571. Whisky Barrel –
Oak Aged Beer (Eden Mill Distillery & Brewery) 6,7%
572. Chilli &
Ginger Porter (Eden Mill Distillery & Brewery) 5,2%
573. Bourbon Barrel –
Oak Aged Beer (Eden Mill Distillery & Brewery) 6,5%
[Tekst powstał około dwa tygodnie temu, daleko na północy
Szkocji]
Kończy się pierwszy tydzień mojego pobytu w Szkocji, siedzę
w wyludnionym hostelu na północy kraju, za oknem mam wody zatoki Kyle of
Tongue, czyli Ocean Atlantycki, jest późny wieczór, wokół nie ma nikogo. To
znaczy, wiem o tych wodach zatoki stąd, że były tam wcześniej, jak meldowałem
się w hostelu. Były tam również jak parę chwil temu wybrałem się na zewnątrz,
sprawdzić czy przypadkiem jakaś zorza polarna mi nie świeci. Niestety, zachmurzone
od horyzontu po horyzont niebo nie pozwala na podziwianie żadnych niebiańskich
hec, więc wróciłem do pokoju, sprawdzić jak się mają piwka. Gdyby ktoś kiedyś
znalazł się w podobnych okolicznościach przyrody, polecam taką historię: stawia
się samochód na wprost oceanu, włącza się długie światła, wychodzi z samochodu,
staje pomiędzy reflektorami. I podziwia jak z totalnej ciemności (tutaj nie docierają
nawet śladowe ilości jakiejkolwiek łuny świetlnej z najbliższej osady ludzkiej,
jak są chmury, to jest po prostu idealnie ciemno) wyłaniają się fale oceanu,
jak się załamują w pewnej odległości od plaży, jak rozmywają się na piasku. I
nie dzieje się więcej nic – żadnego innego odgłosu, żadnego innego obrazu,
wokół ciemność. Szkoda tylko, że nienajcieplej tutaj jest i wiatr szarga
starannie ułożoną fryzurę…
Kilka dni temu byłem w browarze i destylarni Eden Mill w St
Andrews w hrabstwie Fife. Interesowały mnie głównie ich wyroby whisky-podobne,
ale przy okazji zagadnąłem i o piwo. Efekt jest taki, że od tych kilku dni wożę
w bagażniku trójeczkę tamtejszych piwek. No i wydaje mi się, że na tym
odludziu, na którym się właśnie znalazłem, będą smakowały jak nigdzie indziej.
Sprawdźmy co tam mamy.
Lektura etykiet nie rozjaśnia mroków niewiedzy i zawartości
butelek. Nic nie wiadomo o rodzaju piwa, nic o pasteryzacji, rodzajach chmielu,
itp. Poza porterem, który jest typowym angielskim porterem górnej fermentacji,
nie porterem bałtyckim, rzecz jasna. Dodatkowo wiemy, że ów porter,
przyprawiony chilli i imbirem, leżakował przez jakiś czas w beczkach po
burbonie. Brak jednak informacji jak długo. Piwo leżakowane w beczkach po
whisky ma kolor ciemno bursztynowy. To z beczek po burbonie jest o ton
jaśniejsze od coca-coli, a porter to porter – ciemne, brązowe piwo. Piany za
wiele nie było na żadnym. Mimo braku informacji na etykietach, wygląda na to,
że były pasteryzowane. To akurat wynika z terminów przydatności do spożycia –
nawet do stycznia 2018.
Whisky Barrel –
bardzo sympatyczny, słodki aromat krówek, wanilii, trochę bardzo dojrzałych
brzoskwiń, słonecznik, odrobina prażonego słodu, trochę dębiny, takiej raczej
starej, zmęczonej, i ledwo nutka whisky słodowej i echo torfu. Aromat zapowiada
się ciekawie, zobaczmy co w smaku.
Smak jest pełny, gęsty wręcz. Dominują w nim akcenty tej
starej dębiny – choć akurat w smaku jest to przyjemniejsze niż w aromacie. Jest
tu sporo karmelu i krówek, jest wreszcie bardzo wyraźny akcent whisky. Mowa
jednak o smaku, nie o mocy, nie o alkoholu. No i torf. Bardzo wyraźny,
ziemisty, słodki torf. Z każdym łykiem czuć go coraz wyraźniej. Na koniec
pojawia lekka taninowa cierpkość. Nachmielenie jest tradycyjne, goryczka
delikatna, w sam raz by nie popsuć całkiem udanej kompozycji smakowej. Świetne
piwo.
Kategoria: JESZCZE
RAZ TO SAMO
Bourbon Barrel – tutaj
wyraźnie w aromacie jest bardziej rześko, młodo. Nie ma mowy o starym,
zmęczonym drewnie, jest natomiast dużo typowo karmelowej słodyczy, mnóstwo
akcentów świeżutkiego słonecznika, jest wanilia, melasa buraczana, węgiel
drzewny, świeżo upieczony biszkopt – generalnie, znowu jest bardzo przyjemnie.
Smak jest znowu pełny i słodki. Burbon gdzieś tam sobie jest
w tle, robi się coraz wyraźniejszy z kolejnymi łykami. Są tu cukierki kukułki,
palony słód, prażone orzechy włoskie, polewa karmelowa, gorzka kawa. I znowu –
nie ma mowy o zachmieleniu. Goryczka jest delikatna, przyjemna, nie
przeszkadza, niczego nie psuje. Zbytniemu zasłodzeniu przeciwdziała również
bardzo fajne nagazowanie – nie za duże, nie za niskie, w sam raz.
Kategoria: JESZCZE
RAZ TO SAMO
Chilli & Ginger
– w aromacie przede wszystkim wyraźnie czuć deklarowane dodatki – zarówno
chilli, jak i świeży imbir. Na pierwszy rzut nosa jakoś mi się to nie podoba.
Dodatek ma być dodatkiem, a nie dominować. Pod spodem prażony słód, trochę
mlecznej czekolady, karmelu. W sumie dość przyjemne, choć niepokojąco nasuwa
skojarzenia z piwem imbirowym. Nie wiem co sobie o tym myśleć, chyba najlepiej
będzie jak spróbuję.
Smak… Ho, ho, ho! Piwo dość lekkie,
karmelowo-palono-słodowe, ale… Zupełnie bez ostrzeżenia i totalnie znienacka po
chwili uderza pikantność. I ta z chilli, i ta świeżo-imbirowa. Fajnie tak pali,
przypieka… Ale chyba nic tam więcej nie ma w tym piwie. Jak już minie pierwszy
atak pikantności, wychodzi na jaw, że król jest nagi. Kolejny łyki to
potwierdzają – karmelowa woda z chilli i imbirem. Gdzieś jakieś echo, delikatny
posmak selera naciowego. Za słabo, żeby zainteresować, za słabo żeby zachwycić.
Co więcej, z każdym kolejnym łykiem coraz mniej chce się sięgać po następny.
Zdecydowanie coraz mniej. A podniebienie coraz bardziej szczypie. Ej, nie tak
miało być, zupełnie nie tak.
Kategoria: JAKOŚ JE
ZMĘCZĘ
No i już, wypite. Trudno nie odnieść wrażenia, że piwowarzy
w Eden Mill ciągle poszukują. Pite kilka dni wcześniej inne ich piwo, Weize Guy
(rotweizen), ocierało się o zlew. Dzisiejszy porter zdecydowanie nie zachwycił.
Z kolei, te dwa piwa leżakowane w beczkach po whisky i po burbonie rewelacyjnie
dały radę, choć pewno nie zachwyciłyby entuzjastów piwnej rewolucji. Cóż,
trzeba będzie się poprzyglądać przy okazji następnych wizyt w najpiękniejszym
kraju świata.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz