 26, pasteryzowane, niefiltrowane)  rzeczywiście pachnie dynią. Poza tym, lekko, nieznacznie imbirem, kardamonem i goździkami. Sporą część aromatu tego piwa zajmuje jednak woda. Są tam ogromne niezagospodarowane przestrzenie, dla których zabrakło nutek aromatycznych. Szkoda, przecież dynia jest tak wdzięcznym tematem – i aromatycznie i smakowo. No i smak… Chciałoby się pełnego, wyrazistego, smacznego piwa, a dostajemy nachmieloną wodę, w której gotowała się dynia. Moja zupa dyniowa ma milion razy więcej smaku niż to piwo. Trzy rodzaje słodu, cztery chmiele, miąższ i pestki dyni – i kicha. Płasko, wodniście. Ach, słów szkoda. Żeby sparafrazować klasyka – to jest jakaś popierdółka, nie piwo.

WRCLW Roggenbier (13,5 Blg, IBU 25, niepasteryzowane, niefiltrowane) pachnie piwem pszenicznym (głównie banany i melony), z przyjemnymi nutami cytrusowymi. W smaku jest kwaskowate, lekko cytrusowe, ma akcenty palone, żytnie. Ale głównie smakuje jak kiepskie piwo pszeniczne, któremu dorzucono trochę żytnich nutek. Żadnej finezji, żadnych powodów do zachwytu.

Rauch Alt (14 Blg, IBU 50, pasteryzowane, niefiltrowane, warzone w Browarach Regionalnych Wąsosz) – w aromacie wędzonka, to bez wątpienia. Trochę pieczonych jabłek, trochę pieczonych ziemniaków. Plus akcenty kawowe i czekoladowe. Bardzo sympatyczny, ładnie ułożony aromat. W smaku jest wędzone. Za bardzo wędzone. To już nie jest przyjemny, dymny akcent dołożony do czegoś więcej. Smakuje trochę tak, jakby ssać przypalone polana wyciągnięte z ogniska. Polana, których nie wysuszono przed włożeniem do ognia, więc bulgoczą gotującymi się, gorzkimi sokami jakiegoś buka, czy czereśni. Plus akcenty kamforowe. Gdzieś na samym dnie akcenty palonego słodu. Bardzo mało przyjemne, płaskie, zapowiadające nieuchronny ból głowy o poranku piwo.

Cała dzisiejsza stawka to piwa, które mają bardzo obiecujący aromat. Dopiero po wypiciu dochodzi człowiek jednak do wniosku, że trzeba było poprzestać na wąchaniu. Nie chce się nam ich oceniać, porównywać. I to nie tylko dlatego, że to przedstawiciele tak bardzo różnych gatunków. Głównie dlatego, że – nie pierwszy raz – mamy poczucie, że nas oszukano. Ktoś coś nawarzył, na etykiecie napisał, że to piwo, a do środka nalał jakiejś żałosnej podróby piwa. Wszystkie cztery nadają się do zlewu. I niech to wystarczy za całą ocenę.

poniedziałek, 12 października 2015

Polska - Irlandia 2:1



Pięciu zawodników przedstawionych na zdjęciu wspomagało nas wczoraj podczas śledzenia – z zapartym tchem – kolejnej odsłony dramatu polskiej reprezentacji narodowej w piłkę nożną. A że przeprowadzka, rozsypka, kartony, to i niezainstalowana telewizja, a pilot, za pomocą którego można by przestroić radio, też został uznany za zaginionego, tak więc poczynania naszej jedenastki śledziliśmy w internecie, w serwisie BBC Live. No i omal nie poświęciłem kolejnej ofiary – nie wierząc w mechanizm automatycznego odświeżania strony, waliłem w klawisz F5 tak, że niemal oddzielił się od klawiatury i jeszcze trochę, a stworzyłby autonomiczny oddział protestu przeciwko przemocy.

Wracając jednak do naszych pięciu zawodników ze zdjęcia. Naturalnie, w atmosferze emocji sportowych nie było mowy o jakiejś głębszej analizie popijanych piwek. Nie to, zresztą, było naszym zamiarem. Nasunęło się jednak szereg refleksji, na które być może nie ma zwykle czasu podczas bardziej dogłębnej rozbiórki tego, co na podniebieniu.

Przede wszystkim, Warmińskie Rewolucje. Co prawda, piwo to było już tutaj omawiane i poległo w konkurencji z paroma innymi, ale… Być może lepsza warka, być może w Kormoranie nie zasypiają gruszek w popiele, być może rzeczywiście się starają, być może to ta pasja, o której mowa na butelce. Cokolwiek by nie było, jest to piwo, na które czekałem – robione w browarze regionalnym, nie w żadnym koncernie czy przez jakąś efemeryczną lotną brygadę zwaną browarem (!) kontraktowym. Daje nadzieję, że będzie dostępne w miarę regularnie, przynajmniej tam, gdzie jest warzone. Jest to lager. Lager, który udowadnia, że nie trzeba czarować, spinać się i dziwaczyć, żeby zrobić dobre piwo. Piwo dolnej fermentacji, o smaku czystym, orzeźwiającym, chmielone lokalnymi, polskimi chmielami. I o to chodzi! Osobiście uważam, że to jest przyszłość polskiego browarnictwa. Nie jakieś tam nadęte kraftowe rewolucje, tylko dobre, staranne, regionalne rzemiosło.

Przewinęła się nam przez lodówkę również nowość z Żywca, a mianowicie wypuszczone niedawno na rynek Saison. I tu bardzo pozytywne zaskoczenie. To już któraś z kolei wysuszona butelka – i podoba się jak za pierwszym razem. Za długo żyję na tym świecie, żeby uwierzyć w całą tę historię o tym, jakoby to konsumenci rzeczywiście mieli wpływ w głosowaniu na styl piwa, który ma być warzony przez Grupę Żywiec. Mam wrażenie, że Żywiec odrobił bolesną lekcję z APA. APA miała pewną podstawową wadę marketingową – poza tym, że była/jest słabym piwem po prostu – mianowicie zbyt łatwo znaleźć na rynku odpowiedniki, dostępnych jest zbyt wiele piw o podobnym charakterze, zbyt łatwe i oczywiste jest porównanie z konkurencją, nawet jeśli to kraftowe pchły przy koncernowym słoniu. I w większości przypadków wypada na niekorzyść Żywca. Grupa Żywiec potrzebowała piwa, które będzie wyjątkowe, z którego profilem konsumenci są słabiej zaznajomieni, którego charakterystyka jest na tyle otwarta i pojemna, by uzasadnić ewentualne odstępstwa. Słowem, które będzie bezkonkurencyjne. Saison w dużej mierze spełnia te kryteria. Jeśli jeszcze dorzucić do niego gorzką skórkę curacao, by zepchnąć je w stronę tak popularnego wśród wyznawców kraftu stylu amerykańskiego, a może nawet podchmielić – przynajmniej częściowo – jakimś amerykańskim chmielem (tylko ja go tam czuję?), to wielbiciele kraftu są kupieni. Sprytnie i bezlitośnie.



Ciekawostką jest Browning, piwo w stylu Belgian IPA firmowane przez browar kontraktowy Kraftwerk. Eleganckie, z nienatarczywymi akcentami chmieli amerykańskich, ale też całą masą innych nutek aromatyczno-smakowych. Czyżbym miał zmienić zdanie na temat wyrobów kraftowych? A może po prostu piwowarzy z Kraftwerk staranniej się tym razem przyłożyli – i do doboru dobrych jakościowo surowców, i do samego procesu warzenia piwa? Może im też już znudziły się piwa, w których czuć tylko i wyłącznie amerykańską goryczkę? Tak czy inaczej, piwo wyszło im przednie. Jeszcze niech teraz zainwestują w sprzęt i otworzą prawdziwy browar, w którym sami będą warzyć swoje piwo. Wszystkim to wyjdzie na zdrowie.

Wielkokoncernowe Książęce Burgundowe łyknąłem przelotnie tylko. Za mało, by się wypowiedzieć szerzej, jednak ono też gęby nie wykręciło, kubków smakowych nie zmasakrowało. Wydaje się być przyzwoitym piwem i być może warto mu się przyjrzeć bliżej przy najbliższej okazji. Złotostockie natomiast, z kontraktowego browaru Rebelia z Ząbkowic Śląskich, zaprezentowało w doskonałej formie wszystko to, z czego ewidentnie wyrósł już Kraftwerk. Co prawda, etykieta i konkretykieta milczą na temat prezentowanego przez piwo stylu – co osobiście bardzo cenię, piwo ma wszak smakować, a nie epatować skomplikowanym i egzotycznymi nazwami – ale do dobrego piwa jest mu pewno mniej więcej tak daleko, jak Tyskiemu Klasycznemu. Jego smak podsuwa wyobraźni obrazy pani ze zmiotką, ganiającej po hali magazynu chmielów amerykańskich, zmiatającej wszystko, co się rozsypało i wrzucającej do kadzi z warzonym właśnie piwem. Bez baczenia na jakość sypanego chmielu (czy jego ekstraktu), bez umiaru, bez troski o cokolwiek innego niż czystość podłogi. Efektem jest piwo chaotyczne, przechmielone, obrzydliwe.

Tak więc, jeden wieczór przyniósł trzy zachwyty, i to po równo – jeden koncernowy, jeden regionalny, jeden kraftowy. I zdecydowaną niechęć. Tym razem do kolejnego krafciaka. Do poszczególnych piw jeszcze wrócimy przy okazji naszych tradycyjnych porównań, ale jakoś tak ulało mi się już dziś, na świeżo. Nie chciałem żeby się przeterminowało.