niedziela, 10 stycznia 2016

Czas na stout!



409. Tenczynek Milk Stout (Browar Tenczynek) 4,6%
410. Salvador Smoked Coffee Stout (Browary Regionalne Wąsosz) 5%
411. Guinness Extra Stout (Guinness) 4,2%
412. Po Godzinach Cherry Milk Stout (Browar Amber) 4,7%

Tak, czas najwyższy. Dawno się nie stouciliśmy. A że jakimś trafem pojawił się u nas absolutny klasyk, Guinness Extra Stout, trzeba było dobrać mu krajową konkurencję i zobaczyć jak radzi sobie oryginał na tle trzech różnych wariacji na temat stylu. Browar Tenczynek, a tym samym Browary Regionalne Jakubiak, reprezentowany jest przez Milk Stout, czyli stout warzony z dodatkiem laktozy. W barwach (sic!) wielce zasłużonych i najczęściej lubianych i docenianych Browarów Regionalnych Wąsosz występuje dziś Salvador Smoked Coffee Stout, czyli piwo warzone z dodatkiem kawy (oczywiście arabika) i wędzonym słodem w zasypie. No i wreszcie udało się nam dopaść – już chyba rzutem na taśmę, bo piwo swoją premierę miało w listopadzie ubiegłego roku – kolejne wcielenie Po Godzinach z Browaru Amber, a mianowicie Cherry Milk Stout, czyli dodatek laktozy, ale także soku wiśniowego już na etapie leżakowania.

Przy okazji, nie jestem pewien zawartości alkoholu w opisywanym Guinnessie. Kupiony w Niemczech, wydaje mi się, że zawierał 4,1% alkoholu, a nie 4,2%. Niestety, butelka wylądowała w śmietniku zanim zdążyłem uzupełnić wszystkie wpisy. Mam tu spore zaległości, niestety. Tak czy owak, na pewno był to Foreign Extra Stout (7,5%), ani Original (5%). Z tego samego powodu (butelki w śmietniku stanowczo przedwcześnie), nie wszędzie w nawiasach udało mi się podać pełne dostępne informacje dotyczące Blg, pasteryzacji, filtracji, IBU, itp.

Nalewamy, próbujemy. Jeśli chodzi o pianę, to Guinness zawstydza konkurencję. Piana jest klasycznie gęsta, obfita, czyni nalanie piwa do szklanki wyjątkowo trudnym zadaniem. Tenczynek i Salvador wypadają na jego tle wyjątkowo blado. Po Godzinach trzyma fason. Piana – niezależnie od jej ilości i trwałości – wszędzie jest drobno i średniopęcherzykowa, beżowa w kierunku brązu.

Tenczynek Milk Stout (14 Blg, pasteryzowane, niefiltrowane) – w aromacie tradycyjna spalenizna, igliwie sosnowe, kawa, tymianek, lubczyk, jakaś kremowość, toffi. Pojawiają się po chwili akcenty grapefruitowe i słodkiej czekolady. W smaku jest przede wszystkim sporo akcentów palonego zboża, ale jest też odrobina przyjemnych, delikatnych nutek mlecznych, które trochę za bardzo przytłaczają zupełnie do nich nie pasujące, gorzkie akcenty chmielowe, smak gorzkiego grapefruita i gorycz spalenizny. Generalnie, słabo. Chaotyczny, niepoukładany smak.

Salvador Smoked Coffee Stout (13 Blg, IBU 30, pasteryzowane, niefiltrowane) – w aromacie kawa, delikatna wędzonka, palony słód. Wędzonka z czasem zaczyna dominować w aromacie, a akcentom kawy coraz trudniej się przez nie przebić. Niewiele się tu dzieje, ale aromat jest przyjemny, sympatyczny dla nosa. Smak bardzo lekki, wytrawny, z akcentami palonego zboża, dymu, kawy – i niewiele więcej. Jakaś kwaśność. Płasko, żadnej ewolucji smaku, żadnej przyjemności picia. Przynajmniej na początku. Z czasem, po kilku kolejnych łykach, piwo układa się (pewno znowu nie trafiliśmy z temperaturą), akcenty dymu, kawy, palonego słodu ładnie się ze sobą ucierają, kwaśność gdzieś ucieka na dalszy plan. Koniec końców, całkiem sympatyczne piwo.

Guinness Extra Stout pachnie jagodami z syropu, jest tam odrobina bardzo delikatnej czekolady, wiśnie ze słoika, nutki coca-coli. Smak jest słaby, rozwodniony, bez jakichkolwiek bardziej wyrazistych akcentów, których mogłoby się uczepić podniebienie. Jest palone zboże, jest kawa, jest trochę chmielowej goryczki. Wysycenie raczej zbyt mocne, ma się wrażenie, że bąbelki gazu znieczulają , otumaniają kubki smakowe na jakiekolwiek doznania. Ostatecznie Guinness okazuje się zupełnie nijakim piwem, a spodziewaliśmy się przecież, że będzie wzorcem stouta.

Po Godzinach Cherry Milk Stout (14,5 Blg) – w aromacie słodka kawa, wiśnie, zielenina – coś jak przy koszeniu zachwaszczonego i niezbyt suchego trawnika. Taki zapach, jak przy opróżnianiu zbiornika kosiarki i spacerze z nim do kompostownika. W smaku sporo wiśni, gorzkiej czekolady, w dalszym ciągu sporo zielonych, kwaśnych, chwaścianych akcentów. Jakiś dziwaczny ten smak, choć zdecydowanie nie do dyskwalifikacji. No i nie wszyscy zebrani (a jak zwykle jest nas dwoje) zgadzają się co do tej dziwaczności. Są tacy, którym to ewidentnie smakuje. I niech im będzie.

Mój osobisty ranking wygląda dzisiaj następująco:

1. Salvador Smoked Coffee Stout
2. Po Godzinach Cherry Milk Stout
3. Guinness Extra Stout
4. Tenczynek Milk Stout

Najlepsza z żon postanowiła się wreszcie bardzo ze mną nie zgodzić. I dobrze, ta nasza jednomyślność z poprzednich wpisów zaczynała już mi doskwierać. Jej zdaniem tak powinien wyglądać dzisiejszy ranking:

1. Po Godzinach Cherry Milk Stout
2. Salvador Smoked Coffee Stout
3. Tenczynek Milk Stout
4. Guinness Extra Stout

Co odnotowuję z pełnym uszanowaniem wolności słowa, która ciągle u nas obowiązuje. Niezależnie od trendów panujących tuż za naszymi drzwiami i wszędzie wokół.



sobota, 9 stycznia 2016

Ameryka kontra Belgia w konkurencji IPA na kraftowo



405. The Alchemist East Coast AIPA (Brokreacja) 6,4%
406. HedgeHog AIPA (Kraftwerk) 5,8%
407. Browning Belgian IPA (Kraftwerk) 6%
408. Opactwo Olbrachta Belgian IPA (Jan Olbracht Browar Rzemieślniczy) 7%

Wybrałem się do piwnicy poszukać czegoś do wypicia na wieczór. No i chyba zbyt dokładnie szukałem, bo dokopałem się do zapasów piw kraftowych, którym wkrótce upłynie termin przydatności do spożycia. A przecież – powołując się na klasyków – skoro zapłacone, to wypić trzeba. Dość trudno było zestawić jakąś sensowną stawkę, więc padło na cztery IPA, z czego dwa piwa to American IPA, a dwa to Belgian IPA. Kraftowe IPA – aż strach pomyśleć, że takie cymesy mogłyby się zmarnować.

No bo jeśli przeczytać co ma na etykiecie napisany taki HedgeHog –  cytuję w całości, bo taka literatura nie może ulec zapomnieniu: „HedgeHog American India Pale Ale to ikona piwnej rewolucji. Jasne piwo górnej fermentacji z charakterystyczną wysoką goryczką oraz eksplozją aromatu cytrusów oraz żywicy. Feria [zachowuję pisownię oryginalną] nut kwiatowych oraz perfum. Imperialna propozycja dla prawdziwych koneserów poszukujących wyrazistych smaków.” – to człowiek od razu do szafy biegnie po garnitur i krawat. Tak w dżinsach tego przecież pić nie wypada.

Dzisiejsze piwa zestawione zostały dość beztrosko, gdyż przypuszczam, że słuszna dawka amerykańskich chmielów zabije wszelkie inne akcenty aromatyczno smakowe, więc w gruncie rzeczy nie ma znaczenia co było tym czymś chmielone. Na dobrą sprawę, mogłem do stawki dorzucić jakiś American Lager, a nawet American Weizen, a różnicy za bardzo by nie było. Jestem uprzedzony? Wydaję wyrok przed spróbowaniem? Nie, raczej nastawiam się tak, by ewentualnie dać się miło zaskoczyć. Na co ciągle, niezmiennie liczę.

Kłamię trochę mówiąc, że wszystkie cztery dzisiejsze piwa to starocie na granicy terminu przydatności do spożycia. Otóż nie. Dałem się ostatnio skusić ofercie dwóch browarów kraftowych, których piw jeszcze nigdy nie piłem. W nadziei, że może jednak, może tym razem. Mowa o Brokreacji, której Alchemika właśnie za chwilę naleję do szklanki, oraz Trzech Kumpli, którego kilka piw czeka cierpliwie w piwnicy na swoją kolej. I wiecie co? Skusiłem się na nie, zapominając o swoim postanowieniu, że dość piw kraftowych, ze względu na… no, przede wszystkim ze względu na to, że ich piw jeszcze nie piłem, to jasne. Ale także ze względu na szatę graficzną etykiet. Zwykle nie wypowiadam się na ten temat, bo co ja się tam znam, ale tym razem trzeba zrobić wyjątek. Trzech Kumpli szczególnie ujęło mnie naprawdę świetną, wysmakowaną i konsekwentną szatą graficzną. Brokreacja – fajnymi rysunkami. I nie będę im wypominał, marudził, że dlaczego Alchemist, Lumberjack, czy Butcher, czemu nie swojski Rzeźnik, Drwal, czy Alchemik. Już mi się nie chce. Nie wspominając o tym, że akurat ta ostatnia nazwa – Alchemik – mogłaby zbyt niebezpiecznie kojarzyć się z twórczością pewnego nader poczytnego pisarza pochodzenia brazylijskiego, więc rozgrzeszam tę rozpanoszoną angielszczyznę.

Dość gadania, kapsle z głów, nalewam.

Jeśli chodzi o pianę, to HedgeHog nie zna takiego zjawiska. Pojawia się na jego powierzchni trochę dość grubych bąbelków, ale zdecydowanie pianą tego nazwać się nie da. Poza tym, zanika tak szybko, że nie ma w ogóle o czym mówić. Nienajlepiej w tej kwestii jest również w Alchemiku, a właściwie na jego powierzchni. Tutaj, co prawda, podczas nalewania pojawia się dość sympatyczna piana ze sporym udziałem średniej wielkości pęcherzyków, ale i ona zanika dość szybko, pozostawiając na powierzchni piwa co najwyżej wspomnienie piany. Przyzwoicie zachowują się nasi polscy Belgowie – zarówno Opactwo Olbrachta, jak i Browning, pokryły się pianą w zdecydowanej większości drobnopęcherzykową, i piana ta pozostała z nami przez dłuższy czas, mimo wyraźnej redukcji.

Raz po raz rzucam okiem na etykiety, na szklanki, czytam sobie i patrzę. No i czytam, że Opactwo Olbrachta jest „ciemnym belgijskim piwem”, podczas gdy Browning to „piwo jasne”. Patrzę na szklanki, no i za żadne skarby nie chce mi się to zgodzić. „Jasny” Browning jest wyraźnie, o co najmniej cały jeden ton ciemniejsze od „ciemnego” Opactwa! Cholera, ja się jednak nie znam na piwie. Albo ślepy jestem, czy coś.

The Alchemist East Coast AIPA (16 Blg, IBU 85, niepasteryzowane, niefiltrowane) – w aromacie wszechobecne cytrusy (głównie albedo grapefruita) i żywica, plus jakiś zielony akcent, jakby rukola. Spod tego wszystkiego dzielnie próbuje przebić się aromat słodu, może jakichś owoców, ale przychodzi mu to z niemałym trudem. W smaku jest – zgodnie z przewidywaniami – mnóstwo cytrusowej goryczki, ale wystąpiło też to, na co miałem po cichu nadzieję. W swoim gatunku jest to przyjemne piwo. Nie wiem czy ekstrakty chmielowe były dobrej jakości, czy umiejętnie je zestawiono, czy jaki diabeł, ale goryczka nie zalega. Jest goryczką, nie goryczą. Spod niej bez większych problemów da się wyczuć bazę słodową, całe mnóstwo bardzo przyjemnej, owocowej słodyczy. Całość jest naprawdę fajnie skomponowana, grzecznie poukładana. I o ile na pewno Alchemik nie zostanie zaraz moim ulubionym piwem, to jest naprawdę ciekawą ofertą dla szukających mocnych chmielowych wrażeń. Wielki plus i niemałe zaskoczenie.

HedgeHog American IPA (14 Blg, IBU 70, pasteryzowane, niefiltrowane, warzone w Browarach Regionalnych Wąsosz) – wbrew buńczucznym zapowiedziom z etykiety, HedgeHog nawet zapachnieć nie potrafi. I niechby nawet zapachniał znienawidzonym przeze mnie ekstraktem z amerykańskich chmielów, mnie to nie musi się podobać, ale niech ma ten obiecywany aromat. Są tacy, co to lubią. Ale nie, tutaj co najwyżej doszukać się można zapachu wody, którą płukano miskę, w której te chmiele były przechowywane. Plus stare, podgniwające zboże, zbierane podczas żniw trzy lata temu i zapomniane na strychu. No i trochę miodu rzepakowego. Strasznie nieprzyjemne coś, ten aromat HedgeHoga. W smaku jest tak nijakie, jak w aromacie. Smakuje przede wszystkim brudną wodą. W tej wodzie da się dostrzec jakieś akcenty zbożowe, sporo grapefruita (albedo), jakichś nawet owoców. Ale są to akcenty bardzo mało wyraziste, bardzo niepoukładane, bardzo nieprzyjemne. Słowem, pomyje.

Browning Belgian IPA (14 Blg, pasteryzowane, niefiltrowane, warzone w Browarze Rzemieślniczym Jan Olbracht) ma bardzo łagodny, nieśmiały wręcz aromat. Są w nim bardzo łagodne cytrusy – wcale nie grapefruity – coś jakby mieszanka mandarynek i kumkwatów. Odrobina jeżyny.  W smaku jest tak trochę belgijskie, trzeba mu to przyznać. Słodowa baza, gdzieś tam echa karmelu, żywicy. Odrobina owoców, głównie brzoskwini. Trochę grapefruitowych w charakterze cytrusów. Wszystko jednak totalnie nijakie. Piwo nie ma żadnego pomysłu na siebie.

Opactwo Olbrachta Belgian IPA (16,5 Blg, pasteryzowane, niefiltrowane) – w aromacie dominują akcenty korzenne – cynamon, gałka muszkatołowa, goździki. Odrobina drożdży, marmolada wieloowocowa, truskawki. Jedynie echo cytrusów. Przyjemny, obiecujący aromat. W smaku jest przyjemnie owocowe, zbożowe. Dopiero w smaku pojawiają się obiecywane przez amerykańskie chmiele cytrusy i żywiczne akcenty. Dość trudno tu doszukać się z kolei akcentów korzennych. Chmielowa gorycz dominuje coraz bardziej i zaczyna zalegać na podniebieniu. Nie jest jednak źle, pijałem zdecydowanie gorsze IPA.

No i teraz tak – mamy dwa wyraźnie różne gatunki piwa. Jednak różne, mimo obaw ze wstępu. To już wersja oficjalna. Jeśli spróbować je ocenić w poszczególnych kategoriach, to wśród AIPA nie ma w ogóle o czym mówić. Jest Alchemist, a potem lata świetlne najczystszej nicości.  Potem dopiero pojawia się HedgeHog. Właściwie to leci do zlewu. Wśród BIPA, wygrywa zdecydowanie Opactwo Olbrachta, za nim gdzieś o kilka długości Browning. Gdybym jednak spośród dzisiejszych czterech piw miał wybrać to, po które najchętniej sięgnę drugi raz, niezależnie od gatunku, to wygrywa Alchemist. Tak, wygrywa AIPA. Zaskoczenie dla mnie samego. Na drugim miejscu będzie Opactwo Olbrachta, na trzecim Browning. HedgeHog nie załapał się na podium. Jest tak daleko za pozostałymi, że tego podium nawet nie widzi z miejsca, w którym się znajduje.

Werdykt znowu jest jednogłośny. Zaczynam się martwić o swój stan, cholera.



środa, 6 stycznia 2016

Niemcy nie muszą się czerwienić




402. Duckstein Rotblondes Original (Duckstein) 4,9%
403. Hasseröder Fürstenbräu Granat (Hasseröder) 5,8%
404. Köstritzer Red Lager (Köstritzer Schwarzbierbrauerei) 5%

Z niedawnych wojaży tuż za zachodnią granicę przywiozłem kilka piw w odcieniach czerwieni. A że nie było pod ręką nic krajowej produkcji do zestawienia, dzisiaj u nas sami Niemcy. Albo po prostu chcemy się napić przyzwoitego piwa.

Piana najszybciej opadła i poszarpała się na Köstritzer i przypomina tu bardziej pianę z zanieczyszczeń na brudnej rzece niż pianę na szanującym się piwie, niemal zupełnie zanikła na Duckstein. Hasseröder Fürstenbräu trzyma w miarę formę, chociaż i tu fajerwerków nie ma w tej kwestii. Wszystkie trzy rzeczywiście mają odcień czerwieni, choć w przypadku Duckstein jest to raczej barwa nieco ciemniejszego lagera, jedynie złamana czerwonymi przebłyskami. Köstritzer ma głęboko czerwoną, rubinową barwę. Hasseröder Fürstenbräu jest gdzieś pomiędzy.

Duckstein Rotblondes Original – w aromacie zboże, odrobina rodzynek, jakieś grzyby, jakby kanie, ściółka leśna, odrobina młodych, świeżych orzechów. Jest tu też delikatna nutka kwiatowa. Smak lekki, pysznie zbożowy z bardzo przyjemną, delikatną goryczką. Smak jest świeży, poukładany, przyjemny. Piwo, które zdaje się być stworzone do gaszenia pragnienia.

Hasseröder Fürstenbräu Granat – w aromacie ciemny, gęsty miód, syrop klonowy, owoce jarzębiny, syrop malinowy. Ciepły, bogaty, wiele obiecujący aromat. W smaku jest mnóstwo zboża, bardzo wyraziste powidła śliwkowe, pod koniec wychodzi ten syrop malinowy z aromatu. Kiedy wydaje się, że piwo będzie za mdłe, za słodkie, pojawia się powiew bardzo przyjemnej, klasycznej goryczki chmielowej, który przywraca równowagę na podniebieniu. Bardzo przyjemne, pełne smaku piwo.

Köstritzer Red Lager – w aromacie powiew świeżego zboża, nutka otrębów żytnich, świeżo wypieczony, tradycyjny chleb na zakwasie, powidła śliwkowe, karmel. W dość lekkim i raczej rozczarowującym smaku zboże, bardzo wyraźny karmel oraz lekka sugestia gorzkiego kakao. Nie dzieje się tu nic, bogactwa wielkiego nie ma, a karmelowo-kakaowa goryczka zalega zbyt intensywnie, by chcieć sięgnąć po kolejną butelkę tego samego. Ot, chłopaki z Köstritzer Schwarzbierbrauerei odfajkowali czerwonego lagera i tyle.

Szybciutki wpis, szybciutki ranking:

1. Hasseröder Fürstenbräu Granat
2. Duckstein Rotblondes Original
3. Köstritzer Red Lager

Już po ustaleniu rankingu sprawdzam jak to wygląda u współdegustatorki. Okazuje się, że werdykt jest znowu jednogłośny. No i podkreślić trzeba, że mimo kręcenia nosem na Köstritzer Red Lager, założenie z pierwszego akapitu zostało spełnione w stu procentach – dzisiaj napiliśmy się bardzo przyzwoitych piw.


wtorek, 5 stycznia 2016

Czterech nadmorskich bagażowych



398. Karty Na Stół (Browar Miejski Gloger) 9%
399. Komes Porter Bałtycki (Browar Fortuna) 9%
400. Ciechan Porter Grudniowy (Browar Ciechan) 9%
401. Lwówek Porter (Browar Lwówek) 8,5%

Dzisiaj pokładamy naszą nadzieję w tych browarnikach, w których jedyna nadzieja, jak się wydaje. Browary regionalne – ani to rzemieślnicze wygłupy, ani koncernowy kabaret. A że nie tak dawno trafiłem w pewnym sklepie na litrową buteleczkę limitowanej edycji czteroletniego Porteru Grudniowego z Browaru Ciechan (1700 numerowanych butelek), to nie mogłem pozwolić jej zarosnąć kurzem. Właściwie to powinienem, ale właśnie zaczął się nowy rok, spadł wreszcie śnieg, zrobiło się zimowo, a porter to przecież takie zimowe piwo…

W szranki stają u nas dzisiaj: kolejne piwo z limitowanej edycji Sympatie Glogera, uwarzonej przez Browar Miejski Gloger, poświęconej Marszałkowi Piłsudskiemu, a mianowicie porter bałtycki Karty Na Stół. Obok Marszałka na stole pojawi się Porter Bałtycki Komes z Browaru Fortuna, wspomniany już czteroletni Porter Grudniowy od Ciechana i Porter z Browaru w Lwówku Śląskim. Spośród nich dwa są dla nas nowością – nigdy jeszcze nie maczaliśmy dziobów w porterach od pana Jakubiaka, czyli z browarów Ciechan i Lwówek. Smakowany niedawno porter Karty Na Stół bardzo się nam spodobał, o czym już wspominałem w poprzednim wpisie. Z kolei, porter Komes z Browaru Fortuna zawiódł jakiś czas temu na całej linii. Była to jednak warka sprzed ponad roku, być może dwóch, kto wie w jakich warunkach przechowywana zanim do nas trafiła, a że nadzieja zawsze umiera ostatnia, tak i my optymistycznie patrzymy na przeznaczone na dzisiejszy wieczór butelki. W tym również na Komesa.

Tak na marginesie, ciągle nie rozumiem dlaczego współczesne portery muszą być tak mocne – okolice dziewięciu procent to naprawdę spora przesada. Pamiętam porter żywiecki (wiem, wiem, już o tym pisałem) z czasów, kiedy miał tylko nieco ponad sześć procent i był naprawdę pysznym piwem. Ale i cały Browar Żywiecki był zupełnie innym browarem. Komu to, panie, przeszkadzało?

Piana na Ciechanie, Komesie i Glogerze – obfita, gęsta, karmelowa, drobno- i średniopęcherzykowa. Najtrwalsza wydaje się być na Glogerze. Tutaj też pojawia się klasyczne oblepianie ścianek szklanki w rozkoszne esy-floresy. Piana na Lwówku bardzo wątła, jasna, szybko zanikająca. W przypadku Lwówka, barwa piwa jest najmniej ciemna, z rubinowymi przebłyskami. Pozostałe trzy są niemal nieprzenikliwie czarne.

Karty Na Stół (limitowana edycja Sympatie Glogera, 22 Blg, IBU 45, niepasteryzowane) – w aromacie zboże, karmel, orzechy laskowe, kakao, gorzka czekolada. Z czasem na plan pierwszy wychodzą kakao i orzechy. Pojawia się też akcent mandarynkowy. Smak aksamitny, gładki, a w nim na pierwszy plan natychmiast wychodzi wyraźna goryczka rodem z palonych słodów. Sporo spalenizny pałęta się po podniebieniu, goryczka wygasza się stopniowo, ustępując pola bardziej wyraźnej zbożowości (choć dalej palonej), gorzkiej kawie, czekoladzie. Nad tym wszystkim unosi się pewna dość nieśmiała słodycz, jakby cytrusowa w charakterze (kandyzowane skórki pomarańczy, kumkwaty?). Ogólnie, bardzo przyjemne piwo

Komes Porter Bałtycki 2015 (21 Blg, pasteryzowane) – w aromacie bardzo wyraźna kawa, karmel, toffi, mleczne cukierki z czekoladowym nadzieniem, trochę gumy arabskiej. Lekka sugestia leśnych grzybów. Prażony, a nawet lekko przypalony słonecznik. Smak jest słodki, trochę jak kawa z mlekiem, nutki rodzynek i karmelu, lekka kwasowość, jak z kwasu chlebowego, w tle przez cały czas przewijają się akcenty palonego słodu, przypalonego słonecznika. Bardzo fajne, przyjemne piwo. Pamiętam, że wcześniej smakowana warka, jakiś rok temu, wcale tak dobrego wrażenia nie zrobiła. Hmmm… Może trzeba kupić kilka butelek i zostawić w piwnicy do leżakowania?

Ciechan Porter Grudniowy (22 Blg, pasteryzowane, edycja limitowana, 1700 litrowych, indywidualnie numerowanych butelek, leżakowało „blisko cztery lata”, butelka nr 1465) – orzechy włoskie, słodzona kawa z odrobiną mleka, kakao, po chwili wychodzi też trochę gumy arabskiej, niestety. Smak jest od początku dość toporny, mało wyrafinowany, płaski. Palony słód, gorycz spalenizny, rozwodniona kawa, pewna kwaskowość na finiszu. Zdecydowanie za niskie nasycenie. Słabe, mdłe piwo, z rozbrykaną, niczemu nie służącą goryczą, którego nie chce się kończyć. Dobrze, że chociaż butelka fajna, przyda się na soki domowej roboty.

Lwówek Porter Bałtycki (18,1 Blg, pasteryzowane) – poza palonymi słodami i mleczną czekoladą, aromat zawiera akcenty niepokojąco sztuczne – galaretki pomarańczowe, oranżada, żelki owocowe. Po chwili ujawniają się nutki biszkoptowe. W smaku nieco mniej spalenizny niż u konkurencji, sporo starej, zleżałej brzoskwini, plus chemiczne, wyraźnie sztuczne, bardzo dziwaczne akcenty – ni to owocowe, ni to kwaskowe. Coś jak cukierki Skittles. Nie jest to w sumie jakieś straszne, nieprzyjemne, czy coś. Po prostu dziwne.

Ranking jest dziś jednogłośny i wygląda następująco:

1. Komes
2. Gloger
3. Lwówek
4. Ciechan

Kto wie, może niesłusznie zarzuciliśmy bojkot pana Jakubiaka.

A przy okazji – weszliśmy właśnie w piątą setkę.