Pokazywanie postów oznaczonych etykietą belhaven. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą belhaven. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 28 grudnia 2015

Piwo i whisky. Whisky i piwo. Piwo, whisky, piwo.



383. Speyside Oak Aged Blonde Ale (Belhaven) 6,5%
384. Innis & Gunn Original Oak Aged Beer (Innis & Gunn) 6,6%
385. Tennent’s Scottish Beer (Wellpark Brewery) 6%
386. Edition No. 1 Whisky Malz (Landskron Brau-Manufaktur) 8%

Piwo, które w ten czy innych sposób otarło się o whisky. Najlepiej, żeby otarło się na tyle, by uzasadnić użycie słowa „whisky” na etykiecie. Marketingowo – marzenie browarników, bo przecież sprzeda się na pniu. Hipstersko – plus dziesięć do fejmu. Najlepiej przy jakiejś dobrej muzie z płyty winylowej. I zdjęcie na Instagram, niech wszyscy widzą, wiedzą, podziwiają. A sensorycznie, za przeproszeniem? Ściema. I niewiele ponad to.

Co można zrobić z piwem przy pomocy beczek po whisky? Można to piwo wlać do rzeczonych beczek, poczekać parę dni, może parę tygodni, a potem zabutelkować i posłać w świat. I dopilnować, by słowo „whisky” na etykiecie rzucało się jak najbardziej  oczy. Pomijając sytuację, w której beczki nie będą tak całkiem suche od wewnątrz, czyli jakaś odrobina whisky ciągle będzie się tam znajdowała – najpierw po to, by beczka się nie rozeschła w transporcie, później po to, by wlane do beczki piwo miało co wypłukać z zakamarków pomiędzy klepkami, ze zwęglonej warstwy drewna (beczki wypala się zwykle od wewnątrz przed napełnieniem whisky, co powoduje powstanie cienkiej warstwy węgla drzewnego). Czyli, w gruncie rzeczy, zabieg taki będzie mniej więcej równoważny wykonaniu swojskiego u-bota, jednak nie za pomocą kieliszka wódki, a paru kropel ulubionej whisky. Najlepiej w wersji cask strength, bo przecież z beczki. Najlepiej z Islay, bo przecież torf. Najlepiej Ardbeg, bo hipsteria ma swoje niezbywalne prawa. Polecam Ardbeg Uigeadail, do kupienia tu i ówdzie, nie tylko w dobrych sklepach z alkoholem – spełnia wszystkie wymienione warunki. A potem jeszcze z butelki można sobie gustowny świecznik zrobić.

Jeśli przyjrzeć się na spokojnie temu, co jeszcze ewentualnie mogłoby wydarzyć się w takiej beczce po whisky napełnionej piwem, to warto pamiętać o paru faktach. Beczki robione są z drewna dębowego, jednego z najtwardszych, najmniej podatnych na penetrację rodzajów drewna znanych ludzkości. W destylarniach whisky szkockiej, świeżo oddestylowany alkohol wlewa się do nich na co najmniej trzy lata, i dopiero wtedy można go nazwać „whisky”. Oznacza to, że ktoś sprytnie wykalkulował, iż dopiero po trzech latach – wskutek interakcji alkoholu z drewnem, choć nie tylko – zajdą w trunku zmiany na tyle istotne, by zmienić jego właściwości do tego stopnia, by uzasadniły one zmianę określenia na etykiecie. Powszechnie przyjętą w Szkocji praktyką jest, by destylat wlewany do beczek zawierał 63,5% alkoholu objętościowo.

No to ja pytam po raz drugi – co takiego może stać się z piwem o mocy zwykle wyraźnie poniżej 10%, wlanym do tych beczek na kilka tygodni, czy nawet miesięcy? Niewiele. Zupełnie pomijam fakt, że zapotrzebowanie na dobrej jakości, aktywne beczki dębowe jest obecnie tak ogromne w Szkocji, że nie ma mowy, by przyzwoita beczka „wyciekła” poza system. Jeśli jakaś partia beczek trafia do browarników, to tylko dlatego, że drewno zostało już tak wypłukane, iż nie nadaje się do niczego sensownego. Poza uzasadnieniem użycia słowa „whisky” na etykiecie piwa. Prościej jednak jest zrobić z nich doniczki do kwiatków, ustawiane przed domami w Szkocji.

Tyle na temat piwa „leżakowanego w beczkach po whisky”.

Poza twardością i skrajnie niską przenikalnością drewna dębowego, problemem jest stosunkowo niewielka powierzchnia styku przechowywanego w beczce trunku z drewnem. Problem ten rozwiązuje system zanurzania w trunku rozdrobnionej dębiny, tzw. płatków (chipsów) dębowych. Najlepiej przytostowanych, żeby jednak ta warstwa węgla drzewnego i tam się znalazła. Wrzucone do leżakowanego trunku powodują zwielokrotnienie powierzchni styku, zwiększają wydajność z metra sześciennego dębiny, a przy tym są wygodne w użytkowaniu. W przypadku whisky szkockiej, prawo zabrania takich praktyk, jednak są one tu i ówdzie stosowane z powodzeniem do „starzenia” chociażby wina. Rzut oka w google i okazuje się, że tylko na polskim rynku jest co najmniej kilku dostawców tego czegoś. I wszystko pięknie, jednak nie wolno zapominać o uwadze wygłoszonej gdzieś parę linijek wyżej – dobre, aktywne beczki po whisky wykorzystywane są niemal w stu procentach do dojrzewania… kolejnych partii whisky. Tej zasady strzeże dość pilnie choćby tylko rachunek ekonomiczny. Dębowe beczki są cholernie drogie. I bardzo potrzebne w Szkocji, gdzie z każdej beczki da się „wyciągnąć” bez porównania większe zyski poprzez leżakowanie w niej whisky, niż w jakimkolwiek browarze, dojrzewając w niej piwo. Tak więc szansa, że oferowane nam płatki dębowe pochodzą ze zmielenia, porąbania czy innego rozdrobnienia dobrych beczek po whisky jest znikoma, jeśli nie zupełnie zerowa.

Trzecią metodą pozwalającą na w pełni uzasadnione użycie słowa „whisky” na etykiecie piwa jest uwzględnienie w zasypie pewnej ilości słodu jęczmiennego „typu whisky”, a najlepiej to udowodnić przez fakt ususzenia tegoż nad dymem torfowym. Smaku torfowego słodu jęczmiennego nie da się pomylić z niczym innym, więc i ewentualne oszustwo łatwo wykryć. Wystarczy rozgryźć parę ziaren. Kwestią dyskusyjną jest czy piwo tak uwarzone ma coś wspólnego z whisky, ale tę dyskusję już sobie darujmy. Jedno jest pewne – ta metoda, jeśli opisana na etykiecie, najbardziej uczciwie opisuje co tak naprawdę się wydarzyło z piwem. Opisywany tu wybieg zastosował – z powodzeniem – m.in. Browar Szpunt podczas warzenia opisywanego przez nas niedawno piwa Night Wolf, określanego mianem „whisky stout”.

Dziś na stole stanęły cztery piwa, które w ten czy inny sposób otarły się o jakąś tam whiskowość. Trzy spośród nich pochodzą ze Szkocji, jedno z Niemiec, a konkretnie z Görlitz, tuż za naszą zachodnią granicą. O ile piwo z Niemiec nie rości sobie żadnych pretensji do jakichkolwiek innych związków z whisky, jak użycie suszonego dymem torfowym słodu, o tyle sytuacja robi się dość ciekawa w przypadku trzech piw ze Szkocji. Oto etykiety i kontretykiety pełne są najbardziej ogólnych, najbardziej pojemnych sformułowań dotyczących dębiny, whisky i dojrzewania piwa znajdującego się w danej butelce. Nigdzie nie ma ani słowa wprost o tym, że piwo dojrzewało w beczkach po whisky, natomiast są różne takie „oak aged”, „hints of oak”, czy „aged with whisky oak”. Nie trzeba nazywać się Sherlock Holmes, żeby wydedukować, że skoro wprost nie ma mowy o leżakowaniu w beczkach po whisky, to z całą pewnością piwo leżakowane w beczkach po whisky nie było. Nawet jeśli na dość przaśnych naklejkach z informacjami po polsku, stoi jak byk, że było. Polski dystrybutor sobie zinterpretował wątpliwości na swoją korzyść. A jak było?

Oto w Belhaven wybrano drogę prostych skojarzeń. Oni do dojrzewania swojego piwa zastosowali dębinę ze Speyside. Ni mniej, ni więcej. Speyside to jeden z regionów produkcji whisky szkockiej, rozciągający się mniej więcej (bardzo mniej więcej) między Inverness a Aberdeen, w dość szeroko pojętej dolinie rzeki Spey. Stąd nazwa regionu. Tutaj zlokalizowane są niektóre z najbardziej znanych na świecie i najbardziej uznanych destylarni whisky szkockiej, w tym Glenfarclas, Glenfiddich, Macallan, Cragganmore, Glen Grant, Mortlach i wiele innych. Wśród smakoszy trunków wszelakich słowo „Speyside” równoznaczne jest z „whisky”, więc już nie trzeba nic więcej na etykiecie pisać. Przeciętny konsument założy, że Speyside Oak z etykiety piwa to właśnie beczki po whisky z regionu Speyside. Tym bardziej, że w świecie whisky bardzo często słowo „oak” (dąb, dębina) jest równoznaczne ze słowem „beczka”. Szczególnie w kontekście starzenia, dojrzewania trunków – „aged”. Gdyby tego było mało, na etykiecie widnieje obrazek butelki whisky! Bardziej dociekliwi być może poszukają informacji dokładniejszych. I może się okazać, że wcale nie beczki, tylko co najwyżej właśnie wspomniane wyżej płatki dębowe. I kto wie, może nawet pochodzą ze Speyside. W Craigellachie znajduje się ogromny zakład bednarski, Speyside Cooperage, na tyłach którego stoją całe piramidy dębowych beczek czekających na ocenę przydatności do dalszej eksploatacji, ewentualną renowację, ponowne wypalenie, itp. Jest tam sporo dębiny, która już na nic nie przyda się lokalnym gorzelnikom. Aż się prosi, by porąbać, podsmażyć i sprzedać browarnikom. Niech tam se piszą co chcą na tych swoich etykietach.

Innis & Gunn, szkocki browar rzemieślniczy z Edynburga, podchodzi do sprawy inaczej. U nich na etykiecie pojawia się słowo „beczka”, ale jakoś tak nieśmiało, bez większego przekonania, znowu roi się od sformułowań wieloznacznych (znowu polski dystrybutor wysmarował informację o leżakowaniu w beczkach po whisky!), i tak do końca nie wiadomo o co chodzi z tym starannym dojrzewaniem przez 77 dni. Gdzie dojrzewane, jak dojrzewane, w czym dojrzewane. Bo znowu – gdyby w beczkach dębowych po whisky, to ta informacja akurat tutaj by się znalazła przede wszystkim. Nikt sam siebie by nie pozbawił takiego marketingu. Strona internetowa browaru informuje przede wszystkim o procesie dojrzewania piwa przez 77 dni przy użyciu płatków dębowych, za pomocą opracowanego przez Innis & Gunn procesu z wykorzystaniem urządzenia zwanego przez nich Oakerator. Piwo przepuszczane jest w nim, a właściwie przekapywane, przez ładunek płatków dębowych. Powoli, bez pośpiechu, przez 77 dni. O beczkach znowu jakoś tak raczej jedynie mimochodem, choć faktycznie, jest tu mowa i o beczkach. Jaki procent piwa leżakuje w beczkach po whisky, jak długo, co ten proces ma na celu – tego się nie dowiemy.

Na koniec Tennent’s Scottish Beer, które znowu o tej dębinie, whisky i dojrzewaniu wypowiada się na etykiecie bardzo enigmatycznie. Po angielsku jest to „beer aged with whisky oak” – a to z całą pewnością nie znaczy dojrzewania w beczkach po whisky. Założyć należy, że znowu w grę wchodzą płatki dębowe z beczek po whisky. Już po przelaniu piwa przez podniebienie, dorzucić by trzeba pewną część słodu jęczmiennego suszonego torfem w zasypie. Ten torf, a właściwie dym torfowy, tu się rzeczywiście czuje.

Warto zwrócić uwagę, że poza Whisky-Maltz z browaru Landskron, wszystkie trzy piwa robione są w Szkocji, ojczyźnie whisky. I jeśli w przypadku żadnej z nich nie zdecydowano się wprost na leżakowanie w beczkach po whisky (a kto jak kto, oni mają do nich najłatwiejszy dostęp), to albo proces taki nie ma sensu, albo nie da się zdobyć odpowiednio dobrych jakościowo beczek, albo biorą górę inne czynniki. Tak na marginesie, o ile mnie pamięć nie myli, niewielki, miniaturowy wręcz browar Islay Ales na wyspie Islay (tam, gdzie robią Ardbeg, Lagavulin, Laphroaig i parę innych whisky) bawił się w napełnianie swoim piwem beczek po whisky z destylarni Bowmore. To mogło mieć jakiś sens, gdyż na tej niezbyt ludnej wyspie (nieco ponad 3 tys. mieszkańców) nietrudno jest dogadać się między sąsiadami co do użyczenia paru dobrych, aktywnych beczek. Jakie były tego efekty, sprawdzę podczas najbliższej wizyty na Islay. I na pewno tutaj o tym wspomnę.

Tymczasem nalewam piwka do szklanek. Naturalna, obfita, drobnopęcherzykowa piana, która pojawiła się we wszystkich szklankach, najszybciej zanikła na powierzchni Belhaven. Jednak jakiegoś szaleństwa z piany nie ma na żadnym z piw. Jeśli chodzi o barwę, to Edition No. 1 jest zdecydowanie najciemniejsze, ciemnobursztynowe. Pozostałe są w tej samej barwie, ale o co najmniej jeden odcień jaśniejsze od Niemca.

Belhaven Speyside Oak Aged Blonde Ale – w aromacie poważna słodowa baza, lekki akcent trufli czekoladowych, rumu. Dość wyraźne świeże jeżyny, akcenty miodu. Przyjemny, lekki aromat. W smaku pełne, przyjemnie słodowe i owocowe (wyraźne gruszki i śliwki). Trochę czekolady, kakao, orzechów. Te śliwki wspomniane wcześniej po chwili ewoluują w stronę śliwek suszonych. Pyszna rzecz. Złożona, wielowarstwowa, a przy tym harmonijnie poukładana.

Innis & Gunn Original Oak Aged Beer (14,77 Blg, pasteryzowane) w aromacie ma znowu przede wszystkim słód, a w nim pluskają się akcenty orzechów, coca-coli, odrobina wanilii, trochę przypalonego drewna, dębiny. I znowu harmonijnie i przyjemnie. W smaku słodowa baza nieco mniej wyraźna, smak jest bardziej wytrawny, więcej akcentów pozasłodowych – trawa cytrynowa, tymianek, konopie indyjskie. Jest tu też wanilia, orzechy włoskie, jest odrobina toffi. Na koniec pojawiają się akcenty dębowe – delikatna cierpkość taninowa. Nieźle wszystko poukładane, choć może nieco mniej harmonijnie niż w przypadku Belhaven.

Tennent’s Scottish Beer ma w aromacie trochę akcentów wędzonych, odrobinę torfu, tosty z chleba pełnoziarnistego, lekkie akcenty ziołowe, palone jesienią liście, trawę. No i bardzo mały przyjemny, niepokojący akcent płynu do mycia okien. Chyba najmniej obiecujący aromat, jak dotąd. W smaku słodowa baza otoczona jest powłoką dymu, wędzonki, wręcz wędlin mięsnych, dobrej, suszonej kiełbasy. Jest tam jakiś niefajny akcent plasteliny, całość robi się z czasem coraz bardziej wytrawna, wychodzą akcenty dębiny, palonej dębiny. Nie wylałbym do zlewu, ale jak dotąd jest to najmniej przyjemne w smaku piwo.

Edition No. 1 Whisky-Malz (21 Blg, niefiltrowane)– naprawdę potężna baza słodowa, ma się wrażenie, że to piwo da się wręcz ugryźć, delikatne akcenty rumu, trochę owoców (truskawki z kompotu). Bogata, słodka marmolada owocowa. Bardzo obiecujący, bogaty, wręcz ciężki aromat. Taki w sam raz na Święta. W smaku jest pełne, niezwykle wyraziste, potężnie słodowe, a słód jest wyraźnie wędzony dymem torfowym. Jest tu całe mnóstwo akcentów owocowych – truskawki, morwa, gęsta marmolada wieloowocowa. Jeśli zamknę oczy, wyraźnie widzę zesłodowany jęczmień, chrupany wielokrotnie w destylarniach whisky w Szkocji. Dokładnie tak to smakuje. Być może brakuje tu jakiejś chmielowej kontry, może jest to piwo wręcz zbyt słodkie, ale mnie jakoś się podoba. Nawet pomimo zbyt wyraźnego alkoholu. Być może ze względu na naprawdę miłe, destylarniane wspomnienia sensoryczne. Być może dlatego, że jest to miłe, rozgrzewające, zimowe piwo. A może dlatego, żem za nie zapłacił 7,99 euro (butelka 0,75).

Mój dzisiejszy ranking:
1. Belhaven
2. Whisky-Malz Edition No. 1
3. Innis & Gunn
4. Tennent’s

Najlepsza ze współdegustatorek przestawiła miejsce drugi z trzecim. Nie ona płaciła za to Whisky-Malz z Görlitz. Pewno dlatego mniej jej smakowało. Pierwsze miejsce Belhaven jest jednak jednogłośne . Podobnie jak ostatnie Tennent’s Scottish Beer.


wtorek, 10 listopada 2015

Wyspiarska nostalgia




324. Hen’s Tooth (Morland Brewing) 6,5%
Belhaven Scottish Ale (Belhaven Brewery) 5,2%
325. Fuller’s ESB (Fuller Smith & Turner plc) 5,9%
326. Bazyl (Beer City) 5,9%

Zapragnęliśmy przypomnieć sobie smak prawdziwego, wyspiarskiego ale. Nie jakichś mniej czy bardziej udolnych imitacji z Polski czy Czech, charakteryzujących się zwykle brakiem umiaru w stosowaniu wątpliwej jakości amerykańskich chmielów. Nie, my chcemy prawdziwego ale, bitter, czy jak go tam nie nazwać. Stąd na stole dzisiaj trzy butelki właśnie z Wysp – dojrzewające w butelce angielskie Hen’s Tooth, wielokrotnie nagradzane i wyróżniane Fuller’s ESB (Extra Special Bitter) z browaru w Chiswick, oraz znane i lubiane szkockie Belhaven Scottish Ale. Piwo to już u nas występowało, więc pozbawione zostało numeracji powyżej. Jako że nie porzucamy nadziei, iż być może kiedyś wreszcie znajdziemy jakiś polski browar, który zrobi przyzwoite piwo górnej fermentacji, do stawki dorzucamy dziś wyrób browaru kontraktowego Beer City z Krakowa, mianowicie piwo określane przez producenta jako golden summer bitter, Bazyl. Piwo wyróżnia się na półce bardzo ciekawą szatą graficzną etykiety, no i spore uznanie za nawiązania do rodzimej tradycji – zarówno w nazwie, jak i w grafice (choć niemiłosiernie gryzie w oczy znajdujące się na krawatce logo browaru, nawiązujące bezlitośnie do Sin City). Trzymamy kciuki.

Piana wszędzie taka sama – pojawia się dość obficie, natomiast redukuje się szybko i zalega na powierzchni piwa w postaci poszarpanej, cieniutkiej warstwy. Najbardziej trwała na Bazylu. Wszystkie cztery piwa mają typową dla bitter barwę głębokiego bursztynu. Bazyl jest niefiltrowane, co natychmiast pozytywnie rzuca się w oczy.

Hen’s Tooth (14,4 Blg) w aromacie ma wyraźny słód, chmiele, jałowiec, akcenty owocowe – brzoskwinie, truskawki, jeżyny, akcent dymu z cygara, mleczne akcenty typu krówki, toffi, śmietanka. Po jakimś czasie robi się biszkoptowo-morelowe z otwartym szeroko słoikiem kleju do znaczków na poczcie. Dawno nie byłem na żadnej poczcie – czy tam ciągle wystawiają słoiczek kleju z pędzlem w środku? W smaku pełne, wyraziste, owocowo-ziołowe, ziołowo-gorzkie, akcenty karmelu, odrobina gumy arabskiej, no i niestety, dość wyraźnie wyczuwalny alkohol. Szkoda, bo kompozycja aromatyczno-smakowa tego piwa dałaby mu duże szanse na miejsce medalowe w dzisiejszej stawce. Jak ostateczni będzie – zobaczymy. Do zlewu na pewno nie trafi.

Belhaven Scottish Ale – w aromacie przede wszystkim słodowa baza, akcenty ziołowe (majeranek?), suche, wytrawne akcenty chmielowe. Prażony słonecznik, kukurydza, maślany popcorn, słodki karmel, orzechy. W smaku bardzo przyjemne, gładkie, eleganckie. Słód, przyjemny karmel, lekka śmietankowość, akcent gorzkiej czekolady z orzechami i rodzynkami, odrobina chmielowych, bardzo przyjemnych nutek, które tonują słodycz, ale na pewno nie dominują. Bardzo przyjemne piwo do powolnego sączenia. Poukładane i grzeczne.

Fuller’s Extra Special Bitter Champion Ale (13,9 Blg) ma zapach bardzo nostalgiczny – taki zapach unosi się przy barze porządnego angielskiego pubu – te wszystkie piwa, które rozlały się podczas pompowania, lekko skwaśniałe, zmieszane z aromatami pubu i wszystkiego, co dzieje się wokół baru… nutki powideł truskawkowych, akcenty orzechowe, całe mnóstwo bardzo rozkosznego słodu, który tylko lekko skontrowany jest akcentami chmielu. W smaku przyjemne, pełne, gładkie. Przede wszystkim porządna baza słodowa, na jej tle akcenty ziołowe, świeże orzechy włoskie, miód, pieczone kasztany. Bardzo eleganckie piwo, którego chce się jeszcze i jeszcze.

Bazyl (13 Blg, IBU 45, niefiltrowane, pasteryzowane, warzone w Browarach Regionalnych Wąsosz) ma aromat bardzo wyrazisty, rześki - powidła śliwkowe, jarzębina, dzika róża, miód, delikatne akcenty żywiczne, suszone gruszki. Z czasem, ze wzrostem temperatury, coraz wyraźniejsze stają się mdłe akcenty żywiczne, politura, stolarski klej kostny. Na koniec pojawiają się dość wyraźne akcenty przemysłowej gumy z wtryskarki. Ale to dopiero wtedy, gdy piwo (wyciągnięte wszak z lodówki) osiąga temperaturę optymalną dla tego rodzaju piwa. W smaku na początku uderza fala akcentów rodem z kleju do znaczków i gumy arabskiej. Jakiś miechunko-podobny wosk, kwaśno-gorzka ziołowość. Ale przede wszystkim chaos. W smaku tego piwa tak naprawdę nie wiadomo o co artyście chodziło – czy chciał namalować Bitwę pod Grunwaldem, czy Guernicę. A wyszło jak renowacja chrystusowego oblicza w hiszpańskim kościółku w miasteczku Borja parę lat temu. Ot, taki piwny bohomaz wyszedł. Zalegająca na podniebieniu ziołowa gorycz wykrzywia gębę pijącego z maestrią godną pędzla 80-letniej Cecilii Gimenez. Nie o to nam chodziło, nie o to.

Ranking, ranking! Wygrywa Balhaven, na drugim miejscu Fuller’s, na trzecim Hen’s Tooth, na czwartym Bazyli. Dzisiaj to moje lepsza połowa wygłosiła swoją opinię jako pierwsza. Hmmm… Belhaven Scottish Ale już raz triumfowało podczas naszych piwnych wieczorków. Czy na pewno jest lepsze od ESB? Tutaj nie jestem pewien, pociągam kolejne dwa łyki (ha! wiadomo, że to tylko pretekst). Chyba jednak ESB ma za dużo – w porównaniu do Belhaven – gorzkawych, ciężkich akcentów. Wezmę jeszcze łyk dla pewności… Tak, wygrywa Belhaven Scottish Ale, na drugim miejscu plasuje się Fuller’s ESB. Co do trzeciego i czwartego miejsca, już od paru chwil nie miałem najmniejszej wątpliwości – na podium jest jeszcze miejsce dla Hen’s Tooth. Poza nim ląduje Bazyl. I tyle w temacie nadętych polskich kraftów.


sobota, 17 października 2015

Prawie same stouty



275. Górnik (Browar Miedzianka) 5,5%
276. MILCoffeeL (Reden) 5%
277. Scottish Oat Stout (Belhaven) 7%
278. Dobry Wieczór (Pinta) 4,5%
279. Turbo Geezer (Kingpin) 8,3%

Dzisiaj na ciemno i okołostoutowo. Właściwie to same stouty plus Górnik z Miedzianki, dla którego w najbliższym czasie najpewniej nie znajdziemy konkurencji w stylu rauchbier, więc dorzuciliśmy go do stoutów. A i wśród tych pewna rozbieżność stylowa – jest coffee milkstout (MILCoffeeL), są oat stouty (Belhaven i Dobry Wieczór), jest nawet double Irish espresso stout (Turbo Geezer). Czterech zawodników z Polski, z polskich kraftów, i jeden ze Szkocji. W stosunku do Turbo Geezera mam spore oczekiwania – człowiek, który je robi jest naprawdę świetnym bloggerem, bodaj jedynym w polskich internetach, którego da się czytać z przyjemnością, i który wie o czym pisze.

W trakcie nalewania do szklanek, Turbo Geezer pokrył się nieśmiałą, nietrwałą, beżową pianą. Wkrótce prawie jej nie było, a do końca degustacji nie pozostał po niej nawet ślad, w tym na ściankach szklanki. Dobry Wieczór z Pinty wytworzył brązową, niezbyt obfitą pianę, która znikła natychmiast, zupełnie do zera. W szklance z Belhaven pojawiła się naturalna, stosunkowo trwała, beżowa piana. W MILCoffeeL piana zredukowała się niemal do zera w ciągu pół minuty. Na Górniku przyzwoita, beżowa piana dość szybko opadła do cieniutkiej warstwy. Jak się jednak okazało, była ona najtrwalsza z całej dzisiejszej piątki.

Górnik (13,4 Blg, IBU 33) pachnie wędzonką, kawą, wyprawioną skórą, zawiera akcenty spalenizny podczas świniobicia, gdy opalana jest sierść świnki i podjada się trochę skóra i tłuszcz. Jakieś akcenty jodowe, morskie. Wędzony żółty ser. Trochę nutek jakby prosto ze świeżo otwartej paczki solonych krakersów. W smaku jest lekkie, raczej wytrawne, z akcentami wędzonki, wędzonego sera. Po chwili pojawiają się nutki suszonych śliwek, gruszek, odrobina gorzkiej czekolady, kawy.

MILCoffeeL Coffee Milkstout (16 Blg, IBU 32, niefiltrowane, niepasteryzowane) – etykieta twierdzi, że jest to „wariacja na temat stylu, jakim jest milkstout. Specjalnie do tego celu sprowadziliśmy z Brazylii kawę Arabica, delikatnie paloną w małej rzemieślniczej palarni kawy w Katowicach. Feel the moc brazylijskiej coffee z Milco.” Na dobrą sprawę, już w tym momencie powinienem dać sobie spokój z piciem tego piwa. Naprawdę, odrobina szacunku dla samego siebie. A jednak… W aromacie naturalna, czarna kawa, jakieś słodkie akcenty, coś jak czarne, kawowe karmelki. Po chwili jakieś świeże, zielone akcenty roślinne – jakby aromat świeżo ułamanej łodygi tataraku, świeżych buraków cukrowych. W smaku jest zgodnie z obietnicą na etykiecie – jest to piwo o smaku kawy z mlekiem, zakończonym nieprzyjemną goryczką o charakterze roślinnym – mlecz, tatarak. Nic tu ciekawego się nie dzieje. Do ulubionych go sobie nie wpiszę.

Scottish Oak Stout w aromacie ma owoce jarzębiny, powidła śliwkowe, melasę, tylko odrobinę kawy, palony słód, nieśmiały akcent gumy arabskiej i lukrecji. W smaku jest bardzo gładkie, przyjemne. Jest słodko i kawowo. Kremowo, może nawet śmietankowo. Jest przyjemna spalenizna, a zabawę kończy niezbyt intensywna goryczka.

Dobry wieczór Oatmeal Stout (13,1 Blg, IBU 32, pasteryzowane, niefiltrowane) pachnie przyprawą maggi, spalonym (nie palonym, nie prażonym) zbożem, Po chwili, jak już dość nieprzyjemny i intensywny aromat przyprawy się ulotni, pojawia się trochę toffi, prażony, skarmelizowany miód, oblany mleczną czekoladą (ktoś zna batoniki Crunchie?). Robi się przyjemnie. W smaku jest nieprzyjemnie. Od samego początku kubki smakowe atakuje jakaś kwaśna gorycz o charakterze roślinnym – jakby wgryźć się w łodygę jakiejś rośliny, na przykład kukurydzy. Plus chlust kranówki prosto w gardło. Obrzydlistwo pierwszej wody. W smaku nie dzieje się nic – w momencie nabierania tego czegoś do ust robi się nieprzyjemnie, wodniście-kwaśno, a potem jest… dalej tak samo.

Turbo Geezer Double Irish Espresso Stout (19,1 Blg, niefiltrowane, pasteryzowane) w aromacie ma przede wszystkim akcenty palonego denaturatu podczas opalania drobiu po oskubaniu z pierza. Łącznie z akcentami palonych resztek owego pierza. Domyślam się, że to jest to, co miało się kojarzyć z aromatem podwójnego espresso. Chyba nie wyszło. Zobaczymy, może Turbo Geezer potrzebuje chwil paru by się otworzyć. A może za bardzo je schłodziliśmy. Poczekamy, jesteśmy cierpliwi. Ostatecznie, jeśli piwowar wrzucił w to coś tyyyyle składników (na etykiecie wymieniono ich całe setki, w tym wanilię burbońską, cukier kandyzowany i płatki dębowe whisky(???)), to coś dobrego musiało z tego wyjść. No po prostu musiało. Z czasem rzeczywiście, aromat ewoluuje w stronę czarnej, mocnej kawy z dodatkiem bodaj amaretto. Plus spalenizna i pożoga. Spalone zboże, spalona słoma, spalony karmel. Piwo pachnie tak, jakby nawet wodę użytą do jego warzenia najpierw spalono, a dopiero potem wlano do kadzi. W smaku jest słabo. Turbo Geezer jest wodnisty, z akcentami naprawdę kiepskiej jakości, taniej kawy rozpuszczalnej – słowem, kwas i chemia. Drewniana cierpkość, nieprzyjemny akcent alkoholu. Ogółem, smakuje jak naprawdę słabej jakości, zwietrzała gorzka czekolada w płynie. Plus alkohol. Albo zwietrzałe, stare, marnej jakości czekoladki z likierem.

Ranking znowu jednogłośny. Wygrywa Górnik, na drugim miejscu plasuje się Belhaven, na trzecim Turbo Geezer. Poza podium wylądowały MILCoffeeL i Dobry Wieczór, przy czym przepaść między czwartym a piątym miejscem jest wręcz galaktyczna. Pinta powinna umieszczać na etykietach swoich piw drukowane ogromnymi literami przeprosiny za to, że nie potrafią robić piwa, a mimo to każą sobie za nie płacić, oraz zapewnienie, że bardzo się starają i regularnie pogłębiają swoją piwowarską wiedzę, a także ćwiczą umiejętności. Naprawdę, jeśli kiedyś znajdę piwo z Pinty, które będzie dobrze smakowało...

Z ostatniej chwili. Już pod koniec tej degustacji zajrzałem tu i ówdzie w internety i dowiedziałem, że się laureat trzeciego miejsca u nas, Turbo Geezer, dostał dziś złoty medal na odbywającym się właśnie Warszawskim Festiwalu Piwa. Aż strach bierze na myśl jak musiała smakować konkurencja.

środa, 29 lipca 2015

Wypad na Wyspy



181. Anglers Reward (Wold Top Brewery) 4%
182. Late Red Autumn Splendour (Shepherd Neame) 4,5%
Scottish Ale (Belhaven) 5,2%
183. Bishops Finger (Shepherd Neame) 5,4%

Korzystając z dobrodziejstw tygodnia brytyjskiego w Lidlu, nalewamy sobie dzisiaj kilka wyspiarskich piw. Ostatecznie to przecież na Wyspach wymyślono ale i tam doprowadzono jego warzenie do perfekcji. Cokolwiek by nam próbowali wmówić różni rodzimi kraftowi browarczykowie. Co prawda, browary Shepherd Neame czy nawet zaliczający się do moich ulubionych Belhaven to jednak produkcja masowa, ale w Wielkiej Brytanii to pojęcie jest zupełnie inaczej rozumiane. Anglers Reward jest jedyną w tym zestawieniu produkcją zupełnie mi obcą, ale wiem skądinąd, że w Yorkshire – a tam zlokalizowany jest browar Wold Top, z którego piwo pochodzi – piwo robić potrafią jak mało gdzie. Jestem więc dobrej myśli, mimo iż Anglers Reward to stosunkowo intensywnie chmielone pale ale.

Warto zwrócić uwagę na zawartość alkoholu w poszczególnych piwach – od 4%, co w Wielkiej Brytanii nie jest żadnym ewenementem, do 5,4%. Przy czym to najmocniejsze piwo, Bishops Finger, określone jest już jako „strong ale”. Na Wyspach piwo pije się rekreacyjnie, nie po to, by się zwyczajnie sponiewierać.

Po nalaniu do szklanek każde z prezentowanej czwórki pokryło się grzeczną, naturalną, choć niezbyt obfitą pianą. To też dość charakterystyczna cecha piw z Wielkiej Brytanii. W tamtejszych pubach najczęściej na szklankach nie ma oznaczenia pojemności gdzieś kilka centymetrów od brzegów szklanki. Tam leje się piwo do pełna. Ale brytyjskie puby to temat na osobną opowieść.

Anglers Reward pachnie chmielem – cytrusowo i żywicznie. Nie jest to jednak nachalny, ostry, dominujący chmiel, jak w wyrobach polskich krafciarzy. Nie przykrywa słodu tak szczelnie, pozwala mu się ujawnić. W smaku jest bardzo lekkie, na granicy wodnistości. Świeże i orzeźwiające. Nutki owocowe (mirabelki, papierówki) dość szybko przepędza chmielowa goryczka, która po chwili ustępuje miejsca akcentom zbożowym. Nie zanika jednak całkiem, trzyma się nieźle, stojąc na straży aromatu. Lekka kwaskowość, jak ze świeżych papierówek. Bardzo ładnie wyważone, uporządkowane, grzeczne. Z pewnością nie spodoba się zwolennikom mocnego uderzenia piwnego „woltażu”, niekoniecznie przypadnie do gustu tym, co to zdecydowanej goryczki poszukują.

Late Red Autumn Splendour początkowo w aromacie miało bardzo wyraźne nuty świeżo startej marchewki. Po jakiejś chwili pojawiają się bardziej wyraziste aromaty chmielowe, trochę w kierunku pasty do podłogi. Jest tu też sporo słodu. Aż wreszcie toffi.  W smaku akcenty karmelowe, palonego słodu, kawy z mlekiem, a wszystko to na koniec złamane bardzo przyjemną, delikatną i świetnie uzupełniającą całość goryczką chmielową. Orzechowy posmak – prażone orzechy włoskie – z czasem przybiera na sile.

Belhaven Scottish Ale już raz stawało u nas w szranki z innymi piwami, dlatego nie jest liczone do statystyki (na wypadek gdyby ktoś zwrócił uwagę na cyferki). W aromacie ma czerwone śliwki, orzechy laskowe i karmel. Trochę ciężkich nutek żywicznych, najpewniej z chmielu. W smaku jest zbożowo, owocowo. Lekko kwaskowate, jakby echo sera pleśniowego, takiego z niebieską pleśnią. Poza tym, toffi, kawa z mlekiem, orzechy laskowe. Prawie nie ma chmielu, a jak jest, to tylko dla dobrego balansu. Przyjemnie i miło.

Bishops Finger pachnie śliwkami węgierkami, a właściwie powidłami z węgierek. Takimi dobrze wysmażonymi powidłami. Po chwili ujawniają się ciężkie, dojrzałe wiśnie, a może nawet słodkie czereśnie. Wiśnie w likierze. Trochę skórki z chleba, lekko palonego słodu. W smaku znowu pojawiają się powidła śliwkowe, w tle smak zboża, po czym pojawia się goryczka. Taka bardziej rodem z palonego ziarna niż chmielu, choć pewno i stąd i stamtąd. Ciemny, palony karmel. Smak dość szorstki, wytrawny – mimo początkowych nut powideł.

Ustawiamy ranking. Moim zdaniem, każde ze smakowanych dzisiaj piw jest dobre i godne polecenia. Dzisiaj nic nie trafi do zlewu, to na pewno. Według mnie, wygrywa Late Red Autumn Splendour, na drugim miejscu znajduje się Belhaven Scottish Ale, na trzecim Bishops Finger, a stawkę zamyka Anglers Reward. Choć te dwa ostatnie miejsca skłonny jestem zamienić na ex aequo trzecie.

Pytam Najdroższej, a ona mi mówi, że u niej wygrywa Belhaven Scottish Ale, na drugim miejscu Late Red Autumn Splendour, na trzecim Bishops Finger, a na końcu Anglers Reward. No, tośmy się rozjechali co do pierwszej dwójki. Próbuję tych dwóch raz jeszcze, cmokam, szlocham… No i sam już nie wiem. Może to Belhaven rzeczywiście jest odrobinę lepsze… Ach, pal go sześć, zostaję przy swojej początkowej ocenie. Protokół rozbieżności, cholera.