Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pale Ale. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pale Ale. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 22 grudnia 2016

Assorted Pale Ale



596. Pacific Pale Ale (Browar Artezan) 5%
597. Pop Up Pale Ale (Inne Beczki) 4,5%
598. Smoke (Browar Nepomucen) 4,8%
599. Cascadian Dark Ale (piwo domowe) ???

Po niedawnych przygodach z APA zachciało mi się piwa górnej fermentacji, ale, lecz bez amerykańskiego zacięcia chmielowego. Pomyślałem sobie, że dobrze byłoby znaleźć jakieś ale, które nie będzie epatować cytrusami i żywicami do zagłuszania podniebienia, a raczej takie, które da się nacieszyć efektami zestawienia zasypu, doboru słodów, w którym słodycz będzie jedynie skontrowana goryczką. Najchętniej w bardziej tradycyjnym, europejskim wydaniu. Przeleciałem więc półki Po Robocie w poszukiwaniu piwa, na którego etykiecie będzie napisane Pale Ale, lecz ani słowa o Ameryce. A że spieszyło mi się, ułożył mi się zestaw niekoniecznie taki, jakiego szukałem. Cóż, trzeba będzie wypić to piwo, którego nam nawarzyli.

Najpierw w ręce wpadło mi Pacific Pale Ale z Browaru Artezan. No i chyba na dzień dobry oblałem z geografii, o wiedzy na temat piwa nie wspominając. Pacific, człowieku, Pacific! A jak o geografii świata nic nie wiesz, to noś ze sobą do sklepu okulary do czytania. I sprawdź skład, przynajmniej w sekcji „chmiel”. A że Artezan już jakoś tam kiedyś rozkosznie podniebienie popieścił, nie było głowy, żeby się zastanawiać. Potem trafiłem na Pop Up Pale Ale z Innych Beczek. Tutaj też trzeba było czytać drobnym druczkiem. W sekcji skład. No trudno, przynajmniej etykietki mają ładne, więc niech już będzie. Następnym piwem było Smoke z Browaru Nepomucen. Tutaj już było wiadomo, że cokolwiek by się nie działo, zestaw będzie mało jednorodny. Wszak Smoke to piwo wędzone. Na dodatek, wędzone drewnem gruszy, co obiecuje wiele. No i z Nepomucena, a to już u nas zaczyna robić za rekomendację. Niech więc dołączy do zestawu. Na koniec, do torby włożono mi (dzięki wielkie Po Robocie) piwo bez etykiety, bez opisu, z wymalowanymi mazakiem na kapslu literkami CPA, co niby miało znaczyć Cascadian Pale Ale. Piwo uwarzone przez pewien zaprzyjaźniony browar domowy. Zaprzyjaźniony z Po Robocie. Browar jest ciągle w budowie, a właściwie brnie właśnie przez biurokrację. Mamy nadzieję, że wkrótce objawi się jakoś szerzej. Jak się później okazało, tam na tym kapslu stało jednak CDA, czyli Cascadian Dark Ale, co już zupełnie zaburzyło koncepcję tego wieczoru. Nie dość, że piwa mamy jednak chmielone po amerykańsku, to jeszcze nie wszystkie są tak całkiem jasne. Jasne jednak jest, że ich nie wylejemy dopóki się ewentualnie nie przekonamy, że na to właśnie zasługują. Mamy nadzieję, że nie. Aha, o tym CDA nie wiemy zupełnie nic, nie ma żadnej etykiety. Do chwili zdjęcia kapsla, nie wiedzieliśmy nawet, że jest ciemne. Ot, taka ciekawostka-niespodzianka.

Tak więc, miały być piwa górnej fermentacji, pozbawione nowofalowych, amerykańskich wpływów chmielowych, a wyszło niemal jak zawsze. Jak się później okazało (piszę to już po spróbowaniu wszystkich dzisiejszych zawodników), dobrze się stało, bo odkryliśmy piwko zjawiskowe. A co najmniej zasługujące na uwagę, nawet jeśli nie lubi się tego wszystkich tych wszechobecnych kraftowych niedociągnięć warsztatowych. Pojawiło się piwo, po które chętnie ustawię się w kolejce, jeśli będzie taka konieczność.

Otwieramy i lejemy. Najładniejsza, najtrwalsza i najbardziej oblepiająca ścianki szklanki piana pojawiła się na Pacific. Wzorcowa, można powiedzieć. Niewiele mniej przykładna piana pokryła powierzchnię Smoke. Ta na Pop Up Ale zredukowała się dość szybko do poszarpanej, cienkiej warstwy. Piana na tajemniczym Cascadian Dark Ale natomiast okazała się wręcz dziełem sztuki – równiutka, gęsta, trwała, w apetycznym beżowym kolorze. Przypominała nieco pianę na porządnym stoucie. Wygląda to zachęcająco.

Pacific Pale Ale (12,5 Blg, IBU 40, pasteryzowane, niefiltrowane) – co za rozkoszny aromat! Przede wszystkim ananasy, a tuż obok cytrusy, a wśród nich słodkie, soczyste mandarynki, kumkwaty, słodkie grapefruity. Do tego sporo wonnej, bardzo przyjemnej żywicy, oraz intensywna marakuja. Wata cukrowa. Jest tam również odrobina słodowości, ale tropikalno-żywiczna warstwa jest dowodem na to, że decydując się na nowofalowe chmielenie wcale nie trzeba spieprzyć piwa. Przynajmniej jeśli chodzi o aromat. Doskonałe wręcz – jak dotąd.
Smak jest przerozkoszny. Przypomina mi dostępne czasem w sklepach soki będące multiwitaminową mieszanką soków z owoców tropikalnych. Jest tu owoc smoczy, jest bardzo wyraźne mango, jest papaja, są kumkwaty, słodkie mandarynki, bardzo dojrzały ananas. W tle jest bardzo grzeczna zbożowość. I jak już człowiek zacznie się zastanawiać czy nie za bardzo to słodkie, nie za mdłe – wtedy pojawia się goryczka. Jedna z przyjemniejszych goryczek, z jakimi miałem w życiu do czynienia. Cytrusowa w charakterze, jednak nie chamsko grapefruitowo-albedowa, a raczej taka z połączenia żywicy z kumkwatem. Rewelacyjna rzecz, jak pragnę zdrowia! A jeśli już kiedyś na tym blogu byłeś, to wiesz jak bardzo nie znoszę nowofalowego psucia piwa w wykonaniu polskiego kraftu. Tutaj mamy do czynienia z majstersztykiem najwyższej próby.
Kategoria: CUD, MIÓD, MALINA

Pop Up Pale Ale Oatmeal Pale Ale (12 Blg, pasteryzowane, niefiltrowane) – w aromacie bardzo wyraźne amerykańskie chmiele – sporo tu cytrusów (pomarańcze, grapefruity, limonki), niemało owoców egzotycznych (marakuja, papaja), nieco akcentów kwiatowych i odrobina słodu. W aromacie do głosu dochodzą również płatki owsiane. Mimo zastosowania amerykańskiego chmielenia, aromat jest harmonijny, nieprzesadzony, przyjemny.
Smak rozczarowuje. Jest wodnisty i płaski. Akcenty owocowe, odrobina zboża, trochę owsianki. Goryczka nie pojawia się od razu, nie jest zbyt intensywna, ale jest tego najgorszego sortu – namolna, tępa, obleśna. Ciężko będzie skończyć tę szklankę.
Kategoria: JAKOŚ JE ZMĘCZĘ

Smoke Smoked Pale Ale (12,7 Blg, IBU 11, pasteryzowane, niefiltrowane, wędzone drewnem gruszy) – w aromacie przede wszystkim wędzonka – jakbym wszedł do wędzarni, dawno temu, przed Świętami. Wędzone szynki, boczki, kiełbasy. Czuje się też, że ta wędzonka to wyraźnie na drewnie owocowym. Pewno w ciemno nie obstawiłbym koniecznie akurat gruszy, ale na pewno drewno owocowe. Poza tym, mnóstwo przerozkosznej słodowości, tony zboża. Ciężkie, dojrzałe owoce – pewno nawet gruszki, ale też jakby lekko przysuszone. Poza tym, jabłka, śliwki węgierki, echo czarnego bzu. Aromat bardzo stonowany, ale niezwykle miły dla nosa. Prosi się, żeby spróbować.
Smak zaskakująco pełny, przyjemny. Akcenty wędzonki trzymają się nieźle również w smaku. Dochodzi do nich bardzo smaczny, łagodny wędzony ser (nie oscypek), jest tam gorzka czekolada, są delikatne akcenty owocowe (suszone śliwki kalifornijskie), jest świeże siano. Goryczka jest wyraźna, ale świetnie wyważona – kontruje, punktuje, ale nie zalega, nie przeszkadza. Bardzo smaczne piwo.
Kategoria: JESZCZE RAZ TO SAMO

Cascadian Dark Ale (???) – ciemne, palone słody, a więc akcenty gorzkiej czekolady, kawy, przełamane są tu całkiem przyjemnym zestawem cytrusowo-żywicznym. Czarne żelki, nawet w stronę lukrecji. Fajnie ułożony, zachęcający aromat.
Smak przyjemnie pełny, z mnóstwem akcentów palonych, zbożowych, kakaowych, czekoladowych, kawowych. Gdyby nie równolegle tupiące po podniebieniu, choć raczej nieśmiałe, akcenty cytrusowo-żywiczne. Goryczka, która pojawia się dość niedługo, robi jednak krecią robotę całej kompozycji smakowej. Jest jakoś kiepsko skomponowana z całą resztą i po chwili zaczyna zalegać na podniebieniu. Z każdym łykiem coraz mniej sympatycznie.
Kategoria: JAKOŚ JE ZMĘCZĘ

Z tego wszystkiego wyszło, że znowu wypiliśmy przede wszystkim APA, o co zupełnie nie chodziło. Tak to jest ze spontanicznymi decyzjami zakupowymi. Na drugi raz trzeba sprawę dokładniej przemyśleć i zorganizować. I zabrać ze sobą okulary na zakupy. Co mają siedzieć w domu, w samotności… Ale nie wyszło źle. Pacific Pale Ale jeszcze długo będzie się nam śniło. Niesamowite piwo. Ciekaw jestem czy to – jak czasami się zdarza – nie kwestia chwili, sprzyjający układ sensoryczno-baryczno-towarzyski, czy rzeczywiście da radę obronić się pite drugi raz (bo na pewno będzie). Pięknie spisało się Smoke z Nepomucena. Inne Beczki idą swoim standardem, a jeśli chodzi o wyrób domowy – kto wie, może to CDA w towarzystwie innych, podobnych ciemnych ale wypadłoby lepiej. Może to kwestia skalibrowania podniebienia poprzednimi, jasnymi ale. Pite było jako ostatnie. Czas pokaże.

Tymczasem ranking dzisiejszy – jednogłośny – wygląda tak:

1. Pacific Pale Ale
2. Smoke
3. Domowe CDA
4. Pop Up Pale Ale


czwartek, 24 marca 2016

APA: Polska - Niemcy



459. Köstritzer Pale Ale (Köstritzer Schwarzbierbrauerei) 7%
460. Beck’s Pale Ale (Anheuser-Busch InBrev) 6,3%
461. Piękna Nieznajoma (Browar Dukla) 5,2%
462. Jankes Lwóweckie Ale (Browar Lwówek) 4,2%

I stało się tak, że trafiły do nas dwa różne piwa pochodzące z niemieckich koncernów, a które – jak sądzimy – plasują się gdzieś w okolicach stylu American Pale Ale. Przyjrzyjmy się więc jak niemieckie koncerniaki poradzą sobie w starciu z polskimi kraftowymi APA. Właściwie to trzeba by było do stawki dorzucić żywieckie APA, żeby i po naszej stronie pojawił się jakiś koncerniak, ale uznaliśmy, że co za dużo, to nie zdrowo.

Zupełnie przypadkiem – bo akurat dostępne były w Tesco – obok Niemców na stole stanęły dzisiaj Piękna Nieznajoma z Browaru Dukla i Jankes z Browaru Lwówek. Pięknej Nieznajomej – nomen omen – nie znamy, więc zupełnie nie wiemy czego się spodziewać. Jankes natomiast wlewał się już nam kiedyś do szklanek i całkiem nieźle dawał sobie radę z naszą niechęcią do kiepskiej jakości amerykańskiego chmielu, a wręcz smakował. Zobaczmy więc co wydarzy się dzisiaj. Kapsle z głów!

Podczas nalewania do szklanek, najładniej spieniło się Köstritzer Pale Ale – sporo drobnych pęcherzyków, piana obfita i trwała. Podczas opadania, pozostawia apetyczne esy-floresy na ściankach szklanki. Na drugim miejscu Beck’s – pieniło się nieco mniej obficie, jednak niemal tak samo trwale. Polscy zawodnicy w tej pod-konkurencji zachowali się niemal jednakowo – piana na nich utworzyła się niezbyt obfita, szybko opadła, nie przykleiła się za bardzo do ścianek szklanki, sporo w niej pęcherzyków średniej wielkości.  Piana na Pięknej Nieznajomej była nieco bardziej trwała. Na Jankesie dość szybko niemal zupełnie zanikła.

Barwa obydwu polskich piw jest wyraźnie ciemniejsza od niemieckich przyjaciół. Niemcy mają barwę bursztynową. Piękna Nieznajoma jest o ton ciemniejsza, a Jankes jeszcze pół tonu w ciemną stronę. Za wyjątkiem Beck’s Pale Ale, piwa są wyraźnie niefiltrowane, podczas gdy niemiecki koncerniak jest klarowny, przejrzysty.

Köstritzer Pale Ale (chmiele Citra, Delta, Halletrau Blanc, Galaxy, Calypso, zainspirowane tradycyjnymi piwami typu ale) ma w aromacie przede wszystkim akcenty chmielowe – cytrusy, nieco żywicy, ale nie dominują, nie zagłuszają całej reszty. Poza tym zboże, kolendra, odrobina pszenicy. Aromat jest przyjemny, wyważony, głęboki, naprawdę fajny. Zapowiada przyjemny smak. Smak jest pełny, wyraźnie owocowy – gruszki, liczi, trochę pieczonych jabłek. Na podniebienie rzuca się natychmiast kombinacja chmielów europejskich i amerykańskich – w pierwszej fazie jest tu przyjemny, tradycyjny chmiel, a po chwili dochodzą do głosu grapefruitowo-żywiczne akcenty. Gdzieś pomiędzy nimi głowę wychyla całkiem fajna zbożowość. Smak złożony, ciekawa ewolucja na podniebieniu, nie przeszkadza stosunkowo wysoka zawartość alkoholu. Czyżbyśmy mieli od razu lidera? Dajmy szansę pozostałym.

Beck’s Pale Ale (14 Blg, chmiel Cascade) – aromat chmielowy jeszcze delikatniejszy, subtelny, bardziej wycofany. I to może szkoda, bo baza słodowa nie ma tu zbyt wiele do zaoferowania, przynajmniej nie w aromacie. Jest tu trochę zboża, odrobina owoców, ale niepokojąco rzuca się w nozdrza jakiś sztuczny aromat, coś jakby płyn do mycia naczyń. Po paru chwilach płyn do mycia naczyń ucieka, a pojawiają się akcenty tradycyjnego, nieamerykańskiego chmielu. Co przyjmujemy z nadzieją na miłe doznania smakowe. Smak jest nieco lżejszy, nie tak złożony, jak w przypadku Köstritzer, ale za to niezwykle przyjemnie gładki, kremowy wręcz. Są tam akcenty jabłek, jest fajny chmiel, odrobina cytrusów, ale też dość sporo zbożowości. Być może troszkę za bardzo wysycone CO2, pałęta się po podniebieniu jakiś sztuczny, plastikowy akcent, no i w późniejszej fazie smakowania wychodzi dość wyraźnie mało przyjemny alkohol. Mimo obiecującego aromatu, piwo rozczarowuje. Nie wiem czy nawet te 330ml upłynie ze szklanki zanim upłynie dzisiejszy wieczór.

Piękna Nieznajoma American Pale Ale (12,5 Blg, single hop Amarillo, pasteryzowane, niefiltrowane) – w aromacie pomarańcza, galaretka pomarańczowa, grapefruit, żywica, papaja, marakuja, kolendra, powidła śliwkowe. Nie jest to nieprzyjemny aromat, jednak wpływ amerykańskiego chmielenia jest tu wyraźnie większy niż u naszych przyjaciół zza Odry. Smak nieco mniej pełny, owocowy – są tu papaje, marakuje, kandyzowane ananasy, jest fajnie. Amerykańsko, nowofalowo, wręcz rewolucyjnie, ale z umiarem, jaki przystoi APA. Cytrusowa goryczka nie dominuje, nie wsadza się tam, gdzie jej nie trzeba, choć wyraźnie zaznacza swoją obecność. Całkiem sympatyczne piwo, nawet dla kogoś, kto niekoniecznie za Ameryką w piwie przepada.

Jankes Lwóweckie Ale (12,5 Blg, 5 rodzajów chmielu, pasteryzowane, niefiltrowane) uderza w nozdrza sporą dawką gorzkiego grapefruita, odrobiną żywicy i walczącymi o swoje miejsce owocami tropikalnymi i słodem zbożowym. Aromat raczej bez polotu, bez pomysłu na siebie. Tutaj wiele się nie spodziewamy – przynajmniej w porównaniu z pozostałymi piwami stojącymi na stole – co jest o tyle interesujące, że Jankesa znamy i w gruncie rzeczy lubimy. Mimo deklarowanej już tysiąc razy niechęci do amerykańskich chmielów i nowofalowego profilu. Jak się jednak okazuje, smak jest zaskakująco pełny, słodowo-owocowy. Są tu słodkie pomarańcze, kumkwaty, galaretki owocowe, kandyzowany ananas. Goryczka jest stonowana, zna swoje miejsce, przyjemnie – a przede wszystkim harmonijnie – uzupełnia pozostałe akcenty smakowe. Wbrew pierwszym wrażeniom aromatycznym (może piwo było za bardzo schłodzone), piwo jest bardzo smaczne, godne polecenia. Może stanowić świetne wprowadzenie do amerykańskiego chmielenia.

Sączymy sobie to jedno, to drugie, to trzecie… W sumie jest nieźle. Poza jednym zawodnikiem, którego już nie chcemy więcej widzieć na naszym stole, jest zaskakująco smacznie. Jeśli trzeba byłoby ustawić jakiś ranking, a przecież to tradycja, to dzisiejsze starcie wygrywa… No właśnie, trudno wybrać zwycięzcę. Dwa piwa niemal na równi zasługują dziś na najwyższy stopień podium, a po piętach depcze im trzecie. Niełatwo jest zdecydować się na jedno z nich. Muszę pociągnąć jeszcze po łyku każdego z nich. Chwileczkę… OK, już wiem.

1. Jankes Lwóweckie Ale
2. Piękna Nieznajoma APA
3. Köstritzer Pale Ale
4. Beck’s Pale Ale

Wygrywa jednak Jankes. Tuż za nim, dosłownie o włos,  Piękna Nieznajoma. Na trzecim miejscu plasuje się Köstritzer Pale Ale, a gdzieś daleko za podium pęta się słabe i mało interesujące Beck’s Pale Ale. Dwa-zero dla Polaków, nieźle. Kto by pomyślał…



czwartek, 3 września 2015

Dzisiaj znowu pakujemy się w IPA. I po co?



235. M16 Lemon Grass India Pale Ale (Kraftwerk) 6,2%
236. Apartment Six Flakes American IPA (Raduga) 6%
237. Winchester Imperial India Pale Ale (Faktoria) 8,4%
238. Metropolis American India Pale Ale (Raduga) 5,7%
239. Terrence American India Pale Ale (Wąsosz) 6%

Dzisiaj u nas totalne szaleństwo. Pięć piw w stylu IPA, a na dodatek w pięciu różnych odmianach. A gdyby tego było mało, to dzisiaj u nas totalnie kraftowo. A gdyby tego było mało, to dzisiaj się IBUjemy na maksa. Będzie gorzko, cytrusowo, żywicznie, ach jak cudownie. Mamy dwa piwa z browaru Raduga, który całkiem ładnie się nam zapisał w pamięci, jak dotąd. Mamy coś z Kraftwerka, którego – na podstawie dotychczasowych doświadczeń – mogłoby nie być na świecie. Bez jakiejkolwiek szkody dla tego świata. Mamy coś z Faktorii, o której można powiedzieć dokładnie to samo. No i mamy coś z Wąsosza, który ostatnio zrobił na nas bardzo pozytywne wrażenie najnowszym wypustem – i podstawowych lagerów (udowodnili, że nawet 9 Blg wystarcza, by piwo miało smak), jak i pozostałych piw spod znaku wąsów. Zobaczmy więc co tym razem się nam na podniebieniach wydarzy.

Taka ciekawostka – mimo iż na stole mamy teoretycznie wyroby czterech „browarów”, to tak naprawdę w szranki dzisiaj staje Wąsosz i PPHU Jamard Marianna Kacprzak w Kłodawie, w których tak naprawdę uwarzone zostały wszystkie dzisiejsze piwa.

Po nalaniu okazuje się, że wszystkie są grzecznie niefiltrowane – to widać na pierwszy rzut oka. Wszystkie mają mętną, bursztynową barwę niemal dokładnie w tym samym odcieniu. Wszystkie pokrywają się grzeczną pianą, która po paru chwilach opada do cienkiej warstwy, a na wyrobach z Wąsosza (M16 i Terrence) dość wyraźnie się rozrywa. W pokoju unosi się cytrusowo-żywiczny aromat chmielu.

M16 Lemon Grass India Pale Ale (pasteryzowane, niefiltrowane, 15 Blg, warzone w browarze Wąsosz dla Browaru Kraftwerk, słody jęczmienne, pszeniczne, cztery rodzaje chmielu, trawa cytrynowa) pachnie bardzo przyjemnie (Boże, co ja mówię!) cytrusami, żywicą i trawą cytrynową. Grapefruity wydają się być tu nieprzesadzone, w sam raz. Trudno doszukać się spod nich (i trawy) akcentów słodowych, ale trudno się czepić tego aromatu, nawet jeśli – jak ja – nie przepada się za nadmiarem chmielu. W smaku też nie jest źle. Owszem, chmiele atakują bezlitośnie i natychmiast, ale jest tam też trochę nieśmiałych akcentów owocowych (dojrzałe brzoskwinie) i zbożowych. No i jest trawa cytrynowa. Nie da się jej nie zauważyć. Jak już nie raz mówiłem, IPA to nie jest mój ulubiony gatunek piwa, ale jeśli już miałbym go pić, to nie obrażę się na M16. Pierwsze pozytywne zaskoczenie.

Apartment Six Flakes American India Pale Ale (pasteryzowane, niefiltrowane, 15,5 Blg, IBU 75, sześć rodzajów płatków zbożowych – pszenicznych, owsianych, żytnich, ryżowych, gryczanych, jaglanych, cztery rodzaje chmielów, warzone w PPHU Jamard Marianna Kacprzak w Kłodawie) w aromacie jest dość wytrawne. Ma akcenty kolendry, ma cytrusy – ale nie są to gorzkie, nieprzyjemne skórki grapefruitów, raczej trochę bardziej w stronę pomarańczy, może kumkwatów. To też nie jest nieprzyjemne. W smaku jest pełne, owocowo-zbożowe. Po chwili pojawia się kolendra. Chmiel  tutaj nie zawadza. Jest tu sobie, atakuje, ale nie dominuje. Kolejne przyjemne piwo dzisiejszego wieczoru. Trochę może zbyt płaskie, jednostajne, ale nie nieprzyjemne. A to już robi u nas za pochwałę w przypadku AIPA.

Winchester Imperial India Pale Ale (pasteryzowane, 18,1 Blg, IBU 100++, cztery rodzaje chmielów, warzone w PPHU Jamard Marianna Kacprzak w Kłodawie) ma w aromacie jeżyny (!), ciepłą, owocową słodycz – coś jakby brzoskwinie, powidła śliwkowe. No i słodową zbożowość, zbożową słodycz, czy jak mu tam. No co się dzieje? Piwo, którego się autentycznie bałem (IBU 100++) pachnie przyjemnie, wcale nie chmielowo. W smaku jest owocowo, zbożowo, wreszcie goryczkowo i cytrusowo – ale jak to ładnie gra na kubeczkach! Nie pchają się jeden przez drugiego nutki i nuteczki – nie, tutaj jest harmonia i rytm. Tu jest wręcz melodia.

Metropolis American India Pale Ale (pasteryzowane, niefiltrowane, 14,3 Blg, IBU 70, pięć rodzajów chmielu, warzone w PPHU Jamard Marianna Kacprzak w Kłodawie) pachnie kolendrą, grapefruitami, cytrynami i żywicą. Pachnie przyjemnie, obiecująco, choć część cytrusowych akcentów wydaje się dość syntetyczna. W smaku jest łagodność – słód, owoce (znowu coś śliwkowego, brzoskwiniowego, ale też słodkie mango), akcenty ziołowe – kolendra, rumianek, a także akcenty cytrusowe, chyba kumkwaty. No dobra, jest goryczka, ale ona znowu i tutaj raczej zna swoje miejsce. Znowu jest więcej niż nieźle.

Terrence American India Pale Ale (pasteryzowane, 15 Blg, IBU 55, dwa rodzaje chmielu) pachnie zbożem, zsiadłym mlekiem, czarnym bzem, oraz ciepłą, czereśniową żywicą. Po chwili, przy podniesieniu temperatury piwa, pojawiają się maślane herbatniki. I jakieś wędzonkowe akcenty. W smaku jest owocowe, lekko wytrawne, a właściwie cierpkie, ziołowo-kolendrowe. Trochę przypomina ssanie właśnie wspomnianej wcześniej czereśniowej żywicy (jeśli ktoś żuł ją w dzieciństwie, to wie o czym mówię). Ale przede wszystkim miękkie, ciepłe, dojrzałe owoce i rozkoszny słód. Plus grapefruitowa goryczka, która znowu zna swoje miejsce. Kolejne bardzo przyjemne piwo. I nawet mu nie przeszkadza, że to AIPA.

Dzisiejsza degustacja jest ogromnym zaskoczeniem. Odsuwaliśmy te IPA tak długo, jak tylko się dało, decydując się na jakieś hinduskie lagery, ciemne lagery, cokolwiek, byle nie wlewać w siebie IPA. Byle nie wlewać w siebie polskiego kraftu. Niepotrzebnie. Okazuje się bowiem, że są wśród nich naprawdę niezłe strzały. Albo my mamy dzisiaj słaby dzień. Żadne ze smakowanych dzisiaj piw (dżizas, jak ja nie lubię słowa „degustacja”) nie kazało nam zwrócić się w stronę zlewu. Czy zwrócić, choćby mentalnie. Wszystkie pięć, mimo że ciągle jakieś 2/3 z każdego ciągle jest w szklankach, każą wrócić do siebie. A już największym zaskoczeniem, jak dla mnie, jest Winchester. Gdzie się ukryło to IBU 100++? Bo ja go nie zauważyłem. Albo inaczej, wcale mi nie przeszkodziło. Niezbadane są… kubki smakowe.

Czas najwyższy na ranking. Moim zdaniem (co ja mówię, co ja mówię!) wygrywa Winchester. Tuż za nim plasuje się M16, któremu po piętach depcze Terrence. Tutaj na dobrą sprawę kolejność mogłaby być dowolna.  W obrębie pierwszej trójki, znaczy. Potem jest Metropolis, a na końcu wlecze się Apartment.

Zapytana o jej opinię, źrenica mego oka twierdzi, że wygrywa Terrence. Na drugim miejscu jest M16, a brązowy medal przyznaje Winchesterowi. Na czwartym jest Metropolis, a na piątym Apartment. W gruncie rzeczy, zgadzamy się w zupełności.


środa, 29 lipca 2015

Wypad na Wyspy



181. Anglers Reward (Wold Top Brewery) 4%
182. Late Red Autumn Splendour (Shepherd Neame) 4,5%
Scottish Ale (Belhaven) 5,2%
183. Bishops Finger (Shepherd Neame) 5,4%

Korzystając z dobrodziejstw tygodnia brytyjskiego w Lidlu, nalewamy sobie dzisiaj kilka wyspiarskich piw. Ostatecznie to przecież na Wyspach wymyślono ale i tam doprowadzono jego warzenie do perfekcji. Cokolwiek by nam próbowali wmówić różni rodzimi kraftowi browarczykowie. Co prawda, browary Shepherd Neame czy nawet zaliczający się do moich ulubionych Belhaven to jednak produkcja masowa, ale w Wielkiej Brytanii to pojęcie jest zupełnie inaczej rozumiane. Anglers Reward jest jedyną w tym zestawieniu produkcją zupełnie mi obcą, ale wiem skądinąd, że w Yorkshire – a tam zlokalizowany jest browar Wold Top, z którego piwo pochodzi – piwo robić potrafią jak mało gdzie. Jestem więc dobrej myśli, mimo iż Anglers Reward to stosunkowo intensywnie chmielone pale ale.

Warto zwrócić uwagę na zawartość alkoholu w poszczególnych piwach – od 4%, co w Wielkiej Brytanii nie jest żadnym ewenementem, do 5,4%. Przy czym to najmocniejsze piwo, Bishops Finger, określone jest już jako „strong ale”. Na Wyspach piwo pije się rekreacyjnie, nie po to, by się zwyczajnie sponiewierać.

Po nalaniu do szklanek każde z prezentowanej czwórki pokryło się grzeczną, naturalną, choć niezbyt obfitą pianą. To też dość charakterystyczna cecha piw z Wielkiej Brytanii. W tamtejszych pubach najczęściej na szklankach nie ma oznaczenia pojemności gdzieś kilka centymetrów od brzegów szklanki. Tam leje się piwo do pełna. Ale brytyjskie puby to temat na osobną opowieść.

Anglers Reward pachnie chmielem – cytrusowo i żywicznie. Nie jest to jednak nachalny, ostry, dominujący chmiel, jak w wyrobach polskich krafciarzy. Nie przykrywa słodu tak szczelnie, pozwala mu się ujawnić. W smaku jest bardzo lekkie, na granicy wodnistości. Świeże i orzeźwiające. Nutki owocowe (mirabelki, papierówki) dość szybko przepędza chmielowa goryczka, która po chwili ustępuje miejsca akcentom zbożowym. Nie zanika jednak całkiem, trzyma się nieźle, stojąc na straży aromatu. Lekka kwaskowość, jak ze świeżych papierówek. Bardzo ładnie wyważone, uporządkowane, grzeczne. Z pewnością nie spodoba się zwolennikom mocnego uderzenia piwnego „woltażu”, niekoniecznie przypadnie do gustu tym, co to zdecydowanej goryczki poszukują.

Late Red Autumn Splendour początkowo w aromacie miało bardzo wyraźne nuty świeżo startej marchewki. Po jakiejś chwili pojawiają się bardziej wyraziste aromaty chmielowe, trochę w kierunku pasty do podłogi. Jest tu też sporo słodu. Aż wreszcie toffi.  W smaku akcenty karmelowe, palonego słodu, kawy z mlekiem, a wszystko to na koniec złamane bardzo przyjemną, delikatną i świetnie uzupełniającą całość goryczką chmielową. Orzechowy posmak – prażone orzechy włoskie – z czasem przybiera na sile.

Belhaven Scottish Ale już raz stawało u nas w szranki z innymi piwami, dlatego nie jest liczone do statystyki (na wypadek gdyby ktoś zwrócił uwagę na cyferki). W aromacie ma czerwone śliwki, orzechy laskowe i karmel. Trochę ciężkich nutek żywicznych, najpewniej z chmielu. W smaku jest zbożowo, owocowo. Lekko kwaskowate, jakby echo sera pleśniowego, takiego z niebieską pleśnią. Poza tym, toffi, kawa z mlekiem, orzechy laskowe. Prawie nie ma chmielu, a jak jest, to tylko dla dobrego balansu. Przyjemnie i miło.

Bishops Finger pachnie śliwkami węgierkami, a właściwie powidłami z węgierek. Takimi dobrze wysmażonymi powidłami. Po chwili ujawniają się ciężkie, dojrzałe wiśnie, a może nawet słodkie czereśnie. Wiśnie w likierze. Trochę skórki z chleba, lekko palonego słodu. W smaku znowu pojawiają się powidła śliwkowe, w tle smak zboża, po czym pojawia się goryczka. Taka bardziej rodem z palonego ziarna niż chmielu, choć pewno i stąd i stamtąd. Ciemny, palony karmel. Smak dość szorstki, wytrawny – mimo początkowych nut powideł.

Ustawiamy ranking. Moim zdaniem, każde ze smakowanych dzisiaj piw jest dobre i godne polecenia. Dzisiaj nic nie trafi do zlewu, to na pewno. Według mnie, wygrywa Late Red Autumn Splendour, na drugim miejscu znajduje się Belhaven Scottish Ale, na trzecim Bishops Finger, a stawkę zamyka Anglers Reward. Choć te dwa ostatnie miejsca skłonny jestem zamienić na ex aequo trzecie.

Pytam Najdroższej, a ona mi mówi, że u niej wygrywa Belhaven Scottish Ale, na drugim miejscu Late Red Autumn Splendour, na trzecim Bishops Finger, a na końcu Anglers Reward. No, tośmy się rozjechali co do pierwszej dwójki. Próbuję tych dwóch raz jeszcze, cmokam, szlocham… No i sam już nie wiem. Może to Belhaven rzeczywiście jest odrobinę lepsze… Ach, pal go sześć, zostaję przy swojej początkowej ocenie. Protokół rozbieżności, cholera.