Pokazywanie postów oznaczonych etykietą browar miedzianka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą browar miedzianka. Pokaż wszystkie posty

piątek, 13 stycznia 2017

Polska pszenica po belgijsku




----. Podróże Kormorana Witbier (Browar Kormoran) 4,6%
614. The Dancer (Brokreacja) 5,2%
615. Mniszek (Browar Miedzianka) 5%
616. Collector (Browar Raduga) 4,6%

Przyszedł czas, by zająć się piwami pszenicznymi w stylu belgijskim, popularnie zwanymi witbierami. Warzone są zwykle z dodatkiem kolendry, skórki pomarańczy, czasem skórki cytryny, czasem rumianku. A na pewno z wielkim zapałem piwowarów. A dlaczego przyszedł ten czas? Bo jak będziemy dłużej zwlekać, to nawet przejmujący ostatnio chłód piwnicy nie uchroni części naszych zapasów przed zepsuciem i marnacją, związanymi z upływem terminu ważności. I choć pora nie ta – witbiery najlepiej smakują aplikowane w czasie letnich upałów – to czas najwyższy.

Zestawiliśmy cztery witbiery, które wyszły spod sprawnych rąk naszych polskich piwowarów, stąd przypuszczenie wyrażone w nagłówku, że ta pszenica to jednak polska, a jedynie po belgijsku przyrządzona. Choć co do tego pewności mieć nie możemy, bo współcześnie dostępne formy transportu czynią wszelkie opcje możliwymi.

Zestaw zaczęliśmy układać od Mniszka, zakupionego w miejscu powstawania, w Browarze Miedzianka jakiś czas temu, kiedy to zupełnie niespodziewanie, podczas podróży do Jeleniej Góry odkryłem, że Miedziankę mam po drodze i grzechem byłoby nie wpaść po kilka flaszek. Mniszek – i to nie jeden – wysuszony został krótko po powrocie z podróży. I sprawił ogromną frajdę. Do Mniszka dość szybko doszlusował Collector z Browaru Raduga. A to dlatego, że Raduga jakoś nam za bardzo nie podpadła, że ichnie piwa generalnie mają spory sens, wreszcie dlatego, że bardzo nam się podoba pomysł nadawania piwom nazw od tytułów starych, klasycznych dzieł filmowych. Z niecierpliwością czekamy na The Wicker Man. I wypijemy go, choćby był to przebrzydły RIS, leżakowany w beczkach po kiszonej kapuście. Podczas jakiś zakupów wpadliśmy w Tesco na The Dancer z Brokreacji. I znowu – Brokreacja zwykle sprawia radochę swoimi piwami, a ponadto te etykiety. Naprawdę fajne, nietuzinkowe, stosowane konsekwentnie. Nawet już Brokreacji wybaczamy te angielskie nazwy. Trudno, chcą być światowi – niech będą. Na koniec, do stawki dorzuciliśmy Podróże Kormorana Witbier. Z Browaru Kormoran, ma się rozumieć. Co prawda, już je piliśmy, już o nim pisaliśmy, ale w świetle tego, że – zgodnie z tym, co pisałem już co najmniej rok temu – właśnie browary regionalne, takie jak Kormoran, udowadniają, że potrafią konsekwentnie wypuszczać na rynek coraz to lepsze piwa, że nie cudują, nie wydziwiają, tylko doskonalą warsztat, w świetle tego wszystkiego chcieliśmy spróbować jak idzie Kormoranowi w sprawie witbierów. Dawno nie zaglądaliśmy do kormoranowych Podróży, więc czemu nie teraz? OK, zobaczmy jak poszło. Nalewamy.

Wszystkie piwa mają mniej więcej tę samą barwę, wszystkie mniej więcej tak samo się zmętniły (czyli nie bardzo, lecz wystarczająco, by nie czytać informacji na etykiecie o ewentualnej filtracji), wszystkie pokryły się przyzwoitą, drobnopęcherzykową, białą pianą. Najszybciej zredukowała się ona na Collector, mniej szybko, ale jednak zauważalnie, na Mniszku. Na The Dancer i Kormoranie utrzymała się najdłużej, w postaci niezbyt grubej, ale jednolitej, nieposzarpanej warstwy.

Podróże Kormorana Witbier (12,5 Blg, niefiltrowane, pasteryzowane) – w aromacie wyraźna skórka pomarańczy, brzoskwiniowa ice tea, sporo kolendry, pszenica. Ładnie ułożony aromat, ale może odrobinę zbytnio zdominowany przez kolendrę. Tak czy owak, pachnie przyjemnie. Po jakimś czasie kolendra się ugrzecznia, przestaje dominować, przeszkadzać. Robi się bardzo apetycznie w aromacie. Zobaczmy co w smaku.
Smak jest bardzo lekki, wyraźnie pszeniczny z bardzo harmonijnie dobranymi akcentami ziołowymi, głównie kolendrą. Swoje robią też akcenty skórek cytrusowych, przebija się też ten akcent brzoskwiniowy z aromatu. Pojawia się też akcent gruszkowy i waniliowy. Ewoluuje na podniebieniu, zdecydowanie nie jest nudne. Goryczka jest w sam raz, nieprzesadzona, właściwie dobrana. Bardzo sympatyczne, grzeczne piwo. Tyle że nie na tę porę roku. Orzeźwiające, w sam raz na letnie upały, a nie na sroga zimę.
Kategoria: JESZCZE RAZ TO SAMO

The Dancer Witbier (13 Blg, IBU 20, niefiltrowane, warzone w Szczyrzyckim Browarze Cystersów „Gryf”) – w aromacie najpierw melon, akcenty cytrusowe (pachnie jak limonka przede wszystkim), niecałkiem dojrzałe banany, pszenica. Bardzo przyjemny, dobrze ułożony aromat, dryfujący dość wyraźnie w stronę weizena.
W smaku jest podobnie – The Dancer chwilami do złudzenia przypomina weizena. Są tu akcenty bananów, pszenicy, jest trochę przyjemnych, słodkich cytrusów, skórka pomarańczy, jest lekka ziołowość, głównie kolendrowa. Jest też nieco rumianku i jałowca. Na koniec odrobina maślanych nutek. Świetne piwo, chętnie się go napijemy, jak już odpuszczą mrozy.
Kategoria: JESZCZE RAZ TO SAMO

Mniszek (12,5 Blg, niefiltrowane, niepasteryzowane) – mniej intensywne i wyraziste w aromacie. Wyraźnie mniej kolendry, na rzecz rumianku. Są tu też akcenty skórki pomarańczowej, wyraźna pszenica. Wydaje się zbytnio zdominowane przez rumianek, nieco zbyt kwaśne w aromacie. Zobaczymy co powie nam podniebienie. Zanim jednak wlejemy je na podniebienie, w aromacie zaczyna robić się grzecznie. Jest tam suszony rumianek, ale przestał dominować, uciekła kwasowość. Zrobił się przyjemny aromat rozgrzanej słońcem łąki. Pojawiła się dodatkowo prażona pestka dyni. Bardzo fajne piwo. Przynajmniej w aromacie.
Smak jest pszeniczny, drożdżowy, delikatnie ziołowy (wyraźny rumianek, mniej dominująca, ale wyraźnie obecna kolendra), lekko pomarańczowy. A ta pomarańcza to przede wszystkim świeża skórka, ale też kandyzowana skórka.
Kategoria: JESZCZE RAZ TO SAMO

Collector Lemon Witbier (12 Blg, IBU 15, niefiltrowane, pasteryzowane, warzone w PPHU Jamard) – w aromacie obiecywane akcenty skórki cytryny, odrobina gorzkiej czekolady (?), pszenica. Ale przede wszystkim kolendra. Tony jej. Kolendrowo-ziołowy aromat zdaje się przysłaniać wszystko. Bardzo mało przyjemny aromat kiszonki. Poczekamy, może się ulotni. Daliśmy mu sporo czasu, kiszonka tam ciągle jest, kolendra nie ustępuje. Bardzo słaby aromat, aż nie chce się brać tego czegoś do ust. Czego się jednak nie robi dla ludzkości…
Smak jest bardzo lekki i… bardzo kwaśny. Zaczynamy podejrzewać, że albo w Radudze działa jakiś dywersant, albo Tesco przetrzymało tę partię gdzieś przy grzejniku, lub na słońcu. Cholera wie, ale piwo z Radugi nigdy nie smakowało aż tak źle. Nawet nielubiane przez nas gatunki w radugowym wykonaniu przekonywały nas, że jednak się da, że to nie do końca jest tak bez sensu. A dzisiaj? Są tam akcenty cytrynowe, nawet dość wyraźne, jak się w nie wsłuchać, jest trochę pszenicy, jest ziołowość. Ale przede wszystkim cholerny kwas. Po kilku łykach ten kwas zaczyna mi brzmieć jak sok z cytryny. Może to jednak o to chodziło piwowarom? W składzie jednak podali skórkę z cytryny, a nie świeżo wyciśnięty sok, a tutaj w smaku dominuje kwaśny sok cytrynowy. Masakra jakaś. Nie, nie chcę kończyć tej butelki. Zdecydowanie nie.
Ha! A tu nagle zwrot akcji. Przypominam sobie – nagle i niespodziewanie – że mamy w piwnicy jeszcze jedną butelkę Collectora. Lecę na złamanie karku dwa piętra niżej, odszukuję butelkę, wracam. To znaczy, wszystko to odbyło się jak mnie nie było przy komputerze. Czy też, nie było mnie przy komputerze jak to robiłem. Tak czy owak, zwalamy kapsel z drugiej butelki tego samego piwa, kupionego wcześniej w innym sklepie i trzymanego w piwnicy – ciemno i zimno, a termin ważności do 1 marca…
Nic się nie zmieniło, nie ma zwrotu akcji… Radugo, Radugo, cóżem Ci uczynił?
Kategoria: DO ZLEWU

Ustalenie dzisiejszego rankingu nie jest proste, jeśli chodzi o miejsca 1-3. Czwarte jest zarezerwowane dla Collectora. Jak zwykle w takich sytuacjach, odbywa się niniejszym ponowne lanie w pysk, mlaskanie, przewracanie oczami… Chyba mamy jakieś wyniki. Wiemy już co na pewno wygrywa. Mlaskamy więc teraz o miejsce drugie i trzecie… Bardzo wyrównana stawka… No dobrze. Już wiemy. I jesteśmy jednogłośni (!) Oto nasz ranking:

1. Kormoran Witbier
2. Mniszek
3. The Dancer
4. Collector

I jak najszybciej zapomnijmy o tym ostatnim.



czwartek, 29 grudnia 2016

Świątecznie (i to nie jest nasze ostatnie słowo!)



600. Jurajskie Świąteczne (Browar na Jurze) 5,6%
601. Miedzianka Świąteczne (Browar Miedzianka) 5,5%
602. Kormoran Świąteczne (Browar Kormoran) 6,1%

Na początek wyjaśnienie – na zdjęciu jest sześć butelek, a na stole znalazły się tylko trzy. Te sześć to był pierwotny plan, który najpewniej skończyłby się uwaleniem okołoświątecznym i bólem głowy na drugi dzień, więc plan uległ dobrej zmianie już po wykonaniu zdjęć, na ćwierć sekundy przed uruchomieniem otwieracza do butelek. Postanowiliśmy jednak ograniczyć się tylko i wyłącznie do typowo świątecznych piw – ciemnych z przyprawami – a pozostałe piwowarskie wynalazki uwarzone przy okazji Świąt odstawić na później. I dobrze się stało, bo do odłożonej trójki dołączyło jeszcze jedno i wkrótce usiądziemy do zestawu „Święta niejedno mają imię”. Troska o skutki dnia poprzedniego była tym bardziej uzasadniona, że opisywany wieczór miał miejsce jeszcze przed Świętami, a w tym okresie każdy skrawek trzeźwej świadomości niezbędny jest do bezbolesnego wykonania wszystkich przygotowań – przecież nie można narazić palców ręki trzymającej żywego karpia na uderzenie młotkiem podczas uśmiercania trzymanego. Wszak tradycji stać się musi zadość i basta!

Tymczasem na stole trzy piwka, po których obiecujemy sobie nieco. Co prawda, Jurajskie Świąteczne już występowało u nas na stole rok temu i wielkiego wrażenia nie zrobiło, ale mamy tu obok niego przecież piwa z Kormorana i Miedzianki, więc nie może być źle. A kto wie, może i w Browarze na Jurze ulepszyli nieco ubiegłoroczną recepturę? Sprawdźmy czem prędzej, jak śpiewają po kościołach słuchu nie mający.

Wszystkie trzy piwa są czarne, nieprzejrzyste. Piana najsłabsza pojawiła się na Miedziance, praktycznie po chwili zredukowała się do zera. Najlepiej wyglądało to na Kormoranie – beżowa, obfita i trwała piana, utrzymała się przez większość wieczoru. Jurajskie też dało radę w tej kategorii.

Miedzianka Świąteczne (13,4 Blg) – w aromacie pomarańcze, goździki, rodzynki, cynamon, wanilia, pod spodem przez chwilę czaił się jakiś zgniłek, ale dość szybko się ulotnił, pozostawiając aromaty czekolady, piernika i lekko palonego słodu. Poza wszystkimi innymi, wymienionymi na początku aromatami. Przyjemny, zachęcający aromat. Dość przewidywalny, jak na świąteczne piwo, ale to wcale nie musi być zarzut. Po paru chwilach, po lekkim ogrzaniu pojawia się akcent coli i ananasa.
Smak… rozczarowuje. Zdecydowanie brakuje mu ciała, a do tego jest cierpkie, kwaskowate. Sprawia wrażenie niedosłodzonego kompotu z suszu owocowego. Jest tu suszona śliwka, suszone jabłko, gałka muszkatołowa, ziele angielskie, imbir, pieprz. Kwaskowatość zaczyna dokuczać, przeszkadzać już po drugim łyku. Szkoda, bo aromat obiecywał. Pijemy je jeszcze raz, już po zachwytach nad pozostałą dwójką – i dalej jest niefajnie. Piwo nie jest bardzo złe, akurat trafiło na mocną konkurencję, ale coś w nim jest nie tak – za mało ciała, za dużo wody, no i na koniec, w finiszu kwaśne winogrona i jakiś bardzo niefajny ziołowy akcent goryczkowy.
Kategoria: JAKOŚ JE ZMĘCZĘ

Jurajskie Świąteczne (16,5 Blg, uwarzone z dodatkiem chili, kakao i miodu gryczanego) – w aromacie absolutna kakaowa słodycz - ciasto typu „murzynek”, polewa czekoladowa na cieście, wafelki kakaowe, kogel-mogel z kakao, tłusty, oleisty makowiec, odrobina chili. Przepyszny aromat, obiecujący wiele po smaku.
Smak jest przyjemnie pełny, słodki, kakaowo-czekoladowy. Słodycz ta jednak natychmiast skontrowana jest korzennością, po czym pojawia się bardzo wyrazista pikantność chilli. Ta jednak nie dominuje i nie zalega, tylko pojawia się na moment, by zgasić zbytnią słodycz i wygasa. Są tu też akcenty orzechów włoskich, jest kogel-mogel. Po paru chwilach wychodzi też słód, zbożowość. Bardzo fajne piwko, rewelacja w tej świątecznej koncepcji. No i zdecydowanie tak – na Jurze pokombinowali coś z recepturą w stosunku do ubiegłorocznego piwa. I dobrze, że pokombinowali.
Kategoria: JESZCZE RAZ TO SAMO (na granicy miódu-cudu i maliny, jak twierdzi najlepsza ze znanych mi piwoszek, siedząca tuż obok)

Kormoran Świąteczne (16,5 Blg) – w porównaniu do dzisiejszych konkurentów, pachnie bardzo wytrawnie. Jest tam sporo pieczonych jabłek z cynamonem, pojawiają się przyprawy korzenne, imbir, ziele angielskie. Aromat intrygujący, zdecydowanie nie tak „ciepluchowaty”, jak u poprzedników.
Smak… Tutaj znajdujemy rozbieżności w ocenie. Moim zdaniem, jest rewelacyjnie. Jest to smak tradycyjnego, delikatnie słodkiego piernika, polanego delikatną warstwą białego lukru. Jest korzennie, jest akcent coli, jest akcent suszonej żurawiny, jest kumkwatowa słodyczo-goryczka, jest fajnie. Współdegustatorka jest mniej entuzjastyczna wobec tego, co atakuje jej podniebienie. Nie będę się przecież kłócił. Komputer, na którym spisywane są te wrażenia, stoi ekranem do mnie, więc to ja rozdaję tu karty. Po jakiejś chwili, gdy piwo zdążyło podskoczyć o ten celsjusz lub dwa, pojawiają się delikatne akcenty ogórków konserwowych, ale i one – o dziwo – świetnie współgrają z całą resztą.
Kategoria: JESZCZE RAZ TO SAMO

No i poległa taką sympatią przez nas darzona Miedzianka! O ile moglibyśmy się kłócić o to, które piwo dzisiaj wygrywa, i pewno będziemy (piszę to zanim ustaliliśmy dzisiejszy ranking), o tyle wiadomo na pewno – nie będziemy kłócić się o miejsce Miedzianki. A szkoda, bo to browar, który nie zawodzi, do którego mamy spory sentyment. Zresztą, kto był w Rudawach Janowickich i odwiedził Miedziankę, z pewnością ma podobny do nich stosunek. Przepiękne góry, klimat nie do podrobienia. I takie jakieś gorące prądy, pozytywna energia bijąca z ludzi w Miedziance. Byłem tam kilka razy, nigdy się nie zawiodłem. Tym bardziej szkoda, że dzisiaj nie poszło. A co do pierwszego i drugiego miejsca, - korzystając z tego, że nikt nie widzi co tu piszę – przyznam się, że i ja mam z tym kłopot. Choć w realu, poza komputerem, będę się spierał w zaparte. I Kormoran i Jura zaproponowały naprawdę świetne świąteczniaki. Zupełnie inne w charakterze, stąd być może rozbieżność opinii, ale obydwa rewelacyjne.

Posmakowali, pocmokali, pomlaskali, czas ustalić dzisiejszy ranking. W tajemnicy powiem tylko, że najlepsza z żon w tzw. międzyczasie, kiedy ja tu klepałem w klawisze, esemesowała do Jarka z Po Robocie, żeby jej odłożył kilka butelek Jurajskiego Świątecznego. Niestety, nie ma, skończyło się. Co i ja ze smutkiem odnotowuję, bo… dzisiejszy ranking jest jednogłośny…

Ta-da!...

1. Jurajskie Świąteczne
2. Kormoran Świąteczne
3. Miedzianka Świąteczne

I konflikt w rodzinie zażegnany. Jeszcze tylko o 500+ musimy się postarać. Przynajmniej na piwo będzie.

Aha, z tym karpiem tam na początku to tylko taki niewybredny żart – nie kupujemy żywego karpia, nie znęcamy się nad żywymi stworzeniami. A w tym roku to nawet karpia w ogóle nie było u nas na stole wigilijnym. Karpia, kupionego w prawdziwym sklepie rybnym, zjedliśmy kilka dni przed Świętami. I nie będziemy się z tego tłumaczyć. Taka innowacja.

A ktoś zauważył, że w siódmą setkę wkroczyliśmy niniejszym?


piątek, 7 października 2016

Po Robocie - tekst niesponsorowany



557. Basista (Browar Profesja) 5,9%
558. Pospolite Ruszenie (Browar Łańcut) 5,1%
559. Wołek (Browar Miedzianka) 5%
560. Nocne Antały Märzenbier (Browar Miejski Gloger) 5,2%
561. Wojtek (Browar Koneser) 5,5%

Na pierwszy rzut oka widać, że dzisiejszy zestaw to kompletnie różne, nie mającego ze sobą nic wspólnego, przypadkowo ustawione obok siebie piwa. Jest jednak pewien mały, acz ważny element, który je łączy. Z jego to właśnie powodu piwa te znalazły się dzisiaj u nas obok siebie. I dzisiaj właśnie taki zestaw przez podniebienia sobie przelejemy. A co to za element? Wszystko się za chwilę wyjaśni.

Zapowiada się nam mała blogowa rewolucja. Od początku istnienia naszego bloga wychodziliśmy z założenia, że będziemy próbowali tylko tych piw, które są do kupienia niejako przy okazji, bez wypuszczania się na specjalistyczne łowy. I było to bardzo fajne założenie, a jakie wygodne! Nie trzeba było podejmować niemal żadnego wysiłku, a materiału starczyło na grubo ponad pół tysiąca różnych piw, ponad 150 postów. Na dłuższą metę jednak okazało się, że uzależnienie od tego, co nam podrzuci Tesco, Intermarche, Auchan, czy Lidl narzuca nam trudne do zaakceptowania ograniczenia. Kupujemy to, co jest, nie mamy większego wpływu na dobór kolejnych zestawów, zmuszeni jesteśmy do wylewania do zlewu piw, które raczej słabo nam podchodzą, ale akurat one były dostępne, więc na nasz stół trafiły. Że o możliwości zestawienia kilku piw prezentujących ten sam lub podobny styl nie wspomnę.

Jednym z powodów, dla których trzymaliśmy się zasady przypadkowych zakupów był fakt, że w naszym pięknym mieście znaleźć można wiele ciekawych miejsc (mamy, na przykład, wpisany na listę UNESCO Kościół Pokoju, a co!), jednak specjalistycznego sklepu z piwem znaleźć się nie da. A przynajmniej jeszcze do wczoraj znaleźć się nie dało. Wczoraj sytuacja uległa zmianie, po raz pierwszy podwoje swe otworzył sklep Po Robocie (Świdnica, ul. Westerplatte 9), no a skoro jest sklep, a na dodatek otworzyli go i prowadzą znajomi – nie będziemy już więcej dawać zarobić wielkim, międzynarodowym koncernom. Od dziś wspieramy lokalną inicjatywę. I tyle.

Kilka chwil po otwarciu sklepu wpadłem do Po Robocie i zgarnąłem z półek kilka piw. Nie kierowałem się żadnym kluczem dotyczącym gatunków. Ot, wziąłem to, czego od jakiegoś czasu miałem ochotę spróbować, lub to, co polecił Jarek – właściciel sklepu. I tak, w ręce wpadł mi Wojtek, piwo o którym słyszałem dużo dobrego. Poza tym, historia samego niedźwiedzia Wojtka jest mi znana z relacji kogoś, kto Wojtka znał osobiście, więc tym bardziej. Dawno nie piliśmy nic z Glogera, a to jeden z tych browarów, które podbiły nasze serca i udowodniły, że najtrudniejsze gatunki piwne potrafi okiełznać i przekuć w coś pysznego. Stąd do torby powędrowały Nocne Antały, piwo marcowe z Glogera. Wołek z Browaru Miedzianka to piwo, które kiedyś, w jakimś multitapie przywróciło mi wiarę w istnienie dobrego piwa wśród jakichś pomyj kraftowych, którymi wypełniono nam wtedy szklanki. Zresztą, Miedzianka jeszcze nigdy nie zawiodła, dlaczego więc miałaby zawieść teraz?

Basista i Pospolite Ruszenie to z kolei rekomendacje Jarka. Wielką sympatią do Browaru Profesja nie pałam – zarówno do piwa (jakoś nie udało mu się mnie zachwycić), ani do samego browaru – ale skoro jest szansa zmienić to podejście, to ja jestem za. Gdyby Basista wiedział jaki ciężar spoczywa na jego ramionach… Co do Pospolitego Ruszenia, to nie wiem o nim nic. Podobnie jak i o Browarze Łańcut. No i chętnie się przekonam. Tym bardziej, że APA to jeden z tych gatunków, moim zdaniem, gdzie dość łatwo się wyłożyć, pójść na łatwiznę i kiepskie piwo zasypać chmielem. Ku radości niektórych, wśród których akurat mnie nie ma. A jeśli APA jest dobrze skomponowane, to potrafi być przepięknym, bogatym i złożonym piwem (patrz Amber APA). I tego właśnie będziemy szukali.

Naturalnie, jeśli nawet dzisiaj zdecydujemy się na koniec zestawić jakiś ranking, na pewno nie będzie to proste porównanie spróbowanych piw. Co najwyżej stwierdzenie po które z nich sięgnęlibyśmy po raz drugi chętniej, a po które mniej chętnie. Zresztą, jeszcze nie zdecydowano czy jakikolwiek ranking dzisiaj powstanie.

Tymczasem polejmy, spróbujmy, bo ten wstęp zdecydowanie za długi się robi.

Basista, American Parmhouse Ale (13 Blg, IBU 26, niepasteryzowane, niefiltrowane, przygotowane z wykorzystaniem trzech różnych drożdży, w tym dzikich) – w aromacie – przedziwnym, nazwijmy rzeczy po imieniu – akcenty naftowe, pasta do podłogi, cola, akcenty kwaskowate, przemieszane ze słodkimi. Wyraźne Marmite (taki angielski ekstrakt drożdżowy, którego nikt normalny jadł nie będzie).  Całe mnóstwo ziół – rumianek, lubczyk. Aromat jest co najmniej intrygujący. Zobaczymy co się wydarzy na podniebieniu.
Smak – no co ja tu będę dużo mówił, smak jest przekozak! Są w nim te wszystkie akcenty, które na nos się rzuciły, jest tam akcja, interakcja, nieustanne ruchy wojska na podniebieniu. Są tam akcenty słodkie, są ziołowe, jest jakaś pasta do podłóg, ale w wersji, układzie, kompozycji, która każe się tą pastą na podniebieniu cieszyć. Jest jakaś woskowość. Coś naprawdę fajnego, choć być może nie każdemu posmakuje – tak jest różne od standardowych, popularnych gatunków. Jak dla nas (bo tu zgadzamy się obydwoje) jest to odkrycie wieczoru.
Kategoria: JESZCZE RAZ TO SAMO

Pospolite Ruszenie, Amerykańskie Pale Ale (12,9 Blg, IBU 36, niepasteryzowane, niefiltrowane) – aromat jest zdecydowanie chmielowy – są tu cytrusy, jest żywica, grapefruit sweetie, jest trochę kandyzowanych owoców egzotycznych – papaja, ananas – ale też są kwiaty, winne jabłka, papierówki. Wygląda na to, że Browar Łańcut wie jak stosować amerykańskie chmiele. Aromat jest przepyszny, bogaty, gęsty – ma się wrażenie, że sam aromat da się ugryźć.
Smak jest dokładnie taki, jak zapowiada aromat – pełny, złożony, głęboki. Są tu przede wszystkim owoce leśne, głównie bardzo dojrzałe, soczyste dzikie jeżyny, wanilia, toffi, kolendra, brzoskwinia, odrobina lubczyku. A wszystko to poukładane jak mało kiedy. Bo jak moja żona mówi: „Takie APA to ja mogę pić!” to nie są przelewki. Co to, to nie! A ona tak mówi! I ja się z nią zgadzam. Jest tam gdzieś goryczka, nie za wiele jej, ale stoi tam, gdzie jej miejsce, robi swoją robotę – inaczej piwo byłoby słodkim ulepkiem. A nie jest. Jest naprawdę dobrze. Cholera, drugie piwo i drugi zachwyt.
Kategoria: CUD, MIÓD, MALINA (tutaj zaistniał pewien spór, ale to mój blog, ja tu decyduję; jak mówię, że cud, miód, malina, to cud miód i malina. I już)

Wołek, Kölsch (12,5 Blg, niepasteryzowane, niefiltrowane) – orzeźwiające akcenty – melon, agrest, czarny bez, akcenty mokrej, czarnej ziemi. Odrobina gruszek z kompotu i goździków. Prosi o wypicie, nie ma co do tego dwóch zdań.
Smak jest lekki, gryczany, słodowy, owocowy, są tu jabłka. Przy dwóch poprzednich piwach wypada dość blado, jakby tylko echo tego dobrego piwka z Miedzianki, które wcześniej pijaliśmy. Lekka kwaśność, wzmagająca wrażenie wysokiego nagazowania. Jakby Miedziance słabsza warka się trafiła.
Kategoria: SPRAWDŹMY PRZY OKAZJI CO Z TĄ WARKĄ, bo coś jest ewidentnie nie tak.

Nocne Antały, Märzenbier (13,8 Blg, IBU 25, niepasteryzowane) – w aromacie kolendra, akcenty lekko ziemiste, rumianek, wyprawiona skóra, mnóstwo zboża, nieco karmelu. Bardzo przyjemny aromat.
Smak – czysta poezja, symfonia delikatności i harmonii. Jest tu biszkopt, kawa, konfitura truskawkowa. Ogrom przepysznego zboża, prażony słonecznik, toffi, a przy tym lekkość i harmonia. W pewnym momencie wchodzą nutki ziołowe – tymianek, lubczyk. W Glogerze w dalszym ciągu wiedzą jak się robi doskonałe, świetnie poukładane piwo. I to jest wielka ulga, bo po natknięciu się na ich piwa w Tesco, zaczęliśmy się niepokoić, że może niekoniecznie ilość pójdzie w parze z jakością. Wszystko jednak jest tak, jak być powinno.
Kategoria: CUD, MIÓD, MALINA. Stanowczo

Wojtek, Golden Ale (14 Blg, pasteryzowane, warzone na licencji Beartown Beer Company Ltd. w Browarze Kaszubskim) – ma aromat piękny, bogaty, głęboki, a w nim jeżyny, dojrzałe brzoskwinie, kandyzowane papaje, żywica sosnowa, odrobina ziół, np. tymianku. Piękny, zachęcający aromat, świetnie poukładany.
Smak zachwyca – jest pełny, głęboki. Są tu akcenty kandyzowania wielkiej ilości różnych owoców, jest zboże, w tym palone zboże, a więc lekko goryczkowe akcenty spalenizny, jest sporo żywicy, ziół, jest syrop na kaszel, jest jałowiec. Goryczka, która z tego wszystkiego wynika, jest naprawdę świetna, nawet ona tutaj ewoluuje na podniebieniu. Z czasem jest jej być może trochę za dużo. Co nie zmienia faktu, że jest to doskonałe, świetnie zestawione piwo.
Kategoria: JESZCZE RAZ TO SAMO

No i tak, wyszło na to, że spędziliśmy wieczór z naprawdę dobrymi piwami. W różnych stylach, ale każde miało coś ciekawego do zaoferowania. No, może poza tym Wołkiem, który trochę rozczarował. Jednak wiemy, że Wołek jest inny, piliśmy go kilka razy i nigdy nie zwiódł, dlatego teraz nie będziemy się nad nim wyznęcać. Tak czy owak, jest do wypicia bez większego obrzydzenia. Natomiast wszystkie pozostałe albo ocierają się, albo są niebezpiecznie blisko doskonałości.

Przypominamy – piwa te, i wiele innych można kupić w sklepie Po Robocie, przy ulicy Westerplatte 9 w Świdnicy. Sklep się dopiero rozkręca, więc wspomóżmy. Na pewno na dłuższą metę wszyscy mieszkańcy okolicy tylko skorzystają na tym, że mamy taki sklep pod ręką.

Uprzedzając wszelkie wątpliwości – tekst nie jest sponsorowany, za wszystkie piwa zapłaciłem normalną cenę. I wszystkie były tak dobre, jak napisano powyżej. A fakt, że dwa pierwsze zostały mi polecone przez obsługę, świadczy o poziomie kompetencji tejże. No i zwyczajnie chce mi się wesprzeć taką inicjatywę, więc czynię to tak, jak potrafię.


sobota, 17 października 2015

Prawie same stouty



275. Górnik (Browar Miedzianka) 5,5%
276. MILCoffeeL (Reden) 5%
277. Scottish Oat Stout (Belhaven) 7%
278. Dobry Wieczór (Pinta) 4,5%
279. Turbo Geezer (Kingpin) 8,3%

Dzisiaj na ciemno i okołostoutowo. Właściwie to same stouty plus Górnik z Miedzianki, dla którego w najbliższym czasie najpewniej nie znajdziemy konkurencji w stylu rauchbier, więc dorzuciliśmy go do stoutów. A i wśród tych pewna rozbieżność stylowa – jest coffee milkstout (MILCoffeeL), są oat stouty (Belhaven i Dobry Wieczór), jest nawet double Irish espresso stout (Turbo Geezer). Czterech zawodników z Polski, z polskich kraftów, i jeden ze Szkocji. W stosunku do Turbo Geezera mam spore oczekiwania – człowiek, który je robi jest naprawdę świetnym bloggerem, bodaj jedynym w polskich internetach, którego da się czytać z przyjemnością, i który wie o czym pisze.

W trakcie nalewania do szklanek, Turbo Geezer pokrył się nieśmiałą, nietrwałą, beżową pianą. Wkrótce prawie jej nie było, a do końca degustacji nie pozostał po niej nawet ślad, w tym na ściankach szklanki. Dobry Wieczór z Pinty wytworzył brązową, niezbyt obfitą pianę, która znikła natychmiast, zupełnie do zera. W szklance z Belhaven pojawiła się naturalna, stosunkowo trwała, beżowa piana. W MILCoffeeL piana zredukowała się niemal do zera w ciągu pół minuty. Na Górniku przyzwoita, beżowa piana dość szybko opadła do cieniutkiej warstwy. Jak się jednak okazało, była ona najtrwalsza z całej dzisiejszej piątki.

Górnik (13,4 Blg, IBU 33) pachnie wędzonką, kawą, wyprawioną skórą, zawiera akcenty spalenizny podczas świniobicia, gdy opalana jest sierść świnki i podjada się trochę skóra i tłuszcz. Jakieś akcenty jodowe, morskie. Wędzony żółty ser. Trochę nutek jakby prosto ze świeżo otwartej paczki solonych krakersów. W smaku jest lekkie, raczej wytrawne, z akcentami wędzonki, wędzonego sera. Po chwili pojawiają się nutki suszonych śliwek, gruszek, odrobina gorzkiej czekolady, kawy.

MILCoffeeL Coffee Milkstout (16 Blg, IBU 32, niefiltrowane, niepasteryzowane) – etykieta twierdzi, że jest to „wariacja na temat stylu, jakim jest milkstout. Specjalnie do tego celu sprowadziliśmy z Brazylii kawę Arabica, delikatnie paloną w małej rzemieślniczej palarni kawy w Katowicach. Feel the moc brazylijskiej coffee z Milco.” Na dobrą sprawę, już w tym momencie powinienem dać sobie spokój z piciem tego piwa. Naprawdę, odrobina szacunku dla samego siebie. A jednak… W aromacie naturalna, czarna kawa, jakieś słodkie akcenty, coś jak czarne, kawowe karmelki. Po chwili jakieś świeże, zielone akcenty roślinne – jakby aromat świeżo ułamanej łodygi tataraku, świeżych buraków cukrowych. W smaku jest zgodnie z obietnicą na etykiecie – jest to piwo o smaku kawy z mlekiem, zakończonym nieprzyjemną goryczką o charakterze roślinnym – mlecz, tatarak. Nic tu ciekawego się nie dzieje. Do ulubionych go sobie nie wpiszę.

Scottish Oak Stout w aromacie ma owoce jarzębiny, powidła śliwkowe, melasę, tylko odrobinę kawy, palony słód, nieśmiały akcent gumy arabskiej i lukrecji. W smaku jest bardzo gładkie, przyjemne. Jest słodko i kawowo. Kremowo, może nawet śmietankowo. Jest przyjemna spalenizna, a zabawę kończy niezbyt intensywna goryczka.

Dobry wieczór Oatmeal Stout (13,1 Blg, IBU 32, pasteryzowane, niefiltrowane) pachnie przyprawą maggi, spalonym (nie palonym, nie prażonym) zbożem, Po chwili, jak już dość nieprzyjemny i intensywny aromat przyprawy się ulotni, pojawia się trochę toffi, prażony, skarmelizowany miód, oblany mleczną czekoladą (ktoś zna batoniki Crunchie?). Robi się przyjemnie. W smaku jest nieprzyjemnie. Od samego początku kubki smakowe atakuje jakaś kwaśna gorycz o charakterze roślinnym – jakby wgryźć się w łodygę jakiejś rośliny, na przykład kukurydzy. Plus chlust kranówki prosto w gardło. Obrzydlistwo pierwszej wody. W smaku nie dzieje się nic – w momencie nabierania tego czegoś do ust robi się nieprzyjemnie, wodniście-kwaśno, a potem jest… dalej tak samo.

Turbo Geezer Double Irish Espresso Stout (19,1 Blg, niefiltrowane, pasteryzowane) w aromacie ma przede wszystkim akcenty palonego denaturatu podczas opalania drobiu po oskubaniu z pierza. Łącznie z akcentami palonych resztek owego pierza. Domyślam się, że to jest to, co miało się kojarzyć z aromatem podwójnego espresso. Chyba nie wyszło. Zobaczymy, może Turbo Geezer potrzebuje chwil paru by się otworzyć. A może za bardzo je schłodziliśmy. Poczekamy, jesteśmy cierpliwi. Ostatecznie, jeśli piwowar wrzucił w to coś tyyyyle składników (na etykiecie wymieniono ich całe setki, w tym wanilię burbońską, cukier kandyzowany i płatki dębowe whisky(???)), to coś dobrego musiało z tego wyjść. No po prostu musiało. Z czasem rzeczywiście, aromat ewoluuje w stronę czarnej, mocnej kawy z dodatkiem bodaj amaretto. Plus spalenizna i pożoga. Spalone zboże, spalona słoma, spalony karmel. Piwo pachnie tak, jakby nawet wodę użytą do jego warzenia najpierw spalono, a dopiero potem wlano do kadzi. W smaku jest słabo. Turbo Geezer jest wodnisty, z akcentami naprawdę kiepskiej jakości, taniej kawy rozpuszczalnej – słowem, kwas i chemia. Drewniana cierpkość, nieprzyjemny akcent alkoholu. Ogółem, smakuje jak naprawdę słabej jakości, zwietrzała gorzka czekolada w płynie. Plus alkohol. Albo zwietrzałe, stare, marnej jakości czekoladki z likierem.

Ranking znowu jednogłośny. Wygrywa Górnik, na drugim miejscu plasuje się Belhaven, na trzecim Turbo Geezer. Poza podium wylądowały MILCoffeeL i Dobry Wieczór, przy czym przepaść między czwartym a piątym miejscem jest wręcz galaktyczna. Pinta powinna umieszczać na etykietach swoich piw drukowane ogromnymi literami przeprosiny za to, że nie potrafią robić piwa, a mimo to każą sobie za nie płacić, oraz zapewnienie, że bardzo się starają i regularnie pogłębiają swoją piwowarską wiedzę, a także ćwiczą umiejętności. Naprawdę, jeśli kiedyś znajdę piwo z Pinty, które będzie dobrze smakowało...

Z ostatniej chwili. Już pod koniec tej degustacji zajrzałem tu i ówdzie w internety i dowiedziałem, że się laureat trzeciego miejsca u nas, Turbo Geezer, dostał dziś złoty medal na odbywającym się właśnie Warszawskim Festiwalu Piwa. Aż strach bierze na myśl jak musiała smakować konkurencja.