Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Greene King. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Greene King. Pokaż wszystkie posty

sobota, 7 listopada 2015

IPA jak Pan Bóg przykazał




320. Gloger IPA (Browar Miejski Gloger) 6,2%
321. Double Hop Monster IPA (Greene King) 7,2%
322. India Pale Ale (Fuller Smith & Turner plc) 5,3%
323. Folblut English IPA (Browar Rzemieślniczy Roch) 5,4%

Mamy dzisiaj nastrój na IPA. Głównie dlatego, że mamy kilka butelek, po których można oczekiwać czegoś więcej niż załadowania po brzegi grapefruitową goryczą. Po pierwsze, mamy dwa IPA warzone w angielskich browarach. Nie żeby jakieś super wypasy, ale jednak to oryginał, a nie jakaś smutna podróbka w stylu Pinty czy Redena. Liczymy, że nie zawiodą. Mamy butelkę English IPA z nowego browaru Rzemieślniczego Roch spod Bolkowa. Ostatnio Roch spisał się pięknie jeśli chodzi o stouty, więc i tym razem pokładamy w nim spore nadzieje. A jeśli dorzucić do tego wspominany już patriotyzm lokalny (no, regionalny w tym przypadku) i szczere kibicowanie prawdziwym browarom – choćby najmniejszym, ale prawdziwym, istniejącym fizycznie – to Roch ma od razu dwa punkty przewagi. Chociaż… Zaraz, zaraz… Wszystkie pozostałe piwa też pochodzą z prawdziwych browarów, nie kontraktowych błękitnych ptaków. No dobra, to tylko jeden punkt przewagi dla Rocha – za lokalizację. Na koniec IPA z Browaru Miejskiego Gloger, który stał się już naszym faworytem – wszystkie smakowane dotąd piwa pochodzące od nich smakują, radują i rajcują. IPA od nich już raz przelało się przez moją szklankę – i jak nigdy podczas smakowania polskich, kraftowych IPA, poczułem się jakbym siedział w angielskim pubie i sączył prawdziwe piwo. Ach, lepiej już otworzyć butelki i napełnić szklanki.

Jeśli chodzi o barwę, obdywa polskie piwa są barwy brązowej, odcień jaśniejsze niż, to co kwalifikowałoby się już jako piwa ciemne. Angielskie mają jasną, bursztynową barwę. Folblut jest bardzo wyraźnie niefiltrowane.

Piana – Gloger IPA i Double Hop Monster IPA tworzą bardzo umiarkowaną pianę, która dość szybko redukuje się do cienkiej warstwy drobnych bąbelków. Nieco lepiej wygląda to w przypadku Fuller’s IPA, natomiast najbardziej obfita i trwała beżowa piana pokryła powierzchnię rochowego Folbluta.

Gloger IPA (15 Blg, niepasteryzowane, filtrowane) w aromacie ma – poza wyraźną słodową bazą – akcenty owocowe, delikatną kawę i wyraźny chmiel. Doszukaliśmy się tam owoców liczi, ananasów i delikatnych truskawek. Chmiel dość wyraźnie amerykański – grapefruitowy, cytrusowy, ale nie dokucza tak, jak to często bywa w przypadku wyrobów gorliwych polskich rewolucjonistów piwnych. Wręcz przeciwnie, amerykańskie chmiele dobrze wiedzą po co tu są i jaką rolę mają do spełnienia. Na podniebieniu – przyjemnie gładkie, kremowe, może nawet śmietankowe. Pojawiają się akcenty karmelowe, owocowe, które dość szybko przykrywa grapefruitowa, chmielowa goryczka. Jednak już drugi i trzeci łyk pozwalają podniebieniu przyzwyczaić się do gorzkich okrucieństw i bardziej docenić rzadko spotykaną w polskich piwach typu IPA gładkość i harmonię smaku. Nie lubię IPA, nigdy tego nie ukrywałem, natomiast jeśli już muszę je pić, to poproszę to od Glogera.

Double Hop Monster IPA – wyraźnie dominują tu w aromacie wpływy chmielu – grapefruit, żywica, wosk, anyżek, lukrecja. Na podniebieniu czuć wyraźnie spore nagazowanie, czuć wysoką zawartość alkoholu, niestety, ale są też przyjemne akcenty owocowe – coś jakby pieczona, prażona, lekko przypalona dynia, między innymi (oj, czy dynia aby na pewno jest owocem?). Goryczka jest tu bardzo wyraźna, jednak nie przeszkadza, jest bardziej wielowymiarowa, nie jest to tylko uderzenie grapefruitowej goryczy. Jest tam jeszcze ten tak przyjemny powiew innego, bardziej przyjaznego podniebieniu chmielu. W sumie nie jest to piwo, które wylałbym do zlewu, broń Boże. Mimo że IPA.

Fuller’s India Pale Ale (13,3 Blg) – aromat bardzo delikatny, nieśmiały. Wyraźnie czuć w nim słód. Akcenty kredek świecowych, delikatny chmiel, wcale niekoniecznie amerykańskiej proweniencji. W smaku jest pełne, a gdyby nie spore nagazowanie, byłoby wręcz gładziutkie. Wyraźnie da się wyczuć bardzo przyjemną, harmonijnie zestawioną słodową bazę. Chmielowa goryczka jest właśnie tym, czym być powinna – goryczkowym akcentem zapobiegającym zbytniemu rozsłodzeniu się smaku. Nie dzieje się tutaj wiele, jednak to niewiele, które się jednak dzieje, robi swoje w sposób naprawdę przyjemny. Do tego piwa chętnie jeszcze wrócę.

Folblut English IPA (15,1 Blg, IBU 50, niepasteryzowane, niefiltrowane) – na słodowej bazie poukładały się owoce, głównie ciemne owoce leśne – jeżyny, jagody, maliny. Ale też pomarańcze. Kandyzowane owoce egzotyczne. Długo zalegająca piana wydaje się wstrzymywać aromaty chmielu, jednak mimo to są one dość wyraźnie zauważalne pod postacią świeżej sosnowej żywicy. Aromat bardzo ciekawy, złożony. Smak natomiast rozczarowuje potężnie – wodnisty, skórkowo-pomarańczowy, kumkwatowy, gorzki. Gorzki. Płaski jak tasiemiec nieuzbrojony. I znowu gorzki. Słabo, bardzo słabo.

Robię szybki rachunek sumienia. Wiem na pewno które piwo wygrywa, które znajdzie się dziś poza podium. Tyko co ze srebrnym i brązowym medalem? Czas na jeszcze kilka łyków. OK, wszystko jest jasne. Wygrywa Gloger IPA. Nie pierwszy raz u nas. Na drugim miejscu Double Hop Monster IPA. Wbrew logice, podniesiona temperatura wcale nie wyeksponowała alkoholowych akcentów, a wygładziła smak w sposób co najmniej przekonujący. Dobrze, że takie sesje trwają trochę, a centralne ogrzewanie działa u nas bez zarzutu. Na brąz zasłużyło Fuller’s IPA, a poza podium znalazło się dzisiaj Folblut z naszego nowego dolnośląskiego, prawie bolkowskiego browaru Roch. Szkoda, ale tak to już bywa. Konkurencja była zbyt silna.

Pytam najlepszą towarzyszkę moich piwnych peregrynacji o jej opinię. U niej wygrywa Gloger. Drugie jest Fuller’s IPA, trzecie Double Hop Monster IPA, a w ogonach ciągnie się Folblut. Czyli to nie tylko ja. A jeśli chodzi o srebro i brąz, to chyba jakoś specjalnie się nie pokłócimy.


piątek, 6 listopada 2015

Rosyjski Czech, angielski Amerykanin, Elegant z Mosiny i jeszcze jakieś piwo



316. Elegant z Mosiny (Browar Szałpiw) 5,2%
317. Samuel Adams Boston Lager (Samuel Adams) 4,8%
318. Noble English Craft Lager (Greene King) 5%
319. Červená Selka (Měšťanský Pivovar) 4,9%

Dzisiaj u nas totalne międzynarodowe zamieszanie, a wręcz skandal. Jako świadomy konsument przekonany jestem, że ma ogromne znaczenie co kupuję, gdzie kupuję, od kogo kupuję. I mam taki kaprys, by nie wspierać finansowo – choćby akurat te moje kilka groszy nie miało żadnego ekonomicznego znaczenia – tych, z którymi z jakiegoś powodu mi nie po drodze. Nie robię zakupów w sklepie, w którym mi pod spód włożono kilka nadgniłych śliwek, nie serwisuję auta w zakładzie, w którym obdarto mi zderzak, nie piję piwa z browarów należących do pewnego pana, nie tankuję na stacjach pewnego koncernu, i tak dalej. Oczywiście, są to moje prywatne dziwactwa, nie czuję potrzeby się z nimi jakoś specjalnie obnosić, ale też nie mam zamiaru się z nich tłumaczyć.

Nie kupuję produktów rosyjskich. I proszę mi gazu w kuchence nie wypominać.

Podczas niedawnej wizyty w pewnym zaprzyjaźnionym sklepie, oferującym mnóstwo dobrego piwa (mają też sporo kraftów, jakby co), w ręce trafiła mi butelka piwa z apetycznie prezentującą się etykietą. Piwo miało nazwę czeską, zapewniało na etykiecie (po czesku), że warzone jest według tradycyjnej receptury, że jest světlé, że jest originální, a nawet  że ležák. Kupiłem. Nietrudno sobie wyobrazić moje zdziwienie, gdy po powrocie do domu z moich piwnych zakupów odkryłem, że zapisana drobniutkim drukiem kontretykieta niemal w całości pokryta jest grażdanką. A piwo warzone jest w Moskwie. Zonk. Owszem, na czeskiej licencji, ale jednak jest to produkt rosyjski. Nie wiem jak to przeżyję… [rant mode off]

Stało się więc, że na naszym stole pojawiło się dzisiaj piwo czeskie warzone w Rosji, piwo amerykańskie warzone w Anglii (Samuel Adams), angielskie warzone w Anglii (co za ulga, ale musiałem dokładnie przeczytać wszelkie informacje z etykiety, żeby mieć pewność), oraz polskie warzone w Polsce (Elegant z Mosiny). Mam nadzieję, że na pierwszy rzut oka widać, że to lagery, bo ta informacja gdzieś w ferworze zrzędzenia gdzieś mi się chyba zapodziała.

Piana wszędzie poprawna, naturalna i trwała. Na Selce śnieżnobiała, na pozostałych piwach raczej ecru. Najobfitsza na Elegancie z Mosiny. Elegant jest również elegancko mętny – ewidentnie niefiltrowany, co potwierdza informacja na etykiecie.

Elegant z Mosiny (12 Blg, pasteryzowane, niefiltrowane, warzone przez Browary Regionalne Wąsosz) ma w aromacie trochę miodu, trochę kapusty kiszonej, słód, chmiel, delikatne zioła (kolendra, rozmaryn?). W smaku jest lekko, słodowo, miodowo, ale już po krótkiej chwili podniebienie atakuje chyba nieco zbyt natarczywa, zbyt intensywna gorycz chmielu. Chropowato, niefajnie. Jeśli pod nazwą „Elegant z Mosiny” twórcy chcieli zawrzeć prowincjonalny brak wyczucia, oblewanie się litrami tanich perfum i czernienie wąsa pastą do butów, to świetnie im to wyszło. Ale czemu czepili się akurat Mosiny? Szkoda, bo piwo zapowiadało się elegancko, a wyszło – bardzo tak sobie. Drugi raz po nie nie sięgnę, choć bez większego obrzydzenia szklankę opróżnię.

Samuel Adams (warzone w angielskim browarze Shepherd Neame na licencji bostońskiego Samuel Adams) przede wszystkim wali metalem (blachą, nie ciężką muzyką). Poza tym, lekko grapefruitem, truskawkami z kompotu. Plus dość wyraźne akcenty poziomek. A wszystko to, oczywiście, na tle słodowej bazy. W smaku jest gładko, przyjemnie, elegancko. Pełna harmonia – słód, nieco delikatnych akcentów owocowych (chyba rzeczywiście te truskawki i poziomki), skontrowane delikatnym akcentem goryczki chmielowej. Niczego nie ma tu w nadmiarze, niczego za dużo – ot, tak powinien smakować lager. Nawet ta blacha, znaleziona w aromacie na samym wstępie, dość szybko się ulatnia i nie przeszkadza.

Noble English Craft Lager – w aromacie akcenty świeżego soku jabłkowego, słodu, ale przede wszystkim uwagę przyciąga aromat chmielu – jest to zapach wysuszonego w słońcu siana z bardzo zachwaszczonej łąki, suszona lucerna, oset i pewno parę ziół. Coś jakby wysuszony piołun. Pachnie bardzo ciekawie i zachęcająco. W smaku jest bardzo lekkie, wytrawne. Dość jednowymiarowa, choć bardzo przyjemna słodowość na pierwszym planie, gdzieś w tle bardzo delikatne akcenty owocowe (słodkie jabłka?), odrobina nutek pomarańczowych, po czym pojawia się bardzo ciekawy, ze wszech miar przyjemny, a przede wszystkim idealnie dawkowany chmiel.

Červená Selka (12 Blg, pasteryzowane, filtrowane, warzone na licencji przez Moscow Brewing Company) ma bardzo delikatny, subtelny aromat. Nie dzieje się w nim wiele – słód, trochę chmielu z tej właściwej, naszej strony Atlantyku. W smaku jest zbożowe, delikatne akcenty kwaskowate (kwaśne jabłka?), delikatny chmiel – ani go za dużo, ani za mało. Piwo nie wywołuje okrzyków zachwytu, natomiast stanowczo jest piwem grzecznym i harmonijnym. Takim, jaki lager być powinien.

Gdybym smakowane dzisiaj piwka miał ustawić w rankingu – a przecież zwykle to robimy na koniec naszej zabawy – to dzisiaj wygrywa dość wyraźnie Noble English Craft Lager. Ciekawe, bo przecież lager jest gatunkiem raczej obcym wyspiarskiej tradycji. Ale jeśli oni potrafią zrobić dobry lager, to niech ze wstydu spalą się wszyscy polscy kraftowcy, co to porządnego ale’a zrobić nie potrafią. Na drugim miejscu jest Samuel Adams Boston Lager (też warzony w Wielkiej Brytanii), na trzecim rudowłosa, biuściasta, czeska dziewoja, czyli Červená Selka, a stawkę zamyka – tu też bardzo wyraźnie – Elegant z Mosiny.

Pomijając zupełnie dwoje przybyszów zza morza (no dobrze, zza cieśniny), dzisiejsze zestawienie polskiego i czeskiego piwa wydaje się dość symptomatyczne. Oto na prostej, schlebiającej plebejskiej estetyce etykiecie mamy czeską dziewuchę z wyraźnie zaznaczonym i niezbyt skrzętnie ukrywanym biustem. Ludyczność, prostota, brak zadęcia na całego. A w środku – przyzwoity produkt, porządne piwo. Z drugiej strony, mamy wysmakowaną, elegancką etykietę. Melonik, monokl, muszka. A w środku… Nikodem Dyzma. Trochę tak, jak z polskimi i czeskimi festiwalami piwa, ale to temat na dłuższe rozważania. Gdyby jeszcze to czeskie piwo w Rosji warzone nie było…


środa, 19 sierpnia 2015

Polska, Czechy, Anglia, ale Indie



225. IPA Gold (Greene King) 4,1%
226. Centennial IPA (Doctor Brew) 6,2%
227. Primátor India Pale Ale (Primátor) 6,5%

W związku z ustąpieniem fali upałów, zabrać się można za czekające na swoją kolej inne gatunki piwa niż tylko życie ratujące zimne lagery. Choćby i z całego świata zwożone. Dzisiaj trzy piwa w stylu IPA – India Pale Ale. Jedno z Anglii, jedno z Polski i jedno z Czech. Ciekaw byłem – po raz kolejny – jak tego typu wynalazki robione w krajach niemających ani cienia tradycji warzenia tego gatunku piwa poradzą sobie w zestawieniu z angielskim IPA. Zupełnie przeciętnym jak na angielskie warunki.

Po przelaniu zawartości butelek do szklanek, okazało się, że najsłabiej pieni się IPA Gold, za to zdecydowanie najbardziej intensywnie – niemal jak Grodziskie – Centennial IPA. Być może w pewnym stopniu jest to rezultat pewnego mocowania się z butelką podczas wytargowania jej z lodówki. Piana na nim jest koloru beżowego. Primátor nie szaleje w żadną stronę – pokrywa się grzeczną, naturalną, białą pianą. IPA Gold jest klarowne, barwy jasnobursztynowej. Centennial IPA jest wyraźnie niefiltrowane – jest mętne do tego stopnia, że sprawia wrażenie brudnego. Primátor znowu jest gdzieś pośrodku.

O zawartości alkoholu w każdym z piw już nie wspomnę. Naprawdę trzeba walić w czachę już drugim piwem?

IPA Gold z browaru Greene King w Anglii pachnie przede wszystkim słodem jęczmiennym i karmelem. Nad tą bazą unoszą się delikatne akcenty cytrusowego chmielu, kwiatów. Trochę żywicy. Nie wali w nos chmielem, jest przyjemne i rześkie w aromacie. Po paru chwilach pojawiają się akcenty brzoskwiniowe. W smaku jest bardzo lekkie, przyjemnie słodowo-owocowe. Po chwili akcenty świeżego zboża i fala delikatnego chmielu. Nie gorycz, nawet nie goryczka – raczej taki przyjemny powiew chmielowości. Coś co bardzo sobie w piwach cenię – smak jest warstwowy, rozwija się na podniebieniu. Słowem, nieskomplikowane, ale też nie przekombinowane, przyjemne piwo.

Centennial IPA (16 Blg., IBU 71) pachnie przede wszystkim cytrusami (głównie grapefruity) i żywicą. Pod tymi akcentami czai się słodowa baza, której aromat jednak wyraźnie trąci aromatami rodem z oczyszczalni ścieków. Podgniłe owoce plus akcenty zużytych, stęchłych i wykręconych ze ścierki środków czystości. Jest tam jeszcze mokry karton, ale jakoś nie pcha się na pierwszy plan, więc nie będziemy się czepiać. W smaku jest przede wszystkim owocowe. Są to słodkie, dojrzałe, ciężkie  owoce. Zanim jednak zdołałem zidentyfikować rodzaj owoców (przede wszystkim jakaś przedziwna mieszanka owoców egzotycznych – kandyzowanych i rozmoczonych, taki słodki ulepek), pojawiło się bardzo nieprzyjemne wrażenie, że tak naprawdę to ssę papier nasączony sokiem, a może nawet syropem owocowym. Chmiel nie czeka na swoją kolej. Wali na prawo i lewo po pysku nieprzyjemną goryczą. Na tę gorycz nakłada się gromadząca się w tylnej części podniebienia lepkość. Z każdym łykiem piwo jest coraz mniej przyjemne.

Primátor IPA ma w aromacie akcenty owocowe – nie tylko oczywiste cytrusy, ale też brzoskwinie. Te cytrusy jednak to bardziej cytrusowy, sztuczny aromat rodem z cukierków skittles, a brzoskwinie to bardziej z puszki niż z drzewa. Do tego może trochę nutek kandyzowanych owoców egzotycznych.  W smaku pełne i całkiem przyjemne – przez pierwsze ułamki pierwszej sekundy smakowania. Natychmiast jednak ta przyjemna słodycz owocowa rozpędzona zostaje przez ohydną wręcz chmielową gorycz. Taką medyczną, prosto z obleśnych lekarstw (rozgryziona witamina C). I potem już nie dzieje się nic. Jest gorzko, jest cierpko, jest przepaskudnie nieprzyjemnie. I człowiek tylko czeka, żeby mu się kubki zregenerowały na ten tychmiast. Ratunku, zdają się wrzeszczeć… Ob-le-cha.

Dzisiaj liczebność degustatorów jest o mniej więcej 50% mniejsza niż zwykle, więc nie trzeba będzie ustalać stanowisk, sporządzać protokołów rozbieżności, itp. Dzisiaj pójdzie łatwiej. Choć jestem pewien, że gdyby było nas tutaj tak wielu, jak zwykle, opinia byłaby identyczna. Nie ma więc sensu dłużej odwlekać odczytania wyroku. Tak wyroku. Przypominam, że na samym początku stwierdzono, że IPA Gold to tak naprawdę angielski średniak. No i jakoś tak nie chce być inaczej – IPA Gold wygrywa w cuglach. Jest tak daleko przed drugim kolarzem, że zdążyło wjechać na stadion, minąć linię mety, zejść z roweru, pójść na piwo, wychylić ze trzy kufle, a potem leniwie odwrócić, rzucić okiem na trasę wyścigu i dostrzec zbliżającą się sylwetkę drugiego zawodnika. Ten drugi to Centennial IPA od Doctora Brew. Po dwóch następnych kuflach ogląda się ponownie, spogląda na trasę wyścigu, gdzie pojawia się zdobywca trzeciego miejsca – Primátor India Pale Ale.

I tutaj aż się prosi parę słów prywaty. Ostatecznie to mój (nasz) blog, więc wolno mi. Wyobraźmy sobie, że nasze polskie pierogi ruskie zyskują jakimś cudem międzynarodowe uznanie. Głównie w Papui Nowej Gwinei. I któryś z papuaskich – z całym szacunkiem – kucharzy stwierdza, że to jest to. On zrobi karierę jako wytwórca ruskich pierogów. Ale coś mu nie pasuje. Te ruskie są za mało pieprzne, za mało ostre. Wymyśla więc, że przecież można odwrócić proporcje sera i pieprzu w farszu swojego produktu flagowego. Czasem zamienić ten pieprz papryczką chili, czasem jalapeño. Bo przecież jak można takie mdłe pierogi jeść. I ja bym chciał wtedy zobaczyć reakcję polskich smakoszy pierogów. Dokładnie to samo dzieje się z najprzeróżniejszymi gatunkami piwa. Wszelkiej maści browary kraftowe – choć nie tylko, jak się okazuje – warzą wszystko, każdy gatunek piwa. Nawet takie, których nigdy nie mieli okazji spróbować. Efekt nie zawsze jest zadowalający, ale co tam, wystarczy to odpowiednio doprawić, a zamaskuje się wszelkie niedociągnięcia czy brak umiejętności piwowarów. Czyli – więcej chmielu, więcej chmielów. A harmonia smaku niech się.. odsunie na bok i nie przeszkadza w robieniu kariery, kasy, lansu. Co gorsza, mam wrażenie, że tłumy birofilskich neofitów z wypiekami na twarzy będą analizować informacje zawarte na etykietach – gdzie większe IBU, gdzie więcej goryczki… Ja tylko przypomnę wszelkiej maści piwnym hipsterom – to właśnie znienawidzone, pogardzane koncerny wam wmówiły, że goryczki ma być dużo, jak najwięcej. Ktoś pamięta jeszcze taką serię reklam piwa Pilsner Urquell – z ulubionym prezenterem radiowym mojej żony w roli głównej? Oni tam tylko o goryczce mówili. I to miało stanowić o jakości piwa. Wielu dało sobie wmówić do tego stopnia, że uwierzyli, że im to smakuje.


poniedziałek, 17 sierpnia 2015

Anglicy zawsze mają jakieś ale

(15/08/2015)


221. Against the Grain (Wold Top) 4,5%
222. Brilliant Ale (Shepherd Neame) 5,6%
223. Ruddles County (Greene King) 4,3%
224. Special London Ale (Young’s) 6,4%

Dzisiaj padał deszcz. Ogromny, ciężki, potężny. I grzmiało i błyskało. I wszyscy wylegli na balkony i do otwartych okien i pełnymi piersiami wdychali świeże, rześkie powietrze. I nikomu nie przeszkadzało, że mokro. A jak mokro, to Anglia. A jak Anglia, to ale. I och, jak by się chciało usiąść w pubie, w paskudny, deszczowy dzień, i przez cały ten dzień nie wychodzić na zewnątrz. Stąd dzisiaj na naszym stole cztery angielskie piwka typu ale. Czy jak kto woli, bitter. Brilliant Ale było nie raz pijane właśnie tam, w angielskich pubach. Podobnie jak Special London Ale. Ale jakoś tak bezrefleksyjnie, a już na pewno bez robienia notek. Zawsze jednak przynosiły dużo radości. Czasem dopiero piąta szklanka tę radość przynosiła, czasem siódma. Niezmiennie jednak radość przynosiły. Może i dzisiaj się uda.

Against the Grain jest spośród nich najjaśniejsza, ma barwę ciemno słomkową. Najciemniejsze jest Ruddles County – głęboki, ciemny bursztyn. Pozostałe dwa – gdzieś pomiędzy. Najsłabsza piana na Ruddles County. Pozostałe pokryły się obfitą, naturalną i trwałą pianą. Special London Ale jako jedyne jest mętne po przelaniu do szklanki.

Against the Grain – piwo w stylu angielskiego bitter, warzone z udziałem kukurydzy, a z jakiegoś powodu podkreślające na etykiecie brak pszenicy w zasypie – oprócz dość intensywnych akcentów cytrusowych (chmiel), dość silnych jak na angielskie ale, i słodu jęczmiennego, w aromacie ma akcenty dojrzałych gruszek i moreli. W smaku jest lekkie, jak na ale, atakuje kubki smakowe intensywnym chmielem bez ostrzeżenia, po chwili pojawia się trochę słodu, trochę owoców, a całość zamykają nutki cytrusowe i kwiatowe, dość przyjemnie oblepiające podniebienie.

Brilliant Ale – piwo pochodzące z najstarszego angielskiego browaru Shepherd Neame w Kent – pachnie przede wszystkim ciężkim, intensywnym słodem, karmelem, toffi, odrobinę kwaskowatymi owocami i drożdżami. W smaku sporo karmelu, po którym pojawia się bardzo przyjemny, lekko palony słód. Suszone owoce, głównie śliwki.

Ruddles County – aromaty żelków o smaku coli i świeżych czerwonych śliwek delikatnie unoszą się nad solidną, słodową bazą. Do tego delikatny chmiel. Po chwili pojawiają się też akcenty galaretki cukrowej. W smaku lekkie, jednak bogate – akcenty karmelu, słodu, suszonych owoców, świeżych śliwek – właściwie to placka ze śliwkami, posypanego cukrem pudrem – oraz toffi i mleka w proszku (!), które zamyka stopniowy napływ bardzo przyjemnych, goryczkowych akcentów chmielu.

Special London Ale ma bardzo delikatny, bardzo wykwintny aromat. Jest tu grzeczny słód, jest tu trochę chmielu, są akcenty owocowe (znowu śliwki) i nadzienie z raczków, takich cukierków. Smak ma pełny, słodowy, karmelowy, owocowy – częściowo soczyste, jędrne ciemne śliwki, częściowo śliwki suszone, odrobina winnych jabłek, trochę lekkich akcentów kwiatowych, po czym całość nakrywa leciutka kołderka goryczki chmielowej, nawet akcentów delikatnie żywicznych i korzennych. Bardzo przyjemne piwo.

Ranking. Moim zdaniem, wygrywa Special London Ale. Na drugim miejscu jest Brilliant Ale, na trzecim Ruddles County, a na miejscu czwartym plasuje się Against the Grain. Pytam o zdanie najlepszą współdegustatorkę świata – i co? Zgadzamy się w zupełności! Zgadzamy się też, że wszystkie cztery degustowane dziś piwa są świetne, że niejeden polski browarczyk kraftowy mógłby się wiele nauczyć od angielskich browarników. Bardzo przyzwoite, świetnie ułożone, doskonale zharmonizowane piwka. I oby częściej takie właśnie gościły na naszym stole.