Pokazywanie postów oznaczonych etykietą birra castello. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą birra castello. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 6 października 2016

Lagery wszystkich krajów, łączcie się!



---. Warmińskie Rewolucje (Browar Kormoran) 5,2%
555. Hite Pale Lager (Hite Jinro Co.) 4,3%
---. Dolomiti Pils (Birra Castello) 4,9%
556. San Servolo (Bujska Pivovara) 5,1%

Dzięki podróżującym po świecie znajomym wpadło nam w ręce chorwackie piwo. Żadne tam jednak Karlovačko czy Ožujsko – co to, to nie. Wpadło nam w ręce bardzo elegancko opakowane, opatrzone gustowną etykietą piwo, które twierdzi, że jest niefiltrowane, niepasteryzowane, a na dodatek refermentowane w butelce. Co więcej, opisywane jako piwo domowe. A przecież niby tylko lager! San Servolo Svijetlo Pivo. Mamy co do niego pewne obawy, bo nie wiemy jak długo i w jakich warunkach do nas jechało – czy nie dostało w pycho zbytnim upałem czy nadadriatyckim słońcem gdzieś w samochodzie. No bo skoro niefiltrowane i niepasteryzowane, to mogło mu się zrobić niefajnie. Dlatego czym prędzej zabieramy się do spożycia.

A jeśli taki chorwacki cymes nam się trafia, trzeba mu dobrać odpowiednie towarzystwo. Przeszukaliśmy więc sklepy w poszukiwaniu lagerów, które można by z nim zestawić. I wyszedł z tego taki międzynarodowy zestaw. Tym bardziej, że pewna sieć sklepów wielko powierzchniowych, z której usług regularnie korzystamy, zaoferowała nam piwo koreańskie. No co jak co, ale koreańskiego piwa nie pija się na co dzień. Hite zapewnia, że jest jasnym lagerem, a na dodatek piwem dolnej fermentacji. Na wypadek gdybyśmy pierwszemu zapewnieniu nie uwierzyli. Do zestawu dorzuciliśmy włoskie piwko Dolomiti Pils, które już kiedyś piliśmy i całkiem nieźle smakowało. A że akurat w którymś ze sklepów było, to nie zastanawialiśmy się długo.

Do tak interesującego zestawu trzeba było koniecznie dorzucić jakieś polskie piwo, jakiś nasz lager. Niech walczy, broni honoru ojczyzny! Zastanawialiśmy się nad Perłą, Harnasiem, Kasztelanem i paroma innymi Prażubrami. Wybór jednak padł na wyrób Browaru Kormoran, w którym na dobre zakochaliśmy się podczas ostatnich wakacji, w trakcie pobytu na Mazurach. Postanowiliśmy reprezentację Polski powierzyć Warmińskim Rewolucjom.

Dodatkowo, korzystając z oferty innej z naszych ulubionych sieci sklepów, dorzuciliśmy sobie Warsteinera. Poza konkurencją, niejako na skalibrowanie podniebienia. Rozbiegówka tak, rzec można. Taki tam dobry koncerniak, dla kontrastu. Nie będziemy go analizować, opisywać, oceniać. Co najwyżej jako punkt odniesienia.

Tak przy okazji (skoro już Kasztelan wywołany został kilka linijek wyżej), nie tak dawno wlało nam się do szklanek Kasztelan Świeże. Żeby nie było, że ograniczeni jesteśmy, że boimy się prawdziwych wyzwań. Jezus, Maria, co za obrzydliwe coś! Nie piwo, to z całą pewnością. Jakieś coś, co gębę wykręca swoją obrzydliwością bardziej nawet niż niejedna AIPA z polskich browarów kraftowych. Ale to tak na marginesie. Tymczasem lejemy nasze dzisiejsze lagery do szklanek…

Wszystkie spieniły się wręcz wzorcowo. Piana najmniej trwała była na koreańskim Hite, natomiast na Warmińskich Rewolucjach przepięknie oblepiła ścianki szklanki, zostawiając osad nawet w trakcie opadania. Podobnie było na powierzchni Warsteinera. Ewidentnie San Servolo jest niefiltrowane – widać to na pierwszy rzut oka.



Warmińskie Rewolucje (12,5 Blg, pasteryzowane, niefiltrowane) – w aromacie przede wszystkim chmiele, odrobina akcentów cytrusowych, trochę gorzkiej czekolady, ugotowany zielony groszek, mnóstwo zboża. Po chwili wychodzi palony słód, akcenty kawy zbożowej, cykorii. Preparowany brązowy ryż. Odrobina karmelu. Palone suche, jesienne liście. Akcenty cytrusowe uciekły gdzieś. Piwo aż prosi, by je wychylić. Jak na lager, aromat jest wyjątkowo rozbudowany i ciekawy.
Smak jest pełny, na granicy wręcz dopuszczalności dla lagera, który ma wszak być piwem lekkim, orzeźwiającym. Bardzo fajny, choć niezbyt złożony smak – zboże, fajnie dobrany chmiel, gdzieś daleko jakieś nieśmiałe nutki owocowe. Wszystko gra i radochę gębie daje.
Kategoria: JESZCZE RAZ TO SAMO

Hite Pale Lager (10,3 Blg, filtrowane, pasteryzowane, warzone z dodatkiem skrobi kukurydzianej) – pachnie landrynkowo, trochę jak oranżada, lekko ściekowy smrodek na drugim planie, dużo zboża przede wszystkim. Z czasem aromat wytrawnieje, pojawia się lekko palony słód. Ciągle jednak aromat zdominowany jest przez nieco sztuczne, oranżadowe akcenty. Nie jest tak dobrze, jak w Warmińskich Rewolucjach, ale aromat zdecydowanie nie odstrasza.
Smak jest lekki, jakby odrobinę zanieczyszczony akcentami owocowymi – brzoskwinia, jabłko. Goryczka ledwo sobie daje radę ze słodyczą. Trochę za dużo niezbyt naturalnego gazu, jakby piwo dodatkowo nasycono CO2. Pite po Rewolucjach wyraźnie rozczarowuje, choć zdecydowanie nie nadaje się do zlewu.
Kategoria: JAKOŚ JE ZMĘCZĘ

Dolomiti Pils – pachnie chlebem, takim świeżo wypieczonym prosto z piekarni – to przede wszystkim. Poza tym, sporo zboża, plus jakiś słodki owocowy aromat w tle, może czarna morwa. Suszone liście tytoniu. Po paru chwilach jest przede wszystkim słodowo, pojawiają się akcenty suszonych moreli. Prosi by je wypić.
Smak jest pełny, przepysznie zbożowy. Delikatne, nieśmiałe nutki owocowe i jakieś echo wędzonki tylko dodają piwu uroku, a świetnie dobrany – i co do rodzaju i co do proporcji – chmiel daje delikatną, subtelną goryczkę. Na sam koniec, gdzieś na dnie podniebienia pojawia się subtelna grapefruitowa goryczka.
Kategoria: JESZCZE RAZ TO SAMO

San Servolo Svijetlo Pivo (11,9 Blg, niefiltrowane, niepasteryzowane, refermentowane w butelce) – ma bardzo bogaty, złożony aromat – na tle akcentów zbożowych, w tym pszenicznych, nutki oranżady, odrobina ananasa, akcenty drożdżowe. Po chwil ujawniają się akcenty ziołowe – lubczyk, suszony seler. Ciągle jednak wiszą gdzieś tam w tle delikatne nutki kandyzowanych owoców. Pachnie zachęcająco.
Smak jest bardzo ciekawy – pełny, złożony, gdzieś pomiędzy lagerem, a weizenem wręcz. Słodycz słodu, pszenicy, nutki owocowe, drożdżowe, świeży biszkopt. W tle siedzi bardzo fajna, karna goryczka – nie odstępuje ani na krok, ale nie rzuca się w oczy jakoś specjalnie – wypisz, wymaluj, nasi BORowcy podczas wizyty głowy państwa w popegeerowskiej wsi.
Kategoria: JESZCZE RAZ TO SAMO

Warsteiner – żadnych fajerwerków aromatyczno-smakowych, ale smak lagera jest tu bardzo czysty, szlachetny wręcz. Aż się prosi, byś takiego lagera powszedniego dał nam Panie…

Ranking, jednogłośny dzisiaj:

1. Warmińskie Rewolucje
2. San Servolo
3. Dolomiti Pils
4. Hite Pale Lager

Gdyby musiał byś oceniany również Warsteiner, znalazłby się gdzieś pomiędzy Dolomiti Pils, a Hite. A jeśli wcześniej powiedziano, że to dobry, zacny, wręcz szlachetny lager, niech to będzie najlepszą rekomendacją tych trzech, które z nim wygrały.

Dzisiejsze piwka to także nie lada gratka dla kolekcjonerów kapsli piwnych.


czwartek, 29 października 2015

Okołomarcowo


297. Dolomiti Rossa Doppio Malto (Birra Castello SPA) 6,7%
298. Inedit (Damm) 4,8%
299. Po Godzinach Marcowe (Browar Amber) 5,8%
300. Voll-Damm Doble Malta (Damm) 7,2%

Skład dzisiejszej stawki zawodników podyktowały dość przypadkowe – jak zwykle u nas – zakupy, oraz wymagająca natychmiastowych działań opróżniających zawartość lodówki i jej okolic. Jej trzon to piwa marcowe i im podobne, do którego dorzuciliśmy ciekawostkę w postaci katalońskiego piwa Inedit Damm, które nijak nam nie pasowało do jakiegokolwiek innego zestawu. Ciekawostka polega na tym, że mimo iż piwo to uwarzono w barcelońskim browarze Damm, dokładnie tam, gdzie najpopularniejsze piwo barcelońskie, Estrella Damm, to w komponowaniu jego receptury brał udział (a przynajmniej się pod nim podpisał) sam Ferran Adrià, kulinarny geniusz (podobno), twórca bodaj najsłynniejszej restauracji na świecie, elBulli. Skąpe informacje na temat tego piwa, jakie znaleźć można na kontretykiecie sugerują, że bliżej mu raczej do stylu belgijskiego witbier, ale skoro witbierów nie mamy chwilowo na składzie, to przecież takiego Inedit do zlewu nie wylejemy. Niech walczy. Do pomocy dorzucamy mu Voll-Damm Doble Malta, piwo warzone w tym samym browarze, i już na pewno marcowe. Na stole ląduje jeszcze jedno piwo z południa, a mianowicie włoskie Dolomiti Rossa Doppio Malto. Polskę reprezentuje Marcowe z serii Po Godzinach z browaru Amber. Amber raczej nie zawodzi, tak więc nie przejmujemy się przewagą liczebną Południowców.

Przy okazji wyszło nam – zupełnie niechcący – że właśnie wkraczamy w czwartą setkę opisywanych piwek. I ciągle z dala od oddziału odwykowego, czego zamierzamy się trzymać przez co najmniej kolejnych trzysta piw.

Podczas nalewania, w każdej szklance pojawia się poprawna piana – ani zbyt obfita, ani zbyt skąpa, ani zbyt trwała, ani zbyt ulotna. Beżowa w Po Godzinach i wręcz brązowa w Dolomiti. Naturalna, osiadająca na ścianach szklanek, w miarę trwała. Samo piwo Dolomiti ma barwę bursztynową, jest dzisiaj najciemniejszym piwem. Najjaśniejsze, ciemnosłomkowe, odrobinę ciemniejsze niż typowy witbier  – i wyraźnie niefiltrowane – jest Inedit.

Dolomiti Rossa Doppio Malto pachnie palonym słodem, melasą i jarzębiną. Po chwili ujawnia się nasza ulubiona guma arabska. Trochę rodzynek. W smaku lekkie, z nutkami palonego słodu, karmelu, suszone śliwki, delikatna goryczka gorzkiej czekolady. Bardzo sympatycznie wyważone, grzeczne. Smaczne, choć z czasem robi się kompletnie płaskie, pozbawione wyrazistości.

Inedit w aromacie ma lubczyk, seler, pieprz, słód, kolendrę, pszenicę, odrobinę cytrusów. Po chwili całość ewoluuje w stronę zapachu domowego rosołu. W smaku jest również jarzynowo – seler, marchewka. Lubczyk i kolendra są i tutaj. Jest tam też wyraźnie pszenica. Pieprz, majeranek, korzeń pietruszki. Dopełnione lekką sugestią tylko cytrusów, goździków. Wbrew pozorom, nie jest to jakoś specjalnie nieprzyjemne. Choć raczej zwycięstwa w dzisiejszym starciu akurat temu piwu nie wróżę. Nie uprzedzajmy jednak wypadków, jeszcze dwa piwa przed nami. Trzeba jednak powiedzieć, że Ferran Adrià i koledzy – jeśli rzeczywiście maczali oni palce w tworzeniu tego piwa, a nie jest to tylko zabieg marketingowy – stworzyli bardzo nietypowe piwo. Na pewno sięgniemy po nie jeszcze raz, gdy tylko nadarzy się sposobność.

Po Godzinach (14,4 Blg, pasteryzowane) – w aromacie słód, karmel. Po chwili ujawniają się nutki śmietankowego sosu grzybowego. Takiego z podgrzybków. W smaku pełne, wyraziste – słód, karmel, delikatny powiew polskiego chmielu – nie jest to nawet goryczka, a bardziej powiew aromatu znad pęczka ususzonych szyszek chmielu. Bardzo dojrzałe, słodkie brzoskwinie. Ten akcent sosu grzybowego obecny jest również w smaku. Bardzo przyjemna rzecz.

Voll-Damm pachnie ciemnymi owocami – czarną porzeczką, aronią. Po chwili pojawia się delikatna wędzonka. I karmel. W smaku pełne, pełne słodkich owoców. Rumianek, kardamon, goździki. Jest lekka nutka alkoholu, akurat raczej mało przyjemnego. I całe szczęście, że nie ma go tam dużo. Goryczka ma charakter goryczy tarniny. Takiej, którą już zdążył ścisnąć pierwszy jesienny przymrozek.

Dziś znowu werdykt jest jednogłośny, choć przyznać trzeba, że obydwoje trochę wahaliśmy co do drugiego miejsca. Tak czy owak, wygrywa Po Godzinach. Zdecydowanie. Drugie miejsce – za totalnie nieoczywistą innowacyjność – Inedit. Na trzecim miejscu Voll-Damm. Jako ostatnie linię mety przekracza Dolomiti.

sobota, 10 października 2015

Lagerowe starcie międzynarodowe



265. Autorskie (Pierwszy Prywatny Browar, Lwów) 6,8%
266. Dolomiti Doppio Malto (Birra Castello SPA) 6,7%
267. Wąsosz 15 (Browar Wąsosz) 7,8%
268. Novopacké Pívo Kumburák (Pivovar Nova Paka) 5,3%

Dzisiaj przed nami kolejna międzynarodowa, objazdowa wycieczka piwna. Nie żebyśmy wybierali się w jakieś bardzo dalekie strony. Dzisiaj na stole stoją reprezentanci Ukrainy, Włoch, Czech i Polski. „Piętnastka” z Wąsosza już nam się parę razy przez gardło przelała – i było to całkiem przyjemne doświadczenie. Inna wersja włoskiego piwa z Dolomitów też już nam się kiedyś przyplątała. I też nie było to przykre spotkanie, o ile mnie pamięć nie myli. Kumburák z Novej Paki czekał na swoją kolej już wystarczająco długo. Zaczęła się pojawiać obawa o przekroczenie terminu przydatności do spożycia. Koło Autorskiego od jakiegoś czasu chodziłem jak koło jeża, widząc je na półce w sklepie, z jakiegoś powodu przekonany że to piwo rosyjskie (okularów ze sobą do sklepu zwykle nie noszę, a oni te napisy na etykietkach robią takimi malutkimi literami!), a rosyjskiego nie chcę kupować. Koniec, kropka. Wreszcie parę dni temu odkryłem, że to piwo z Ukrainy, z Pierwszego Prywatnego Browaru, założonego w 2004 we Lwowie. A że współwłaściciel browaru i główny piwowar twierdzi, że „robi piwo dla ludzi tak, jakby robił je dla siebie”, „zrobił wszystko co mógł, a jeśli ktoś potrafi lepiej, to niech zrobi lepsze”, to można oczekiwać czegoś sympatycznego. Przynajmniej taką miejmy nadzieję.

Piana na Autorskim znika natychmiast po przelaniu do szklanki. Podobnie dzieje się w przypadku Wąsosza. Piwo z Dolomitów pokrywa się pianą, która po paru chwilach redukuje się do cienkiej, jednak stosunkowo trwałej warstwy. Jedynie Kumburák pokazuje konkurencji jak powinna wyglądać piana na piwie – jest obfita i trwała, tworzy koronkę na ściankach szklanki. Gdybym się na tym znał, to powiedziałbym, że ma ładny lacing.

Już na pierwszy rzut oka, jeszcze przed otwarciem butelek jasne było, że te cztery piwa niekoniecznie są dokładnie z tej samej bajki. Są to, co prawda, piwa dolnej fermentacji – lagery, jak kto woli – ale Autorskie reprezentuje styl półciemny (czy też bursztynowy), Dolomiti i Wąsosz to po prostu mocne lagery, a Kumburák to zwykły, standardowy, jasny lager. Tak czy inaczej, niech się zetrą na naszych oczach. Czy też podniebieniach.

Autorskie (17 Blg, IBU 14, pasteryzowane, filtrowane) w swoim przyjemnym, ciepłym aromacie ma akcenty toffi, w kierunku krówek, trochę słodu. Akcent suszonego (nie prażonego) słonecznika łuskanego. Chmielu jak na lekarstwo. Po chwili pojawiają się akcenty dojrzałych, ciężkich od soku wiśni. W smaku jest pełne, ciepłe, przyjemne. Karmelowo-krówkowa słodycz współgra z dość wysokim wysyceniem, powodującym przyjemne szemranie pęcherzyków gazu na podniebieniu. Z czasem do głosu dochodzi słodowość, zbożowość. Gdzieś w tle bardzo delikatna nutka chmielu. Wiem, że sam dla siebie zabrzmię dziwnie, ale tego chmielu mogłoby tu być odrobinkę więcej, jak na mój gust. Ogólne wrażenie jest jednak bardzo przyjemne – treściwe, aromatyczne piwo, które chce się sączyć.

Dolomiti Doppio Malto ma bardzo świeży, lekki aromat, w którym da się wyczuć jabłka – właściwie starty mus jabłkowy – a pod nim słód i tylko echo delikatnego chmielu. Z czasem owe jabłkowe akcenty ewoluują w stronę suszonych jabłek z wanilią. W smaku jest lekkie, słodowe. W smaku również obecne są akcenty jabłkowe. Pojawiają się też akcenty miodowe, ale bez przesadnej słodyczy miodu. Chmielu niemal nie czuć, ale nie jest on tu potrzebny, gdyż piwo jest wyraziste, żywe. Drugie przyjemne piwo tego wieczoru.

Aromat Wąsosza 15 (15,1 Blg, pasteryzowane) – Piwa Jasnego Treściwego, jak głosi etykieta – dryfuje w stronę akcentów słodyczy cukrowej, trochę syntetycznej. Czuć w nim – poza oczywistym słodem – wiśnie kandyzowane, galaretki owocowe w cukrze, klasyczna, czerwona oranżada, kandyzowane owoce egzotyczne, głównie mango. I znowu z chmielem piwowarzy postępowali bardzo oszczędnie. Nie żeby go brakowało jakoś specjalnie w aromacie. Po jakimś czasie pojawia się akcent świeżych drożdżówek z lukrem. Smak jednak jest sporym rozczarowaniem. Coś jakby rozwodniony do granic przyzwoitości sok owocowy, czy może nawet kompot. Owszem, czuć w nim sporo słodu, ciężkiego słodu, akcenty suszonych śliwek, ale tuż obok nich stoi lekka kwaskowatość, akcent nieświeży, zepsuty. W tle pojawiają się po chwili mało przyjemne akcenty goryczy, ale to takiej rodem z wiosennego mleczu, gorzkich chwastów. Z czasem, po paru chwilach i pewno kilku stopniach Celsjusza w górę, ta gorycz gdzieś zanika, a smak piwa robi się bardzo przyjemny, słodowo-owocowo-słodki. I znowu przydałoby się nieco więcej chmielu, by tę słodycz zrównoważyć.

Kumburák (pasteryzowane) z Novej Paki ma aromat złożony z akcentów przepracowanego oleju silnikowego, pasty do podłogi, plasteliny. Po jakimś czasie olej, pasta i plastelina przybierają postać ścierki do podłogi – również mocno przepracowanej – ale plastelinę da się dalej dość wyraźnie wyczuć. W smaku jest dziwnie nieokreślony. Ma się wrażenie, że smakuje się ten przepracowany olej, zaprawiony słodem, akcentami przerośniętego, starego zielonego groszku. Da się wyczuć trochę nutek jabłkowych, ale zostają one przykryte natychmiast nieprzyjemną goryczą. Ziołową, bezkompromisową goryczą. Po jakimś czasie, smak piwa jest po prostu kwaśny i gorzki. I jakoś nie chce mu się dawać kolejnej szansy. Zdecydowany kandydat do zlewu. Może przepłucze kolanko.

Jeśli trzeba by sporządzić jakiś ranking i ustawić smakowane dzisiaj cztery piwa w kolejności od najbardziej pożądanego w moim szkle do zlewek, wygrywa zdecydowanie Dolomiti. Na drugim miejscu plasuje się Autorskie, zdobycie brązu świętuje Wąsosz. Jak dotąd, werdykt jest jednogłośny. Chyba więc nie będziemy się spierać o miejsce czwarte. Kumburáka wylewamy do zlewu i liczymy na jego zbawcze działanie w kierunku lepszego udrożnienia ścieków naszych domowych.

poniedziałek, 17 sierpnia 2015

Nasze egzotyczne wakacje (cz. 2)

(13/08/2015)


215. Singha Premium Import (Pathumthani Brewery) 5%
216. Asahi Super Dry (Asahi) 5%
217. Cobra Premium (Cobra Beer Partnership) 4,8%
218. San Miguel Especial (San Miguel) 5,4%
219. Dolomiti Pils (Birra Castello SPA) 4,9%
220. Saigon Export (Saigon) 4,9%

Nasze piwne wakacje egzotyczne trwają w najlepsze. Tak się złożyło, że w tym roku nie dało się nigdzie wyjechać, więc to piwka musiały przyjechać do nas. W tym roku nie pojechaliśmy do Tajlandii. Jakoś tak się złożyło. Nie udało się wybrać do Japonii ani do Indii. Do Hiszpanii też nie pojechaliśmy. O włos, dosłownie o włos rozminęliśmy się z Włochami. Ale najbardziej boli mnie, że nie pojechaliśmy do Wietnamu. Cóż, postanowiliśmy więc wszystkie te kraje zaprosić do siebie. Najlepiej w postaci ich przedstawicieli piwnych. I tak, dziś na naszym stole pojawiły się lagery ze wszystkich wymienionych krajów – Singha (Tajlandia), Asahi (Japonia), Cobra (Indie), San Miguel Especial (Hiszpania, a właściwie Katalonia), Dolomiti Pils (Włochy) i Saigon Export (Wietnam). Szczególnie, że nieprzerwana fala upałów nie pozwala na degustację innych gatunków piw. Zimny lager ratuje życie. O, takie hasło mi się ukuło. Samo.

Wszystkie piwka nalewają się bezproblemowo, piany w nich niewiele, na większości zanika dość szybko. San Miguel jako jedyne pozostawia na ściankach szklanki jakiś ślad. Jeśli chodzi o barwę, to obowiązuje dzisiaj ciemnosłomkowy lagerowy standard. Wyłamuje się z niego tylko Singha, która jest bladosłomkowa.

Singha, które przyjechało do nas z Tajlandii, pachnie świeżo, lekko, słodowo, lekko kwaskowato. Odrobina chmielu. W smaku jest orzeźwiające, lekkie. Słodowość, odrobina nut owocowych, gdzieś w tle czają się prażone orzechy laskowe i świeży akcent kiełków słonecznika. No i goryczka chmielowa. Niezbyt intensywna, niekoniecznie przyjemna. Jakaś taka koncentratowo-granulatowa.

Asahi, które wcale nie przyjechało do nas z Japonii, tylko z Czech, pachnie bagnem. Albo ścierką ze zmywaka. Zapach jest wytrawny, mało przyjemny. Jest tam słód, po chwili pojawiają się elementy kwiatowe, ale pierwsze wrażenie było raczej słabe. W smaku jest lekkie, początkowo nieco kwaskowate, owocowe. Jakby nie całkiem dojrzałe śliwki. Ale po chwili pojawia się na podniebieniu przepiękna zbożowość – czysta, naturalna, świeża. Chmielu tam prawie nie ma, a ten, który jest, układa się grzecznie w obraz całości. W niewypełnione przez inne akcenty smakowe obszary języka i podniebienia. Pełna harmonia. I coś, co w innych piwach mi przeszkadzało, tu zdaje się być atutem – wysokie nasycenie piwa CO2 i przyjemne szczypanie bąbelków gazu na języku. Jestem na tak.

Cobra – indyjskie piwo warzone w Wielkiej Brytanii – ma w aromacie słodycz żelków haribo, i to tych o smaku owoców egzotycznych, moich ulubionych. Maliny, owocowa herbata. Plus trochę słodu. Chmielu chyba w Indiach nie znają, ale wcale nie mam zamiaru tego mieć im za złe. Z czasem robi się coraz bardziej słodowe, a moje ulubione żelki rozmywają się w nicość. A w najlepszym wypadku w odległe echo. W smaku jest lekko… i dziwnie jakoś. Po jakiejś chwili pojawia się zboże, ale na pierwszym planie jakby kwaśne zielone jabłka. Drugi łyk – i już mam pewność. Tak, to nutki kwaśnych, niedojrzałych jabłek. Delikatne i całkiem przyjemne, podkreślić trzeba.

San Miguel Especial w aromacie ma przede wszystkim ciężki, gęsty, wszechobecny słód. Plus akcenty owocowe – nektaryny i jesienne, pieczone jabłka. Smak jest pełny, owocowy (znowu jabłka, choć już nie pieczone). Na słód, zbożowość, trzeba chwilę poczekać, ale i ona pojawia się wkrótce. Chmielu znowu prawie tu nie ma, ale znowu nie jest on tu za bardzo potrzebny. To niewiele, które tu jest, zdaje się być w zupełności wystarczające.

Dolomiti Pils pachnie zbożem. Pięknym, świeżym zbożem w okresie żniw. Jeśli ktoś kiedyś siedział na przyczepie pełnej zboża odwożonego z pola prosto do elewatora, to właśnie coś takiego wąchał. Do tego dochodzą owoce jarzębiny. I bardzo wyraźny kwiat plumerii. Po chwili pojawia się też prażony słonecznik. W smaku jest słodko, ale to nie słodycz zbożowo-słodowa, to bardziej egzotyczne owoce, kandyzowana papaja, ananas. Po chwili pojawia się zbożowość, po paru chwilach jakieś echo chmielu. I bardzo dobrze. Komu potrzebny chmiel, jeśli baza piwa skomponowana jest więcej niż przyzwoicie?

Saigon w aromacie ma… sprite. Syntetyczną, słodką cytrynę. Pod nią siedzi sobie wyraźny słód. Solidna, słodowa baza. W smaku jest lekkie, rześkie, ale mało wyraziste, rozwodnione. Główne akcenty smakowe to słód i jakiś kwaśny, niedojrzały owoc. Goryczki prawie nie ma. A szkoda, bo tutaj akurat pewno by się przydała, by jakoś uzupełnić niedobory smakowe. I przeciwstawić się tej klejącej, gęstej słodyczy, zbierającej się z tyłu podniebienia.

Czas przyznać nagrody – który kraj dzisiaj podbił nasze podniebienia? Moim zdaniem, wygrywa Asahi, drugie miejsce zajmuje Cobra, za nią Dolomiti Pils, na czwartym San Miguel, piąta jest Singha, a na końcu Saigon. Konsultuję moje oceny z najlepszą z żon… i okazuje się, że jesteśmy prawie tego samego zdania. Prawie. U niej Saigon zajmuje drugie miejsce, ale kolejność wszystkich pozostałych jest dokładnie taka sama. Można powiedzieć, że zgadzamy się na pięć szóstych. A to przecież całkiem niezły wynik.