Pokazywanie postów oznaczonych etykietą browar na jurze. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą browar na jurze. Pokaż wszystkie posty

sobota, 31 grudnia 2016

Owocowe zakwasy



606. Maja (Browar Olimp) 4,9%
607. Malinowy Beret (Browar na Jurze) 3%
608. Różowa Pantera (Browar na Jurze) 5%
609. Fruit Wheat Cieszyński (Browar Zamkowy Cieszyn) 5,5%

Już tyle czasu minęło od letniego sezonu na owoce, tak bardzo doskwierają syntetyczne witaminy  do organizmu wprowadzane, że człowiekowi ckni się do tych krzaków obwieszonych świeżymi malinami, truskawkami, jagodami. A w sklepach jedynie sztucznie pędzone, z dalekich krajów sprowadzane, niesmaczne, drogie… Czas pocieszenia w piwie poszukać. Coby w nowy rok wejść z optymizmem na obliczu wymalowanym. A że człowiek na co dzień skwaszony chodzi, ideałem byłyby owoce na kwaśno w celu uniknięcia szoku witaminowo-fruktozowego. Takich właśnie piw szukaliśmy na półkach zaprzyjaźnionego sklepu Po Robocie. I takie właśnie postawiliśmy przed sobą na stole w przedostatni wieczór tego roku. No bo w Sylwestra to raczej wino i szampan. A właściwie cava. Czyli stoutowo raczej.

Pomysł na szukanie owoców w piwie poparł Browar Zamkowy Cieszyn, który uwarzył niedawno nowego Grand Championa Konkursu Piwowarów Domowych, a mianowicie Fruit Wheat Cieszyński – piwo ze sporą dozą pszenicy w zasypie i toną liofilizowanych truskawek na litr brzeczki. A może te proporcje były jednak trochę inne? Nieważne. Fruit Wheat znalazło się u nas na stole i tyle. AS przygnała je tu nasza ciekawość – ubiegłoroczny Grand Champion dał się lubić, choć reprezentował mało przez nas lubiany gatunek, czemu więc tegoroczny miałby być gorszy? Tym bardziej, że naczytaliśmy się w Internetach (a nawet nasłuchaliśmy) jaki to on słaby, jaki nierewelacyjny, jaki on tylko co najwyżej „OK”. A jeśli brać hopheadzka tak pisze/mówi, to znaczy, że piwo jest albo zupełnie do bani, albo jest całkiem niezłe.

Do towarzystwa dobraliśmy temu czempionowi dwa piwa z Browaru na Jurze – Malinowy Beret i Różową Panterę. Po pierwsze dlatego, że Browar na Jurze awansował ostatnio do grona naszych ulubionych (i chyba nawet przyjdzie niedługo czas, by dać drugą szansę tak bardzo zjechanej przez nas niegdyś Ju-Rajskiej Pomarańczy!), a smakowane niedawno Jurajskie Świąteczne przyprawiło nas o spazmy rozkoszy. A że akurat w ofercie były dwa owocowe piwa stamtąd, trudno o lepszą okazję by się przekonać co oni mają do powiedzenia w tym temacie.

Na koniec do zestawu doszlusowaliśmy Maję z Browaru Olimp, Sour Pale Ale z marakują. Ta marakuja trochę słabo pasuje nam do idei powrotu do letnich, rodzimych owoców, ale co tam, sztuka jest sztuka. Jest kwas, są owoce – mieści się w szerokich ramach konwencji dzisiejszego wieczoru, wszak dodatkowo amerykańskie chmiele owoców tam powinny dorzucić sporo, a że jest kwas i są owoce, to już powinno wystarczyć za kwalifikację do dzisiejszej stawki. No i sporo dobrego o Browarze Olimp słyszeliśmy, a chyba nie było dotąd okazji, by się z nim bliżej zapoznać. Chyba nie było. Chyba…

Podsumowując, mamy dziś na stole (1) Maję, piwo z Browaru Olimp, określające się na etykiecie jako Sour Pale Ale, warzone z dodatkiem marakui, chmielone Citrą, Magnatem, Cascade i Oktawią; (2) Malinowy Beret z Browaru na Jurze, piwo górnej fermentacji, zakwaszone bakteriami fermentacji mlekowej, warzone z udziałem świeżego rabarbaru, z dodatkiem soku z malin, chmielone Marynką, Hallertauer Tradition i Amarillo; (3) Różową Panterę z Browaru na Jurze, z dodatkiem soku z różowych grapefruitów i świeżego rozmarynu, chmielone amerykańskimi Columbus, Citrą, Cascade i Mosaic; oraz (4) Fruit Wheat Cieszyński, piwo górnej fermentacji, z dodatkiem liofilizowanych truskawek, chmielone chmielem Kazbek, zwycięzcę Konkursu Piwowarów Domowych 2016.

Ogromny plus dla Browaru na Jurze za niesranie się z informacjami o zawartości ekstraktu, gatunku piwa, czy poziomie IBU. Zawsze twierdziłem, że to nikomu niepotrzebne. Dobre piwo obroni się samo, kiepskiemu nie pomoże cała litania informacji na etykiecie. Tak trzymać. Oby tylko piwa były dobre, cholera.

Tak czy owak, siadamy do ostatniej – teraz już na pewno – sesji piwnej w tym roku, zdejmujemy kapsle, lejemy w szklanki, lejemy w pysk…

Już podczas nalewania do szklanek widać, że mamy dziś do czynienia z dziwolągami. Malinowy Beret jest… malinowy. W barwie, znaczy. Piana na nim słaba i nietrwała, dość szybko redukuje się do zera. Piana na Różowej Panterze też pożal się Boże. Fruit Wheat też jakieś różowe. Z wyglądu piwo najbardziej przypomina jedynie Maja – żadnych udziwnień, tylko nieco mętne, ciemnosłomkowe piwo.

Maja Sour Pale Ale (12 Blg, IBU 30, pasteryzowane, niefiltrowane, warzone w Browarze Bytów) – na pierwszy rzut nosa, wyraźnie czuć amerykańskie chmielenie, a więc owoce tropikalne, żywica, jest trochę agrestu, są też akcenty grzybów leśnych. I całe mnóstwo farby emulsyjnej. Wśród wspomnianych owoców tropikalnych jest też obiecywana na etykiecie marakuja, ale nie ma jej tu jakoś wyraźnie więcej niż w piwach chmielonych po amerykańsku, a warzonych bez dodatku owoców. Jakaś ściema, panie… Po raz kolejny mamy do czynienia z piwem, o którym trudno powiedzieć cokolwiek na podstawie aromatu. Może być dobrze, może być słabo. Zobaczymy, jak już sobie w gardła wlejemy. A więc wlewamy.
Smak jest trochę za bardzo wodnisty, za lekki. Zero ciała. A doznania smakowe? Człowiek ma wrażenie, że pije farbę emulsyjną z wiaderka. Bo się zapomniał podczas remontu i sięgnął nie po to naczynie. Jest tam odrobina sosnowości, żywicy, odrobina ziołowości. I jest trochę wody, w której moczono suszone grzyby przed wigilijnym kucharzeniem. Ani śladu owoców. Kolejne łyki, kolejne szanse. I kolejne fale farby emulsyjnej wlewanej do gardła. Ktoś przy stole (nie ja, a jest nas dwoje) powiedział, „to zwyczajnie jebie remontem”. Nie, zarzucamy wszelkie próby zrozumienia co artysta chciał przez to piwo powiedzieć. Wylewamy.
Kategoria: DO ZLEWU

Malinowy Beret (pasteryzowane, niefiltrowane) – w aromacie wyraźne maliny, a właściwie syrop malinowy, poza tym nieco mniej wyraźny, ale zdecydowanie obecny rabarbar. Tradycyjna oranżada. Czarna herbata z sokiem malinowym. Echo czarnych jagód. I tyle. Nie pachnie to na pewno jak piwo i właściwie piwa – jak dotąd – nie przypomina.
Smak jest malinowy, bardzo wyraźnie malinowy. I kwaśny. Kwaśny sokiem rabarbarowym głównie. I jakoś tak sympatycznie połączona jest ta malina i ten kwas. Są tam jeszcze jagody i białe porzeczki, również pięknie wkomponowane w całość. Pyszne, bardzo ciekawe piwo. Świetnie skomponowane smaki, które działają jak wehikuł czasu w płynie – pozwalają przenieść się choć na chwilę do smaków dzieciństwa, do wakacji u babci, gdzie się sporządzało sok malinowy, gdzie gryzło się zamoczony w cukrze rabarbar. I zaczynam się bać, że te sentymenty biorą górę nad wrażeniami stricte smakowymi. Tak czy inaczej, piwo doskonałe, tego nie można mu odmówić.
Kategoria: JESZCZE RAZ TO SAMO

Różowa Pantera (pasteryzowane, niefiltrowane) – w aromacie przyjemna, wyrazista sosna, bardzo wyraźny rozmaryn, grapferuit (sok, miąższ, nie skórka), trochę żywicy, w sumie powiew z lasu po selektywnej wycince – bo jest tu i igliwie i żywica. Plus cytryna i pomarańcza. Bardzo wyrazisty, przyjemny aromat.
Smak… Nalałem sobie w gębę, ustawiłem palce nad klawiszami, by pisać… I nie chce mi się. Sięgam po kolejny łyk. Co za piwo… Najpierw atak przebogatej słodyczy owoców egzotycznych, po chwili do głosu dochodzi rozmaryn i rozgania nieco tę słodycz. A już po kolejnej chwili z obydwu flanek atakuje grapefruit ze swoją delikatną goryczką i kwaskowością. I nie ma śladu po tej początkowej słodyczy. Dawno nie miałem w ustach piwa, które by tak doskonale, klasycznie wręcz pokazywało co można zrobić na podniebieniu odpowiednio ustawiając smakowych żołnierzy, gdzie w ustach dzieje się ewolucja trwająca dobrych kilkanaście sekund. A może dłużej. A potem zostaje już tylko posmak słodkiego grapefruita i odrobina ziołowości. Coś pięknego! Padł dzisiaj przy stole zarezerwowany dla zjawisk nadprzyrodzonych okrzyk „O k**wa, jakie piwo!” I to nie z ust faceta, jeśli to może o czymś świadczyć.
Kategoria: CUD, MIÓD, MALINA

Fruit Wheat Cieszyński (12,5 Blg, pasteryzowane, niefiltrowane) – w aromacie wyraźnie czuje się tu truskawki, i to fajnie się je czuje. Nie jest to aromat syntetyczny, bardziej jak truskawki z kompotu, z lekkim poziomkowym zacięciem. Poza tym, odrobina kolendry, nieco pszenicy, nutka sernika na zimno, odrobina drożdży. Czyli w sumie żadnego zaskoczenia. Całość przyjemnie lekka i zgrabnie skomponowana.
Smak lekki, wyraźnie truskawkowy, wyraźnie kwaskowy. Truskawki w smaku również wpadają w lekki odcień poziomkowy. Odrobina melona i niedojrzałych bananów. Może troszeczkę za bardzo wysycone, ale pije się je przyjemnie. Niewielką różnorodność, rozpiętość, jeśli chodzi o akcenty smakowe nadrabia szlachetną elegancją, wyrazistością. Szkoda, że smakowane w zimie, bo to piwo zdecydowanie nie na tę porę roku. Aż się prosi na letnie upały, wówczas robiłoby naprawdę dobrze. Tak czy owak, świetne piwo, choć zdecydowanie nie zachwyci zwolenników mocnego uderzenia w kubki smakowe.
Kategoria: JESZCZE RAZ TO SAMO

Czas by to podsumować, ustawić w jakiejś kolejności zachwytu – bo tak na to dzisiaj trzeba patrzeć. Podchodziliśmy do dzisiejszych piwek z dużą dozą sceptycyzmu. Teraz (tekst ten powstaje na żywo, jak w zdecydowanej większości przypadków) odbywa się dość ożywiona dyskusja na temat dzisiejszego rankingu. Co do pierwszego miejsca nie ma najmniejszych wątpliwości. Nie ma wątpliwości które piwo dzisiaj przegrywa z kretesem. Problemem okazuje się miejsce drugie i trzecie. Piękniejsza połowa naszego duetu rozpływa się w zachwytach nad Malinowym Beretem, ja z kolei uważam, że drugie miejsce należy się Fruit Wheat z Cieszyna. Ostatecznie nam tutaj o piwo chodzi, a Fruit Wheat jest zdecydowanie bliżej tego zjawiska. Jest bardziej złożone, bardziej szlachetne i eleganckie. Przyjdzie nam podpisać protokół rozbieżności.

Mój ranking wygląda dziś tak:

1. Różowa Pantera
2. Fruit Wheat
3. Malinowy Beret
4. Maja

Niewiasta jednak na drugim miejscu stawia Malinowy Beret, spychając Grand Championa na pozycję trzecią. Niech więc tak będzie. U niej niech tak będzie.

Składaliśmy już noworoczne życzenia przy okazji poprzedniego wpisu, prawda? Składamy je raz jeszcze. Niech się nam w tym Nowym 2017 Roku piwkuje jak najmilej! A i inne radości niech z drogi nam wszystkim nie schodzą. Do siego!


Wszystkie smakowane dzisiaj piwa kupione zostały w sklepie Po Robocie, ul. Westerplatte 9, Świdnica.

czwartek, 29 grudnia 2016

Świątecznie (i to nie jest nasze ostatnie słowo!)



600. Jurajskie Świąteczne (Browar na Jurze) 5,6%
601. Miedzianka Świąteczne (Browar Miedzianka) 5,5%
602. Kormoran Świąteczne (Browar Kormoran) 6,1%

Na początek wyjaśnienie – na zdjęciu jest sześć butelek, a na stole znalazły się tylko trzy. Te sześć to był pierwotny plan, który najpewniej skończyłby się uwaleniem okołoświątecznym i bólem głowy na drugi dzień, więc plan uległ dobrej zmianie już po wykonaniu zdjęć, na ćwierć sekundy przed uruchomieniem otwieracza do butelek. Postanowiliśmy jednak ograniczyć się tylko i wyłącznie do typowo świątecznych piw – ciemnych z przyprawami – a pozostałe piwowarskie wynalazki uwarzone przy okazji Świąt odstawić na później. I dobrze się stało, bo do odłożonej trójki dołączyło jeszcze jedno i wkrótce usiądziemy do zestawu „Święta niejedno mają imię”. Troska o skutki dnia poprzedniego była tym bardziej uzasadniona, że opisywany wieczór miał miejsce jeszcze przed Świętami, a w tym okresie każdy skrawek trzeźwej świadomości niezbędny jest do bezbolesnego wykonania wszystkich przygotowań – przecież nie można narazić palców ręki trzymającej żywego karpia na uderzenie młotkiem podczas uśmiercania trzymanego. Wszak tradycji stać się musi zadość i basta!

Tymczasem na stole trzy piwka, po których obiecujemy sobie nieco. Co prawda, Jurajskie Świąteczne już występowało u nas na stole rok temu i wielkiego wrażenia nie zrobiło, ale mamy tu obok niego przecież piwa z Kormorana i Miedzianki, więc nie może być źle. A kto wie, może i w Browarze na Jurze ulepszyli nieco ubiegłoroczną recepturę? Sprawdźmy czem prędzej, jak śpiewają po kościołach słuchu nie mający.

Wszystkie trzy piwa są czarne, nieprzejrzyste. Piana najsłabsza pojawiła się na Miedziance, praktycznie po chwili zredukowała się do zera. Najlepiej wyglądało to na Kormoranie – beżowa, obfita i trwała piana, utrzymała się przez większość wieczoru. Jurajskie też dało radę w tej kategorii.

Miedzianka Świąteczne (13,4 Blg) – w aromacie pomarańcze, goździki, rodzynki, cynamon, wanilia, pod spodem przez chwilę czaił się jakiś zgniłek, ale dość szybko się ulotnił, pozostawiając aromaty czekolady, piernika i lekko palonego słodu. Poza wszystkimi innymi, wymienionymi na początku aromatami. Przyjemny, zachęcający aromat. Dość przewidywalny, jak na świąteczne piwo, ale to wcale nie musi być zarzut. Po paru chwilach, po lekkim ogrzaniu pojawia się akcent coli i ananasa.
Smak… rozczarowuje. Zdecydowanie brakuje mu ciała, a do tego jest cierpkie, kwaskowate. Sprawia wrażenie niedosłodzonego kompotu z suszu owocowego. Jest tu suszona śliwka, suszone jabłko, gałka muszkatołowa, ziele angielskie, imbir, pieprz. Kwaskowatość zaczyna dokuczać, przeszkadzać już po drugim łyku. Szkoda, bo aromat obiecywał. Pijemy je jeszcze raz, już po zachwytach nad pozostałą dwójką – i dalej jest niefajnie. Piwo nie jest bardzo złe, akurat trafiło na mocną konkurencję, ale coś w nim jest nie tak – za mało ciała, za dużo wody, no i na koniec, w finiszu kwaśne winogrona i jakiś bardzo niefajny ziołowy akcent goryczkowy.
Kategoria: JAKOŚ JE ZMĘCZĘ

Jurajskie Świąteczne (16,5 Blg, uwarzone z dodatkiem chili, kakao i miodu gryczanego) – w aromacie absolutna kakaowa słodycz - ciasto typu „murzynek”, polewa czekoladowa na cieście, wafelki kakaowe, kogel-mogel z kakao, tłusty, oleisty makowiec, odrobina chili. Przepyszny aromat, obiecujący wiele po smaku.
Smak jest przyjemnie pełny, słodki, kakaowo-czekoladowy. Słodycz ta jednak natychmiast skontrowana jest korzennością, po czym pojawia się bardzo wyrazista pikantność chilli. Ta jednak nie dominuje i nie zalega, tylko pojawia się na moment, by zgasić zbytnią słodycz i wygasa. Są tu też akcenty orzechów włoskich, jest kogel-mogel. Po paru chwilach wychodzi też słód, zbożowość. Bardzo fajne piwko, rewelacja w tej świątecznej koncepcji. No i zdecydowanie tak – na Jurze pokombinowali coś z recepturą w stosunku do ubiegłorocznego piwa. I dobrze, że pokombinowali.
Kategoria: JESZCZE RAZ TO SAMO (na granicy miódu-cudu i maliny, jak twierdzi najlepsza ze znanych mi piwoszek, siedząca tuż obok)

Kormoran Świąteczne (16,5 Blg) – w porównaniu do dzisiejszych konkurentów, pachnie bardzo wytrawnie. Jest tam sporo pieczonych jabłek z cynamonem, pojawiają się przyprawy korzenne, imbir, ziele angielskie. Aromat intrygujący, zdecydowanie nie tak „ciepluchowaty”, jak u poprzedników.
Smak… Tutaj znajdujemy rozbieżności w ocenie. Moim zdaniem, jest rewelacyjnie. Jest to smak tradycyjnego, delikatnie słodkiego piernika, polanego delikatną warstwą białego lukru. Jest korzennie, jest akcent coli, jest akcent suszonej żurawiny, jest kumkwatowa słodyczo-goryczka, jest fajnie. Współdegustatorka jest mniej entuzjastyczna wobec tego, co atakuje jej podniebienie. Nie będę się przecież kłócił. Komputer, na którym spisywane są te wrażenia, stoi ekranem do mnie, więc to ja rozdaję tu karty. Po jakiejś chwili, gdy piwo zdążyło podskoczyć o ten celsjusz lub dwa, pojawiają się delikatne akcenty ogórków konserwowych, ale i one – o dziwo – świetnie współgrają z całą resztą.
Kategoria: JESZCZE RAZ TO SAMO

No i poległa taką sympatią przez nas darzona Miedzianka! O ile moglibyśmy się kłócić o to, które piwo dzisiaj wygrywa, i pewno będziemy (piszę to zanim ustaliliśmy dzisiejszy ranking), o tyle wiadomo na pewno – nie będziemy kłócić się o miejsce Miedzianki. A szkoda, bo to browar, który nie zawodzi, do którego mamy spory sentyment. Zresztą, kto był w Rudawach Janowickich i odwiedził Miedziankę, z pewnością ma podobny do nich stosunek. Przepiękne góry, klimat nie do podrobienia. I takie jakieś gorące prądy, pozytywna energia bijąca z ludzi w Miedziance. Byłem tam kilka razy, nigdy się nie zawiodłem. Tym bardziej szkoda, że dzisiaj nie poszło. A co do pierwszego i drugiego miejsca, - korzystając z tego, że nikt nie widzi co tu piszę – przyznam się, że i ja mam z tym kłopot. Choć w realu, poza komputerem, będę się spierał w zaparte. I Kormoran i Jura zaproponowały naprawdę świetne świąteczniaki. Zupełnie inne w charakterze, stąd być może rozbieżność opinii, ale obydwa rewelacyjne.

Posmakowali, pocmokali, pomlaskali, czas ustalić dzisiejszy ranking. W tajemnicy powiem tylko, że najlepsza z żon w tzw. międzyczasie, kiedy ja tu klepałem w klawisze, esemesowała do Jarka z Po Robocie, żeby jej odłożył kilka butelek Jurajskiego Świątecznego. Niestety, nie ma, skończyło się. Co i ja ze smutkiem odnotowuję, bo… dzisiejszy ranking jest jednogłośny…

Ta-da!...

1. Jurajskie Świąteczne
2. Kormoran Świąteczne
3. Miedzianka Świąteczne

I konflikt w rodzinie zażegnany. Jeszcze tylko o 500+ musimy się postarać. Przynajmniej na piwo będzie.

Aha, z tym karpiem tam na początku to tylko taki niewybredny żart – nie kupujemy żywego karpia, nie znęcamy się nad żywymi stworzeniami. A w tym roku to nawet karpia w ogóle nie było u nas na stole wigilijnym. Karpia, kupionego w prawdziwym sklepie rybnym, zjedliśmy kilka dni przed Świętami. I nie będziemy się z tego tłumaczyć. Taka innowacja.

A ktoś zauważył, że w siódmą setkę wkroczyliśmy niniejszym?


sobota, 20 sierpnia 2016

Bez etykiety



526. Noteckie Pils (Browar Czarnków) 4,2%
527. Zwierzyniec Pils (Browar w Zwierzyńcu) 6%
528. 100 Love Jasne Pełne (Browar Kamienica) 4%
529. Szyszak (Browar Rzemieślniczy Jan Olbracht) 5%
530. Jurajskie Pils (Browar na Jurze) 3,8%

[tekst powstał 12 czerwca i dopiero dziś doczekał się obróbki i publikacji]

Dzisiaj wzięło nas na lagery. A właściwie to zrobiło się tak, że wpadło nam w ręce kilka piw sprzedawanych w schronisku na Szczelińcu Wielkim (Góry Stołowe), w tym 100 Love Jasne Pełne. Co prawda, w gołych butelkach, bo im etykiety „wyszły”, ale jakie to ma znaczenie? Nie można było go wypić ot tak, trzeba było dobrać mu towarzystwo. A spieszyć się było trzeba, bo piwo niefiltrowane, niepasteryzowane, więc długo nie poczeka. Stąd szybki wyskok na zakupy – i znalazło się jeszcze kilka lagerów. W tym pewne zaskoczenie – piwo Szyszak z Browaru Jan Olbracht. Jakoś z innymi piwami kojarzymy Jana Olbrachta. A tu jeszcze 10,5 Blg, z którego wyciągnięto aż 5% alkoholu. Ciekawe, ciekawe…

Bez większej zwłoki lejemy, wąchamy i próbujemy. Bo nie wolno wszak pozwolić, by lagery nam się zbytnio ogrzały. Najpierw jednak nalewamy i patrzymy co zrobi piana. A piana robi różne rzeczy. Ta na Jurajskim to jakiś żart – jak na coca-coli, najpierw burzliwie się pojawia, po czym zanika niemal bez śladu. Pozostałe pokrywają się przyjemną, co najmniej poprawną pianą. W przypadku Szyszaka i Noteckiego można mówić o wzorcowym wręcz lacingu. Szyszak i 100 Love są ewidentnie niefiltrowane.

Noteckie Pils (11,5 Blg) – w aromacie przede wszystkim zboże i odrobina chmielu, nutki orzechowe, jakieś echo cytryny. Grzeczny, lagerowy aromat bez udziwnień . W smaku lekkie, wręcz ocierające się o wodnistość, wyraźnie słodowe, lekkie akcenty miodu, pieczone jabłka, akcent cytryny. Odrobina orzechów laskowych. Delikatna goryczka dokładnie tam, gdzie jej miejsce. Bardzo przyjemne, lekkie, orzeźwiające piwo.
Ocena: JESZCZE RAZ TO SAMO

Zwierzyniec (13 Blg, pasteryzowane) – oprócz obowiązkowych aromatów zboża i bardzo delikatnego chmielu, akcenty starych, zapoconych i zaszczanych portek chłopa w kolejce po piwo w wiejskim sklepie w lecie. Plus nutka przypalonego słonecznika. Smak stosunkowo pełny – jak na lager – ale płaski, jednowymiarowy. Słód, goryczka chmielowa – i tyle. Lekka, mało przyjemna kwaskowość. Piwo, po które nie stanę w kolejce, nawet jeśli będą lali za darmo.
Ocena: JAKOŚ JE ZMĘCZĘ

100 Love (10,3 Blg, niepasteryzowane, niefiltrowane) – bardzo rześki aromat lekkiego zboża, stosunkowo sporo chmielu, odrobina lekkich, nieco cierpkich akcentów owocowych – kwaśne jabłko, żółta porzeczka. Smak jest bardzo lekki, stanowczo za lekki. Początkowe wrażenia to jakby się piło niecałkiem czystą wodę z potoku. Po chwili pojawiają się nutki słodowe, trochę owoców (jabłko papierówka), po czym buduje się chmielowość, przypominająca nieco gorycz skórki migdałów. Wszystkiego tego jednak za mało, by zniwelować wrażenie pustki smakowej, która trwa większość czasu, jaki piwo spędza w ustach.
Ocena: JAKOŚ JE ZMĘCZĘ

Szyszak (10,5 Blg, pasteryzowane, niefiltrowane) – pełny, ciężki aromat, a w nim akcenty miodowe, karmelowe, bardzo wyraźny słód, białe morwy. Bardzo obiecujący aromat. Smak jest pełny, owocowy – głównie jabłkowy – i słodowy. Akcenty miodowe, toffi, gorzkiej czekolady. Chmiel rozbudowuje się stopniowo, przyjemnie kontruje słodycz.
Ocena: JESZCZE RAZ TO SAMO

Jurajskie Pils (9 Blg, pasteryzowane) – w aromacie, na solidnej słodowej bazie, akcenty jarzębiny, dzikiej róży, prażonego słonecznika, wysezonowane drewno owocowe. W smaku jest bardzo łagodne, gładkie, złożone. Akcenty owocowe – coś jakby marmolada wieloowocowa, nutki malinowe, jarzębinowe, znowu dzika róża. Być może trochę za mało chmielu, który przystopowałby słodycz, ale piwo jest bardzo przyjemne, smaczne, aż prosi się by po nie sięgnąć znowu.
Ocena: JESZCZE RAZ TO SAMO

No i po co nam było to 100 Love, czy ten Zwierzyniec? Tylko się człowiek zniesmaczył. Szyszak zaskoczył pozytywnie, Noteckie i Jurajskie – ot, lagery. No właśnie, przy okazji lagerów wychodzi słabość naszej skali ocen. Nie piłem jeszcze lagera, który wszedłby w kategorię najwyższą, a i trudno sobie wyobrazić lager, który aż trzeba byłoby do zlewu wylewać. Cóż, takie już są i trudno.

Ranking dzisiaj nie był jednogłośny, choć generalnie się zgadzamy w wielu punktach. U mnei wygląda on następująco:

1. Szyszak
2. Jurajskie
3. Noteckie
4. 100 Love
5. Zwierzyniec

Najlepsza ze współdegustatorek twierdzi, że u niej Noteckie wygrywa z Jurajskim (zamieniają się miejscami w stosunku do mojego rankingu), a poza tym, jest git. No i git. 

środa, 27 lipca 2016

Pszeniczne variete



495. Franziskaner Weissbier Dunkel (Spaten-Franziskaner-Brau) 5%
496. Salamander Wheat Porter (Browar Stu Mostów) 4,8%
497. Hoegaarden Rosée (inBev Belgium) 3%
498. Po Godzinach Apple Wheat (Browar Fortuna) 5%
499. Ju-Rajska Pomarańcza (Browar na Jurze) 4,7%

Zebrało się nam kilka piwek pszenicznych. Ale nie takich zwykłych weizenów czy witbierów, ale takich… no takich różnych wynalazków raczej mniej standardowych. Zebrało się ich kilka, specjalnej kategorii dla żadnego nie ma, spróbujmy więc jedno obok drugiego i zobaczmy co można wyczarować z pszenicy dorzucając do niej to i owo.

Najbardziej standardowym piwem, jakie mamy dzisiaj w zestawie jest Franziskaner Weissenbier Dunkel. Akurat tego jeszcze nie braliśmy na tapetę, czemu więc nie tym razem? Obok stoi Salamander Wheat Porter z wrocławskiego Browaru Stu Mostów. Porter z pszenicy? Podane na etykiecie parametry wskazują, że nie powinno być źle. Co prawda, ani słowa na temat użytego chmielu, ale też nigdzie ani słowa o Ameryce, zacieramy więc ręce z radości. Kolejna buteleczka (dosłownie – tylko 250 ml) to Hoegaarden Rosée, klasyczne belgijskie piwo pszeniczne z dodatkiem malin (6%). Zawiera też cukier i substancję słodzącą, jak informuje etykieta. Cóż, klasyczne Hoegaarden zwykle wymiata konkurencję, zobaczymy na ile poprawiło się dzięki tym dodatkom. Obok stoi butelka kolejnego wcielenia serii Po Godzinach z Browaru Amber, którego nikomu przedstawiać nie trzeba, a mianowicie Apple Wheat, piwo uwarzone z dodatkiem soku jabłkowego. Co ciekawe, o ile podstawowa oferta browaru stawia wszelkiej konkurencji poprzeczkę bardzo wysoko, o tyle już mniej optymistycznie bywa w przypadku serii Po Godzinach. Tymczasem to pszeniczno-jabłkowe, które dzisiaj stoi przed nami, już się nam o podniebienie obiło parę razy – i naprawdę robi robotę. I to w jakim stylu! Absolutnie najlepsze Po Godzinach, jakie się browarowi dotąd przydarzyło. Mamy tylko nadzieję, że kolejne będą jeszcze lepsze. Na koniec, Ju-Rajska Pomarańcza z Browaru na Jurze, którą niemal kupiłem będąc kilka miesięcy temu na Jurze, ale jakimś cudem mi umknęło. Co przypomina mi, że gdzieś w kolejce czeka wpis z piwkami właśnie stamtąd przywiezionymi, ale ciągle nie ma czasu, ciągle nie ma czasu… Tak czy inaczej, Ju-Rajska Pomarańcza informuje z etykiety, że jest piwem pszenicznym, oraz że do jego produkcji użyto skórki świeżej pomarańczy, naturalnego miodu (3%) oraz syropu malinowego (7,5%). A chmielono całość Marynką, Citrą i Amarillo. Zaczynam drżeć z ekscytacji. Aha, etykieta Ju-Rajskiej Pomarańczy milczy na temat zawartości ekstraktu.

Zobaczmy, nalejmy, spróbujmy. Piany niemal nie ma na Ju-Rajskiej Pomarańczy, słabo jest również  na Hoegaarden. Najlepsza, najbardziej obfita, trwała i pozostawiająca lacing jest piana na Apple Wheat . Kolory – najjaśniejsze jest Apple Wheat (klasyczny, słomkowy i mętny weizen ), Ju-Rajska Pomarańcza ma odcień pomarańczowo-czerwony, Hoegaarden jest również czerwone, ale raczej w stronę różu, Franziskaner ciemnobrązowe, a Salamander niemal czarne, nieprzejrzyste. Wąchamy, pijemy, smakujemy.

Franziskaner Weissbier Dunkel (11,8 Blg, pasteryzowane, niefiltrowane) pachnie jak klasyczny weizen, czyli pszenica, banany, odrobina toffi, drożdże, cytrusy, goździki. W smaku bardzo fajne pszeniczne piwo plus lekko palone, jednak delikatne akcenty. Są tu banany, są drożdże, jest akcent palonego zboża, odrobina gorzkiej czekolady. Wszystko bardzo ładnie poukładane, świetnie skomponowane. Chce się jeszcze.

Salamander Wheat Porter (13 Blg, IBU 20, niepasteryzowane, niefiltrowane) – bardzo wytrawny aromat, a w nim kawa, gorzka czekolada, palone zboże, ananasy, kandyzowane owoce egzotyczne. W smaku znowu fajnie – jest bardzo sympatyczna, nieprzesadzona paloność, odrobina gorzkiej czekolady, kakao. Po chwili pojawia się pewna kremowość. Bardzo to wszystko harmonijnie zgrane, bardzo sympatyczne. Piwo, które zachowuje wszelkie proporcje, może stanowić wzorzec wyważenia akcentów, które tak łatwo przeładować w którąś ze stron.

Hoegaarden Rosée (pasteryzowane, niefiltrowane, z dodatkiem 6% malin) – w aromacie wyraźne maliny, ale też czerwone porzeczki, truskawki, sok wiśniowy. Owoce zdominowały wszelkie charakterystyczne dla pszenicznego piwa akcenty. Ciekawa historia. W smaku jest bardzo ciekawie – lekka kwaskowość, a może nawet delikatna owocowa cierpkość, przy mnóstwie owocowej słodyczy, gdzieś tylko w tle jakieś pszeniczne akcenty. Raczej wysoko wysycone. W sumie niezłe, ale jakoś dziwnie przywodzi na myśl skojarzenia z wodą z saturatora z sokiem malinowym – jeśli ktoś coś takiego jeszcze pamięta. Fajnie skomponowane, jednak dość płaskie i mało wyraziste. Na koniec pozostawia rosnącą cierpkość na podniebieniu przy zalegającej ciężkiej słodyczy. Rozczarowanie pierwsze dzisiejszego wieczoru.

Po Godzinach Apple Wheat (12,1 Blg, pasteryzowane, niefiltrowane, z dodatkiem tłoczonego soku jabłkowego) – przepiękny aromat piwa pszenicznego – pełny, aż gęsty. Oprócz tradycyjnych bananowo-drożdżowo-pszenicznych akcentów, świeżo zerwana bazylia, skoszony trawnik, papierówki, delikatna kwiatowość. Coś pięknego! Smak pełny, pszeniczny, bananowy, i tak dalej. Jednak wzbogacony o akcenty jabłkowe, takich fajnych, nie za cierpkich, nie za słodkich jabłek. I to jabłko tutaj robi robotę, cudownie wręcz wpasowuje się w profil smakowy pszenicy, dodaje mu kolejnego wymiaru. Rozkosz na podniebieniu, jedno z lepszych piw, jakie ostatnio trafiły mi w gardło.

Ju-Rajska Pomarańcza Piwo Pszeniczne (pasteryzowane, niefiltrowane, z wieloma dodatkami, patrz wyżej) – w aromacie wyraźne maliny, właściwie to landrynki malinowe, woda różana, syntetycznie dosmaczane galaretki w cukrze, bardzo rozwodniony sok malinowy. Lubczyk. Nie czuć w tym za bardzo piwa. Nie czuć też wspomnianego na etykiecie miodu. Nawet jeśli wiem, że tam powinien być i nozdrza wytężam, żeby go znaleźć. Smak… O Jezu, nie… Smakuje jakby ktoś opił się syropu malinowego, zwymiotował, a potem poprawił tanimi perfumami. Coś absolutnie obrzydliwego, nawet się nie chce dalej analizować. Boże drogi, że też za sprzedawanie czegoś takiego jako piwa nie wsadzają do paki! Jeszcze jeden łyk, tak dla pewności… I wylewamy do zlewu. Stanowczo!

Dzisiejszy ranking bardziej należy odczytywać w kategoriach „po które piwo chętniej bym sięgnął ponownie” niż „to jest lepsze od tamtego”, bo mamy do czynienia ze skrajnie różnymi stylami, których jedynym wspólnym mianownikiem jest pszenica. Jednak jeśli już ustawiamy je w jakimś rankingu, to najchętniej jeszcze raz sięgnę po…

1. Po Godzinach Apple Wheat
2. Salamander Wheat Porter
3. Franziskaner Weissbier Dunkel
4. Hoegaarden Rosée
5. Ju-Rajska Pomarańcza

Poprawka, jak będę sięgał po to ostatnie, niech mi ręka uschnie, cholera…

Najlepsza z piwnych współtowarzyszek natomiast twierdzi, że… zgadza się ze mną w całej rozciągłości. No, prawie. Jej zdaniem na drugim miejscu jest Franziskaner, a Salamander jest trzecie. I niech jej będzie, tym bardziej, że i ja zastanawiałem się któremu przyznać drugie, a któremu trzecie miejsce